RSS
wtorek, 12 lipca 2016

Jest taki sposób na to, jak chce się coś zrobić, albo coś robić, ale się ciągle tego nie robi, bo się zapomina, albo się myśli, że zrobi się jutro. Ten sposób to robić to, tylko bardzo bardzo malutko, tak wręcz śmiesznie malutko, tak tyci tyci, żeby nie móc powiedzieć, że dziś to nie, bo za późno, albo za mało czasu. Żeby nawet nie poczuć, że się nie chce. Nazywa się to mini-nawyki (mini-habits dla angielskojęzycznych, polecam książkę!) i polega na tym, że jak chcemy ćwiczyć, to postanawiamy codziennie zrobić JEDEN przysiad, może być więcej, ale nie musi, a wręcz nie powinniśmy sobie więcej postanawiać, bo jak z jednego zrobimy dziesięć, to nic nie zrobimy, czyli jak zwykle. Jeśli chcemy napisać ksiązkę to postanawiamy codziennie napisać 50 słów, jeśli chcemy medytować, to umawiamy się z samym sobą na MINUTĘ medytacji i tak dalej i tym podobnie.

A zatem ja postanawiam oto dziś przez następny miesiąc pisać codziennie JEDNO zdanie, choć jedno, może być tylko jedno, a może i dwa, albo i - hohoho! - trzy! 

Ale codziennie. 

A Morinek skończył 11 miesięcy i naprawdę mój mózg się zupełnie w supeł zaplątuje, jak o tym myślę, bo był to NAJDŁUŻSZY  i NAJKRÓTSZY rok w moim życiu. A właściwie jeden z dwóch o takich właściwościach z gatunku zarchiwumx.

A tutaj Morinek strzela miny trola a mi światło przedburzowe i aparat w komórce razem zmarszczki wyprasowali, więc wrzucam foty, proszę:

23:30, inny_glos
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 27 czerwca 2016
Brexit, parę uwag

No i wyszli z Europy, czego podobno nikt się nie spodziewał. Ale przecież już od dawna ta biedna część społeczeństwa angielskiego stawała się coraz biedniejsza, godne życie wywalczone po drugiej wojnie światowej było coraz mniej godne, rosła nierówność społeczna i różnice w dochodach. Na skargi klasy pracującej klasa średnia miała od dawna jedną receptę: mobilność społeczną, czyli tak naprawdę zlikwidowanie klasy pracującej.

Brexit dla mnie jest właśnie krzykiem tej pomijanej części społeczeństwa, tych wszystkich wkurwionych Jamesów i Nikoli, którzy zostali skutecznie wypchnięci z rynku pracy albo ich zarobki zostały skutecznie zamrożone od 10 lat dzięki Polakom. Nie, nie jestem przeciwko Polakom, a już w szczególności Polskim imigrantom, sytuacja jest bardziej skomplikowana. Brexit jest konsekwencją neoliberalnej polityki rozpoczętej w latach osiemdziesiątych przez Thatcher, a potem wesoło kontynuowanej nawet przez Blaira, który był politykiem partii pracy tylko z nazwy. Tak naprawdę Blair i jego Trzecia Droga umocniła ekonomiczny liberalizm, a Polacy tylko do tego byli potrzebni - do pracy za płacę minimaną albo za pieniądze niższe, niż Anglik by się zgodził. I jeszcze ta 'etyka pracy' z której polscy robotnicy są otwarcie dumni - ile razy słyszałam w UK (i tutaj również), że 'Angole (Irole etc.) są leniwi i pracować im się nie chce' nie to co nam - zmiana po 12 godzin i heja! bez żadnych przerw, na akord i w tempie sprintu. Takie nastawienie jest możliwe tylko u grup aspirujących, które poświęcają z trudem wywalczone prawa pracy tylko dlatego, że w tej sytuacji im się to opłaca, na krótką metę jest to dla nich korzystne, a dłuższą perspektywą nikt sobie głowy nie zawraca, zupełnie tak samo, jak dla partii rządzących horyzont zdarzeń kończy się na czterech latach. Niestety, na niższych kosztach pracy korzystają głównie elity i przedsiębiorcy, ale ci do momentu, kiedy imigranci zaczynają zakładać firmy i konkurować ceną usług, a że obcokrajowcom zwykle zajmuje parę lat oswojenie się z nowym krajem i rozeznanie się w przepisach i szansach, to okazuje się, że przedsiębiorcy popierają imigrację zwykle tylko przez parę lat po momencie najniższego bezrobocia i wpuszczeniu mas imigrantów. A zatem Brexit, nie oszukujmy się, jest wymierzony przeciwko nam, z Europy Wschodniej, to nie jest sprzeciw przeciw 'Pakim' ani 'ciapatym', bo oni mieszkają w UK od lat i to na zupełnie innych podstawach prawnych.

W Irlandii z reguły już po pierwszym zdaniu poznaję, kto zaraz wyrazi radość z tego, że mieszkam w jego kraju. Akcent interlokutora zdradza, czy jest to osoba dobrze wykształcona, zamożna i z dobrym zawodem, a dla takiej osoby jestem tylko zyskiem - dzięki imigrantom może korzystać z tańszych usług (fryzjer, pralnia, kawiarnie, restauracje, opieka nad dziećmi i staruszkami, sprzątanie - you name it), zarabiać na wynajmie mieszkania (większość wynajmujących to imigranci!) a konkurencją na rynku pracy dla tuziemców nie jesteśmy żadną, bo licencjat z Dublina jest zawsze więcej warty niż magisterka z Warszawy. Dla klasy pracującej, albo - jak się ich ostatnio nazywa - niepracującej - jesteśmy zagrożeniem, bo to 'dzięki' nam przedsiębiorca może powiedzieć 'na twoje miejsce mam stu innych' - Polaków. Stu Polaków. A zatem rasizm, czy też ksenofobia nie wynika z tego, że osoby niewykształcone są głupimi burakami, ale z konkretnej sytuacji ekonomicznej. To również tłumaczy, dlaczego Polacy z UK, którzy mają obywatelstwo brytyjskie często głosowali  za wyjściem z UE - dla nich nowi imigranci to więcej gęb do wspólnej michy. 

Ale niestety wynik referendum dał takie społeczne przyzwolenie na otwarcie rasistowskie i kswnofobiczne postawy, co wcześniej było nie do pomyślenia. Ale może kiedy Polacy sami będą ofiarami zmniejszy to ich rasizm, ksenofobię i nacjonalizm. Bo już naprawdę rzygać mi się chciało od czytania o 'ciapatych' i 'muslach'. Nosił wilk razy kilka ...

