RSS
poniedziałek, 30 października 2017

Boze, Los Malos Azbestos jest za nami! Wczoraj skończyli panowie w kosmicznych ubrankach usuwać nasze trzy sufity, trochę żałuję, że mnie nie było przy tej całej operacji, bo mogłabym ich trochę pokontrolować, a jeśli chodzi o azbest to nic mnie nie zatrzyma przed kontrolą. No ale cóż. Wysłałam męża, coby trochę podejrzał jak to robią, ale mężu zrozumiał, że chcę skontrolować ich PO pracy, a nie w trakcie, no proszę, jak mógł coś takiego wykoncypować, co mnie obchodzi po pracy, W TRAKCIE było dla mnie ważne - czy zakładają ubranka, czy robią to na mokro, czy podwieszają folię pod sufitem, na którą caly pył spada - czy olewają jakąś zwariowaną paniusię i jadą równo zrywając sufit na żywca. No ale cóż. Tak się długo zbierał, że oczywiście skończyli zanim do nich dojechał. I teraz to nie wiem. I muszę im zaufać, że to zrobili porządnie (a wzięli za trzy sufity 1500 euro!). No ale wiadomo, że im nie ufam. Ech. Czytam więc obsesyjnie różne artykuły naukowe o tym azbeście, szczęście takie, że to tylko podobno 4% chryzotilu w farbie, podobno nie taki ten biały azbest straszny, jak inne itd itp, ale przyznać muszę, że moja nerwica dostała mnóstwo pożywki do rozwoju. 

A nasze sufity wyglądają tak:

sufit_dp

To jest duży pokój.

Mały: 

sufit_mp

Ta wełna mineralna ma prawie 80 lat! Będziemy wymieniać - chcę jeszcze przy okazji wyciszyć trochę te podłogi, bo one STRASZNIE STUKAJĄ. Taka konstrukcja drewniana, typowa dla wszystkich irlandzkich domów, charakteryzuje się tym, że każde stąpnięcie na górze to głośne tupnięcie słonia, przejście od łóżka do szafy to prawdziwy spacer słoni. Spróbujemy zatem wymienić wełnę mineralną i zamontować jeszcze coś, co się nazywa resillience channel, czyli taki metalowy pręt, który ma rozpraszać fale dźwiękowe. Zobaczymy.

Ale góre mamy skończoną i nie mogę się nią nacieszyć:) Oto pokój Adziarza:

pokoj_adkaMa ten dodatkowy plus, że jest od południa, co wyraźnie widać.

Ale oznacza to, że nasz jest od północy, no cóż, nie ma wyjścia:) I tak będziemy mieli ładnie.

Wejście do naszych dwóch pokoi:

nasze_pokoje

 A wczoraj zrobiliśmy jedną z najpilniejszych rzeczy: powiesiliśmy huśtawkę na naszym drzewie:

husta

14:06, inny_glos
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 16 października 2017

Praca w nowym domu posuwa się do przodu, co prawda nie naszymi rękami i kosztuje nas to trochę, ale na razie nie mamy żadnej innej możliwości i bardzo się cieszymy, że w ogóle mamy jakąś. W miniony weekend pan od podłóg skończył górę i muszę, po prostu muszę wam pokazać efekty! 

Podloga w naszej sypialni po zdjęciu wykładziny:

I u Adziarza:
podl_mal1

W trakcie naprawy:
pod_m_a1

(czy widzicie cudny modernistyczny kominek? trzeba by trochę odnowić, ale ...)

I po naprawie, cyklinowaniu i lakierowaniu:

A to pokój Adka:

I tak pierwsza duża robota za nami, a raczej za panami z Rumunii i bardzo miłym fachowcem panem Alexem, który przy okazji ZABRONIŁ nam wymieniać wewnętrznych drzwi i listew przypodłogowych, które okazały się świetnie zachowanymi prawie antykami - bo mają prawie 80 lat.

 

21:20, inny_glos
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 09 października 2017

Tutaj łazienka:

Niestety, wygląda ładniej na zdjęciach niż w rzeczywistości - to co widac na podlodze, to linoleum, nie kafelki, ale nie jest źle. Łazienka musi na razie zostać jaka jest.

A oto pokój kupa:

Pomalowany najobrzydliwszym chyba odcieniem beżu po tapetach z wypukłym wzorem, pod którymi - rzecz oczywista w Irlandii - grzyb! Na tej ścianie pod oknem. Nic dziwnego - nie ogrzewana ściana od północy w niepodpiwniczonym domu. Ale już wymyślilśmy, że przesuniemy kaloryfer pod okno, uprzednio traktując ścianę farbą antygrzybiczną.

Sypialnia nasza:

I sypialnia Adziarza:

Pod tymi wykładzinami są stare deski podłogowe, które właśnie będzie mi pan w środę cyklinował i lakierował.

A oto najpiękniejsza częśc domu:

Malusi ogródek. To jest jakieś 70 m2 czyli naprawdę maleństwo, ale nawet nie wiecie, jak pięknie sobie go zrobię!

11:39, inny_glos
Link Komentarze (4) »

Chyba się muszę przyłączyć do powszechnego poczucia gonienia zaiwaniającego czasu. A zatem zaiwania. Tak, że zanim sobie w głowie ułożę notkę, następuje zmiana dekoracji i notka mi pasuje jak sukienka z czasów ciąży. Czyli wiadomo. 

Dom kupiliśmy. Ten właśnie, wobec którego mieliśmy poczucie, że 'to może ten'. Ani wypasiony, ani zrujnowany, coś po środku, skromny, ale porządny, wymagający jakiś napraw i udogodnień, ale taki, w którym można zamieszkać od zaraz. Bardzo nam się spodobało, że jest tzw. 'end of tarrace', czyli moja chata skraja, na brzegu ciągu podobnych domków, co oznacza, że ma boczne wejście do ogrodu, czyli nie musimy wprowadzać rowerów do ogrodu przez środek domu. Walka była zażarta, bo zapłaciliśmy 20% powyżej ceny wywoławczej, właściwie maximum tego, czym dysponowaliśmy i jeszcze dorzuciliśmy całe 2 tysiące z roboty, która nam się akurat trafiła na wakacje. Ale widzieliśmy dużo innych domów i wszystkie szły podobnie do góry, a jeśli nie szły, to z konkretnego powodu - były na przykład przy ruchliwej ulicy, albo z wiecznym cieniem w ogrodnie, bo sąsiedzi wystawili sobie dobudówkę zasłaniającą całe słońce itd. Nasz dom miał dużo cech, które właśnie szukaliśmy - cicha uliczka, zaciszny ogród, dwa pokoje na dole (nie jedna jadalnio-bawialnio-kuchnia), dobudówka ale z tzw. jasnym aspektem, to znaczy, że zostawiono jedno choć okno w living roomie (a nie jest to wcale tak oczywiste - widziałam domy ciemne pieczary, gdzie z korytarza się wchodziło do pomieszczenia bez okien, doświetlonego jedynie światłem z dobudowanej kuchni). Dom był częścią wielkiego planu budownictwa społecznego z lat 50tych i 60tych w Irlandii. Jest malutki (71m2) i jak wszystkie domy tutaj nie podpiwniczony, co trochę mnie niepokoi w kontekście wyrzucenia w kosmos wykładziny z dołu i wycyklinowania starych, oryginalnych desek sosnowych, z których zrobione są podłogi w tych domkach. Kocham stare drewniane podłogi, tylko obawiam się, że nie bez kozery prawie zawsze są one przykryte wykładziną.

