RSS
sobota, 14 stycznia 2017

Żyjemy jak w górskiej kolejce, ledwno zdążę przeżyć i przerobić jeden koniec świata, a już drugi nadciąga i nie mam kiedy tego opisać. Ale przecież wiem, że przepadnie, przeminie i nie zostanie, blog jako pamiętnik ograniczoną ma bardzo przydatność, może więc bardziej chodzi o tą chwilę refleksji, poukładania sobie w głowie, albo nawet o samą przyjemność pisania tego, co się chce, nie do pracy, nie po angielsku, radochę z układania zdań w języku, którego może nie zna się na wylot, ale który pasuje człowiekowi jak prawdziwa noga. Albo ręka. 

Ale chciałam napisać dziś o opiekunce. Mieliśmy takie szczęście w zeszłym roku z naszą kochaną O., z którą do dziś jesteśmy przyjaciółkami na fejsie i z którą wymieniamy się zdjęciami naszych dzieciaków, pomimo tego, że wróciła do Polski, że kiedy w tym roku, jeszcze w wakacje, zgłosiła się Maryla, pani, która ma dwójkę swoich maluchów i do tego pracuje w Lidlu, ucieszłyam się, że mam problem z głowy i przestałam sobie tym głowę zawracać przez następne parę miesięcy...

00:04, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 13 stycznia 2017

No więc wyćmoktał nas ten nowy rok i tak właściwie, to dopiero co wypluł. A nawet, powiedziałabym, jesteśmy właśnie wypluwani, w trakcie procesu bycia wypluwanym. Mam nadzieję. Od ostatniego wpisu bowiem Mo jeszcze raz dostała wysokiej gorączki, po trzecim dniu brania antybiotyku. Zaczał się weekend, więc do lekarza poszliśmy dopiero we wtorek. Z piękną już wysypką. Poantybiotykową, jak się okazało, a nie zakaźną, na szczęście. Ale uszy jeszcze niewyleczone, więc drugi antybiotyk. Dodam przy tym, że ja również na antybiotyku, od dziesięciu dni. Dostałam wtedy, kiedy Morina, ale czemu miałabym nie dostać, jak przyszłam do pani doktor z piękną anginą. A zatem penicylina raz, dla mamy, penicylina dwa, dla córeczki, która to parę dni później rozwija sobie na nią piękne uczulenie. Ale nie uprzedzajmy faktów. A fakty są takie, że po trzech dniach łykania trzy razy dziennie po dwie tableteczki gorączka mi skacze, zamiast spadać. I gardło boli coraz bardziej, ale z drugiej strony, niż na początku. Właściwie to zacznyna mnie tak boleć, że płaczę z bólu, ledwo co jestem w stanie otworzyć buzię. I puchnie mi szyja. No i oczywiście diagnozuję sobie ropień okołomigdałkowy, słaba jak betka poleguję z chorą Mo na fotelu przytulając i karmiąc cycem obraz nędzy i rozpaczy. Rejestruję się na wizytę dopiero na przyszły tydzień, tą samą wizytę na której finalnie diagnozują Mo uczulenie na antybiotyk, a ja się już dobrze czuję. Ale ja jeszcze tego nie wiem, więc cały weekend katuję się wizją nacinania ropnia, jak zalecają wszystkie medyczne strony polskiego i angielskiego Internetu.

Z Polski zatem przywiozłam dużo cudownych wspomnień i porządną anginę, taką, jakiej nie miałam od trzydziestu lat.

A poza tym, to zamierzam pisać. Banałem pojadę, ale gdzieś znika bezpowrotnie to, jak Mo niepostrzezenie przestaje mówić na Elmo 'y y y' do słów Elmo song na melodię tej piosenki, a mówi po prostu: Elmo. I choć nadal te głoski są takie okrągłe, takie pyszniutkie, takie delikatne, takie jakby meszkiem pokryte, niemniej jednak jest to wyraz, a nie wytwór wyrazopodobny. Jak cudnie śpiewa Alphabet song, wiernie oddając rytm i melodię, choć jeszcze nie umiejąc wypowiedzieć słów, zachwycam się tym od rana do nocy, tym bardziej, że sama nie mam słuchu muzycznego za grosz. A tu proszę. Krew z mojej krwi. Moje małe dzieciątko. Jeszcze niedawno w brzuchu, jeszcze wczoraj tylko aaa aaa, a tu znienacka proszę! W jej dość jeszcze nieporadnej wymowie wyraźnie słychać piosenkę.

