RSS
środa, 16 grudnia 2015

Ach, zawsze coś, zawsze coś. Iksia ma rację, trzeba płynąć na fali i oddać się życiu, tym prądom w górę i w dół, tym falowaniu i spadaniu, tym nieustannym zmianom, które są jedyną staloscia. Morinek jest teraz jak karmelek i chce się nią delektować, bo przecież jeszcze będzie niemowleciem tylko przez 8 miesiecy! A płacze i nieprzespane noce są w pakiecie z niemowlakiem przecież. Czasem zapominam jak szybko to się zmienia. 

21:23, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 grudnia 2015

Pierwsza wirusówka za nami. Gorączka dwa dni (akurat te dni po moim tresowaniu), potem wysypka. Trzydniówka. Morinek umie wyciągać najcięższe działa, kiedy chodzi o najważniejsze - bo przecież choremu dziecku się nie odmawia, więc znowu je co godzinę. Ech.

Ja ze skrajności w skrajność, od 'taki maleńtasek to jeszcze za mały na trening' po wściekłość przebijającą się przez zmęczenie, kiedy maleńtasek dostaje histerii gdy mu wyjmuję cycek z buzi, po kolejnej sesyjce spania z nim w buzi. Bo też potrzebuję snu.

Pierwszy raz się zaśmiała pełnym głosem. Do Adka, który stał i wymachiwał swoimi długaśnymi kończynami bawiąc się jej zabawką i opowiadając mi jakąś swoją pełną ekspresji szkolną historię. I nagle historia została przerwana takim szczerym HAHAHA z dna duszy. To się malutek uchachał.

Poza tym pójście do pracy to na razie dla mnie kosmos. Szkoda, że taki bliski.

22:59, inny_glos
Link Komentarze (3) »
czwartek, 10 grudnia 2015

Postanowiłam zatem Morinkę trochę nauczyć. Nie chciałam jej jednak zostawiać na pastwę losu i własnego płaczu, jak w metodzie 'na wypłakanie się' (kładzie się dziecko o określonej porze do łóżeczka i tam zostawia, w ten sposób dość bezpośrednio sugerując mu, że powinno zasnąć) i w modyfikowanej wersji podnieś/połóż (nie zostawia się jak płacze, ale podnosi, uspokaja, kładzie z powrotem i wychodzi i tak do skutku), a wiedziałam, że jest takim silnym malutkiem, że inne delikatniejsze metody nie wchodzą w grę - bo Morinka lubi to, co lubi i tyle. Wypłakanie się wydawało mi się takie barbarzyńskie, jakbym torturować miała własne dziecko, które będzie przez to straumatyzowane do końca życia (jak wiadomo kortyzol, hormon stresu ma bardzo negatywny wpływ na rozwój mózgu, a bardzo wczesne traumy zapisują się w ciałku migdałowatym, które potem w trudnych momentach życia bombarduje dojrzały już mózg nieprzerobionymi, potwornie silnymi emocjami z niemowlęcego okresu życia i tak dalej), ale trafiłam na ruch Respectful Parenting: płacz w ramionach rodzica, to zupełnie co innego, niż samotny płacz w łóżeczku. Płacz, kiedy rodzic przytula i jest obecny zmniejsza stres i pozwala wyrzucić z siebie złe emocje, jest leczniczy jak wypłakanie się w rękaw przyjaciela czy na kozetce terapeuty. Jeśli rodzic jest przy dziecku i je słucha, przyjmuje do wiadomości jego uczucia i ból, dziecko godzi się ze stratą i uczy się radzić sobie z frustracją. I takie tłumaczenie mnie przekonało. Postanowiłam zatem nie dawać cycka na każde żądanie, ale być przy malutku, przytulać i wysłuchać jej protestów. Zdecydowałam się zacząć od nocnych karmień, bo budzenie sześć razy w ciągu nocy też dawało mi się już weznaki, a podobno najpierw trzeba zmienić przyzwyczajenia nocne, żeby poukładać dzienne. Bo niby łatwiej.

Plan zaczęłam wprowadzać w piątek. Nakarmiłam dziewczynkę i zasnęła (nie jestem gotowa pożegnać się z wieczornym karmieniem, które dla nas obu jest taką cudowną godziną razem, ona sobie ciumka i się przytula, ja sobie patrzę się na moją córeczkę, wącham ją i delikatnie głaszczę), a kiedy się obudziła po godzinie, nie dałam jej cycka. Zaczęłam ją usypiać bez.

I się zaczęło. 

Płakała przez godzinę. Ja płakałam razem z nią. Potem przyszedł Mi, pobujał ją i uspokoił, ale kiedy tylko poczuła, że ją kładziemy do łóżka, znowu zaczęła zanosić się płaczem i szukać cycka. Ja czułam się koszmarnie, fizycznie czułam jej cierpienie - było mi niedobrze, bolała mnie głowa, bolał mnie żołądek i każdy mięsień, przytulałam ją i było mi tak bardzo źle, jak tylko można sobie wyobrazić. Ona wsysała się w moją rękę, w moje ramię, w policzek, prężyła się i ryczała, kładłam ją, przez chwilę była spokojna i obracała głowę do cycka, którego nie było. I znowu się zanosiła spazmatycznym szlochem, aż zachrypła. W końcu wyczerpana zasnęła. Założenie było takie, że nie daję jej jeść częściej, niż co 3 godzniny. Kiedy się zatem obudziła o 23 nakarmiłam ją, ale o 1.20 znowu była bujana bez cycka. Płakała zatem do 2, kiedy ją nakarmiłam. A potem zasnęła i spała aż do szóstej. 

W sobotę cały dzień bałam się nocy. Tak, jak wcześniej nasze pójście spać było przyjemnością, tak teraz ze strachem czekałam na wieczór. A jeszcze moja siostra powiedziała mi, że psychoanalityk dziecięca stwierdziła, że takie małe dziecko może być jeszcze za małe na takie metody. Ale postanowiłam wytrwać jeszcze trzy dni i wtedy ewentualnie zdecydować.

Wieczorem nakarmiłam ją, zasnęła, obudziła się po czterdziestu minutach i zaczęłam ją lulać do snu bez cycka. I znowu się zaczęło. Płakała, płakała, płakała. Wyła, skarżyła się, ryczała, jakby mówiła mamusiu, czemu mi to robisz, mamusiu, ja nie potrafię inaczej zasnąć. Przytulając ją czułam się koszmarnie, fizycznie czułam jej rozpacz, było to niemożliwe do zniesienia. Znowu mnie wszystko bolało - głowa, żołądek, każdy mięsień. O 22, po półtorej godziny, poddałam się i ją nakarmiłam. Zjadła i zasnęła. 