A zatem witajcie w moich progach: 

Pozwólcie, że was oprowadzę.

Właściciele (wynajmujący?) mieli iście diabelski gust i cały dom jest w odcieniach piekielnej czerwieni. 

Zapraszam do living roomu:

Sofa swoim hiszpańskim temperamentem pasuje do korytarza, tak samo, jak bycze skórzane krzesła i fotel. 

Inne ujęcie tego samego pokoju, w lewym rogu 'cudny' kominek z (oczywiście) gazowym paleniskiem, na prawo wejście do kuchni i wspomniany 'jasny aspekt', czyli oszczędzone jedno okno:

A oto i kuchnia:

Znane i lubiane drzwiczki szafek ze sklejki udającej drewno i blaty z laminatu, to jest jakiś irlandzai fantazja, bo mam takie same w mieszkaniu, które wynajmuję obecnie.

CDN.

01:01, inny_glos
Link Komentarze (5) »
piątek, 15 września 2017

Wróciliśmy z wakacji. Tydzień z całą rodziną nad cudownym polskim morzem, które ciepłe jak zupa i łagodne jak baranek. Kocham morze w każdej postaci, to irlandzkie jest takie ostre, groźne, zimne, śmierdzące rybą i solą, to polskie to przy nim łagodność i balsam.

(Wpis ten robię na raty, zaczęłam pisać dwa tygodnie temu i nie przebrnęłam przez pierwszy akapic).

A zatem wróciliśmy z wakacji, to było już tak dawno, że prawie zapomniałam, tylko gdzieś w ciele czai się jeszcze ten rozgrzany odpoczynek i leniwość, jak przetwory na zimę tak potrzebne potem w codziennej gonitwie.

Morinka skończyła DWA LATKA, gada jak najęta, konstruuje zdania wielokrotnie złożone aż mój ojciec pyta się, kiedy były te trzecie urodzinki. Pierwszym jej językiem jest niewątpliwie polski, ładnie odmienia już wiele końcówek, te wszystkie 'mamą' i 'mamę', wypowiada zdanie i na końcu dodaje, po chwili ciszy, 'Nawet.' Albo 'Chyba.' 

A teraz już wrzesień. Zaczynamy nowy rok akademicki od poniedziałku.

A o domu w następnym odcinku.

15:31, inny_glos
Link Komentarze (2) »
piątek, 28 lipca 2017

Ach, lekceważę bloga, opowieść skończyła się dziesiątego lipca, a tu prawie już jego koniec!

A zatem, pewnego dnia, kiedy postanowiliśmy rozszerzyć trochę nasze poszukiwania i szukać również na obszarach, na które wcześniej kręciliśmy nosem (jeszcze kawałek dalej od miasta, poza taką naszą umowną granicę na jednej ulicy) pojawiliśmy się na pewnej ulicy, aby obejrzeć pewien dom. Dość tani, dość mały, ale z dużym zachodnim ogrodem czyli w tak zwanym aspekcie wschód-zachód: jedna sypialnia na wschód, druga na zachód, kuchnia na zachód, pokój dzienny na wschód. Dla niektórych to najlepszy aspekt pod słońcem, zapewniający mnóstwo bezpośredniego światła przez cały dzień i to właśnie nas skusiło, żeby go obejrzeć. Niestety, spóźniliśmy się nieco na oglądanie i agentka już sobie poszła. Postaliśmy sobie chwilkę na ulicy, z domu na przeciwko obczajała nas brygada młodych Irlandzkich dresów, z domu obok, z porzuconym, zardzewiałym rowerkiem i starą kuchenką na trawniku, wyglądały na nas ciekawskie oczy dzieci. Większość dresów weszła do środka, na podwórku zostało tylko dwóch dość głośno rozmawiających ziomeczków koło trzydziestki, kolesie jak wyjęci z filmów gangsterskich, łącznie z sygnetami, łańcuchami, białymi adidasami i odpowiednim akcentem. Dom też był interesujący, złocone końcówki sztachet pobłyskiwały w słońcu, fantazyjne ornamenty w oknach puszczały wesołe zajączki, a oślepiającą białość ściany frontowej podkreślał wybetonowany ogródek. Z furą na podjeździe, oczywiście. Zaradność finansowa sąsiadów rzucała się w oczy, można by powiedzieć, i nie bardzo czuliśmy się tam na miejscu, z naszymi ideami, rowerami i pewną życiową głupotą. 'To nie jest dom dla nas' stwierdziłam głośno, ale postanowiliśmy jeszcze trochę pojeździć po okolicy. Agentka powiedziała nam o dwóch nowych domach, które zostaną wystawione na sprzedaż na dniach i chcieliśmy je obejrzeć, choćby z zewnątrz.  

W miarę, jak oddalaliśmy się od B. Parade*, robiło się coraz przyjemniej, a kiedy z powrotem przekroczyliśmy tę naszą umowną granicę poczuliśmy się już zupełnie dobrze. Niby podobne uliczki, parę minut na rowerze dalej, a atmosfera zupełnie inna, choć nawet trudno byłoby opisać, co składało się na tę różnicę. Jakieś bardzo nieuchwytne uczucie, że teraz już można głębiej oddychać, jakieś detale, drobiazgi zapewne podprogowo rejestrowane szczegóły zapewniły mnie, że tutaj jest bezpiecznie, że to dobre miejsce. Nowy dom również robił przyjemne wrażenie, z trawnikiem i krzakami róż, bez nadmiernego betonu, nic specjalnego, ale w połączeniu z okolicą wszystko to sprawiło, że oboje stwierdziliśmy jednogłoście, że 'fajny jest', jeszcze nawet przed zobaczeniem go w środku. Blisko parku (450m), na cichej uliczce, z dzieciakami na hulajnogach, z bocznym wejściem (rowery! będzie gdzie trzymać rowery!) i przystankiem minutę od domu z autobusem prosto do Adka uniwerku.