00:11, inny_glos
Link Komentarze (2) »
niedziela, 08 stycznia 2017

Nowy rok wyżuł nas dokumentnie, wyzuł z wszelkich zasobów energii, wyćmoktał, wyciućkał, wycisnął siódme poty i mam nadzieję, odpukać w niemalowane, wypluł nareszcie. Zaczęło się chorobą Mo - nic tylko 40 stopni przez trzy dni, wirusówka, wiadomo, nie trzeba panikować, ale tuż przed samym lotem do Polski na święta przestraszyło mnie i docisnęło do ziemi. Ale polecieliśmy, po drodze zostawiając jedną walizkę na lotnisku w Dubliniem, bo ja z zawiniętą dziewczynką, M z wózkiem, torbą i dużą walizą i Adek z dwiema podręcznymi, czyli już więcej rąk nie mieliśmy, a moja uwaga była skupiona wyłącznie na moim zawiniątku, bo przecież dopiero co 40 stopni dwa dni temu, bo przecież na lekach przeciwgorączkowych, bo jeszcze zawieje, pizgnie zimnem, kichnie nowymi zarazkami, plunie morderczymi bakteriami, przed wszystkim musiałam ją chronić.

Gorączka następnego dnia już taka duża nie urosła, a w kolejne dni Mo odzyskiwała wigor i szaleństwo w otoczeniu wujków, cioć i kuzynów, z Wigilijną kulminacją 14 osób.

Przygotowania, sprzątania, gotowania, wizyty, odwiedziny, znany świąteczny kołowrót wciągnął mnie i zagłuszył rozpaczliwe wołania mojego ciała, że już ma dość, że się rozkłada, że chce w końcu odpocząć...

01:04, inny_glos
Link Komentarze (2) »
piątek, 09 grudnia 2016

Moja córeczka skończyła 16 miesięcy parę dni temu, moja awanturnica niemożliwa, mój krzykaczu straszliwy, gaduła niemożebna, głodomór wieczny! Biega po kuchni na tych swoich mini nóżkach w rajtach w paski i krzyczy am! am! am! AM! DA! Aż się człowiekowi ręce trzęsą jak szykuje jej kaszkę, bo Moirin już się czepia swoimi łaponami człowieczej nogi i nagle krzyczy AMAMAMAMAM! głosem nie znoszącym sprzeciwu. Oprócz tego na nos mówi oko, na psa - miauuu!, rozśmiesza ludzi w parku biegając za pieskami na całe gardło MIAUUUU! Czupiradło moje ostatnio woli tatusia, nie zawsze, ale często, mama próbuje uśpić cycem, ale często cyc już nie pomaga, tylko potrzeba męskiej ręki do pobujania, więc po pół godzinnych hockach klockach i akrobacjach cyckowch maleńtas wstaje i krzyczy tatou! oczywiście głosem rozdzierającym, tatou! tatou! tatou! I tatou biegnie po schodach do swojej córeczki, bierze na rączki, pobuja 5 minut i maleńtas śpi. 

Nie mam czasu na pisanie, życie pochłania mi każdą wolną chwilę, właściwie wolne chwile to miewam jak jadę na rowerze do pracy koło parku i nagle podnoszę wzrok i patrzę na drzewa i i niebo i oddycham i oto mam wolną chwilę tak właśnie wtedy i w tym momencie, tylko muszę uważać, żeby pod samochód nie wpaść. Więc widzicie, że pisać się nie da w tej wolnej chwili, chyba, żebym miała dyktafon podłączony z mikrofonem na kierownicy i tak bym tylko właśnie mogła dyktować i blogować. Ale. 

Poza tym trochę mnie uwiera to miejsce, nie jestem bowiem tym, kim myślicie, że jestem (o święta naiwności blogerki podstarzałej!) i zamiast rzucić sobie mięsem na blogu, siedzę cicho, bo nie wypada. A tu kurrrr.. człowiek chciałby sobie zakląć i wiązankę rzucić niejedną czasami. 

00:02, inny_glos
Link Komentarze (3) »
sobota, 05 listopada 2016

Na blacie kuchennym leżał duzy pomidor.

- Bu-ko? Am?

- To nie jest jabłko, Morinka, to pomidor.

-... 

Myśli.

-...

- Am ku-ka* dał?

Dał:)

--------------------

*Wszystko okrągłe to ku(l)ka.

00:12, inny_glos
Link Komentarze (1) »
piątek, 04 listopada 2016

Piątek. Popołudniowy spacer.

16:32, inny_glos
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 listopada 2016

I tak oto 'baκa' zmieniła się niepostrzeżenie w 'bacię'skąd już bardzo blisko do naszej zwykłej polskiej babci, oczyszczonej ze wszelkich mandaryńskich i tureckich naleciałości fonetycznych. Wyraźnie widać wysiłek, jaki Mo wkłada w to, aby słowa wymiawiane przez nią jak najbardziej przypominały te wypowiadane przez nas. Ma bardzo dobry słuch, a więc słyszy, kiedy jej słowa brzmią inaczej, często trudniejszych nie chce ich wymawiać w ogóle, kiedy to, co sama potrafi znacząco się różni od tego, co do niej mówimy.