 

23:59, inny_glos
Link Komentarze (4) »
sobota, 25 czerwca 2016

Lato nas w Irlandii porozpieszczało przez tydzień, siedem długich dni słońce, słońce, słońce, pakowałam nas zatem z Moriniakiem po pierwszym spaniu (moim i jej, przeważnie) i pierwszej kawie do parku, najpierw tego koło katedry

którego w sumie za bardzo nie lubię, bo tam tylko trawa, potem drugiego, większego, gdzie jest woda i kaczki i fontanna i kwiatki i drzewa. Plac zabaw, trawnik, kocyk, piłeczka, inne dzieci, zjeżdżanie ze zjeżdżalni, huśtawki, zwykły placyk wysypany wiórami (o piaskownice tutaj niestety trudno), na którym Mo zwykle spędza co najmniej godzinę grzebiąc w poszyciu.

I walki jaszczurów w słońcu.

Po drodze gdzieś druga kawa, u Butlersa, jeśli odżałuję trzy euro, albo w jednej z tysiąca kafejek w centrum Dublina, w międzyczasie przeważnie jakiś sklep, tak na szybko, 15 minut i wyjazd, bo dziewczynka nie lubi, zresztą kto by lubił - duszno, tłoczno, głośno, krzykliwie i zamiast dzieci rzędy bluzek, nie to, co na placu zabaw - głośno, krzykliwie, tłoczno, ale wesoło, można do kogoś zagadać, można się z kimś zaprzyjaźnić, można się na kogoś zapatrzyć, można po prostu całą sobą chłonąć ten rwetes.

Lato w Irlandii.

Jej skóra nabrała złocistego odcienia, ma włosy koloru miodu, pachnie wiatrem, słońcem, potem, tym niezapomnianym zapachem dziecka w lecie. A potem kiedy wracamy do domu późnym popołudniem dzwonimy do M, który nas gdzieś spotyka w połowie drogi, koło starego drewnianego pubu Fallona, Mo już pada ze zmęczenia, więc M ją bierze na rączki, ja prowadzę rower, czasem Mo podczas tej drogi zasypia, jeśli nie zrobiła tego już wcześniej, w parku.

Wracamy jak z wyprawy.

Narzekałam na moją pracę, ale ostatnio uświadomiłam sobie, że mam wielkie szczęście, że mogę tak pracować. Dziękuję losowi, że nie muszę spędzać w biurze codziennie ośmiu godzin i zostawiać dziecka w żłobku na całe dnie, że zarabiając rocznie nieco poniżej średniej krajowej pracuję praktycznie tylko przez pół roku, w tym nie więcej niż 12 godzin na tydzień poza domem. Jest to czasami ciężkie, przez parę miesięcy nie ma się żadnych wolnych wieczorów ani chwili dla siebie, ale mam poczucie, że moja córeczka jest zadbana, doglądnięta, dopieszczona. Codziennie jestem za to wdzięczna. 

19:56, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 czerwca 2016

 

Staje! Staje! Od dziesięciu dni. Trzyma się stołu, kanapy, fotela, nóżki się jeszcze bujają w różne strony, ale świat wygląda zupełnie inaczej z tej perspektywy. Mówi 'tata' i wydaje się, że trochę świadomie, na prośbę o 'mama' wydyma buziaka i bardzo pociesznie mówi 'bamba' albo nawet 'mamba' z takim b na granicy m. Śpi dwa razy dziennie, w nocy budzi się ze cztery razy, nie wiem nawet ile, bo jestem na granicy snu i jawy, szuszam jej tylko trochę szszszszsz..., przystawiam do cycka oczywiście i zasypia.

I pachnie, cudownie, oszałamiająco, dziecięco, karmelowo, słono i słodko równocześnie, pachnie, sztacham się do upojenia kiedy ją usypiam. Je różne rzeczy, ale nadal jest największą amatorką cycka, cycek to w ogóle zasługuje na poemat czy wręcz epopeję, cycek jest bazą, ugruntowaniem, ziemią, podstawą. W Polsce zauważyłam, że w nowych sytuacjach, kiedy jest niepewna, zmęczona, przestraszona domaga się piersi, bardziej się poprzytula niż zjada, ale po pięciu minutach jest gotowa stawić czoło całemu światu, tramwajowi, hałasowi, dużemu miastu, obcym dzieciom, psom i w ogóle wszekim głośnym i przerażającym objawom życia. W tym wszystkim jest dość odważna, rwie się do inych dzieci, wyciąga rączki, jest ciekawska i zainteresowana światem.

A łatwość karmienia piersią sprawia, że w bardzo zagonionych dniach czasem gdzieś mi z głowy i planu wyleci kaszka albo zupka i dopiero wieczorem orientuję się, że cały dzień była prawie tylko na piersi. Ale już takich dni ma coraz mniej, zawsze staram się jakąś jaglankę lub owsiankę rano i zupkę po południu, pomiędzy jabłuszko i trochę wszystkiego tego, co my jemy. Nie lubi za bardzo pakować jedzenia do buzi sama - jak jej daję jabłko tak śmiesznie nachyba się samym buziakiem z rączkami za plecami.

00:19, inny_glos
Link Komentarze (2) »
niedziela, 12 czerwca 2016

Przyjemność pieczenia to przyjemność ciała, rąk ugniatających kulę ciasta, palców obklejających blachę miękkim, plastycznym tworzywem, toczących zgrabne i mniej zgrabne wałeczki z kurczakowo żółtej, lepkiej substancji.

To pomost pomiędzy plastolinowym dzieciństwem a zaganianym macierzyństwem, chwila oddechu od galopujących myśli, medytacja matki idealna w swej istocie, bo łącząca przyjemność chwili z pożytkiem w przyszłości, a w dodatku z karmieniem w poddtekście.

I to cudowne połączenie zabawy z karmieniem sprawia, że mając wczoraj wolną godzinę rzuciłam się na robienie szarlotki - tym razem kruche ciasto, gruszki i jabłka. I cynamon. 

19:29, inny_glos
Link Komentarze (4) »
sobota, 11 czerwca 2016

Byłyśmy w Polsce. 