* jak się później okazało, mieliśmy dobre przeczucia - nie dalej niż w zeszłym tygodniu na tej ulicy skonfiskowano narkotyki za 4 mln euor: https://www.irishtimes.com/news/crime-and-law/three-men-arrested-after-drugs-worth-4m-seized-in-dublin-1.3158745

14:38, inny_glos
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 10 lipca 2017

Widzieliśmy też puste domy, jak ten, w którym w dobudowanej kuchni podłoga się uginała pod stopami jak mech; inny, w którym odpadało wszystko, łącznie z pierwszym stopniem schodów i który nawet byśmy brali pod uwagę (OGRÓD! Piękny, duży, narożny, południowo-zachodni! lokalizacja! do pracy 10 minut na rowerze!), gdyby nie małe okna z przodu, a takie małe okna to taki właśnie szczegół, którego w Irlandii się nie zmieni, bo do tego potrzebna zgoda Urzędu Miasta na przebudowę, która przy starych domach jest prawie niemożliwa do uzyskania, czyli byłoby ciemno ciemno ciemno. I jeszcze jeden, w którym do wymiany było praktycznie wszystko, łącznie z całą kuchnią-samoróbką, gdzie człowiek czuł się jak w altance działkowej. Lecz jeśli myślicie, że przerażał nas stan rozkładu, to jeszcze mnie nie znacie, wbrew pozorom żaden z tych domów nie dobił mnie tak bardzo jak to pierwsze mieszkanie z lokatorami, mam wystarczająco bogatą wyobraźnię i wystarczająco głęboką naiwność, żeby się porywać z motyką na słońce. Ale trzeba mieć na tę motykę, a domy te już w momencie jak do nich wchodziliśmy kosztowały wszystko, co dotychczas uzbieraliśmy. Czyli mieszkalibyśmy w altance, dopóki nie naskładalibyśmy sobie na pożądny remont, ale przecież nawet to jeszcze by nas nie odstraszyło (przecież mówiłam, że jestem pierwsza do motyki!), gdyby nie Mo. Z małym dzieckiem to nawet ja sobie zdaję sprawę, że było by nam bardzo bardzo bardzo ciężko. Tym bardziej, że Mo jest uczulona na roztocza. Tym bardziej, że Adek ma skłonności do astmy. 

Widzieliśmy też ładne domy, w gorszej dzielnicy, więc byłoby nas stać, ale w lepszej jej części, więc moglibyśmy mieszkać. Z pięknymi meblami i kuchnią na wysoki połysk, gustownymi sofami i eksluzywnymi kaflami w łazience. Z północymi ogrodami, porostami na drewnianej balustradzie od strony ogrodu i okrytymi mchem (no, prawie;) zabawkami dziecięcymi na tarasie przy domu od tej północnej ściany, która w Irlandzkim klimacie byłaby wiecznie narażona na wilgość. Więc oglądaliśmy je tak naprawdę, żeby się przekonać. O tym mchu i ślimakach w północnych ogrodach.

00:22, inny_glos
Link Komentarze (5) »
sobota, 08 lipca 2017

Nasza podróż przez różne budynki - teoretycznie mieszkalne, praktycznie w różnej fazie dezintegracji - trwała. A więc najpierw, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że chcemy dom, poszliśmy oglądać mieszkanie trzypokojowe. Co ja mówię - mieszkanie - norę! ciemną, wilgotną norę, grobowiec, z maluśkimi oknami wychodzącymi na ścianę albo wysuniętymi tak, że cały pokój jest marnie oświetlony, mieszkanie, w którym jeszcze ciągle mieszkali lokatorzy, jakaś azjatycka rodzina z dziećmi i krewnymi, niektórzy z nich właśnie odsypiali nocną zmian, a agent otwierał drzwi do pokojów, w których zmęczeni, biedni ludzie, ze schowanymi twarzami, zakutani w kołdry, leżeli na materacach na podłodze.

Ciemna, zagrzybiała łazienka, w przedpokoju dziura w ścianie zasłonięta dyktą i rozczulające dziecięce rysunki przyklejone taśmą klejącą do odłażącej tapety, w dużym pokoju, połączonym z kuchnią, dwie sofy i kolejny materac, oparty o szafkę, widać, że ludzie śpiący tutaj w nocy muszą rano szybciutko się zebrać i zrobić miejsce na dzienne aktywności całej rodziny. My z Morinką zaglądający w każdy kąt i uśmiechający się z zażenowaniem lokator, który nam otworzył, 'I am sorry, I am very sorry' mógł tylko powiedzieć Mi na koniec.

Mieszkanie wystawione 'okazyjnie' za 180, okazyjnie, bo to centrum, ale jak przekroczyliśmy próg już kosztowało 240 i "musicie się szybko się decydować, bo sprzedającemu zależy na czasie". A widok tych biednych imigrantów, rodzin z dziećmi, ludzi, traktowanych jak nie-ludzie, zmęczonych, skulonych, zwiniętych postaci, zapierdalających w nocy, pewnie za płacę minimalną, na ten dobrobyt Irlandii i tego agenta, coby mógł sobie kupić kawę za dwa euro i chińszczyznę za pięć, agenta właśnie włażącego z butami w ich intymną biedę, i brud, bo jak jesteś biedny to mieszkasz w 10 osób a każda wymiana zaplutej wykładziny to luksus, w ich prywatność i wstyd, depczącego po kołdrach i ich godności, cały ten obraz nawiedzał mnie jeszcze długo.

 

15:42, inny_glos
Link Komentarze (2) »

Ake mi tutaj chce zepsuć suspens, ale ja się nie dam;)

A zatem pierwszym domem, który nam się spodobał, był ten oto tutaj. Niepozorny, dość mały, taki skromny, bez żadnego zadęcia i bez udawania, ale w fajnym (dość) miejscu, blisko parku, z zachodnim ogrodem, oryginalną drewnianą podłogą i oryginalnymi kominkami z lat 30tych. Dom, w którym nie trzeba właściwie nic robić i można się wprowadzać od zaraz, co nie znaczy, że od razu nie chciałam i nie planowałam w myślach co zmienię, co przestawię i co przemaluję. Ale ten jego brak zadęcia do nas przemówił, tym bardziej, że chyba przez właśnie to nie było żadnych chętnych, kiedy dzień po oglądaniu zadzwoniłam do agentki. Zaoferowaliśmy cenę 10 tys. niższą niż wywoławcza i mieliśmy nadzieję, że różne jego mankamenty odstraszą potencjalnych właścicieli: brak korytarza czy jakiegoś ganku, miejsca, gdzie możnaby powiesić płaszcz (GDZIE ONI TRZYMAJĄ BUTY??), malutka kuchnia, jak widać na zdjęciach, mniejsza właściwie od tej, którą teraz mamy, ale przede wszystkim łazienka W PRZYBUDÓWCE NA DOLE. Dość spora i właściwie w porządku, ale po pierwsze, zasłaniająca ogród, który można sobie oglądać z kibelka, zamiast z kuchni czy dużego pokoju, a po drugie, aby do niej dojść z sypialni na górze trzeba przejść przez cały dom - zejść po schodach, przejść przez duży pokój i jadalnię, kuchnię i mały korytarzyk. W nocy na przykład. Jak chce się siusiu. W planach zatem mieliśmy dorobienie łazienki na górze, ale za jakiś czas, jak już uzbieramy, a na teraz mieliśmy nadzieję, że to skutecznie zniechęci potencjalnych nabywców.

Agentka ofertę zanotowała i zaległa cisza, na jakieś dwa tygodnie. A po dwóch tygodniach licytacja nagle przyśpieszyła, agentka zadzwoniła do nas i triumfalnie poinformowała, że właśnie ktoś dał 237, od tego czasu cena zaczęła rosnąć, a my po cichu przestaliśmy po prostu brać udział w licytacji, kiedy oferty przekroczyły 250. Agentka zadzwoniła jeszcze do mnie prawie miesiąc później aby poinformować, że cena wynosi 262 i wtedy już oficjalnie się wycofaliśmy.