Ostatnio stała się również małą zniecierpliwioną złośnicą, zaczęła się wyraźnie wściekać, kiedy coś jej się nie udaje - wyciąga klocek z domku i się złości, chce złączyć dwa kloci i się złości, próbuje powtórzyć rytm wystukany przeze mnie i się złości. Bunt dwulatka o dziewięć miesiecy za wcześnie.

Adek już zaczął studia, a pracuje raz w tygodniu, w sobotę.

17:41, inny_glos
Link Komentarze (4) »
niedziela, 30 października 2016

Yηga (brakuje mi znaków w alfabecie, żeby napisać, jak cudnie wymawia niektóre wyrazy) Mojni, jak sama o sobie mówi, o czym się dowiedzieliśmy dziś (a cały ranek tylko yηga i yηga, na moje pytanie 'co to jest yηga' pokazuje paluszkiem na siebie i dopiero, kiedy dziewczynka lego znalazła się pod stołem, a Mo ją triumfalnie wyciągnęła 'yηgaa!!' zrozumiałam, o czym mówi.

A mówi, a właściwie przekazuje wszystko, co najważniejsze - 'baça miauu!' oznacza, że chce herbatkę w kubku z kotkiem, biegnie do kuchni krzycząc ochoczo am! am! am! κaκa! kiedy jest głodna, a wczoraj, kiedy cycek nie pomagał na spanie i przez godzinę wierciła się i kręciła, wystawiając dupkę do góry, to znów przekręcając się na plecki, aż wreszcie zniecierpliwiona ofuknęłam ją, przelazła przeze mnie, usiadła pod drzwiami obserwując oświetloną szparę w drzwiach i zaczęła żałośnie płakać i wołać tatę. A gdy skrzypnęły schody uspokoiła się, a potem przytuliła do swojego zbawcy, kazała mu się bujać i śpiewać 'ija ija o', a na koniec powiedziała 'koka'. Mojni koka. Mi potem zamiast serca miał ciepły karmelek przez pół nocy.

Pokazuje paluszkiem i pyta 'cio to?', ubiera 'buty' i idzie do 'dzjecji', ma swoje trzy ulubione piosenki, które mamy wszyscy śpiewać (Elmosong, ifjuhepi, ijaijao). W kółko. Szczególnie na spacerach. I przy usypianiu. I jak się bawimy. Właściwie cały czas. Czasem jej puszczamy z jutuba, ale nie jest to proste, bo komputerowa grafika rymowanek dla dzieci zaprojektowana została najwyraźniej przez członka kościoła scjentologów albo innego przedstawiciela szerokiej katagorii ludzi z zaburzeniami osobowości i po dziesięciu minutach oglądania mnie samej zaczynają się zaburzenia ksobne i derealizacja. Nie jest lekko.

Walczymy dalej o mieszkanie, w sensie kompletujemy papiery na kredyt malutki, taki właściwie tyci tyci, sprzedajemy resztki dziedzictwa M w Pl, pożyczamy po rodzinie, jednym słowem - stajemy na głowie, żeby jednak coś w końcu mieć swojego. Malutkiego najprawdopodobniej, ale raczej w centrum Dublina (dojazdy w moimi godzinami pracy by nas wykończyły), byleby był balkon i park blisko, to damy radę.

Adek wczoraj trzeci dzień w pracy. Radzi sobie (podobno) dobrze i to świetnie, bo to jest praca marzenie dla niego - w jego dziedzinie i jeszcze dobrze płatna (10e za godzinę siedemnastolatkowi nie jest tak łatwo zarobić). Jeszcze musi się trochę ogarnąć (wczoraj gdyby nie ja to by się spóźnił, drugi raz na trzy dni!), jeszcze trudno mu skoordynować spanie, jedzenie i dojazdy, ale powoli powoli. Okazało się w tym roku, że dostał trochę pieniędzy na studia, muszę się tu pochwalić, dostał małe stypendia z różnych źródeł i okazało się, że ubierze się w tym roku i wyszykuje na studia za swoje, nie ukrywam, że dla nas to duża ulga. A i on się cieszy, że ma i że może sobie coś kupić fajnego.

23:27, inny_glos
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 października 2016

Mam co najmniej 10 minut na prysznic.

18:51, inny_glos
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 października 2016

Moriniak mój ukochany, karmelek przesłodki, dziewczyneczka cudna, czerwony kapturek malusi znowu, znowu, ZNOWU nie chce sama spać i od tygodnia bujamy się z wiecznym wieczornym usypianiem. Zasypia dopiero po godzinie lulania i bujania, albo zasypia szybko, ale jak tylko odsunę się od niej, otwiera oczka, siada i płacze, takim przesmutnym płaczem dziecięcym z ogromnymi łzami. Wczoraj jak się zbudziła po czterdziestu minutach próbowaliśmy ją uśpić przez następne dwie godziny, na zmianę, ja cycem i M bujaniem, w końcu się poddaliśmy i Adek miał za zadanie potrzymać Płakaczu aż ja skończę wieczorne ablucje, a ów darł się i darł, maaama i taaata pomiędzy łzami, a kiedy weszłam już do sypialni i jeszcze chciałam tylko sobie twarz nasmarować kremem i ręce i koszulę przebrać, a Wrzaskun stał w naszym łóżku, trzymał się barierki i darł się i darł i odpychał Adka i nie dał się uspokoić, aż dopiero kiedy się położyłam. A wtedy dorwała się do piersi i czułam, jak się uspokaja i całe napięcie i smutek z niej schodzi, a kiedy po piętnastu minutach przyszedł M położyć się do łóżka, Morinka odwróciła się do niego i z rozkosznym zadowoleniem powiedziała 'tata', aż się oboje zaśmialiśmy. 