W teatrze

na działce

w parku

w domu

W Polsce zawsze zachwyca mnie balsamiczne powietrze, każdy oddech jest przesycony bzem i akacjami, trawą, pokrzywą, lipą i tysiącem innych zapachów unoszących się w powietrzu i opływających całego człowieka. Uwielbiam, zawsze kiedy jestem we W. wdycham i wącham i nacieszyć się nie mogę tą delikatnością i głębią woni. W Irlandii zwykle dominuje ostry zapach morza, ryb, glonów, wodorostów i soli, taki, że aż w nosie kręci. Też lubię i z lubościa wwąchuję się w zielone stwory znalezione na plaży, ale to zupełnie co innego. W Polsce czuję, jakbym cała weszła do amfory, zanurzyła się w wonnej kąpieli różano-akacjowo-trawiastej, słodkiej i łagodnej.

Było cudnie. Gorąco i ludnie, dokładnie tak, jak powinno być na wakacjach.

Morinka ma silną więź z moją mamą, wdrapuje jej się na kolana i buja się do melodii nuconych przez babcię, potrafią tak kiwać się godzinami, aż w końcu Morinek zasypia zmęczony. Pierwszy raz widzę takiego malucha, który po prostu uwielbia muzykę i jest dla mnie dość egzotyczne, jako że mnie słoń na ucho nadepnął. Byłyśmy zupełnym przypadkiem na operze dla dzieci, a właściwie próbie generalnej, miałyśmy tylko zobaczyć i wyjść, ale Mo najpierw zasnęła, potem podjadła (co widać na drugim zdjęciu) potem zaczęła się bujać do muzyki, a na końcu próbowała śpiewać i tak dopiero to wygoniło nas po godzinie z przedstawienia.  

A poza tym powinno się zakazać przyjeżdżania do Polski w maju i czerwcu, bo miesiące te są tak upojne, że człowiek nie chce już być emigrantem.

00:16, inny_glos
Link Komentarze (4) »
czwartek, 09 czerwca 2016

Muszę, choć się nie składa, choć nie mam czasu, choć słowa nie chcą się układać w zdania i w zgrabne historyjki, kiedy już cały dzień ogarnę i obiad i pranie i zakupy i spacer i drzemki i wszystko, mam w głowie pustkę i chcę tylko powgapiać się w ekran przez pół godziny urywając kolejny kawałek serialu. Ale muszę, bo przecież ADEK ZDAJE MATURĘ.

Zaczął wczoraj angielskim. Dziś druga część angielskiego (co ciekawe był akcent polski - interpretacja wiersza Miłosza And yet the books), jutro pierwsza część matmy. Potem tylko jeszcze matematyka stosowana, księgowość, business, fizyka i polski. Wszystko rozszerzone, czyli tutejszy higher level (jest jeszcze ordinary i foundation, taka zupełna podstawa). Z irladzkiego obowiązkowego jest zwolniony (ma szczęście, bo to ponoć jeden z trudnieszych przedmiotów, bardzo nie lubiany przez większość maturzystów), a polski zdaje jako język obcy, co oznacza, że będzie musiał napisać wypracowanie na ... 300 słów. Mam nadzieję, że śmiech na sali;) Jak ktoś jest ciekawy jak wygląda matura z polskiego w Irlandii tutaj może znaleźć przykłady z lat poprzednich. W sumie to się nie denerwuję, chyba nie mam czym. Choć tfu tfu na psa urok, jakby co.

Moriniak będzie jutro, bo dziś dzień Adka.

23:14, inny_glos
Link Komentarze (4) »
czwartek, 19 maja 2016

9 miesięcy i 2 tygodnie.

Słodycz.  Chciałoby się ten czas zatrzymać i wąchać, leżeć i bez końca patrzeć się na te paluszki, stópki, oczka jak paciorki, tę słodkość karmelową, chciałoby się trwać w takim pozaczasie, jak wczoraj, kiedy miała spać, a nagle otworzyła oczka i uśmiechnęła się do mnie i patrzyła się na mnie. Uśmiechała się i patrzyła i uśmiechała i tak trwałyśmy nie wiem jak długo, bo czas jakby stanął w miejscu, kiedy tak w zupełnym bezruchu obserwując mnie równocześnie uśmiechała się takim najpiękniejszym niemowlęcym rozanielonym uśmiechem.

Chciałoby się ten czas przyśpieszyć, żeby już trochę więcej rozumiała, żeby już wiedziała, że nie należy ściągać wszystkiego ze stołu, z kanapy, z łóżka, że nie należy wkładać paluszków między drzwi, kiedy tylko dorosły człowiek się na 10 sekund - dosłownie! - obróci, żeby już umiała sama zasypiać, żeby już przesypiała całą noc, żeby już nie biegła w stronę gorącego żelazka jak zwierzaczek na czterech kończynach, żeby już rozumiała, że mama MUSI ZROBIĆ SIKU i nie robi tego na przekór ani za karę malutkiej dziewczynce, tak samo, jak ubieranie nie jest żadną wymyślną torturą, wynalezioną tylko po to, żeby dręczyć malutków, i żeby wobec tego już tak nie krzyczała jak obdzierana ze skóry kiedy człowiek tylko nakłada malutkowi rajstopki, a nie łamie ustalenia konwencji genewskiej.

Słodycz i słony smak równocześnie, kiedy pot zalewa oczy, bo człowiek od pół godziny niesie dziesięciokilogramowe stworzenie całe w uśmiechach na jednej ręcej, drugą pchając wózek z proszkiem i trzema kilogramami ziemniaków, piecioma zabawkami, butelką wody, piłką, sweterkiem, pieluchą, pampersem, kubeczkiem, kurteczką, czapeczką, a nawet dwoma, przypadkowo w bonusie akurat dzisiaj, śpiewając przy tym przez całą drogę, żeby stworzenie pozostało w uśmiechach, bo od uśmiechu do płaczu bardzo blisko, jak wiadomo, a dokładnie to pół metra, bowiem wystarczy stworzenie obniżyć o 50 centymetrów i włożyć do wózka i voila! Znowu skarga oralna do Trybunału Haskiego na nieludzkie traktowanie malutków.

Czyli słodycz przetykana solą, jak słony karmel, smak czekolady Lindta odkryty przeze mnie tej zimy, i lekką goryczką zmęczenia, sięgającego już zupełnie innego poziomu, innej kategorii wagowej, wręcz innego wymiaru, bo przecież od sierpnia ani jednej. Całej. Nocy. 