Zrozumiałam, że nie jestem gotowa na taki płacz. Nie dam rady, nie potrafię, nie wytrzymam. Mam wrażenie, że jest jeszcze za mała. Poddałam się, a następnej nocy Morinka dostała gorączki. Obudziła się o pierwszej i popłakiwała do piątej. I jadła, oczywiście, bo choremu dziecku nie można odmawiać karmienia. I cały trening i tak poszedłby na marne.

Ale jeszcze się czegoś nauczyłam, czegoś ważnego.

17:15, inny_glos
Link Komentarze (4) »
niedziela, 06 grudnia 2015

Moja córkeczka skończyła w tym tygodniu 4 miesiące. I dotarło do mnie, że jeszcze tylko miesiąc i wracam do pracy. Jak byłam w ciąży, myślałam, że co tam, damy radę - przecież będzie miała prawie (no, bardzo prawie) pół roku, duże dziecko, prawda? Poza tym tylko na parę godzin w tygodniu. A teraz w gardle mnie ściska i strach mnie ogarnia, jak sobie pomyślę, że mam zostawić moją Morinkę, mojego Morinowca, Moriniaka najsłodszego z kimś obcym. Godzin też będzie więcej, niż myślałam, co ratuje oczywiście nas materialnie (tym razem nie wylądujemy na ulicy;), ale niedobrze dla Morinki - będzie codziennie z opiekunką. A w czwartek AŻ SZEŚĆ GODZIN.

I tu się zaczynają schody, bo jak wiecie Morinka ma swoje zdanie i - jak to Eks określiła - swoje obyczaje. Zasypia tylko przy cycku, na przykład. Ogólnie to nie jest problem i gdybym mogła zostać w domu, to może tak zasypiać i przez rok - w końcu dzieci są tak ewolucyjnie zaprogramowane, mleko zawiera substancje usypiające i tak dalej, jest to przyjemne dla dziecka i dla mamy, która ma wymówkę, żeby sobie poleżeć i poczytać. Ale w tej sytuacji to jest katastrofa. Nie można uprawiać Rodzicielstwa Bliskości, jak się idzie do pracy po pięciu miesiącach, niestety. 

Postanowiłam zatem troche Moriniaka poprzestawiać i nauczyć. Tylko JAK? Teorie nt. wychowania dzieci są wzajemnie sprzeczne a net jest pełen samozwańczych ekspertów o skrajnie przeciwnych poglądach i nawet wśród psychologów nie ma zgody co różnych bardzo istotnych aspektów życia niemowlaka - na przykład choć większość twierdzi, że jakikolwiek trening spania to tylko po 6 m.ż., część uważa, że przestawnienie dziecka na inne obyczaje można zacząć już po 3 miesiącu. Im więcej czytamy, tym jaśniejsze staje się, że wychowanie dziecka jest bardziej ideologią, niż nauką. Można oczywiście powiedzieć tak, jak moja koleżanka i zdroworozsadkowe mamy z forum: rób to, co ci podpowiada intuicja. Szkopuł w tym, że moja intuicja jest niespójna jak polityka społeczna PIS. Intuicja bowiem to nic innego jak przed-werbalny obraz świata, nastawienie oparte na przed-rozumowym konglomeracie uczuć i schematów działania, które nabywamy w wiekszości we wczesnym dziecińtwie na podstawie tego, co - oczywiście - robili nasi opiekunowie. I u mnie ten obraz, ta podstawa też jest wzajemnie sprzeczna, wykluczająca sie i zaplątana. Mama stosowała Rodzicielstwo Bliskości w połączeniu z  totalnym poświęceniem,poniżeniem i udręczeniem siebie. A kiedy już nie mogła znieść braku granic wpadała w szał i histerię. I pewnie dlatego związała się z moim tatą - bo tato to człowiek z betonu. Tato stosował rodzicielstwo Macht und Ordnung, którego nie powstydziłaby się żadna Hausfrau, tato lubi mówić, że wszystkie dzieci powinny wychowywać się w domu dziecka, bo tylko dyscyplina i porządek robią z dzieci ludzi. Tato kochał dzieci jak Margaret Thatcher górników. Mama pozwalała nam skakać po stole, tato wyłączał nam telewizor w środku trzeciego odcinka  Winnetou, bo czas oglądania się skończył.

I teraz taka ja, skrzyżowanie histerycznej Matki Teresy z Żelazną Damą mam wychowywać moją córeczkę. Jak, drogi pamiętniczku, JAK?

20:20, inny_glos
Link Komentarze (7) »
piątek, 27 listopada 2015

Morinek na dziś. 

Jak widać rośnie, jej waleczkow, a raczej wałków nie powstydziliby się politycy PO. Tutaj wyraznie widać Jej Grubasnosc: 

 

(Bardzo mnie to bawi, bo ja ZAWSZE byłam najchudsza w całej szkołę, oprócz jednej dziewczynki, która miała tasiemca, jak po cichu i z ekscytacja powiedziano mi pewnego razu na przerwie. Kazalam mamie mnie zbadać na obecność tegoż, ale niestety.)

Morinka obecnie je co mniej więcej 2 godz., (oprócz nocy, kiedy czasem nawet co godzinę), ale nie odmówi nigdy. Czasem ja podkarmiam wcześniej, jak mamy gdzieś iść, na przykład. Śpi trzy razy w dzień, ale tylko ze mną i w czasie drzemek podjada. Zbieram się w sobie zeby wprowadzić inne zwyczaje, bo musimy się przygotować na mój powrót do pracy w styczniu. Na szczęście tylko na parę godzin, średni 2 godz dziennie. W pon, wto i część sro będzie mógł z nią być M, szukam więc opiekunki na dwie godziny w środę i czw. Od kiedy przeczytałam artykuł o pedofilach którzy zaprzyjazniali się z samotnymi matkami, żeby mieć dostęp do dzieci, to paranoja mnie dopada na myśl o opiekunce. Z tego powodu nie chcemy dawać ogłoszenia (łatwy kąsek dla ...), tylko szukamy przez znajomych.

17:45, inny_glos
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 23 listopada 2015

Dziś dostaliśmy pisemko z gminy, że zakwalifikowali nas na listę oczekujących i jesteśmy na 199 miejscu na liście mieszkań socjalnych w naszej okolicy (247 i 297 w dwóch innych). Ucieszyliśmy się jak głupi, mimo, że czekanie na mieszkanie może jeszcze potrwać nawet i 10 lat. Przypomina się komuna, hehe. Oczywiście jak uda nam się wcześniej coś kupić, to się wypiszemy z listy. A najbardziej mnie zdziwiło, że przysługują nam 4 pokoje, a co! Sypialnia dla nas, dla Adka, dla Moriniaka i living room. Takie są standardy w welfare state;) Poczułam się przez chwilę jak panisko. Teraz tylko trzeba się szybko znaleźć na ulicy i kolejka przyśpieszy. 