W pracy spotkała mnie niespodzianka, bo okazało się, że od trzech lat mam stały kontrakt na 3/4 etatu, czyli nie mogą NIE DAĆ MI GODZIN, ba! nie mogą dać mi mniej niż muszą, a ja co roku w lipcu panikuję i trzęsę gaciami ze strachu, że nie dostanę tyle godzin, żeby choć przeżyć. A tu nie. Ale dlaczego o tym nie wiedziałam jest dla mnie zagadką, jeszcze raz czytałam swój kontrakt i zaprawdę powiadam wam nic takiego z niego nie wynika, są wprawdzie zakontraktowane godziny na końcu, ale też jest klauzula, że każdego roku manager będzie informował mnie o przedmiotach, jakie mam uczyć. Tak się złożyło, że owego lata miałam właśnie godzin na 3/4 etatu, czyli dość dużo i w tym samym czasie na mocy obowiązującego prawa mój kontrakt wziął się i zrobił stały i tak oto abrakadabra! owe godziny stały się wiążące, no kto by się tego spodziewał! A dowiedziałm się zupełnie przypadkowo, bo chciałam się zamienić na przedmioty z moim ukochanym mężem i gwoli tego zaimelowałam do szefowej i dzwoni do mnie szefowa i mówi, że, jest jakiś problem i faculty manager się nie zgadza na tęże prostą zamianę, zamiankę właściwie, bo malutką tyci tyci, bo wtedy miałabym mniej godzin, niż mam mieć. I takie zdziwko i szefowa też się dziwi i mówi mi 'no ale przecież ty nie musisz mieć odpowiedniej ilości godzin, prawda? Możesz zaglądnąć w swój kontrakt?" i ja przytomnie odpowiadam (spadaj na drzewo, szefowo! a takiego wała!), że nie wiem, że mam kontrakt stały i że nie znam dokładnie przepisów, ale może są jakieś regulacje, że nie mogę mieć mniej godzin niż coś tam coś tam, szefowa jest bardzo zdziwiona, ja udaję, że nie jestem, umawiam się z managerką, a ta mi pokazuje w ich tajnych tabelkach (managerka jest nowa) że mam zakontaraktowane 300 godzin. 300! I takie zdziwko. O!

To jeszcze tylko napiszę, że Adziarz był wczoraj w swojej pierwszej pracy. Uczy matmy licealistów  na prawdziwych kursach przygotowujących. No i dobrze.

22:47, inny_glos
Link Komentarze (3) »
wtorek, 04 października 2016

Pochwalę się moim dziełem:

Zrobiłam taki sweterek Mo, prawda, że jej ślicznie?

Chodzi już tak śmiesznie, brzuszek do przodu, na rozstawionych nóżkach i z rękami na boki, dalej jej ulubionym słowem jest kulka, którą wymawia kul-KAA, z akcentem na a, i wczoraj, kiedy Mi ją wziął na mecz piłki nożnej naszej lokalnej drużyny, po pierwszym kopnięciu rozległo się właśnie głośne kul-KA!

Mówi też buci, dzie? (gdzie) taK! dsjeci (dzieci), mama, tata Adek, tsitsia (ciocia), ba-KA (babcia), robi łuf łuf jak piesek po angielsku, meeee, muuu, miauu, a najbardziej nas rozczula pipipiiipi jak kurczaczek. Robi też kookoko, jak kurka, którą słyszy wszędzie, wystarczy jak ktoś z nas powie 'akurat', 'kurtka' czy 'Mo, to jest skórka od banana', by spod stołu rozległo się donośne kookokoko. W ogóle gaduli do nas niemożebnie, budując własne zdania w stylu "Abi tibi balabika ba ni ma ni" pokazując paluszkiem i wyraźnie artykułując każdy wyraz. 