 

23:26, inny_glos
Link Komentarze (4) »
wtorek, 10 maja 2016

Taki dziewięciomiesięczniak to najsłodszy jest na całym świecie, kiedy już taka upierdliwość noworodkowa mija, kiedy zaczyna być widać tę przebijającą się człowieczość, ten ogromny wysiłek, żeby się skontaktować z mamą, tatą, bratem, całym światem, te uśmiechy, pokrzykiwania, odpowiadania na zaczepki, to zniecierpliwienie, kiedy ją zagaduję w trakcie badań naukowych okrucha na dywanie, te miny pokazujące 'nie przeszkadzaj, nie widzisz, że pracuję?' nie widzisz, że właśnie studiuję istotę bytu pyłka w powietrzu, kropli w morzu, haustu w powierzu, i ta skupiona mina i trącanie paluszkiem, ale nie całym, tylko samym czubeczkiem, opuszkiem, paznokietkiem.

I ta słodkość wsadziła nóżkę do wrzątku cztery dni temu, moja biedna dziewczynka, moja wina, moja bardzo wielka wina, że z nią na rękach robiłam herbatę, bo Adka brzuch bolał, bo szybko szybko, a samą ją w pokoju boję się już zostawić, i tak oto sekunda i krzyczała dwie godziny, aż zupełnie wykończona zasnęła przy cycku na pogotowiu. Ech. Poparzone malutkie paluszki. Na szczęście tylko paluszki.

22:42, inny_glos
Link Komentarze (5) »
piątek, 29 kwietnia 2016

Grypa czterdziestopniowa M wywaliła nas znowu na orbitę, znowu czasu nie ma, pilna praca do skończenia, problemy techniczne na uni, praca praca praca, zmęczona jestem.

Wpadam zatem tylko wrzucić Morinka. Ma dziewięć miesięcy.

I jeszcze szaro szaro szaro, dlaczego tutaj jest tak szaro, w tej okolicy, w której mieszkamy, kiedyś mi to nie przeszkadzało tak bardzo, bo łatwo było się dostać do zieloności, a teraz ta szarość kłuje mnie w oczy, kiedy idziemy na spacery i zamiast kwiatków, drzewek i trawy widzimy szarość.

Tu kawałek trawnika. Morinka też nie jest przekonana do takiej przyrody, jak widać.

23:29, inny_glos
Link Komentarze (3) »
niedziela, 10 kwietnia 2016

Doroślenie powoduje, że mniej mam wrażenie, że mnie się należy. Ale równocześnie więcej, że mam prawo i powinnam żądać, choć trochę pokrętnie to brzmi. Ostatnio jestem wdzięczna za rzeczy, które dostawałam łatwo od losu i które zawsze uważałam za najzupełniej naturalne - jak zdrowie czy pomoc rodziców. A teraz doceniam, och, jak bardzo doceniam to, że mam mamę i tatę, którzy są w stanie rzucić wszystko i przyjechać opiekować się moją córeczką. Ich drobne upierdliwości bardziej mnie rozśmieszają niż denerwują, ich poglądy, z którymi całe życie walczyłam, nie wydają mi się obecnie warte, by kruszyć kopie. No tak, wydoroślałam.

W tym samym czasie trochę bardziej czuję, że mogę żądać szacunku i dobrego traktowania przez ludzi obcych, mam prawo prosić o podwyżkę, domagać się respektowania moich praw na przykład przez pracodawcę i właściciela mieszkania, w którym mieszkam. Równocześnie na przykład studenci nie muszą mnie lubić (choć to jest fajne i bardzo ułatwia pracę), abym mogła z nimi pracować.

23:02, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 08 kwietnia 2016

Opiekunka nasza cudowna odeszła, w zamian przyjechali dziadkowie na całe dwa tygodnie bawić wnuczkę. Do tego mieszka z nami synek koleżanki przez dwa dni, mamy tydzień na skończenie korekty podręcznika, kończy się semestr co oznacza stosy prac do sprawdzenia a w roli wisienki na torcie mamy Adka wyjazd do Ameryki (dziś byliśmy w ambasadzie załatwiać wizę, w życiu nie widziałam takich środków bezpieczeństwa! kazali mi nawet malutkie perfumy z torebki zostawić na bramce). I maturę za dwa miesiące. Taka kumulacja. A dwa dni temu miałam bilans 8 miesięcznego niemowlęcia, jakim nieopatrznie (kiedy? kiedy?) stała się moja córeczka i pani pielęgniarka środowiskowa mnie nastraszyła, że ma małą głowę i chyba zarośnięte ciemiączko. Bo nie mogła wyczuć. To znaczy głowka jest na 25 percentylu i rośnie jest równomiernie od urodzenia, no ale przez to ciemiączko to lepiej sprawdzać i tak dalej, taki krótki niewinny komentarz, który wystrzelił mnie w kosmos i pół dnia potem czytałam o małogłowiu i w efekcie spałam całe dwie i pół godziny w nocy. Bo małogłowie to opóźnienie rozwojowe, albo niedorozwój, albo całe dziesiątki strasznych nieodwracalnych konsekwencji, Internet to przekleństwo, odpłynęłam jak za dawnych dobrych czasów, po prostu sail away sail away sail away, jak śpiewa mieszkająca po sąsiedzku Enya. W sumie dość nieczęsto zdarza mi się jeszcze taki atak internetowej hipochondrii, ale kiedy jestem przemęczona i przepracowana to mniej odporna psychicznie na takie ataki z nieświadomości. A przepracowani jesteśmy z M potwornie, nawet sobie nie zdawałam sprawy, jak bardzo napięty mieliśmy codzienny plan dnia, w jakim reżimie codziennym żyliśmy dopóki nie przyjechali moi rodzice i nie wzięli Morinki na spacer i na kolanka, a ja w ciągu tej godzinki albo dwóch z przyzwyczajenia z szybkością światła ogarnęłam kuchnię, pranie, pokoje i parę esejów. I poczułam się luksusowo kiedy ugotowano i podano mi zupę. Z ekologicznych najdroższych na świecie buraków z działki mojego taty, które to buraki przebyły 1700 mil drogą powietrzną razem ze swoimi witaminami i żelazem, po to, by mnie wzmocnić. Dziadkowie powinni jednak mieszkać za rogiem. 

20:24, inny_glos
Link Komentarze (1) »
niedziela, 27 marca 2016

Wesołych Świąt, kochani!

My jak para sztukmistrzow zonglujemy czasem - pomiędzy Morinka, przygotowaniami i dodatkową pracą znalezlismy chwile na glądanie serialu z Adkiem. Ale na bloga nie starcza. Oprócz tego staram się być w miarę wyspana. Jest trudno. Czytam książki usypiajac Moriniaka - mam taką malutką ostateczne i leżąc godzinę czy dwie wieczorem udaje mi się przerzucić parę stron. Co mnie niezmiernie cieszy.

Jestem w pędzie, ale szczęśliwa. Brak własnego mieszkania obecnie nie jawi się jako katastrofa. Damy radę. Mamy siebie, damy radę. 