Adkowi ukradli rower w szkole w piątek (nie przypiął! i nie schował pomimo naszych parokrotnych przypominań). Za karę miał chodzić do szkoły na piechotę do końca grudnia. A tu dziś dzwoni pani zastępca dyrektora, że złapali złodzieja i jego rodzice gotowi są zapłacić za rower. Pojecia nie mam ile mamy zażądać - rower trzy lata temu kosztował 360 euro, a ostatnio go naprawialiśmy za 80 e. 

A Morinek dziś tak krzyczał na spacerze, że znowu się poddałam. Do tego lał deszcz i nie bardzo jak mogłam ją wyciągać z wózka i uciszać. Prawie zachrypła po 20stu minutach i nagle zasnęła. Ech.

17:01, inny_glos
Link Komentarze (3) »
niedziela, 22 listopada 2015

Nosisz. Bujasz. Przytulasz. Przebierasz. Rozśmieszasz. Śpiewasz. Tańczysz. Karmisz. Bujasz. Nosisz. Przytulasz. A ten maleńtasek marudzi i marudzi - i jak nie chciał spać, tak nie chce! 

Coś nam się zepsuło tym razem w drzemkach - zasypia tylko po wielkim krzyku, oczywiście na rączkach, bujana i przytulana przez dwadzieścia minut po to, by obudzić się po pół godzinie. I po dalszych dwóch kwadransach znowu jest zmęczona, więc znowu nosisz. Bujasz. Przytulasz. Przebierasz. I tak dalej. 

Dziś poczułam się bardzo zmęczona. To nic, że budzi się w nocy z 5 - 6 razy, no dobrze, jakoś to przeżyję. Może jest zmarznięta (rączki jak lód! zimno jest u nas w sypialni), może chce sie przytulić, może tak po prostu ma. Nie chce jeździć w wózku - no dobrze, może nie lubi. NIektóre dzieci nie lubią. Może jest nudno, może się już zraziła, a może tak po prostu ma. Ale kiedy od trzech dni zaczęła się zanosić płaczem przed drzemkami, to już naprawdę naprawdę naprawdę ... nie wiem co. Poczułam się bardzo zmęczona. 

A potem idziemy do koleżanki z wizytą, maleńtasek ani miauknie przez całą drogę, u koleżanki zasypia w 10 minut i przez całą wizytę jest jak ANIOŁECZEK, wracamy na piechotę 20 minut, Morinek w wózku SIĘ UŚMIECHA do lamp i wszystko mi w środku topnieje.

Te dzieci. Tak mają po prostu.

20:29, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 listopada 2015

Morineczka dziś była na trzymiesięcznej wizycie kontrolnej. 15 tydzień, waży 7600, mierzy ponad 60cm. Czyli jak zwykle duża dziewczynka. Oczywiście potrafi wszystko, co powinna, obraca główką, słucha, przypatruje się, wyciąga rączki po zabawki, uśmiecha się i gada. Dziś mnie również zaskoczyła i jechała grzecznie w wózku w jedną stronę, a bałam się okrutnie, bo była to pora jej drzemki i wiedziałam, że może być nie w sosie, przyjdzie zły Morin i na nas zje. Ale jechała jechała, patrzyła się na zabawki i zapomniała włączyć syrenę. W przychodni po wizycie nakarmiłam ją, włożyłam do wózka i nie tylko nie marudziła, ale ZASNĘŁA.

Nadal śpi. Nadal jestem w szoku.

Pielęgniarka środowiskowa stwierdziła, że jest taka duża i dobrze trzyma główkę, że możepowinnam jej już wprowadzać pokarmy stałe, za jakieś dwa tygodnie, jak skończy cztery miesiące. Hmm.

Czarna dziura narazie mnie wypuściła ze swych objęć i mimo, że sytuacja obiektywnie się nie zmieniła za bardzo, przestałam się zamartwiać. Jakoś tak. Po prostu. No chyba jednak w 21 wieku trudno byłoby wylądować na ulicy, prawda? A jak nas zakwaterują do B&B, bo nie stać nas będzie na czynsz, to przynajmniej dadzą nam szybko mieszkanie socjalne, więc może wyjść jeszcze na dobre.

Wszystko przez to, że w Irl jest obecnie kryzys mieszkaniowy, a już szczególnie brakuje mieszkań na wynajem. W sumie nie wiadomo dlaczego - nie ma więcej ludzi, niż było w 2008, więc popyt nie powinien się zmienić, ale ceny są prawie dwa razy wyższe niż były i już nas trochę przestaje być stać na mieszkanie. Obecnie płacimy 1100 euro/miesięcznie, ale podobne mieszkania w okolicy są nawet po 1500 i nieunikniona podwyżka czynszu spędzała mi sen z powiek. W dodatku w trudnej sytuacji można się tutaj starać o tzw. dopłatę do czynszu, ale tylko wtedy, kiedy czynsz wynosi mniej niż pewne ustalone przez państwo limity, co w przypadku naszej rodziny jest 975 euro/miesięcznie. Cały problem w tym, że w chwili obecnej nie ma mieszkań dwupokojowych w takiej cenie. A nawet jednopokojowe jest trudno znaleźć. Co oznacza, że biedni oczywiście dostają po dupie - nie ma tańszych mieszkań, więc i pomocy od państwa nie dostaną. Irlandczycy jeszcze sobie jakoś radzą i na przykłąd umawiają się z właścicielem, że na papierze wynajmują taniej, a pod stołem wyrównują różnicę i w ten sposób łapią się na limit i państwo im dopłaca. My wynajmujemy niestety od agencji i obawiam się, że będą bardzo niechętni takim półlegalnym rozwiązaniom, nie zgodzą się, podwyższą czynsz i każą się wyprowadzić. Bo lokatorzy z dopłatą to tylko problem dla wynajmujących - jeszcze niedawno w ogłoszeniach o wynajmie właściciele zamieszczali uwagę, że 'rent allowance not acceptable', od kiedy uchwalono, że to nielegalne nikt już tak nie pisze, co nie znaczy, że nie ma dyskryminacji.

10:19, inny_glos
Link Komentarze (1) »
sobota, 14 listopada 2015

Morinek dał ostatnio odsapnąć. Tak mniej więcej od tygodnia. Nadal je całą noc, nadal nie lubi wózka, ale - alleluja! - nie płacze odłożona. Właściwie w ogóle nie płacze. Oprócz wózka, ma się rozumieć. Bo wózek ZŁO.

Umie się nawet sama zabawić własnymi rączkami.

Tak gdzieś z 15 minut, mniej więcej.

Śpiewa z Adele i Amy Winehouse. 

Uśmiecha się strasznie rozkosznym bezzębnym najszczerszym uśmiechem trzymiesięcznego bobasa. 

Zaczyna mi wkładać łapki do buzi i ciągnąć za co akurat złapie. 