A dziś obudziła mnie mówiąc 'miau' i 'buci'. Kto wie, co chciała przez to powiedzieć?;)

23:51, inny_glos
Link Komentarze (4) »
niedziela, 02 października 2016

Mój stosunek do kraju, w którym mieszkam, i mojej w nim sytuacji zmieniał się już parę razy. Od wrażenia obcości i żałoby za przyjaciółmi, rodziną i tym poczuciem wygody kulturowej, które sprawiało, że wszędzie w Polsce było się jak w kapciach na sofie, choć się nawet o tym nie wiedziało, przez zachwyt nowością i błyszczącymi możliwościami świata zachodniego, poprzez smutek, że wciąż i wciąż jestem obca, odstająca, kanciasta, tak, jak mój akcent, po pewne oswojenie Irlandii i zrozumienie różnych kontekstów kulturowych. Ale to połączone z rozczarowaniem, kiedy zaczęłam zauważać Irlandzkie wady i upierdliwości Irlandzkiego systemu: że to nie raj, zielonej wyspy nie ma nawet na zielonej wyspie, choć nie istnieje kraj, gdzie trawa bardziej zielona .

Po pierwsze, jest to bardzo mały kraj i wszyscy się znają. A jak nie, to znają twoich znajomych. Sześć stopni oddalenia to w Irlandii dwa: ktoś z twoich znajomych na pewno zna każdą dowolnie wybraną osobę w Eire. Nie przesadzam. Oznacza to dużo większą podatność Irlandii na nepotyzm i faworyzowanie swoich, bo po prostu swoi są wszędzie. Obserwacja powyższa nie jest jednak potwierdzona żadnymi badaniami, co - choć nieco dyskredytuje mnie jako socjologa - może być początkiem ciekawych dociekań;)

Po drugie, choć może jestem już trochę swoja, to jestem obca. To drugie oczywiście wiąże się z pierwszym. Irlandczycy z mniejszych miejscowości opowiadali mi, jak to nawet swoi w sensie urodzeni w Irlandii są obcy i na przykład ludzie, którzy osiedlili się w ich okolicy 20 czy 30 lat temu są nadal postrzegani jako przybysze. Obcy. Ich dzieci także. 

Po trzecie, które wynika także z pierwszego, tzw. elity władzy są bardzo wpływowe i bardzo zamknięte. Często się zdarza, że ministrem sie jest w drugim pokoleniu, jakby wraz z nosem i kolorem oczu dziedziczylo sie takze tekę ministerialną. Elity owe nazywane są 'golden circles' i gdy w Irl wszystko się zmienia - religijność, obyczaje, stopa życiowa - zlote kregi pozostaja te same. 

Po czwarte, co się wiąże z trzecim, bardzo dobre szkoły są drogie, może nie tak drogie, jak w USA, ale wystarczająco, żeby nieodpowiednie dzieciaki do nich nie szły - kosztują średnio 6 tys euro rocznie. Szkoły państwowe są raczej słabe i szanse na studia po takiej szkole są mniejsze, choć oczywiście jest to możliwe, jak widać na przykładnie choćby Adziarza. Zdolne dziecko z odpowiednim wsparciem w rodzicach ma szanse na studia nawet po takiej szkole, średniemu uczeniowi jest dużo trudniej, tak, jak zdolnemu bez wsparcia. Bez wsparcia rozumiem bez rodziców uważających edukację za wartość i mających odpowiedni tzw. kapitał kulturowy, czyli np. umiejętność odpowiedniego pokierowania dziecka czy choćby wytłumaczenia mu zadania z matmy.

Po piąte, Irlandczycy, wbrew obiegowej opinii, nie są buntownikami. Może tę buntowniczość skutecznie wyprało z celtyckiego materiału genetycznego 800 lat pod butem Anglika, może buntowniczość wiąże się z pewną niegrzecznością, odwagą bycia nieprzyjemnym. A tego Irlandczycy  nie lubią - są grzeczni, zabawni i lubię jak jest wesoło. Ja akurat cenię tę ich uprzejmość, ale ciemną jej stroną jest niechęć do tzw. powiedzenia prawdy w oczy, czy wręcz tchórzostwo. Unikają niezgody i kłótni jak ognia, co zebrania w pracy przekształca z burzy mózgów w owczy pęd. Wszyscy się ze sobą zgadzają, a jak się nie zgadzają, to i tak się zgadzają. A jak ktoś wkurza, to wszyscy pogadają po kątach, ale konfrontacji nie będzie.

Idę biegać.

Ciąg dalszy prawdopodobnie nastąpi.

23:01, inny_glos
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 września 2016

I tak oto zaczął się nowy rok akademicki, wśród zawirowań, pośpiechu, absolutnego braku czasu i kłótni pracowych. A jednak ta dobra energia początku gdzieś tam wibruje i drży, a balony na recepcji w kolorach szkoły sprawiają wrażenie odświętności, jakbyśmy świętowali Nowy Rok, a nie zwykły nowy rok akademicki.