To nie był dom dla nas.

W międzyczasie oglądaliśmy przeróżne domy, ale wszystkie w stanie mniejszego lub większego rozkładu a sprzedawane za 240, 250 czy 280 tysięcy i wtedy zaczęło do nas docierać, że na tę okolicę już nas nie stać. 

00:22, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 07 lipca 2017

Od tego czasu zaczęliśmy oglądać przeróżne nieruchomości w wybranych dzielnicach. Głównym kryterium była oczywiście cena - nie przekraczająca 250 tys., ale, jak się szybko okazało, lista rzeczy, które taki dom powinien mieć z każdym następnym oglądniętym domem się rozrastała. I tak, południowy, albo zachodni ogród, w ogóle ogród, a nie 'courtyard', który może wyglądać tak:

natural courtyard decoration combined with corner white seating area set under wooden pergola canopy for small space

albo tak:

stoneybatter

choć najczęściej tak:

inchicore

Do tego blisko do niewyznaniowej szkoły, do której zapisałam Mo jak miała 6 miesięcy (91% szkół podstawowych w Irlandii to szkoły katolickie, trochę jest protestanckich i dwie muzułmańskie;), albo drugiej niewyznaniowej szkoły, do której chodził Adek, coby nie musiała potem na lekcji religii kolorować podręcznika z krzywo odciętymi poleceniami i wyrwanymi zasadami wiary, jak dziecko mojej koleżanki. 

Ogród, szkoła, nie bardzo ruchliwa ulica, bo mimo, że przyzwyczaiłam się do szumu samochodów tu, gdzie mieszkamy, chciałabym móc wypuścić na ulicę Mo bez ciągłego lęku, że wpadnie pod samochód. Spokojne osiedle, sąsiedzi z dziećmi. Dom nie za duży, żeby zostało nam na chleb, jak będziemy musieli go ogrzewać w zimie, ale i nie za mały, żebyśmy mogli się pomieścić w czwórkę. Dwie sypialnie, tzw. living room i kuchnia/jadalnia osobno. Fajnie byłoby z bocznym wejściem, aby móc gdzie trzymać rowery. I co najważniejsze, nie za daleko od centrum, abyśmy mogli wciąż dojeżdżać na rowerze do pracy - moją granicą jest pół godziny, czyli 6 kilometrów od centrum miasta. Nie mieliśmy zbyt wielkich wymagań do stanu domu, mógł być 'trochę używany', a nawet bardziej, niż trochę. Damy radę.

Szybko okazało się, że domy którymi jesteśmy zainteresowani w tych 'lepszych dzielnicach' (ale proszę tej lepszości nie brać dosłownie, Irlandczyk by się przewrócił ze śmiechu, słysząć, że Drimnagh czy Crumlin to 'lepsze dzielnice') choć startują z ceny akceptowalnej dla nas, bardzo szybko idą do góry.

Krótkie wyjaśnienie procesu kupowania domu w Irlandii: Dom jest wystawiany na sprzedaż (na przykład na tej stronie:http://www.daft.ie/dublin/property-for-sale/crumlin/) z tzw. asking price, która określa mniej więcej ile chce sprzedający, ale nie jest ceną sprzedaży. Ta zależy od tego, ile zechcą dać kupujący, którzy po obejrzeniu domu składają ofertę do biura. W czasie rosnących cen jest ona przeważnie podbijana przez innego kupującego, który dowiadując się o daną nieruchomość od razu uzyskuje informacje o tzw. 'current offer' i jeśli chce, może dać więcej. Takie podbijanie ceny trwa jakiś czas, jak długo zależy głównie od tego ile osób jest zainteresowanych oraz od ograniczeń czasowych sprzedającego, a kiedy zostanie na placu boju jeden oferent agencja przeważnie czeka dzień i ogłasza wygranie przetargu. Tu następują gratulacje a oszołomiony delikwent nie może pozbierać szczęki z podłogi nie wierząc, że właśnie dał 50 tysięcy więcej  za dom i nie wiedząc, czy ma się cieszyć, czy rozpaczać. Na tym etapie może się oczywiście jeszcze wycofać, ale przecież już przeważnie wie, że nie ma szans na kupienie domu taniej, bo we wszystkich innych aukcjach, które przecież obdzwonił, cena też już jest 30-40 tysięcy wyższa, a końca nie widać.

 

 

 

14:21, inny_glos
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 czerwca 2017

Domy. Domy, domy, domy. Wiemy nareszcie czego nie chcemy, coraz bardziej precyzyjnie wiemy też, co chcemy. Oczywiście w kontekście tego, co możemy. A więc: skoro dom, to ogród, skoro ogród, to od południowej/południowo zachodniej strony. Nasz pierwszy obejrzany dom w 'lepszej dzielnicy' (wielu Irlandczyków by się tutaj zaśmiało, bo co to za lepsza dzielnica, ten Crumlin), ale taki, na który byłoby nas jeszcze stać, miał północny ogród. Dom niezbyt duży (85 m2), ale i nie za mały (domki w standardzie mają 65 m2), z dużą, w miarę przyjemną dla oka dobudowaną kuchnią ze stołem, dużym stołem w kuchni, rozumiecie - DUŻY, DREWNIANY STÓŁ W KUCHNI! I dalej typowo - dwie sypialnie na górze, plus łazienka, ale z wanną, sanitariaty akurat do wymiany, malutki pokój na dole i do tego dość duży salon, nie ogromny, ale nie malutki, niestety -  ciemny jak umysł J.Kaczyńskiego, bo bez żadnego okna na świat, właśnie przez tę dobudowaną kuchnię od strony ogrodu. Wszystko oczywiście stare, ale nie koniecznie od razu do wymiany, coś jak u ciotki, u której nie było remontu od lat dwudziestu, ale można tam mieszkać jeszcze i przez dziesięć - ściany lekko przybrudzone, tapety się w paru miejscach odklejają, drzwiczki szafek w kuchni trochę odpadają, pachnie wilgocią i roztoczami, ale można przeżyć dopóki się nie zbierze na remont. Dom frontem do południowego wschodu, a raczej południa bardziej, czyli ogrodem do północy, ale ogrodem dość dużym, pozarastanym, z jakimiś trawiszczami, krzaczorami i w ogóle przygodą. Było późne majowe popołudnie i niskie słońce cudownie oświetlało teren wpadając przez kuchenne okno kładło się promieniami na tym stole... Dzielnica niby ta lepsza, okolica w porządku, biegające kilkuletnie dzieciaki zaciekawione co się dzieje i czy będziemy ten dom kupować. 'Ja tu mogę mieszkać' powiedziałam do M wychodząc, bo już widziałam Morniaka znikającego ze swoim wózeczkiem i okoliczną bandą za rogiem. Ale. Zanim zadzwonilśmy, żeby złożyć ofertę (jak to się robi w Irl, o czym później), porozmawiałam z moim młodszym bratem. I nie. Nie-nie-nie-nie-nie, ogród od północy to zimna ściana, mech, wilgoć, grzyb, brak słońca w miesiące zimowe, właśnie wtedy, kiedy jest towarem deficytowym, wyjście z kawką na ogród od października do kwietnia odpada zupełnie, ciemno, zimno i piździ i w ogóle depresja kliniczna. A ta piękna kuchnia, co mi się tak podobała, to przez pół roku zmienia się w zimną, ciemną pieczarę, bo słońce bywa w niej tylko wieczorami w miesiącach letnich. No i odpadła 'lepsza dzielnica', dom dwa tygodnie później został sprzedany za cenę na granicy naszych możliwości.