Dwa poprzednie tygodnie były ciężkie, bardzo ciężkie. Mamy dość niepewną sytuację finasowo-bytową, co w połączeniu z małym dzieckiem i ciągłym zmęczeniem powodowało, że zaczęłam się zamartwiać. Bardzo. A nawet wpadło mi do głowy, że mam początki depresji poporodowej, kiedy w nocy zamiast łapać te chwile snu pomiędzy karmieniem o 1.24 a 3 biegałam w kółko w środku swojej głowy usiłując znaleźć wyłącznik tych wszystkich strasznych obrazów przesuwających się przed oczami duszy. A widziałam już siebie z dwójką dzieci na ulicy albo w zapleśniałej suterenie bez okna. Jak z bajek Andersena. O chorej dziewczynce, Morince, co słońca nie widziała i kaszlała całą zimę. I ze swojego łóżeczka patrzyła się na maleńskie ziarenko, które jakimś cudem wykiełkowało w tych przyziemnych ciemnościach ... i tak dalej. Andersen i Dickens w jednym.

No ale się ogarnęłam. Na razie. 

Bo przecież

Źródlanej się wody napiję. A wtedy nadziejo mnie prowadź!

(Jak trzeba to mogę zwariować.)


20:32, inny_glos
Link Komentarze (4) »
środa, 28 października 2015

12 tygodni 2 dni

Nawiązuje kontakt z nami. I ze światem. Próbuje chwytać zabawki - malutka twarz skupiona, skoncentrowana, wzrok wbity w jeden punkt, wyciąga rączkę, a ta ląduje obok zabawki. I znowu i jeszcze raz i jeszcze. I znów. I jeszcze raz. Rączki nieporadne ciągle trafiają nie tam. Ale próbuje, dziesiątki razy dziennie ten sam ruch - ech, gdybym ja tak ćwiczyła brzuszki jak ona rączki;)

Silna, wymagająca, z własnym zdaniem i nie da się przekonać. Mam wrażenie, że Adek był/jest delikatniejszy, bardziej ugodowy, łatwiejszy w obsłudze.

Co nie oznacza, że tak mu zostało.

Dziś miałam już dość spacerków po kwadracie z Morinką na ręku, od krawężnika do krawężnika naszego parkingu przed domem, jak to się odbywa ostatnimi czasy i pomyślawszy sobie kurcze blade raz kozie śmierć i kiedy tylko malutek zasnął włożyłam ja do wózka i poszłam na spacer.  Chciałam kupić włóczkę w sklepiku niedaleko, 20 minut na piechotę. Zakupiwszy motek (tylko szybko, szybko!) rozochocona tym małym sukcesem nieopatrznie dałam się ponieść chwili i zaszłam az do dalekiego parku koło katedry (raptem pół godziny od nas). Bo tak ładnie spała. Tak ładnie żarło, aż zdechło, przed samym parkiem oczka PING! i koniec spania. Oglądałyśmy zatem dzieci grające w piłkę, gołębie, fontannę, oczywiście wszystko u mnie na rączkach, a kiedy już się zmęczyła nakarmiłam ją troszkę (przestałam się wstydzić wyciągać cycek publicznie - z Moriniakiem to nie przejdzie, jak jest głodna, to cycek ma być natychmiast! albo czeka mnie rychłe ogłuchnięcie) i miałam (malutką, co prawda) nadzieję, że uśnie i będę mogła ją włożyć do wózka. Ale nie było szans oczywiście. Do autobusu szłam z siedmiokilowym Moriniakiem na ręku popychając wózek przed sobą. Jakimś cudem podczas jazdy malutek zainteresował się frędzlami z mojego szalika i się nie darł, bo byśmy musiały wysiadać - nie wolno dzieci przewozić na kolanach.

Ale dojechałyśmy do domu. Ufff.

Bo na spacery, od kiedy utknęłam na pół godziny z wrzeszczącą dziewczynką na rogu Donore Avenue i Donore Street, dokładnie na tym rogu co go widać w oddali,

gdzie jest szaro szaro szaro i nie ma nic i musiałam dzwonić do taty, który właśnie na całe szczęście wracał z pracy, i nas uratował,

to chodzimy ostatnio tylko z M, który niesie krzykacza, jak zajdzie taka potrzeba.

Jak na przykład tu.

M z Moriniakiem na ręku. Idzie w stronę parku. Nie trzyma dziecka specjalnie do zdjęcia, tylko w ogóle go trzyma, bo malutek oczywiście oprotestował wózek i nie będzie w nim jechał za żadne skarby świata.

Ale dziś mi się upiekło:)

23:14, inny_glos
Link Komentarze (7) »
piątek, 23 października 2015

Macierzynstwo to jak kop w glowe z polobrotu. Przez pierwszy rok nie wiesz co cie dopadlo;) Tylko sie cudownie o tym zapomina w ciagu nastepnych paru lat.

W gorszych chwilach czytam Biona i idea pracy matki jako przyjecia elementow beta od dziecka i zamiany ich na alfa pomaga i tlumaczy czemu ta matka taka zmeczona zabawa z przeslicznym bobasem. Malutkie dziecko bowiem jest w stanie psychozy, pelne niezintegrowanych potwornych uczuc i odczuc cielesnych. Matka je przyjmuje w siebie, przepracowuje i nazywa i w takiej przerobionej postaci zwraca niemowleciu. Niemowle nie odczuwa glodu, tylko AAAAAAA! nienazwana groze, dopiero matka nazywa i oblaskawia te uczucia i w ten sposob pomaga niemowleciu myslec. Morineczko kochana, gloda jestes sloneczko, nie trzeba tak krzyczec, to tylko gloda Morinka byla. I tak dalej, setki razy dziennie. Ale aby to zrobic dobrze same slowa nie wystarcza, trzeba to AAAAAA wziac w siebie, wchlanac, poczuc te groze anihilacji i przetworzyc. A to jest ciezka emocjonalna praca. Cale szczescie ze ten nasz psychotyk taki uroczy:)

Psychologowie sa zgodni - to matka/opiekun tworzy zreby umyslu dziecka. Uczy go jak myslec - bez tego dziecko nie stanie sie czlowiekiem. Nigdy nie nauczy sie mowic i rozwazac rzeczywistosci na ludzki sposob. 