Akademicy się kłócą obrzucając się cytatami z Darwina;), straszenie mnie to rozśmieszyło, a w sumie nie powinno, bo to ja byłam obrzucona i w dodatku pośrednio. Cytat za cytat, jak ząb za ząb można by powiedzieć, bo wcześniej ja znokautowałam wykładowcę cytatem z Millsa i jego Wyobraźni Socjologicznej, ale niechcący, bo nie wiedziałam, że go w ogóle tym cytatem atakuję. Cytat miał być tematem eseju i ten oto wykładowca, w sekretnym konflikcie ze mną będący, rzucił się na temat eseju i z całym impetem rozjechał go i miałką miałkość jego wykazał, wyśmiewając jego, czyli niby moje, nienaukowe słownictwo. Tylko nie wiedział, że właśnie pojechał klasykowiXD

00:39, inny_glos
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 września 2016

Ciężkie chmury wiszą nad miastem. Dzień dżdżysty, jesienny. Najwyższy czas, bo lato nas w tym roku rozpieściło. 

Morinka chodzi! Trzy dni temu zrobiła ostrożne dwa kroki, wczoraj cztery, a dziś sześć. Teraz to już tylko trenowanie nowej umiejętności. Stała sama już od dłuższego czasu, trzy miesiace temu nawet jej Japończycy brawo bili w parku, jak puszczała się murka, podnosiła rączki do góry i bardzo dumna pokazywała, jak sama stoi. Ale od tamtej pory jakby się zatrzymała, samo stanie jej najwyraźniej wystarczało. Za to zaczęła mówić i co tydzień przybywał nowy wyraz. Kul-ka, cio-cia, am, dzie?, ba-ka jako babcia. Dziadzia. Tak. Kręci głową na 'nie'. 

Trochę nawet mi się smutno zrobiło, że to już, że ten okres już się skończył, już nigdy nie będzie powrotu do bezzębnych uśmiechów, gaworzenia i dołeczków w rączkach. Umęczony jest człowiek tym niemowlęciem, a potem tęskni do czasów, kiedy.

Adek, jak się okazało, bardzo dobrze zdał maturę (565 pkt na 625) (a co by było mamo, gdybym się UCZYŁ?) i dostał się na uniwerek i kierunek, jakie sobie wybrał (matematyka na Trinity College). Teraz jestem dość spokojna o jego przyszłość, ludzie z talentem w naukach ścisłych mają jednak - nad czym ubolewam, jako socjolog - dużo łatwiej w życiu zawodowym. Zarobki po jego kierunku to średnio 120 tys rocznie, rynki finansowe już sobie ich wyszukują i dobrze im płacą. Choć Adek nie chciałby się tym zajmować w przyszłości - mówi, że matematyka finansowa jest nudna.

Mój obecny materialism powodowany jest przerażeniem, jakie mnie ograrnia, jak patrzę na rynek nieruchomości w Irl. Ceny kupna i wynajmu rosną jak szalone, wynajęcie mieszkania jest obecnie DROŻSZE niż na szczycie boomu - za mieszkanie takie, jak nasze życzą sobie 1600 - 1700 euro na miesiąc. Ceny domów w ciągu pół roku podskoczyły o 30 - 40 tysięcy. Z niepokojem czekam na luty i tzw. rewizję czynszu, będziemy próbowali negocjować, ale. No właśnie. Do tego Brexit może dla nas oznaczać przeniesienie niektórych firm z city do Dublina, co oznacza oczywiście wzrost ceny nieruchomości. Ech.

 

18:13, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 września 2016

Dom się powoli rozpadał. 

Wszystko pokrywało się kurzem i chaosem, niezliczonymi szmatkami, sznurkami, gazetami, książkami, ciuchami, butami i plamami. Przede wszystkim plamami, bo mama, niestety, już nie widziała dobrze. Ojciec walczył jeszcze trochę z rzeczywistością, ale raczej na działce, tam uciekał przed nieuchronnością entropii, bo tam, na działce, wszystko żyło, a w dodatku co roku - o gloria! o radości! się podnosiło z unicestwienia i kwitło! Rodziło! Dojrzewało! 

 

Patrząc na Morinkę z moją mamą myślę o tym dziwnym porozumieniu, jakie czasami wybucha między staruszkami i dziećmi, a im mniejsze jest dziecko a staruszek starszy, tym jest ono bardziej dogłębne, pierwotne, poza słowami. Moja mama śpiewa jakieś dziwne melodie, na poczekaniu układane piosenki bez dużego sensu, a Morinka jakby je odczytuje poza słownie właśnie i buja się do śpiewu i siedzi w skupieniu  długie minuty i słucha i robi poważne miny.

23:52, inny_glos
Link Komentarze (1) »
czwartek, 11 sierpnia 2016

Jednak tak pod przymusem to nie. Nie da rady. Nie składa mi się i nie chce. Tak codziennie pisać. Żebym to jeszcze miała o czym. A tu tak ciągle to samo. Te same wnioski i refleksje na koniec. I żeby to jeszcze człowiek się uczył. Na tych wnioskach i refleksjach. Ale nie. Ciągle tylko na błędach. 