15:25, inny_glos
Link Komentarze (3) »
sobota, 24 czerwca 2017

Pogoda w tym roku oszalała, skwar w Irlandii! przez trzy dni wprawdzie, ale się liczy. Wykorzystaliśmy to zatem i byliśmy dwa razy nad morzem. Ta bliskość morza, to jedna z rzeczy, które sobie bardzo tutaj cenię, autobus, kolejka i jesteśmy na plaży w ciągu trochę ponad godziny. Zawsze chciałam mieszkać blisko morza, niestety, raczej nie w tym życiu, bo blisko morza w Dubinie znajdują się tak zwane dobre dzielnice z domami za (średnio) 500 tysięcy. A my będziemy się przeprowadzać jeszcze bardziej na zachód niż nasze obecna miejscówa, czyli jeszcze dalej od morza, no cóż, ale za to blisko parku.

A to Moriniak niedawny.

mo1

21:40, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 czerwca 2017
 Sytuacji nie poprawiły nerwowe działania rządu irlandzkiego, kiedy w 2015 roku wobec niemożliwie rosnących czynszów i zagrożenia wielu rodzin bezdomnością wprowadzono malutką kontrolę cen wynajmu pozwalając właścicielom na podwyżkę nie częściej, niż co dwa lata. Bardzo szybko okazało się, że wynajmujący odbili sobie to ograniczenie z nawiązką, podwyższając czynsz o taką sumę, by pokryć dwa lata za jednym zamachem i my też zaczęliśmy wyczekiwać nowej umowy na dużo większą kwotę.

W międzyczasie zaczęłam zbierać dokumenty, aby starać się o kredyt mieszkaniowy, zdawałam sobie jednak sprawę, że będzie to trudne, z uwagi na to, że ja mam pracę na kontrakt, a M - od kiedy zdecydowaliśmy się wyrwać go z fabryki - dołączył do szeregów prekariatu, pracując najpierw w community employment scheme, czyli programie dla bezrobotnych sponsorowanym przez rząd, a później parę godzin w mojej szkole. Taka praca bardzo nam obecnie odpowiada ze względu na zdobywanie doświadczenia i równoczesną możliwość opieki nad Mo,której dobrobyt jest dla mnie najważniejszy - możemy bez problemu wymieniać się maleńtasem zatrudniając opiekunkę tylko na parę godzin tygodniowo i nie musimy oddawać jej do żłobka, ale z punktu widzenia banku jest bezwartościowa. W sierpniu zeszłego roku powiedziano nam, że możemy starać się o kredyt, jak M podpisze ze szkołą kolejną umowę na więcej godzin i kiedy moja menagerka zgodziła się, by przejął jedną moją grupę studentów od stycznia, złożyliśmy wniosek. W  międzyczasie dostaliśmy list z podwyżką czynszu o 25%, 250 euro więcej na miesiąc, ale też w końcu udało się nam odzyskać spadek M z Polski, który akurat wystarczył na depozyt i jeszcze trochę, wyglądało więc, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Papiery zostały wypełnione i złożone, a ja zajmowałam się śledzeniem nieruchomości na necie. Aż tu nagle, po dwóch miesiącach czekania, dostaliśmy odpowiedź odmowną. Bank nie bierze pod uwagę zarobków M, a tak w ogóle, to według bankowych wytycznych z dwójką dzieci, po odliczeniu raty kredytu, musimy mieć 2250 euro na życie i nie przekonały ich żadne argumenty, że na przykład w chwili obecnej płacimy ponad dwa razy więcej za wynajem, niż by wynosiła rata kredytu, więc od lat dajemy sobie dobrze radę z naszymi finansami. Byliśmy w dwóch bankach i w każdym powiedziano nam to samo, zupełnie nie biorąc pod uwagę tego, że mamy własny wkład na 1/3 mieszkania. Wizja bezdomności znowu zaczęła mnie straszyć, a rosnąca histeria w mediach nie pomagała (klik - o rodzinach z dziećmi, które zgłosiły się na posterunek policji, by móc spędzić noc w areszcie, by mieć jakiś dach nad głową).

W Irlandii, a szczególnie w Dublinie, sytuacja rodzin takich jak my - z małym finansami, coraz częściej pracujących na kontrakt, a nie na umowę o pracę, z małymi dziećmi -  jest zła. Galopujące ceny nieruchomości w dużym mieście powodują, że wiele rodzin, a szczególnie imigranckich, jest w pułapce: płacąc niebotyczne czynsze nie spełniają warunków, aby dostać kredyt mieszkaniowy. Jendym z podstawowych warunków jest bowiem zatrudnienie obojga partnerów, a w Irlandii normą jest, że mama zostaje w domu z dziećmi, żłobki i przedszkola są najdroższe w Europie i przy dwójce dzieciaków naprawdę nie opłaca się pracować (średni koszt całodziennego żłobka/przedszkola w Dublinie to 900 euro/miesiąc). Wiele osób latami czeka na mieszkanie komunalne bez żadnych szans na własne, co miesiąc płacąc ogromne pieniądze za wynajem, albo bojąc się podjąć jakąkolwiek dodatkową pracę, by nie stracić tzw. dopłaty do czynszu. Bo praca często jest niepewna, czasowa, nie poprawiająca za bardzo ich ogólnej sytuacji materialnej, albo wręcz pogarszająca, kiedy jej konsekwencją jest odebranie różnych zasiłków. A kiedy na pracy nie można polegać, ludzie -niestety - wolą mniejsze, ale pewne pieniądze od państwa. 

Nasza sytuacja na szczęście rozwiązała i w końcu, po wielu perypetiach, pożyczkę dostaliśmy.

14:39, inny_glos
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 czerwca 2017

I nieodmiennie co roku przychodził. Kiedy urodziła się Morinka na owe lęki nałożył się dodatkowo taki pierwotny strach przeżywany przez każdą matkę noworodka, spotęgowany przez koszmarne niewyspanie, ból, hormonalną rewolucję skutkującą emocjonalną karuzelą i ogólne wyczerpanie organizmu. W efekcie czego karmiąc małego ssaka gdzieś koło trzeciej nad ranem zaczynałam opłakiwać swoją przyszłą bezdomność. Nastroju nie poprawiały historie co jakiś czas ukazujące się w mediach- a to o kobiecie z trójką dzieci śpiącą w samochodzie, a to rekordowo wysokiej liczbie bezdomnych w Irlandii, a to o braku miejsc w schroniskach czy też opłatach za wynajem osiągających niewidziane wcześniej kwoty. Takie samo mieszkanie jak nasze wrzucono na stronę internetową za 1800 euro/mies, ceny za zwykłe, dwusypialniane mieszkania zaczły przekraczać 2000 euro.