Powtarzam to sobie, kiedy Moriniak nie chce lezec w wozku i spacerek staje sie noszeniem siedmiu kilo na rekach przez czterdziesci minut. Zeby nie plakala. I kiedy jest tak zmeczona, ze zanosi sie placzem i nie moze zasnac. I kiedy chce spac tylko na raczkach w pozycji pionowej, bo meczy ja refuks. I kiedy budzi sie po raz kolejny w nocy, je i sie kreci przez nastepna godzine, bo budza ja jej wlasne pryki;) 

12:58, inny_glos
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 października 2015

Mam ostatnio wrażenie, że dorastamy, w sumie przydałoby się po czterdziestce, prawda? Dorastanie jak wiadomo jest bardzo bolesne, bo trzeba zrezygnować z dziecięcych fantazji, przejść przez nastoletni katastrofizm, przyjąć odpowiedzialność, ale i zrozumieć swój dość ograniczony wpływ na losy świata. I zaakceptować świat jakim jest. Zły i dobry równocześnie, kojący i okrutny, fantastyczny i upiorny.

Niełatwo jest postrzegać rzeczywistość w całej jej złożoności, niełatwo nie dać się zapędzić w jeden z kozich rogów i ani nie wieścić końca świata, ani też nie być pożytecznym idiotą. Skomplikowane kwestie są skomplikowane i nie można ich rozwiązać jednym prostym posunięciem, ale ludzie - my, ja, wy - nie lubimy się męczyć i sięgamy chętniej po wyjaśnienia łatwe. Stereotypy. Uprzedzenia. Uproszczenia. Obrazy świata oparte o prosty biologiczny podział my-oni, swoi-obcy, bezpieczni-niebezpieczni itd itp. A korzysta na tym system, bo pośród tych całych kłótni nic sie nie zmienia. Może tkwić w homeostazie. Czyli status quo zostaje zachowany - biedni zostają biedni, bogaci się bogacą, potężni się zbroją, malutcy są wykorzystywani, a uchodźcy są idealnym kozłem ofiarnym. Bo są mali, czarni i kosmaci. Brudni. I śmierdzą. I śmiecą. My im wszystko - stare koce i butelki w wodą, a oni śmiecą. No jak oni śmieją! Smią? Jak mogą! A do tego nie wierzą w Boga. To znaczy wierzą, ale w innego, czyli nie wierzą. Są brudni, brzydcy, głupi i zacofani, a do tego groźni, o! właśnie - są przecież GROŹNI! więc zwalnia nas to z chrześcijańskiej postawy, bo przecież nie nastawimy drugiego policzka, gdy przyjeżdżają tu gwałcić, ścinać głowy i się rządzić! Prawda? I wszystkie dzieci nasze są, ale tylko wszyskie nasze są nasze, przecież to oczywiste, bo tamci to się rozmnażają jak zwierzęta po prostu. Dać im trochę pomocy humanitarnej, a oni już hop! I znów się rozmnożą, jak króliki, i potem tylko łapy po jeszcze więcej i po zasiłki i domy chcą za darmo! ZA DARMO!

Polski Internet - chrześcijański głos w Twoim domu:

Właściwie z całego naszego humanitaryzmu jesteśmy zwolnieni, kiedy ONI są groźni, nasza wiara już tak daleko nie sięga, a co dopiero empatia. Kiedy czeka nas rychła zagłada z rąk muzułmanów, atak staje się obroną konieczną a wyciągnięcie ręki i ludzkie współczucie - głupotą.

Ale skoro nie można otworzyć granic i przyjąć pięćdziesiąt milionów ludzi, to co?

Co można zrobić?

Czy coś można zrobić?

17:05, inny_glos
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 października 2015

Popisałabym, ale brak mi trzeciej ręki. Bo jedną to tak niewygodnie.

Zaprzyjaźniam się z paniami z Lidla i ze sklepu polskiego, zawsze byłam nieco - wycofana? zamotana? zawstydzona? co z zewnątrz wyglądało jakbym była wyniosła i z muchami w nosie, co w sumie może i było prawdą - żeby do pań zagadywać, czy w ogóle do kogokolwiek na przystanku, przy ladzie, w autobusie. A teraz w moich chwilach wieczornego luksusu, kiedy wyskakuję do Lidla po tym jak M przychodzi z pracy, panie wydają mi się tak przyjaźnie znajome, a ja tak wygłodniała kobiecych gadek, że mowie. Że TaMoja to drze się w wózku i już nie wiem, co mam robić. Że smoka też nie chce. Że w kombinezoniku za gorąco. I tak dalej. Takie zwykłe gadki-szmatki, żadne tam dywagacje nad istotą bytu, tylko komentarze z samego środka egzystencji, zwyczajne opisy rzeczywistości matczynej, subiektywne i wspólne wszystkim matkom równocześnie. A te chwile kompletniego porozumienia, kiedy ja wiem, że one wiedzą i razem dzielimy tę rzeczywistość, chowam sobie w głowie i przynoszę jak trofea do domu, może i ważniejsze łupy niż te zakupy.

I czas minął.

22:40, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 października 2015
Z ciekawostek medycznych

M zapisalam do lekarza, bo mu taki guzek na szyi wyskoczyl. Badanie przez GP i konsultanta (specjalisty endokrynologa) wskazywalo na powiekszona tarczyca (jak myslalam), po USG i hormonach z krwi, specjalista stwierdzil, ze to prawdopodobnie po Czernobylu (!). Trzeba kontrolowac. Podobno ma wielu pacjentow koło czterdziestki z Europy Wschodnej, najwiecej z Bialorusi. Dostalismy plyn Lugola za pozno.

14:06, inny_glos
Link Komentarze (3) »

Tak, tak, Adek zdaje na studia. Ma 16 lat.

Jak tutaj przyjechalismy to umknal mu 1 rok - dzieciaki tu ida do pierwszej klasy jako szesciolatki (wlasciwie siedmio- i szescio-, bo liczy sie rok szkolny, nie kalendarzowy. Czyli najmlodsze sa z sierpnia a najstarsze wrzesnia poprzedniego roku. A do szkoly ida czterolatki i nie ma tu panstwa Elbowskich ratujacych dzieci przed zguba;). W sredniej szkole znowu zgubil rok, bo zamiast 6 lat mial 5. W bogatszych szkolach tutaj maja tzw. transition year, rok, podczas ktorego dzieciaki maja tylko jakas praktyke zawodowa, tuz przed klasa maturalna. Adka szkola jest biedna i nie maja klasy 5, tylko z 4 skacza do 6. Material z przedmiotow ten sam. 

Oznacza to, ze bedzie mial 17 lat jak zacznie studia. I to mnie troche martwi, bo to niedojrzaly bardzo wiek jest. Pod wzgledem intelektualnym sie nie boje, ale emocjonalnie to jeszcze taki bardzo nastolatek z niego.

Choc wzial sie do roboty ostatnio. Co sie oczywiscie wiaze z kladzeniem sie spac przed druga w nocy, bo przeciez inaczej sie nie da, nie? Ale tam, jeszcze nikt sie nie nauczyl na bledach rodzicow przeciez. Samemu trzeba.