W każdym razie byłam w UK u brata. I bratowej. Moriniak bardzo bardzo bardzo grzeczny, ale i  rozbrykany i szczęśliwy, bo dużo ludzi dookoła i do tego dzieci. I ogródek, w którym można bez przeszkód grzebać w piasku i obgryzać bramki do mini futbolu. M z Adziarzem wyskoczyli na dwa dni do Londka i wychodzi na to, że Adziarz usłyszał London calling. Strasznie mu się w tam w tym Londku podobało, strasznie. Kupił sobie 2 koszulki na Camdenie. Spali w schronisku w 8 osobowym pokoju, jak na przygodę przystało. Wrócił taki radośniejszy, jakby taki przewietrzony, bardziej komunikatywny, bez tej jego zbolałej miny zostaaaawcie mnie jaką zawsze przybiera po paru godzinach grania, której już naprawdę nie mogłam zdzierżyć.

W ogóle wszyscy wróciliśmy tacy przewietrzeni. I z szerszymi horyzontami. Mo widziała po raz pierwszy w życiu krowę, kozy, świnki, kury, kurczaczki, już tak głupio abstrakcyjnie się czułam pokazując jej w książeczkach i wydając odgłosy paszczą, bo i co niby jest ta krówka - czarno-biały kształt w książeczce? A teraz już wie. Już jakieś zakorzenienie w rzeczywistości ma. 

Ale najbardziej lubi pieska i mówi 'yhy yhy' co ma oznaczać hau-hau. Jedziemy sobie na spacerku i nagle słyszę takie właśnie 'yhy yhy' z wózka, jeszcze zanim moje oczy w ogóle dojrzą jakiegoś pieska. Bo ona już widzi i musi się podzielić ze mną tym widzeniem. Poza tym gada. Opowiada mi różne historie z tego wózka, często kończąc wypowiedź jakimś rodzajem śmiechu. Że niby śmiesznie było bardzo. 

23:29, inny_glos
Link Komentarze (4) »
piątek, 05 sierpnia 2016

Moja córeczka skończyła w środę roczek.

Zrobiłam tort z motywem morskim dla morskiej dziewczynki:

Przyjęcie było cudne.

Powiedzieć, że nie mam czasu, to jak nic nie powiedzieć, gdy tylko zostawię otwarte drzwi biegnie na czworaczkach na schody - nauczyła się, że nic tak nie zapewnia natychmiastowej uwagi mamy, jak włażenie samej na schody. Przeniesienie talerza z gorącą zupą z kuchni do pokoju jest wyczynem.

Staje sama i oczekuje zachwytów, mówi ta-ta, ma-ma, Adka woła daaaa-da!, wszystko poza tym to ba-ba, a kozo-kotek w jej wykonaniu stopiłby serce seryjnego mordercy (jak robi kotek? - meeee).

Pędzę bo się obudziła.

18:36, inny_glos
Link Komentarze (4) »
wtorek, 26 lipca 2016

W parku był pan. Miał zamknięte oczy, leżał na wpół skulony na boku, na poduszce, w półcieniu. Był blady i chudy. Obok pana stał wózek inwalidzki, siedziała kobieta i mężczyzna, co jakiś czas któreś z nich się lekko nad panem pochylało, jakby sprawdzało, czy jest mu wygodnie, czy nie prosi o coś ledwo słyszalnym szeptem. Pan wyglądał na trzydzieści parę lat.

Ściągnęłam buty i przeszłam się po sprężystej, lekko chłodnej trawie. Nabrałam do płuc powietrza nabrzmiałego różami i lipami, i jeszcze raz i jeszcze i jeszcze. Morinka eksplorowała okolice parkowego murku, puszczała się i klapała na pupę, podciągała się po zaokrąglonej krawędzi i puszczała raz jeszcze, rączki w górze, łapie równowagę i bach! I znowu, i znowu, i znowu. 

Jestem. Jestem. Jeszcze jestem. Jeszcze trwam. Jeszcze mogę patrzeć na takiego cudnego Moriniaka.

 

(zdjęcie by ciocia Kinga)

Jeszcze mogę bosą stopą dotykać trawy. 

Z niemowlakiem życie jest monotonne i rozkosznie wygląda tylko na zdjęciach, rano z trudnością otwiera się oczy, a tu trzeba się bawić (i gdyby nie ta fala słodyczy przemieszanej z odpowiedzialnością, co zalewa za każdym razem, kiedy patrzą się na nas oczka ufne, że mama kocha, to człowiek odwróciłby się na drugi bok i burknął coś na odczepnego). Potem pierwsza drzemka, szybki prysznic i kawa, po południu spacer, park i druga drzemka, obiadek, zabawa z tatą albo bratem i usypianie. Jakieś zakupy, gotowanie obiadu, nastawianie i wywieszanie prania, co parę dni jeszcze kąpiel, takie tam rozrywki. Noc pełna karmienia. A rano od nowa. I zapomina się, że przecież się jest. Że ma się to całe życie, jeszcze. Jeszcze. Teraz. I nie ma na co czekać.