08:24, inny_glos
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 marca 2016

Stałam przy zlewie, myłam gary i to była moja najcenniejsza, bo jedyna, chwila odpoczynku. Nawet w nocy budził mnie płacz - jak mi się wydawało - co chwila. - W co myśmy się władowali - pomyślałam. - Rany. Rany, rany - myślałam - i co my teraz zrobimy?? Myłam te gary i myłam i nic więcej nie myślałam, bo nawet myśli nie chciały się układać ze zmęczenia. Morinka miała wtedy może miesiąc, może dwa a ja jeszcze się nie otrząsnęłam z ciosu młotkiem w głowę, jakim jest przyjście na świat dziecka. Życie składało się z samych chwil 'teraz'. Doskonaliłam się w sztuce przetrwania w postaci najczystszej: życie z noworodkiem.

- Co tam siostra gadasz - mówił mi brat przez Skypa - taki noworodek to tylko śpi i je!

Morinka spała tylko na rączkach albo koło cycka, kiedy nie spała, to jadła, a kiedy nie jadła i nie spała, to chciała oglądać świat z czyichś ramion. 'Nieodkładalna' przez pierwsze trzy miesiące. Najgorszy był piątek, bo juz w czwartek M miał do pracy na rano i nie miałam nawet tych dwóch porannych godzin, które przeważnie ratowały mi życie. W piątek rano zatem było mi już wszystko jedno, wstawałam z Moriniakiem i snułam się przez godzinę, do jej następnej drzemki, kiedy udawało mi się trochę dospac. Do samiutkiego wieczora tylko we dwie, bo Adek na matmie poszkolnej. A potem przychodził M i mogłam - hurra!! - umyć naczynia! Sama! Bez przyczepionego do mnie ssaka! Albo nawet - o zgniłe luksusy! - pójść na zakupy do Lidla! Zobaczyć ludzi! 

Takie były początki, piszę ku pamięci.

A teraz mały naukowiec siedzi sam na dywanie, wytarty, łysy placek z tyłu głowy, jak to na prawdziwego człowieka nauki przystało i w skupieniu, nie, przepraszam, w SKUPIENIU, podnosi klocek i go upuszcza. Podnosi i upuszcza. Turla, podnosi i upuszcza. Pstryka paluszkiem, turla, podnosi, upuszcza trochę dalej. I tak razy trzydzieści. Przez pół godziny. A potem włącza muzyczkę na swoim zabawkowym telefonie i się buja. I uśmiecha.

Mój Morinek.

Wczoraj, na Patryka, w okolicznościowej koszulce:

I bardzo zadowolony w hipsterskiej knajpie:

Tutaj mi się trochę zaniebieszczyla, ale widać jaką grzeczna na spacerku:

15:50, inny_glos
Link Komentarze (6) »
sobota, 05 marca 2016

Morinek skończył wczoraj siedem miesięcy i wpis się mu po prostu NALEŻY. Choć obawiam się, że wszystkich tu zacukruję tak, aż nas zemdli, bo rozczula mnie ta Królewna Siusianka potwornie. Najbardziej, kiedy siedzi sobie w swoim pudełku i wygląda jak postać z Krecika: 

(Boze czemu robię tak potworne zdjęcia?)

Pochylona nad klockiem, łyżeczką, kubkiem, gazetą poddając przedmiot dogłębnie analizie ontyczno-organoleptycznej, ze skupioną miną i grzywką z tyłu spędza nad obiektem badawczym długie minuty testując go i eksperymentując: obracając go, wtykając paluszki w dziurki, wyrzucając z pudełka, klepiąc nim o podłogę, suwając po podłodze, wreszcie liżąc i gryząc. I cały cykl powtarzając 5 razy.

 

Oprócz tego siedmiomiesięczna Morinka tańczy do muzyczki - dziś jej puściłam Bolero Ravela, które w ciąży grałam brzuchowi i patrzę, a tu Morinka SIĘ BUJA. I śpiewa takim strasznie grubym głosem. (Adek się śmiał, że talent ma po mamie).

Zaczęła również spokojniej jeździć w wózku - nadal w nim nie lubi zasypiać i jak jest zmęczona trzeba ją z niego wyciągać na-ten-tychmiast, ale jak nie jest zmęczona to sobie jedzie i PATRZY. Spacery teraz to czysta przyjemność. 

Lubi jak jest hałas, muzyka i mnóstwo przepychających się ludzi, najwyraźniej lubi SPOŁECZEŃSTWO. Dziecko socjologów.

Nie jest za bardzo skupiona na fizyczności, jeśli tak można powiedzieć, przewróciła się dwa razy z pleców na brzuch i z powrotem, dowiedziała się, że tak można, ale woli siedzieć i analizować. Lubi dzielić się wnioskami z badań opowiadając nam coś w strasznym skupieniu. Czasem wydaje mi się, że rozumiem.

Była pierwszy raz była na zjeżdżalni.

Mina mówi, że musimy powtórzyć.

Nadal się budzi w nocy parę razy, w sumie nie wiem nawet ile, bo conocnie jestem taka zaspana, że zapominam policzyć, a już dawno oduczyłam się patrzeć na zegarek. Nic nie pomaga, a stresuje, że już czwarta czy tam jakaś piąta rano.

Mój Morinek.

00:21, inny_glos
Link Komentarze (5) »
niedziela, 21 lutego 2016

Nasza cudowna O. którą Morinek wita codziennie uśmiechami, która codziennie wychodzi z jej maleńkością na spacer, daje jej zupkę, nosi, buja, puszcza muzyczkę i opowiada bajki, nasz ideał opiekunki, który się nie zdarza w realnym świecie, właśnie w piątek spuściła bombę na całe nasze domostwo gdy oznajmiła, że dostała pracę i nie będzie mogła już się opiekować we wszystkie dni tygodnia. Na początku nie byłam zła, no bywa, samo życie, tym bardziej, że wiem, że pracy nie szukała, tylko praca znalazła ją. Powiedziała, że będzie z nami jeszcze pełne dwa tygodnie, a potem tylko 2 dni w tygodniu. Ale potem zrobiłam się bardzo zła, no kurcze blade, jest tylko 6 tygodni do końca mojej pracy, wiedziała, na ile potrzebujemy, mówiła, że bardzo jej to pasuje. No i teraz wprowadzać nową osobę Mo na 6, w sumie nawet nie - na 5 tygodni, bo w ostatni mam mniej godzin. Znowu zostawiać Moriniaka z całkiem nowym człowiekiem, zanim się przyzwyczai mi się semestr skończy. Ech. Ale potem mi przeszła złość, no cóż, dostała pracę, zdarza się, zależy jej, ja bym chyba tak samo, niestety niestety, zrobiła. Praca oczywiście na nią nie poczeka, niby jest to tylko na pół etatu, ale nie wiadomo co jej tam naobiecywali. No cóż, samo życie.