Wiec siedzi po nocy i cisnie te zadania, az dumna jestem. Ale ma tu tez takiego prawdziwego geniusza w klasie - Alexandra, Polaka, chlopca z syndromem Aspergera (na moje oko) i ogromnym matematycznym talentem. Ktory jest po prostu najlepszy. Ze wszystkiego. Cieszy mnie to, bo dla Adka to otrzezwienie zapobiegajace narcystycznemu triumfowaniu - wie juz, ze bycie najlepszym na swiecie jest nieosiagalne i nie ma co wywyzszac sie i ponizac innych.


(przepraszam za brak polskich liter, ale pisze jedna reka)

13:46, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 października 2015

Dziewczynka ładnie spi. Ale tylko na raczkach. Dzis to juz dwie i pol godziny. Nie przeszkadza jej nic. Odlozona budzi sie w 10 minut. Troche nie wiemy jak ja nauczyc spania w lozeczku - smoka wypluwa, kolysanie nic nie daje, a jak jest niezadowolona to nie kwili, ale sie drze. No i nie chce jej tak do darcia doprowadzac, wiec przewaznie ta pierwsza drzemke ma na raczkach. Ale jest to zdeczka niewygodne.

15:32, inny_glos
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 12 października 2015

Moriniaczkowi niepostrzezenie stuknely dwa MIESIACE. Robi wszystko, co dwumiesieczniak robic powinien, moje neurozy obficie rozrosniete na nawozie Internetu (a moze ma AUTYZM???) obala jednym 'ghrrr' patrzac sie prosto w oczy. Gada do nas i do swiatelek na suficie, rozsyla usmiechy juz bardziej szczodrze, fika nago grubasnymi nozkami i coraz bardziej przypomia Ryszarda Kalisza. 

Ja dalej rozkminiam strachy w głowie karmiąc maleńtasa każdej nocy po 5 razy (i jak to możliwe, że są dzieci, które przesypiają całą noc? Ja za nieprzerwane 5 godzin dałabym sobie rękę uciąć! No, może mały palec, bo jednaj ręka się przydaje). Tylko po szczepionce przespała ciurkiem cztery i pół godziny, od 10 do 2, następnego dnia też, tak, żeby mi pokazać skrawek nieba, a było to we wtorek tydzień temu i od tej pory ani razu. Nie-e. Aż w dzikich fantazjach widziałam się szczepiącą swoje dziecko PO RAZ DRUGI, tylko po to, żeby się trochę wyspać. Ech.

Luksus cieszenia się M w domu powoli się kończy, bo M załapał się na taki program rządowy i zaczyna staż. Od środy. W fundacji walczącej z bezdomnością, czyli tak jak chciał będzie społecznie użyteczny. Staż tylko pół etatu i tylko 9 miesięcy, ale zawsze to krok w dobrym kierunku. 

Tym bardziej, że niepokojących ruchów w mojej szkole ciąg dalszy. Plotki mówią, że szykują się do sprzedaży. 

A Adziarz wysyła aplikacje na studia. Do Oxfordu. Ma chłopak ambicję. Choć Oxford chyba jednak mało prawdopodobny (sam proces rekrutacyjny trwa pół roku i składa się z wypracowania o sobie, testu z matmy lub testu na inteligencję, jeśli się zdaje na jakieś bardziej humanistyczne kierunki i rozmowy kwalifikacyjnej. Po tym oferowane - lub nie - jest miejsce na uczelni pod warunkiem, że z matury dostanie się co najmniej cztery piątki), cieszę się bardzo, bo zaczął się wreszcie UCZYĆ. Trochę. To znaczy robić zadania domowe;) I rzeczywiście widzę, jak ślęczy nad cyferkami i wzorami. Ech, cieszę się, że moje dziecko to ścisłowiec - takim ludziom jest w życiu zawodowym duuużo łatwiej. Nie trzeba być najlepszym na świecie, żeby dostać pracę, tak, jak to jest w przypadku humanistów. 

Codzienność się plecie, gdyby tylko człowiek trochę mniej był zmęczony. I trochę mniej niepewny przyszłości. 

13:09, inny_glos
Link Komentarze (2) »
czwartek, 01 października 2015

Omdlewająca nad filiżanką herbaty karmiłam i karmiłam, a Morinka sobie jadła i jadła. Trochę jadła, trochę spała, trochę sapała, trochę płakała, jak to ona. Na koniec wyglądało, że usnęła. No i całe szczęście, bo czułam, że dalej już nie wytrzymam, roztopię się jak góra masła. Moim celem wyprawy było kupienie Morince jakiegoś sweterka, bo tu październik za pasem a maluch ma tylko śpiochy. Skończyłam zatem karmienie, wypiłam gorącą herbatę (w końcu zapłaciłam dwa i pół euro!), zadzwoniłam do M, że zaraz natychmiast idziemy do sklepu, włożyłam maleńtasa do wózka i poszłyśmy. 

A w wózku Morinka zrobiła ping! i otworzyła oczka. Nie spała. Trochę mnie to zaniepokoiło, no ale bez przesady, prawda? Ale już wietrzyłam podstęp. Doszłyśmy do galerii handlowej St. Stephens Green, szybko szybko, władowałyśmy się do sklepu, schodami ruchomymi w górę, krążąc z wózkiem łypałam na sweterki, ale wszystkie po 20 euro! 20 euro!! Złapałam jakąś bluzę dresową, wszystko jedno, ważne, że bawełna i z kapturem i nie za droga. I wtedy poczułam, że MUSZĘ maleńtasa przebrać. Ale niestety, w pomroczności jasnej (nie spanie powoduje dziury w mózgu, są na to naukowe badania) nie wzięłam ani pieluchy, ani śpioszków, ani niczego. Duży błąd. W międzyczasie tak zwanym Morinka zaczęła kwękać. Wpadłam więc do drogerii po pieluchy, jak po ogień, i do przebieralni. Kiedy ściągałam brudną pieluchę maleńtas zaczął sikać, bo jak powszechnie wiadomo, dzieci zaczynają sikać w momencie jak się im ściągnie pieluszkę. Ale nie ze mną te numery, uśmiechnęłam się nawet do siebie pod nosem jak złapałam siuśki jeszcze do starej pieluchy i bardzo z siebie zadowolona ściągnęłam ją i wyrzuciłam do kosza. I w tym momencie moje dziecko zdecydowało się zesikać NAPRAWDĘ, na koszulkę, śpioszki i kocyk. Który oczywiście rozścieliłam na przebieraku, żeby dzieciątko miało przyjemnie. Cóż było robić, zapakowałam mokrą Morinkę do wózka, owinęłam drugim suchym kocykiem. Zaczęła płakać. Wyjechałam z przebieralni.  Zaczęła się zanosić. A muszę wam powiedzieć, że potrafi dać czadu. (W sumie też bym dawała, gdybym musiała jechać przez pół miasta w mokrych majciochach, hmm.) Nie słyszałam w okolicy drugiego tak głośno wrzeszczącego dziecka. W galerii musiałyśmy zjechać windą na dół, nie patrzyłam się ludziom w windzie w oczy, kiedy im pękały bębenki od wrzasku w metalowej klatce. Wyjeżdżałyśmy na sygnale, co pięć minut przystawałam, wyciągałam syrenkę alarmową, zawiniętą w jedyny suchy kocyk, i próbowałam ją uspokoić. Z bardzo miernym skutkiem. Czyli właściwie bez. Wyszłyśmy z galerii, a maleńtasek darł się dalej. Darł się na ulicy i na chodniku i pod teatrem i koło pubu i przez całą półgodzinną drogę do M, który już do nas biegł. A na ostatniej prostej, tuż przed zbawczymi ramionami M, spotkałam koleżankę z pracy. Maleńtas darł się CAŁY CZAS, przypominam. CAŁY. Ja spocona i też bliska płaczu, a tu wiadomo - trzeba uprawiać pracowe small talki, koleżanka zachwycajaca sie cute baby, a to śliczne baby właśnie w trakcie opętania. 