19:57, inny_glos
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 25 lipca 2016

Jak trudno czasem choć jedno zdanie. Ale. Dziś kupiłam jej pierwsze prawdziwe buty. Nie było zbyt dużego wyboru, właściwie była to jedyna para dostępna, bo nie chciałam skórzanych, skoro jestem wegetarianką, więc ma granatowe trampki.

Od paru dni mówi 'mama'. Przeważnie w sytuacjach płaczliwych. Ale dziś po raz pierwszy po drzemce rano otworzyła oczka i powiedziała do M 'mama ?'.

W życiu nie słyszałam czegoś słodszego.

Rozważamy różne opcje, które umożliwiłyby nam posiadanie własnego mieszkania. Byliśmy w banku, bank może nam pożyczyć 50 tys euro. Mamy trochę uskładane, ale najtańsze  mieszkania kosztują 150. Tyle nie mamy.

Myślimy usilnie co by jeszcze można zrobić i od kogo pożyczyć. I nie wiem właśnie, czy jestem takim prawdziwym biedakiem. Co nie ma własnego kąta. Wszystko to jest dość względne, bo w Pl stać byłoby nas na dom z ogrodem. Oczywiście poza miastem. 

00:53, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 lipca 2016

Obezwladnijacy zapach lip.

01:02, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 lipca 2016

A

 

Wczoraj nad morzem bylo właśnie tak.

10:03, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 lipca 2016

Hahaha! obiecanki cacanki!

Ale musze sobie wybaczyc, bo jest TAKA pogoda, ze najstarsze O'Connory nie pamietaja, wiec kazda wolna chwile spedzam nad morzem albo w najgorszym wypadku w parku.

Zeby nie byc goloslowna, prosze bardzo, jest tak goraco, ze katedra leci troche w lewo.

No i oczywiscie Moriniak musi byc:

00:21, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 lipca 2016

Paradoksalnie, bieganie dodaje siły, a po biegu przestaję dywagować o starości. Dziś 5 km, cudny, cudny wieczór, pachną lipy, ludzie ze szklaneczkami przed pubami, zamyślone nastolatki na balkonach z papierosem, zakochane pary na ławkach, a my z M zasuwamy w naszych butach z Lidla (polecam jak ktoś biega tzw. rekraacyjnie). Fantastyczny sposób na piątkowy wieczór. Zdecydowanie jestem sową, rano tak do dziewiątej ledwo otwieram jedno oko na tyle tylko, żeby Moriniak nie zrobił sobie czegoś złego.

23:59, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 lipca 2016
Jeśli to starość, to nie wiem

jak przeżyję następne 40 lat.

Pocieszam się, że może to po prostu zmęczenie/niewyspanie/samaniewiemco. Ale nie, to chyba starość (przychodzą mi na myśl te wszystkie fragmenty w których 'krew mu wolniej krążyła w żyłach). Właśnie się tak czuję. Wolniej krąży, cholera. 

Nie mam siły na najprostsze rzeczy. Jak przeniesienie Morinka z dołu go góry i z powrotem po raz piąty, bo zapomniałam paska do spodni. Z szafy. Na górze. A przecież zostawić jej nie mogę, bo człozwierz wspina się po schodach. Od dzisiaj właśnie. A wybiegu dla człozwierzy nie mam. No więc idziemy na górę obudzić Adka, bo już dwunasta, a synek śpi, na dół, na górę umyć rączki, na dół, na górę po krem do rąk. Spędzamy trochę czasu w sypialni. Idziemy na dół, na górę ubrać się na spacer, na dół, na górę po skarpetki dla Moriniaka, na dół, na górę poprosic Adka, żeby zniósł wózek po schodach. Na dół. Czekamy na Adka. Aaaa nie, cholera jasna, zapomniałam paska do spodni i mi spadają. Z powrotem na górę.

(Mieszkamy w takim uroczym małym 'apartamencie', który na wzór ulubionych tutaj terrace houses ma schody do sypialni zaraz przy wejściu. I te właśnie schody stały się obecnie moim przekleństwem.)

Padam. Szykowanie się do spaceru wyssało ze mnie całą energię. Pobudka dziś o 5.37 nie pomogła. (Oczywiście, że jeszcze uśpiłam Moriniaka, ale takie spanie z wierceniem się na okrągło to nie mój ulubiony rodzaj spania).

Czyli staro

ść, oczywiście.

22:24, inny_glos
Link Komentarze (4) »
środa, 13 lipca 2016

Siódma rano. Morinek przestaje wcinać na śpiąco, cmokać i się wiercić, jak to ma w zwyczaju od piątej, otwiera oczka, obraca się w stronę M i zaczyna go postukiwać malutką rączką.

Wstajemy, schodzimy na dół, dajemy jeszcze pospać M.

Zaczyna sie dzień.

Ja przed pierwszą kawą i prysznicem ledwo widzę na oczy. Zdecydowanie jestem sową. 

13:56, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23
stat4u