No to teraz kombinujemy jak koń pod górkę co by tu zrobić, żeby Mo zaoszczędzić traum i jak najmniej stresów zafundować. Na razie wymyśliłam, że M weźmie tydzień, a właściwie to trzy dni, wolnego, ja też jeśli będzie trzeba, na 10 dni przyjadą moi rodzice (tego to prawdę mówiąc trochę się boję, ach), ale prawdziwym wybawcą okazał się Adek, który ma niedługo TRZY TYGODNIE PRZERWY W SZKOLE, będzie mógł zostać z siostrą przez trzy środy i jeden piątek, bo tak wypada nam w kalendarzu. Trochę mnie to oczywiście niepokojem napawa, ale w środę jest to tylko półtorej godziny a w piątek dwie i pół - da radę?

Musi dać.

Do tego dostałam dodatkową pracę zleconą - korektę podręcznika, w większości taka dłubanina edytorska, plus dosłownie parę fragmentów trzeba uaktualnić, czyli trochę popisać. W sumie fajnie, ciekawie i wiadomo - 2 tys. euro piechotą nie chodzi, ale znowu wszystkie wieczory i weekendy wypchane pracą do pęknięcia prawie. I przyznam się, że liczyłam tu na to, że O będzie sobie chciała więcej zarobić i wziąć więcej godzin. A tu kuku, nic z tego.

Bieg przez płotki dalej zatem trwa, odetchnę w przyszłym roku(?). 

21:15, inny_glos
Link Komentarze (5) »
czwartek, 04 lutego 2016

Jeszcze NIGDY nie mialam takiej grupy, jak w tym roku. Wroc, wroc - raz, kiedys, siedem lat temu, kiedy bylam jeszcze bardzo niedoswiadczona wykladowczynia i kiedy jeszcze poslugiwalam sie angielskim dosc - umowmy sie - niepewnie, mialam podobna grupe. Ale od tego czasu, przez te wszystkie lata nie dane mi bylo - na szczescie! - pracowac w tak wybuchowym srodowisku klasowym.

Wyobrazcie sobie klase z lat 80tych z samego srodka amerykanskiego getta, wezcie z niej szesc najwiekszych zadymiar, dodajcie do tego dwie bardzo pilne uczennice, trzy niezbyt rozgarniete i jednego faceta i voila! moja klasa. Plus piec osob, ktorych jeszcze nigdy nie widzialam na oczy. I mam ich uczyc podstaw Worda, PowerPointa i Excela. Do tego polowa cos tam umie, polowie sie wydaje, ze cos tam umie a trzecia polowa nic nie umie i siedzi naburmuszona. Albo mamrocze cos pod nosem, a na moje pytanie odpowiada 'Nothing. Whatever'. Specjalnie mowiac niewyraznie i z najgorszym irlandzkim akcentem jaki dane mi bylo slyszec. Do tego kazdy zadaje pytania o co innego w tym samym czasie, a jak nie znam odpowiedzi w tej sekuncie, to dostaje kolejnego negatywa.

Co czwartek po dwoch godzinach z nimi mam ochote polozyc sie na wykladzinie miedzy stolikami i zaczac krzyczec. Na szczescie doszlam juz do tego, ze przestalam sie ich bac. Staram sie rowniez nie znielubiec ich doszczetnie, bo jak bede miala do nich awersje, to te zajecia stana sie jeszcze gorsze. Wiec stoje na tej granicy poza ktora tylko wkurw i pozoga i bardzo bardzo bardzo staram sie nie gibnac w zla strone, za kazda odzywka oddycham gleboko, cofam noge ktora juz po zlej stronie stoi i nie daje sie sprowokowac.

Niestety, wiem, ze za kazdym takim studentem stoja przerozne historie - a to ataki paniki, a to problemy rodzinne, a tob narkotyki lub rodzice narkomani i tak dalej i tak dalej. Ale - ratunku! - nigdy nie marzylam, zeby pracowac w poprawczaku! ani w szkole dla trudnej mlodziezy.

17:08, inny_glos
Link Komentarze (2) »
środa, 03 lutego 2016

Dzisi

aj Morinka kończy 6 miesięcy, ale wpadam tu jak po ogień, bo taka zarobiona to chyba nigdy w życiu nie byłam. Oto w zeszłym tygodniu doszło mi sprawdzanie prac zaliczeniowych na uniwerku i  ze zmęczenia, stresu, przeziębienia, kolejnego zapalenia piersi, wkurzenia na grupę, która na mnie naskarżyła szefowej, wstydu za popełnione wczoraj po czterech godzinach wykładów poważne biurowe faux pas i wkopanie przyjaznej koleżanki w nieprzyjemną sytuację i w ogóle wszystkiego się mam ochotę dziś się tylko rozpłakać. Może nawet tak zrobię już za chwilę, co zupełnie nie zmienia tego, że Moriniak jest prześliczny, cudowny i kochany i że rozpływam się cała, kiedy tak sobie koło mnie leży i cichutko posapuje. Albo zagaduje. W nocy, wkładając sobie paluchy do buzi z bardzo skupioną miną mówi 'ghyyyy'.

Jeszcze tak ciężko będzie przed dwa miesiące, a potem odetchnę. Odetchniemy. A teraz marzę tylko o przetrwaniu. Wszystko inne zostało odłożone na kwiecień.