A potem pojawił się M, wziął krzykacza na ręce i córeczka wreszcie usnela. W pionie, oczywiście. Tak, jak lubi. A ja, jak grzeczna i dobrze wychowana żona i matka, szłam za nimi i pchałam wózek.

20:30, inny_glos
Link Komentarze (4) »
środa, 30 września 2015

Morinek nie daje mi dokończyć historii o niej , może nie lubi być obgadywana. Ale cdn, nie martwcie się.

Na razie musi nam wystarczyć Morinek dzisiejszy.

11:36, inny_glos
Link Komentarze (6) »
sobota, 26 września 2015

Powinnam była to przewidzieć w momencie, w którym nakładałam gacie babuni, majciochy, które sobie kupiłam do porodu (dlaczego 6 par? dlaczego AŻ 6?), że dzień będzie ciężki. Taki dzień, jakie majciochy - ogromne jak namiot, blade jak prześcieradło, wzdęte żagle na falach trudnej matczynej rzeczywistości. Zakładane obecnie w chwilach wyższej konieczności, to znaczy, kiedy wszystkie inne czyste się pokończą.

A zaczęło się tak niewinnie - pojedziemy do lumpeksu poszukać M koszule do pracy. Maleńtasek zwiódł nas na samym począteczku - w autobusie aniołeczek śpi, w pierwszym sklepie śpi, a kiedy w końcu lekko zaczęła się wiercić poszukam jakieś knajpy i ją nakarmię, rzuciłam M. I wyszłam. Było pięknie, błękitne Dublińskie niebo, takie, jakie tylko we wrześniu, ostre słońce i powietrze, ale nie mogłyśmy przecież usiąść na środku ruchliwej dublińskiej ulicy, a nie było wolnego miejsca w przytulnej cafe, idealnej akurat do nakarmienia maleńtasa. Kiedy wreszcie znalazłyśmy kawałek podłogi w pierwszej w miarę, ale nic ponad tę miarę - zydelek z kawałka drewna wbijał się w tyłek, grzejąca lampa nad głową, która dawała na początku przyjemne ciepełko, po pół godzinie sprawiła, że pod kocykiem i maleńtasem karmionym piersią, swetrem, koszulą i stanikiem strumyki potu wezbrały jak Narew na wiosnę, ręka z tobołkiem omdlewała bez żadnego bocznego podparcia, gorąca zielona herbata za bardzo była wrzątkiem, żeby ją móc bezpiecznie pić nad zawiniątkiem z człowiekiem. I w ogóle po co, skoro i tak gorąco było jak w piecu. Powinnam była zamowić mrożony jogurt.

cdn

21:52, inny_glos
Link Komentarze (6) »
sobota, 19 września 2015

Pewno macie rację, zmęczenie nocnym budzeniem i codziennymi wymaganiami Morinki zaciemniły mi umysł. Morinka jest cudem, co nie zmienia faktu, że taki malutek to codzienny kołowrót - od rana do wieczora jest się na każde płaknięcie, czasem chce być w poziomie, a czasem w pionie, czasem w chuście może być, a czasem chusta jest zła, czasem chce jeść, a czasem tylko pomarudzić przy cycku, i zgaduj zgadula, a jak nie zgadniesz, to włącza alarm, moja syrenka. Alarmowa. A w nocy pobudki co 2 godziny. Karmię piersią, więc to podobno dość normalne i wyspanej nocy można się spodziewać koło roku, ale wiedza ta jedynie w niektórych dobrych chwilach pomaga na zmęczenie. Gdyby to jeszcze było samo budzenie i jedzenie, ale oczywiście trzeba dziecko potem odbić, często też przebrać, potem się uleje i trzeba znowu trochę podkarmić i z dwóch godzin zostaje godzina na sen. A czasem budzi się co półtorej i wtedy mam wrażenie, że zupełnie nie spałam. Piszę tu oczywistości, które wszystkie znacie, ale podejrzewam, że już zapomniałyście;) W sumie jak na to inaczej spojrzeć, to mam szczęście, że M jest teraz w domu, bo mogę mu podrzucić małą rano na dwie godzinki i dospać. Inaczej bym chodziła jak zombi.

Morinka nawiązuje kontakt. Zaczyna głużyć, wodzić wzrokiem, uśmiechać się również i do mnie i jak pomyślę, że jeszcze 7 tygodni temu była w brzuchu, to nie mogę uwierzyć. W to, że jest tutaj.

Jeszcze czeka na mnie wpis o Adziarzu, bo w tym całym zakręceniu małym człowiekiem nie wolno zapomnieć o dużym bracie. Który w tym roku ma maturę, rany julek, zupełnie mi się to nie podoba. Jeszcze jest niedojrzały jak szczypiorek na wiosnę, jak śliwki w maju, egzamin dojrzałości u siedemnastolatka brzmi jak żart. No ale. NIe mamy wyjścia. 

Adek zachwycił się oczywiście Morinką, od początku przybiegał, żeby się trochę na nią popatrzyć i mówił Ale fajna jest Morinka, nie? Ale minęło trochę czasu i pięćdziesięciosześcio centymentrowy człowiek zaczał nas ustawiać pod sznurek i nawet POŁOWY długo obiecywanego filmu nie dało się wczoraj obejrzeć razem z Adkiem (maleńtas zdecydował, że mamusia musi leżeć koło niego, bo inaczej włącza alarm, więc po półtorej godzinie wysmykiwania się, kiedy już już się wydawało, że usnęła i powrotu w te pędy, kiedy jednak się nausznie okazywało, że nie, poddałam się). Chłopaki obejrzeli film sami. Ale coś czuję, że choć świadomie Adziarz jest bardzo racjonalny i wie, że nie ma co się buntować i porównywać z sześciotygodniowym noworodkiem, nieświadomie może trochę odczuwać, że oto mały potwór odebrał mu mamę i tatę. 