15:32, inny_glos
Link Komentarze (2) »
środa, 14 czerwca 2017

Dom był takim odwiecznym nieosiągalnym marzeniem, bo choć zawsze wiedziałam, że jak już będę dorosła, to kupię sobie dom, nigdy wcześniej nie byłam wystarczająco dorosła. W 2008 w Irl  okazało się, że muszę być jeszcze bardziej dorosła niż w Pl, bo ceny domów były niebotyczne. I choć później dość drastycznie spadły, wciaz nie mieliśmy szans na kredyt - M firma została sprzedana, a my wymyśliliśmy jeszcze jedne studia, zeby nie musiał pracować w fabryce do końca życia. Ale cały czas śledziłam ceny nieruchomości, a one jeszcze przez jakiś czas dawały nadzieję. Gdzieś tak koło 2012 zaczęły się odbijać od dna i rosnąć, przez jakiś czas ciągle jednak jeszcze wydając się w zasięgu ręki, tylko, że ręce trzeba było mieć coraz dłuższe. Gdzieś tam na dnie mojego jestestwa dokarmiałam nadzieję, że kiedyś, że w końcu, że przecież nie może być inaczej. Nadzieja ta stała się palącą żywym ogniem potrzebą kiedy zaszłam w ciążę, a koszty wynajmu zaczęły rosnąć niemożliwie. Co roku z początkiem stycznia zaczynałam nerwowo wyglądać maila o podwyżce czynszu...

 

 

00:54, inny_glos
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 czerwca 2017

Wróciłyśmy do Dublina z pewną ulgą, upał i chaos mojego domu rodzinnego troszkę już nas obie zmęczył. Morinkę pewnie bardziej skwar, do którego nie jest przyzwyczajona, bo słońce w Polsce praży niemiłosiernie i tak, jak w Dublinie mam odruch wystawiania się na nie kiedy tylko na chwilkę się pokaże, tak we Wrocławiu robiłam wszystko, by schować się przed jego palącymi promieniami. Było gorąco codziennie, a ostatnie parę dni również duszno i burzowo. Mo jest prawdziwą Irlandką pod tym względem i choć upały nie wpływały na jej żywotność - codziennie biegała po parku spocona, czerwona i zakurzona - to kiedy spadł w końcu deszcz zamiast, jak inne dzieci chować się w parkowej restauracji i ze strachem spoglądać na popis natury, wybiegała na zewnątrz i śmiała się na głos: Leje! Pada! Des! Mama - leje! Des! Obie - ja i ona - z radością przyjęłyśmy ochłodzenie, oddalenie od ciepłej, ciasnej, dusznej atmosfery miejsca, gdzie moi rodzice niestrudzenie wciąz gromadzą góry rzeczy, które się mogą przydać. Choć rozumiem taką zapobiegliwość, czy wręcz jawny bunt wobec konsumpcjonizmu, który nakazuje kupować wciąż NOWE i NOWE, choć popieram w pryncypiach, w praktyce mieszkanie z milionem starych niepotrzebnych rzeczy jest bardzo upierdliwe i męczące. Po paru dniach dostaję uczulenia na wszystko, pierze i roztocza w pościeli, kurz w starych wykładzinach i stosach starych gazet i mam ochotę na chłód, przestrzeń i oddalenie.

A zatem jesteśmy z powrotem. Szkoła się skończyła, powoli kończymy jakieś ogryzki pracy, jakieś poprawianie esejów czy korekty za dodatkowe pieniądze. A pieniądze się przydadzą, bo chcemy kupić dom.

23:33, inny_glos
Link Komentarze (4) »
niedziela, 07 maja 2017

A wczoraj, wczoraj Adek skończył 18 lat. Tak po prostu. To niewiarygodnie i niemożliwe, o czym wie każdy rodzic dorosłego dziecka, to kompletnie niemieszczące-się-w-głowie, nie do uwierzenia i nie do przyjęcia. Moje najstarsze dziecko jest już dorosłe. Mój syneczek najmniejszy, mój Adziarz, mój chłopczyk, mój wrażliwiec, moja empatyczna progenitura.

O tym, co mu kupić na osiemnastkę myśleliśmy już od pół roku i nic nie wymyśliliśmy, kupiliśmy mu zatem zegarek, żeby nareszcie stosunek do czasu mu się poprawił, pierwsze męskie perfumy, żeby dziewczyny lubiły się przytulać i książkę o tym, że nie ma różnich w mózgach kobiet i mężczyzn, które by mogły wyjaśnic odmienne traktowanie społeczne, jako przygotowanie do życia w rodzinie.

Słów kilka o synu pierworodnym się należy. Adek studiuje matematykę i jest szczęśliwy niemożebnie, nareszcie znalazł swoich ludzi, swoje plemię, gostków, którzy go rozumieją i lubią. Zaczął zatem wychodzić z domu, a raczej do domu nie wracać po zajęciach, często koło 21 zaczynam się orientować, że Adka jeszcze nie ma w domu, dzwonię do niego i dowiaduję się, że jeszcze 'siedzi w bibliotece' i się 'uczy'. Nie wnikam;) Podobno mają fajną brygadę siedmiu osób, wśród których są nawet dwie dziewczyny. I jedna z nich mnie wczoraj rozczuliła, bo dała Adziarzowi na osiemnastkę następujące prezenty: piwo imbirowe, lizaka i paczkę słodyczy z pewnego drogiego sklepu. Nie ma co się entuzjazmować, ale mnie to ucieszyło, bo oznacza to, że musiała się wczuć w mojego synka - są to dokładnie te rzeczy, które on sam by sobie zażyczył, gdyby nie wstydził się, że takie dziecinne ma zachcianki. Czyli fajna dziewczyna. 

Adek zmienił się bardzo w ciągu ostatniego roku, zrobił duży skok od 'zostaaaawcie mnie' rzucanego przy każdej okazji zbolałym głosem do krótkiego 'ok' człowieka, z którym w zasadzie da się dogadać w każdej sprawie. Ma teraz jakąś taką energię, radość, otwartość w sobie i choć nadal czasami wpada w te swoje letargiczne stany sprawdzając co chwila statusy na fejsie, zdarza się to zdecydowanie rzadziej i nie wygląda jak przypadek kwalifikujący się do natychmiastowej pomocy specjalisty. Czyli nastolatkową czarną dziurę mamy zdecydowanie za sobą.

Skończył już też pierwszy rok akademicki, w sumie czy skończył to się niedługo okaże, bo właśnie jest w trakcie zdawania 11 egzaminów. A wszystkie z MATMY. Także trzymamy kciuki. Choć ja się w sumie o niego nie martwię, bo kiedyś musi dostać nauczkę - w czwartek miał na przykład statystykę, do której zaczął się uczyć w środę. (Podobno łatwy egzamin. Zobaczymy).