21:09, inny_glos
Link Komentarze (9) »
piątek, 22 stycznia 2016

Karmelek i zdolniacha, wszystko fajnie fajnie, tylko to nie zmienia wcale faktu, że. Że człowiek jest taki bardzo, bardzo, bardzo zmęczony, taki ciągle w pędzie, w stresie i po łebkach, taki wszędzie nieakuratny i z doskoku, taki z wyrzutami sumienia, że nie pobył tu, a nie doczytał tam i nie odpisał jeszcze gdzie indziej, taki przygięty do ziemi, bo ciągle coś i coś i coś i wciąż artykuł nie przeczytany, a studentom zadany do czytania, dom nie ogarnięty, obiad nie nastawiony, a sen nie dokończony. Wszędzie jakiś taki człowiek jest połowiczny i z wiecznym poczuciem nieprzygotowania, wiecznie jak uczeń przed egzaminem. Czasem człowiek się łapie w środku zajęć, że kompletnie nie wie o czym mówi. No nie wie. Patrzy się na slajdy, a one się patrzą na niego. I studenci też. A w głowie pustka. A potem powrót do domu, czas wyliczony co do minuty, bo niania, bo Morinek głodny po czterech godzinach i znowu od nowa. Morinka marudzi na dywanie i nie chce się bawić kolejnej minuty tą samą zabawką, a tu mleko trzeba ściągnąć, marchewki oskrobać, ziemniaki nastawić,wytrzeć podłogę, bo cała polepiona dżemem i znowu będzie wstyd przed nianią, na slajdy chociaż rzucić okiem przed wykładem, artykuł sobie przypomnieć, sprawdzić definicję 'tożsamości', sprawdzić 25 esejów, poodpowiadać na pytania studentów online, odpisać na maile, choćby tylko menagerowi. A w weekend przygotować wykłady na następny tydzień, z tego dwa całkiem nowe. A w nocy karmić nocnego ssaka. Pięć razy.

Za dużo, nie daję rady, nie nadążam, nie wyrabiam na zakrętach. Jak ktoś do mnie coś mówi, to szukam miejsca w głowie, szukam, szukam, szukam, otwieram jedną szufladę, a z niej się wysypuje aż, drugą, lecą stosy zdań, obrazów, terminów, numerów, porównań, analiz, przykładów, rozważań, i kolejną i kolejną i nie, przepraszam, nie ma takiej możliwości, nowej informacji w żaden sposób już nie zmieszczę w środku. Powiedz mi to jutro, powiedz mi to za tydzień, proszę, powiedz mi to w grudniu po południu, przypomnij mi o tym koniecznie, bo dziś zamknięte z powodu, że nieczynne. 

Dopiero drugi tydzień, a ja już jestem bardzo zmęczona.

23:39, inny_glos
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 18 stycznia 2016

Pięć i pół miesiąca, no kto by pomyślał, pachnie i jest sobie, takie maleństwo, a takie duże już. Łatwiejsze to macierzyństwo od jakiegoś miesiąca, słodsze, rozkoszniejsze, delektuję się Morinką, rozpływam się, kiedy rano po śniadanku nagle oczka robią ping! i zaczynają się we mnie wpatrywać malutkie czarne koraliki i widzę, że mnie poznaje i zaraz zaczyna się uśmiechać takim niemowlęcym najszczerszym uśmiechem, jakby chciała wykrzyknąć, że MAMA! JEST! ALE FAJNIE! Radość niemowlęca jest zaraźliwa, zaraz w środku rozlewa się takie ciepło, jakiego już dawno nie pamiętałam, jakby człowiek się iskrzył radością, jakby nie mógł się skończyć cieszyć z samego faktu istnienia. Nadal się Moriniactwo budzi parę razy w nocy i wiem, że dopóki będę piersią karmić, to będzie się budziła, ale odpuszczam na razie, nauczyłam się spać w dwugodzinnych interwałach, przebudzam się, dostawiam ssaka do piersi i zasypiam i tylko gdzieś tam się znowu budzę po jakimś czasie i chowam cycka. Zrozumiałam, że to minie, jak wszystko w życiu, minie i będę tęskniła za tym cudownym towarzystwem małego, cieplutkiego stworzonka, delikatnie posapującego przez sen, z tym niepowtarzalnym zapachem mleczka i świeżości w oddechu, który ludzie potem tak szybko tracą. Opiekunka O. dalej okazuje się skarbem, dziś poprosiłam, żeby została dłużej, bo się z pracą nie wyrabiam i przyszłam do domu chcąc trochę jeszcze popracować, a M akurat spała i O tak się zakłopotała, powiedziała, że może pójść do domu, bo nie ma co robić, bo M śpi i tak dalej. Jest jej tak strasznie głupio, jak Morinka śpi, że chce mi gary myć i sprzątać w tym czasie, ale jej nie pozwalam, bo jej praca to Moriniak, a ja jestem cała szczęśliwa, że podchodzi do niej z sercem. W zeszłym tygodniu jej nie upilnowałam i mi poskładała ciuchy po praniu i w szufladach Mo, które jej pokazałam i teraz jest mi głupio wciskać tam jakieś body czy inne śpioszki na chama, jak to zwykłam była robić, bo gdy tam zaglądam to wszystkie mikro ciuszki są poukładane w kosteczkę. I zaczynam mieć wyrzuty sumienia i też składać te śpochy, po czym się zżymam sama na siebie, że jeszcze dodatkowej pracy sobie zadaję;)

Nie chwaliłam się tu jeszcze Adziarzem, który w tym roku w konkursie naukowym BT Young Scientists zgarnął drugą nagrodę główną w całej Irlandii, a do tego jeszcze nagrodę specjalną Irlandzkiej Rady Naukowej i dodatkowo nagrodę Intela i jedzie z kolegą do Stanów reprezentować Irlandię w konkursie międzynarodowym. Przyniósł do chaty jakieś kryształy, ma zdjęcie z ministrą edukacji i tak mu się poprawiło morale, że nawet zaczął się uczyć;D Uni w Manchesterze zaprosiło go na rozmowę, wciąż czeka na odpowiedź Uni z Londynu i Warwick. My do końca nieprzekonani na ten Manchester, to dwie godziny drogi od mojego brata, u którego by mieszkał, czyli cztery godz. dziennie w pociągu, nie wiem, czy jest na tyle wytrwały. Bo nie stać nas, żeby sam mieszkał w Manchesterze, a trochę jeszcze za młody jest, żeby studiować i pracować. No zobaczymy. Teraz sobie myślę, że Uni w Irl nie byłoby takie złe, jest w końcu pięćdziesiąte na świecie, tylko, że Adek mówi, że nie ma takiego kierunku, który najbardziej go interesuje. Z tym konkursem to najlepsze jest to, że w tym roku go trochę olał, tzn. chodził przykładnie przez calutenkie wakacje po cztery godziny dziennie, ale poza chodzeniem to widziałam, że wkładał mniej serca niż w poprzednich latach. I sam mówił, że projekt chyba słabszy niż wcześniejsze. A tu niespodzianka. Może dlatego, że projekt bardziej medialny, ładniej brzmi i jakoś tak bardziej zrozumiale dla laika, nie to co czysto matematyczny Engels expansions of predictable patterns czy jak to tam było w zeszłym roku, kiedy nikt prócz matematyków nic nie kumał. A teraz Mathematical Model of Coffee Rust Disease , czyli matematyczny model pewnej choroby kawy dziesiątkującej plantacje w Ameryce Południowej i każdy sędzia sobie zaraz parujący kubek porannej kawki wyobraża i zaraz jakoś tak przyjemniej się robi na duszy komisji. No to dali im wygrać.