A nasza syrenka (alarmowa) wygląda tak:

tu się zamierza zaraz rozpłakać:

Ale dziś, dziś byłam na MIEŚCIE!

Zwykła handlowa ulica Dublina, zwykli ludzie w gorączce zakupów w sobotę, ludzie, dotychczas zauważani przeze mnie dopiero, jak na nich wpadałam, a ja się czułam ja na wakacjach. Egzotycznie i odświętnie. 

22:41, inny_glos
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 14 września 2015

Jest trudno. Kiedy Morinka budzi mnie 5 razy w ciągu nocy mam dużo czasu na rozmyślania. Ale czas ten taki nocny jest, ciemny, zmęczony, więc i rozmyślania bardziej szare, a może nawet czarne. Niepotrzebne takie rozmyślania może, ale przychodzą i już, i człowiek nie ma wyboru. Czasem dochodzę z nimi do kresu i jedyne co mi pomaga, to mówienie sobie, że to są tylko rozmyślania, są tylko w mojej głowie, bo jak to tam ta rzeczywistość wygląda naprawdę to przecież nie wiadomo, a przyszłość to już w ogóle. Więc tak tej nocy chodzę sobie w mojej głowie tam i z powrotem i zaglądam do dołu i staram się go obejść, ale jak tylko zrobię krok w prawo i jakąś ścieżynkę znajdę w prawo, to znowu za zakrętem dół tenże się objawia. Jakby na nowo. W lewo to samo. I prosto. Wiem, że on istnieje  tylko w mojej głowie, ale jakoś nie umiem sobie tego pstyczka w głowie przekręcić, żeby wyłączyć te ciemne fantazje, żeby pozbyć się z umysłu tej wizji nadciągającej katastrofy. I nas z dziećmi na ulicy.

Dziś byłyśmy z Morinką u pani (tydzień temu byłam pierwszy raz po przerwie i kiedy tłumaczyłam, że nie wiem, czy mogę przychodzić, bo Moriniak jeszcze malutki i nie jestem pewna jak zniesie trzy godziny beze mnie, pani zaproponowała, że mogę przyjść z Moriniakiem. A potem dodała, że bardzo chciałaby ją zobaczyć:) W końcu moja dziewczynka chodziła ze mną na terapię przez 9 miesięcy!). I dziś zrozumiałam, że jesteśmy z Mi fighters. Że walczymy. Że się nie poddajemy. Że nie rezygnujemy z czegoś tylko dlatego, że to jest trudne. Że cały czas, całe nasze życie walczymy i że będziemy walczyć i że dopiero będzie źle, jak się poddamy. Że życie jest trudne, ale nie puste. Nie jałowe. Nie wyprane z wszelkiego znaczenia.

Ale jest ciężko. Może nie tragicznie, ale trudno. Niepewność jutra zjada mnie od środka.

M był na rozmowie o pracę w mojej pracy (otwierają nowy oddział 100 km od Dublina i pomyśleliśmy, że nawet mógłby dojeżdżać. Nawet na jeden wykład). Manager stwierdził, że prezentacja była fascinating. Annette napisała mi, że bardzo ciekawie mówił. Ale i tak pewnie wzięli Irlandczyka z doświadczeniem. Nie dali jeszcze znać, ale już chyba po sprawie. Boję się, że na wyrwanie się z fabryki nie ma szans:(

A Morinka dziś 6 tygodni. I 5200, mój grubasek. Kto by pomyślał, że urodzę takiego żarłoka? Takiego Moriniaka, co nie prosi, ale się domaga, co nie płacze, ale się złości, nie marudzi, ale się wścieka? Taką siłaczkę, której się wydaje, że rządzi światem;)

20:42, inny_glos
Link Komentarze (6) »
wtorek, 08 września 2015

Mich dwie rozmowy o pracę, jutro raniutko i pojutrze, więc szybko szybko, prezentacja, garnitury, przykładowe pytania, przykładowe odpowiedzi, trzeba się chociaż słownikowo przygotować i o co jeszcze mogą zapytać?, a tu kolka.

Kolka. 

I nic nie da się zrobić. Wrzeszczak nie chce być w chuście, nie chce spać, leżeć, jeść, ewentualnie może być na rączkach noszony i bujany. Ale i to nie gwarantuje ciszy. 

Za dużo wrażeń, kolorów, zapachów, mamo widziałam dziś drzewa, i słońce, i wiart wiał, no i w ogóle, ta rzeczywstość, mamo, ona atakuje!

I Mich powtarzający prezentację i ja jednym palcem stukająca odpowiedzi na spodziewane pytania i wrzeszczak memlący cycka, co go tylko na chwilę uspokaja. A tak w ogóle to 5 tygodni wczoraj.

Idę spać, póki (w końcu) cisza.

23:34, inny_glos
Link Komentarze (2) »
niedziela, 06 września 2015

 

Zobaczcie jaką Morinka dostała FANTASTYCZNĄ kartkę z okazji narodzin:

W życiu czegoś tak pięknego nie dostałam! Niektóre ciocie to mają fantazję:) 

Żyjemy.

Jest dużo lepiej. Codziennie dowiaduję się o sobie czegoś innego.

 

 

17:04, inny_glos
Link Komentarze (1) »
czwartek, 03 września 2015

Mamy mrowie bezcennych obserwacji, tylko nie mam kiedy ich zapisać. 

Na przykład.

Z dzieckiem dochodzisz do kresu siebie. I idziesz dalej, bo za bardzo nie masz wyjścia.

Jeśli ci się wydaje, że masz wyjście, to uważaj. Bo możesz zostać matką małej Madzi.

Jeśli kiedyś chciałam się zmienić, to właśnie teraz mam okazję. Morinka jak mały Budda uczy mnie nie liczyć za bardzo na przyszłość i nie robić planów, tylko robić, co mogę tu i teraz. 

Nie przyszło mi dotychczas do głowy jak bardzo moje życie oparte jest na pewnych przyzwyczajeniach. A wręcz uzależnieniach. Na przykład uzależniona jestem od umycia zębów przed snem. Jeśli coś tak prozaicznego jak umycie zębów nie pozwala mi spać, to może nie jestem naprawdę zmęczona. Albo nie jestem aż tak duchowo rozwinięta, jeśli karmię ją drugą godzinę i marzę o umyciu zębów. I zastanawiam się, czy lepiej wstać i ryzykować płacz nieutulony, czy olać i zasnąć i umyć o 12 czy 2 w nocy czy też kiedy tam mnie znowu obudzi na karmienie. 

I proszę, od czego człowiek może się uzależnić. 

20:47, inny_glos
Link Komentarze (3) »
stat4u