00:19, inny_glos
Link Komentarze (5) »
piątek, 21 kwietnia 2017

Ostatni dziś wykład za mną, orka na ugorze, półtorej godziny online powtórki z dwudziestu teorii po angielsku, jazda bez trzymanki, mówienie do czarnej dziury, bez chwili odsapu i żadnego żartu. Wystarczy, że zapomnę jednego wyrazu, nagle pustka w głowie, stres narasta i jak u Milnego - im bardziej myślę, tym bardziej wiem, że nic nie wymyślę. Niby mam slajdy i mogę korzystać z notatek, ale nie mam czasu na żywo, żeby odpowiedni fragment w notatkach odnaleźć, jak mówię z głowy, mogłabym czytać z kartki, ale wtedy kontakt byłby jeszcze mniejszy. Ale teraz wolne od wykładów aż do września:) 

Nie lubię wykładów online, to mówienie w przestrzeń, w czarną dziurę, bez żadnej informacji zwrotnej, czy rozumieją, czy śledzą, czy już zupełnie się wyłączyli. I jeszcze nieuniknione problemy techniczne, szumy, zlepy, ciągi z mojego mikrofonu, plus mój twardy polski akcent - czasem sobie myślę, że to muszą być prawdziwe tortury dla studentów. 

A propos mówienia, mojej córeczce się coś w głowie otworzyło i mówi. Konstruuje już całkiem skomplikowane twory zdaniopodobne, używa czasów i przypadków, choć nadal odpowiada na pytanie powtarzając ostatni wyraz - Jesteś chłopcem czy dziewczynką? - Cynką. - Jesteś dziewczynką czy chłopcem? - Chopcem. 

00:29, inny_glos
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Święta. Tradycji nie stało się zadość, ponieważ parę dni temu okazało się, że moja córeczka ma największe uczulenie na jajka. Tak naprawdę ma na wiele rzeczy - od ponad tygodnia zawzięłam się i spisuję WSZYSTKO, CO SPOŻYWA, co jest niebywale upierdliwe - ale po jajkach wychodzą jej największe czerwone, swędzące plamy i drapie się niemożebnie, zniechęciło mnie to zupełnie do jajcowania w tę Wielkanoc. Zjedliśmy zatem jedynie świateczny obiad, świąteczny o tyle, że razem z Adziarzem, który ostatnio najczęściej je w swoim pokoju. Niestety. Niestety, bo ja lubię wspólne rodzinne obiady, są one jednak rzadkością z wielu powodów, jak na przykład tego, że kończymy pracę/szkołę/zajęcia w podgrupach o różnych porach, albo tego, że zamiast dużego, rodzinnego stołu, o którym marzę od zawsze mamy wózek i rowery w kuchni (nie pytajcie), okrągły stół, który stał się biurkiem M, od kiedy ma pracę biurową i ŁAWĘ. Okropną PIEPRZONĄ ŁAWĘ, która powoduje ból brzucha jak się przy niej siedzi na kanapie (i zgina do jedzenia) i ból nóg, jak się przy niej siedzi na poduszkach. Nienawidzę tej ławy. W moim domu nie będę miała ławy, do kosza z ławami, na pochybel!

Ława pasuje tylko Morince, bo całkiem dobrze się na niej rysuje na stojąco, jak się ma 77 cm wzrostu. Ale jak się już ma ten (prawie) metr więcej, to katastrofa.

21:38, inny_glos
Link Komentarze (2) »
sobota, 18 marca 2017

Wczoraj wielkie Irlandzkie święto, marsze i szaleństwa do późnej nocy, ale nie posżłyśmy oglądać z Moriniakiem, bo wiało, lało i ogólnie i pizgało (czy to jest wulgarne określenie? czasem brakuje mi innych słów na wyrażenie stanów zewnętrznych i wewnętrznych) wyjątkowo, nawet, jak na Irlandię. A zatem tylko na króciutki spacerek do Lidla i z powrotem, a jak chcecie sobie pooglądać co się działo w centrum, to proszę bardzo: Broadsheet. Adek tylko się w nocy wymknął (Mi był bardzo przeciwny, bo pijane tłumy na ulicach), żeby zrobić zdjęcie jakiejś fajnej uliczki, którą widział dwa dni temu jak się z kolegą włóczyli po mieście do piątej rano (tak, martwiłam się, ale cóż zrobić - ja wyprawiałam gorsze rzeczy). Święty Partyk ucieszył mnie głównie z powodu wolnego w pracy, dało nam to chwilę wytchnienia.

Morniak jest rzeczywiście tak słodki, że to po prostu niemożliwe, a w dodatku coraz więcej rzeczy można z nią robić. Dziś na przykład zrobiłyśmy wegański pasztet i majonez dla taty, który rzadko próbuje takich smakołyków, bo przeważnie na codzień nie mamy czasu. 

To macie jeszcze Mo na tle katedry Św. Patryka (nasz pobliski park):

 

Czapa mojej roboty, strasznie jestem dumna, płaszczyk, chusteczka i spodnie z ciucharni, stylizacja by Inny_glos;)

A tutaj Mo na zjeżdżalni, w pierwszy cudowny wiosenny dzień tego roku:

16:12, inny_glos
Link Komentarze (5) »
czwartek, 16 marca 2017

Obiecałam wam cudnego Moriniaka i voila! proszę bardzo. Tutaj myje ręce SIAMA:

Na więcej mi czasu nie starcza, bo jeszcze online tutorial dzisiaj mnie czeka, ale już jutro, proszę Państwa, już jutro jest Św. Patryka i mamy wolne i będzie cudnie i będą tańczące tłumy na ulicach i będziemy mieli wolne. 

17:54, inny_glos
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 marca 2017

A tam, co mi tam, napisze coś. Maryla się już chyba nie doczeka końca swojej historii, bo mnie samą to znudziło. Dość powiedzieć, że jak chciałam pierwszy raz odebrać swoje własne dziecko trochę wcześniej, bo myślałam o tym, aby łagodnie ją wprowadzić w nową sytuację, Maryla się nie zgodziła, bo w tym czasie planowała być na zebraniu w szkole córki. Z moją córką. Którą widziałaby drugi raz w życiu, a pierwszy miała pod opieką. W końcu poszłam po rozum do głowy i po serii szybkich smsów rozstałyśmy się niekoniecznie w przyjaźni. Nie to, żebym jakoś ją źle potraktowała, ale się sama obraziła na to, że ja chcę moje własne dziecko odebrać 15 minut wcześniej i nie zgadzam się, żeby gdzieś z nim chodziła. W końcu mój szef poszedł mi na rękę i poprosił o zmianę godzin i zmienili, a nie lubią tego robić, oj nie lubią. 

W międzyczasie rozpuściłam wici po-absolutnie-wszystkich i teraz mamy znowu fantastyczną opiekunkę Danę, Łotyszkę, którą kiedyś poznałam w parku. Dana ma córkę trzy miesiące starszą od Morinki i jest odpowiedzialną, zrównoważoną i dobrą kobietą. Moja intuicja powiedziała mi, że Danie można ufać już po pierwszym wstępnym spotkaniu i na razie dalej trzyma się swego zdania. Dana jest ostrożna, przejrzysta, uczciwa, wysyła mi zdjęcia zupki, którą dała Moriniakowi, jak nie chciał jeść mojej zupy, mówi mi o każdych jej 5 minutach płaczu, wysyła mi filmiki, jak dziewczynki się ganiają na dwóch trójkołowych rowerkach wokół stołu. Mornika nie chce od niej wychodzić.