23:01, inny_glos
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 11 stycznia 2016

Weszłam do klasy, uśmiechnęłam się i odetchnęłam - włączyło się ośmioletnie doświadczenie i pierwsze zajęcia po urlopie macierzyńskim były, mogłabym wręcz powiedzieć, przyjemne. A pół nocy nie mogłam wczoraj spać na myśl o powrocie do szkoły. Nadal jesteśmy w niedoczasie, nadal praca i Morinka wymaga sztuczek prestidigatorskich, ale potworny stres już minął. Duża w tym zasługa super niani, na którą się zupełnie przypadkowo natknęłam w sklepie polskim. Na pierwszy rzut oka całość wygląda dziwnie i każdy, komu o niej opowiadam staje się od razu podejrzliwy - bo O. ma synka dokładnie w wieku Moriniaka, więc jak to tak, synka zostawić i cudze dziecko bawić? Ale intuicja mi powiedziała, że to jest fajna dziewczyna, że będzie z nią dobrze Morince i że jej wyjaśnienia brzmią przekonująco - nie chce wracać na cały etat do roboty, w której zmiany miałaby piątek, świątek i sobotę. Nie chce zostawiać swojego dzieciaka na tak długo, a tak u mnie dorobi sobie akurat tyle, że budżet jej się zepnie, a z jej dzieciakiem zostanie mąż, który pracuje na wieczory i nocki. I pasuje jej i mi. O. jest serdeczna, miła, spokojna, była u nas 3 razy w zeszłym tygodniu, żeby Morinka się do niej przyzwyczaiła. I po pierwszym płaczu Mo zaakceptowała O. zupełnie, a kiedy O udało się uśpić Moriniaka (jak wiemy zaspia prawie wyłącznie przy cycu, no, chyba, że na tacie), to już zupełnie mnie do siebie przekonała. Dziś kiedy przyszła do nas to Morinka się uśmiechnęła na jej widok. Jak zadzwoniłam, to jadła kaszkę, a jak przyszłam to spała. Pełen sukces. I straszna ulga, bo kwestia usypiania Moriniaka (i jej jedzenia) spędzała mi sen z oczu, tak paradoksalnie.

23:59, inny_glos
Link Komentarze (5) »
niedziela, 03 stycznia 2016

Morinek dziś kończy 5 miesięcy!

I wygląda tak (rany, naprawdę jestem najgorszym fotografem świata, coś tam jest nie tak ze światłem nie?, ale co tam!)

Rany, nie mam cierpliwości do tych zdjęć, komórka mi robi słabe, więc cykam i cykam i tak mam tysiące w karcie pamięci, z czego tylko dwa nadają się do pokazania, a i to nie bardzo.

Martwi mnie Adek, za pięć miesięcy matura a tu wygląda jakby się poddał, od kiedy się nie dostał do Oxfordu (no, niestety). Większość dnia poświęca na granie, staramy się tłumaczyć i gadać i nie wprowadzać rozwiązań siłowych, bo jeszcze nikt nikogo nie zmusił do nauki, ale mamy coraz mniej pomysłów - jak wyłączymy net, to gra na komputerze z płyty, jak wyłączymy komputer, to ma komórkę. Ale z tego co widzę, to większość współczesnych dzieciaków tak robi, niestety, a komputer i net potrzebny do nauki i bądź tu człowieku mądry. Martwi mnie to, bo rzeczywiście wygląda jak uzależnienie - kompletna ucieczka od rzeczywistości.

23:47, inny_glos
Link Komentarze (9) »
sobota, 02 stycznia 2016

A dzisiaj pierwszy gil w życiu, biedactwo się zarazilo od starszego brata, który hodowal sobie specjalne szczepy od dwóch tygodni. Na szczęście jeszcze może oddychać przez nos. 

Ja panikuje przed pracą, już takie piruety robię z wykładami, że nawet się tu nie przyznam, ale dostałam trzy nowe przedmioty dwa tygodnie temu i właśnie stoję na głowie żeby je przygotować. Dam radę bo muszę. 

00:49, inny_glos
Link Komentarze (3) »
czwartek, 31 grudnia 2015

Święta przebiegły pod hasłem ride the tide, czyli prosimy zapiąć pasy i cieszyć się jazdą. Odwiedził mnie brat z bratową i dzieciakami i zaprawdę powiadam wam: nie wiem, jak to nasze mamy robiły, bo mieć takie pięciomiesięczne razem z osiemnastomiesięcznym i trzylatkiem to jest ostra jazda bez trzymanki. Jak jedno zasypia, to drugie właśnie rzuca się na podłogę i przeżywa swoją małą tragedię, a trzecie dotrzymuje towarzystwa, żeby temu drugiemu nie było smutno tak samemu płakać. Pierwsze oczywiście zaczyna wtórować, bo zasnąć nie może i hejże hola. Także zapięłam pasy i poszłam na żywioł, przestałam ogarniać rzeczywistość, ale jak już się przestałam przejmować, to było bardzo fajnie. 

Nie mam czasu się teraz niestety rozwodzić, ani rozpisywać, więc tylko wam jeszcze powiem, że dziś odkryłam pierwszy ząbek. O_O

Oraz ją nakarmiłam pierwszy raz owsianką, bo jej wysokość nie chce pić z butelki. A ja wracam do pracy za tydzień.

A teraz wszystkiego co sobie zamarzycie na ten nowy rok! Mi się już udało, teraz kolej na was:)

22:53, inny_glos
Link Komentarze (6) »
niedziela, 20 grudnia 2015

Morinek sapiący karmelek w nocy, gadający do siebie i swoich rączek rano. Dwudziesty tydzień i coś się zmieniło, jakbyśmy z ciemnego lasu wyszli - nagle skończyły się wrzaski przed drzemkami, nagle malutek cały jest uśmiechami od rana, nagle zaczyna się rechotać jak tato RURĘ OD ODKURZACZA składa. Rozumiencie - rurę! Nagle dziś pierwszy raz! zasnęła na spacerze w wózku. Tato prowadził wózek i rozmawiał z mamą i tak rozmawiali, rozmawiali i nagle Morinkowi oczka się takie malutkie zrobiły i zasnęła. W WÓZKU. Historyczna chwila.

23:48, inny_glos
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23
stat4u