A Moriniak rośnie i rośnie, ma 19 miesięcy i gada jak najęta. 'Usia-a' to mamusia, 'pryka-a' to papryka, 'dzinka-ka' to mandarynka, 'chośi siama' po podwórku, biegnie do kuchni wołając 'dać jej!' albo 'daćci', tak, jak my mówimy do niej lub o niej. 

00:05, inny_glos
Link Komentarze (3) »
sobota, 04 lutego 2017

A zatem Maryla wyraziła chęć pewnego pięknego wrześniowego popołudnia w parku, gdzie się zwykle spotykami z różnymi mamami Polkami, żeby opiekować się Moriniakiem przez parę godzin w tygodniu począwszy od połowy listopada. Moja moja głowa była zajęta tysiącem innych rzeczy a czujność uśpiona pamięcią o super Oli. Ale połowa listopada zbliżała się nieuchronnie i zaczęłam myśleć jak by tu wprowadzić Marylę w życie Moriniaka. Mo miała do niej przychodzić przez pierwsze sześć tygodni tylko na dwie godzinki raz w tygodniu, od stycznia w sumie na pięć, wyobrażałam sobie, że będzie się przez te dwie godziny bawić z dziećmi, w nowym miejscu, z nowymi zabawkami, ledwo co zauważy, że mnie nie ma. 

Umówiłyśmy się pierwszy raz na pewnien piątek u Maryli w domu, coby się wszyscy poznali. Okazało się, że mieszka ona 2 minuty od naszego domu, mieszkanie jest ładne, czyste, zadbane, jasne. Posiedziałam godzinkę, w tym czasie Maryla opowiedziała mi jak jest jej bardzo ciężko jako samotnej matce i że z pracy ledwo jej starcza na czynsz i na życie. No szkoda kobiety, oczywiście, biedne dzieci, ciężka sytuacja. Dzieci przez większą część czasu kłóciły się o komórkę Maryli, siedziały na kanapie i ją sobie wyrywały. - I mogą tak cały dzień - powiedziała Maryla - i co zrobisz? Posiedziałam jeszcze chwilę, wysluchałam jeszcze trochę żalów pod adresem byłego męża i umówiłyśmy się na za tydzień na jeszcze jedno spotkanie tuż przez planowanym zostawieniem Morinki po raz pierwszy. Widziałam, że Maryla uważa to za nadmierną opiekuńczość, ale co miała robić - zgodziła się. 

Ja wyszłam od niej z dość mieszanymi uczuciami. Widziałam, że nie jest to zła kobieta, tylko, że kompletnie nie miała miejsca na moją córeczkę, była tak bardzo przytłoczona swoimi kłopotami i obciążona emocjami swoich dzieci. Dzieci wyglądały na lekko zaniedbane emocjonalnie, już sam pomysł chodzenia do pracy i zostawiania swoich dzieci z kolejną, już dziesiątą opiekunkąm, jak pożaliła się Maryla, wydawał mi się trochę  dziwny w kraju dość rozwiniętego systemu społecznego. No ale dobrze, może ją ta praca ratuje przed kompletnym szaleństwem i użalaniem się nad sobą, myślałam sobie. Nie miałam już czasu szukać nikogo innego

Na kolejne spotkanie umówiłyśmy się trzy dni przed rozpoczęciem przeze mnie nowego kursu. Spotkanie przebiegało w podobnie miłej atmosferze, dzieci podobnie kłóciły się o mamy komórkę, dopóki nie przyszła koleżanka Maryli i nie pozwoliła im grać również na swoim telefonie, w przerwach biegały po pokoju i płakały. - Adriana taka płaczliwa właśnie jest. Może to te ciągle inne opiekunki? - zadumała się przez chwilę Maryla - No, ale co zrobisz. Omawiałyśmy ostatnie szczegóły zostawienia mojego dziecka pod jej opieką.

01:18, inny_glos
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 30 stycznia 2017

Kurcze, pani opiekunka zasługuje na osobny wpis, pani Maryla, z którą się uśmiechamy sztucznymi uśmiechami jak się spotkamy w Lidlu, ale ja NIE MAM CZASU. To znaczy, czas oczywiście mam, ale tylko na rzeczy najważniejsze, jak zajmowanie się łobuzem zwanym dziewczynką, zajmowanie się zarabianiem pieniędzy w pracy, którą lubię, ale która pochłania cały pozostały czas, nie przeznaczony na spanie i siusianie. Na nic innego nie zostaje mi wolnych chwil i to niestety jest naprawdę cała prawda i tylko prawda, bo już nauczyłam się WSZYSTKO inne robić przy okazji. A więc przy okazji gotuję, sprzątam, piorę, chodzę do sklepu - przy okazji, czyli zwykle z moją córeczką. I jedyne, czego nie da się robić przy dziecku, jak wiedzą wszystkie mamy, to pisać i czytać. Ale szkoda mi szkoda tych rzeczy, które już miną zapomniane, jak na przykład tego, że kładzie się wieczorem jak gdyby nigdy nic i nagle wstaje rano i bach! 'Siaje', mówi, i przez chwilę nie wiem, co siaje, co to w ogóle może być, ale nagle wszystko wskakuje na swoje miejsce i siaje i bure i wszystkie koty za pan brat. Mi najbardziej lubi 'kjujika', ja przepadam równiesz za 'mycią', 'mycia', 'siaja' oczywiście, mogłabym nagrać sobie te słowa i słuchać na pętli na okrągło. A więc mówi, naśladuje, powtarza, już nie tylko 'miau', już nawet pojawił się 'kot' (czasem wychodzi 'tok'). Dalej uwielbia kulki i kółka, na codzienne pytanie 'Mo, a co chciałabyś zjeść?' udziela stałej odpowiedzi - Kulka!, - A jaką kulkę chciałbyś zjeść? - Mango!, co oznacza 'owocowe'. Dałam jej ostatnio herbatkę z drzemem z czarnej porzeczki, łyknęła, mlasnęła, łypnęła i powiedziała z lubością - Mango!

Sprzedaliśmy odziedziczone mieszkanie w Polsce, po podzieleniu się pieniędzmi z rodzeństwem M zostaje nam zaczepne na mieszkanie tutaj. I rozglądamy się, ale tu znowu ceny poszybowały w górę - w ciągu pół roku skoczyły o 30 tysięcy, a więc znowu nam brakuje i nie bardzo wiemy, co robić. Stawać na głowie i pożyczać czy czekać, że może spadną? 

O, płacze królewna. Idę.

00:03, inny_glos
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 stycznia 2017

Już byłam w ogródku, już kończyłam wam historię naszej opiekunki Maryli, ale oczywiście maleńtas się obudził i koniec wolnego. (A dopiero co skończyłam wykład online. ech).

Michał ją lula, to napiszę tylko szybko, że wczoraj zaczęła mówić 'fsfyscy', 'karon' na makaron i 'mjelko' ma mleko. Oraz 'fjatlo' na światło, które dotąd konsekwentnie było nazywane 'łiju łiju', łącznie z kolorem niebieskim i żarówiastym. 

00:19, inny_glos
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23
stat4u