RSS
poniedziałek, 02 kwietnia 2018

Pada. Pada pada pada, kapie, leje, mży, dżdży, siąpi, kropi. Ja wiem, że mieszkamy w Irlandii, ale kurcze blade ile można wytrzymać? I zimno. Zimno zimno zimno, cały czas poniżej 10 stopni, co oznacza, że musimy grzać. 

Aby się trochę zagrzać, kupiłam bilety do Polski na początek maja. Jedziemy tylko z Mo, poucieszać trochę babcię i dziadka. 

Myślę o zrobieniu prawa jazdy. To jest takie nasze marzenie od lat, ale z tych mniejszych - a że marzenia się spełniają, to trzeba zacząć działać. Żadne z nas nie umie jeździć, na co dzień nie za bardzo nam to przeszkadza, rowery górą! ale chcielibyśmy sobie kiedyś pojeździć po tej naszej Irlandii. A bez samochodu trudno i drogo. Zaczynam od lekcji jazdy i daję sobie dwa - trzy lata na zrobienie prawka. Tutaj przeważnie zdaje się najpierw test teoretyczny, po którym można już jeździć jako 'learner', ale trzeba mieć kierowcę towarzyszącego i samochód. A my ani tego ani tego - samochód teoretycznie moglibyśmy sobie kupić, ale koszt ubezpieczenia dla kogoś bez pełnego prawa jazdy jest niemożliwy - wyszłoby koło 2500 tys na rok, więc wolę za te pieniądze doskonalić jazdę z instruktorem.

16:01, inny_glos
Link Komentarze (4) »
sobota, 31 marca 2018

Święta. Umyłam tylko okna tym razem, ze wszystkim innym dałam sobie spokój. I tak na bieżąco sprzątamy, przesuwamy, wiercimy, przestawiamy, układamy, porządkujemy, sortujemy, wyrzucamy.

Święta jak zwykle dają trochę oddechu, tak nie za dużo, tak na dwa wieczory serialu obejrzanego bez wyrzutów sumienia, że trzeba sprawdzać eseje. Świętujemy wiosnę, która jakoś opornie w tym roku do nas przychodzi – od tygodnia temperatury koło 7 stopni w dzień i 3 w nocy, czyli zimno zimno zimno. Ale nadzieja jest, Irlandzkie dzieciaki się nie przejmują i biegają w podkoszulkach i legginsach po dworze. Bo wiosna przecież!

Planuję ogród. Na razie z przodu domu, przy płocie, koniecznie róże – ale pnące, poprowadzone poziomo, czy krzaki?

Tutaj widać kawałek tego płotku (i nasze dzieci, przy okazji, jak idą do sklepu;):

 

ad_mo_male

Widać, że trawnik też średnio zadbany, w planach kupno kosiarki, ale na sadzenie innych rzeczy niż róże się nie zdecydowałam, na razie oglądam, co rośnie u sąsiadów, którzy też mają podobny północny aspekt. 

Mo szuka koleżanek. Są tu takie dwie dziewczynki, dużo starsze, bo siedmioletnie, Mo za nimi biega cała ucieszona, a one trochę się z nią bawią, trochę jej uciekają, trochę się z niej śmieją. Ona jeczcze tego nie rozumie, tych sytuacji społecznych, i śmieje się razem z nimi:) Codziennie pyta się, czy ‘koleżanki są’ a jak są, oj to nie ma zmiłuj – musimy iść. Wczoraj razem z koleżankami odkryła sekret pana Bim-boma, jak go nazywamy, czyli samochodu z lodami, który jeździ po całej dzielnicy głośnym sygnałem oznajmiając lody. Od kiedy się tu przeprowadziliśmy pan Bim-bom (albo pani Bim-bom czasami) był ważnym elementem życia, kiedy usłyszała 'tu-tu-tu-tu-tu-bim-bom', trzeba było biec do frontowego okna, żeby go zobaczyć. Ale sens istnienia pana Bim-boma było dla Morinki tajemnicą. Aż do teraz. Właśnie próbowałyśmy się zaprzyjaźnić z dziewczynkami na ulicy, kiedy przyjechał, dziewczynki zamówiły dwa ‘lody do picia’, kubki wypełnione pokruszonym lodem i syropem o smaku truskawkowym, po czym okazało się, że mają tylko 20 centów. Cóż było robić, dołożyłam się im do napoju, żeby spojrzały łaskawszym okiem na nową młodszą koleżankę i pozwoliły jej brać udział w bieganiu, skakaniu, machaniu rękami, robieniu min i wygłupianiu się. Mo oczywiście też dostała napój i tak ukręciłam sobie bacik na własny grzbiet, jak sobie zaraz pomyślałam. 

 

14:50, inny_glos
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 marca 2018

Wiosna przyszła i poszła, tak jak i zapewne w Polsce, ale te parę cudnych, słonecznych dni pokazały na co warto czekać. Słońce już zupełnie zagląda do naszego ogródka, tak jak w zimnie jest za nisko i ogród jest cały w cieniu sąsiednich domów, tak od początku lutego mamy je w ogrodzie od tyłu. Kuchnia jest cała zalana światłem prawie od samego rana aż do popołudnia - to był dobry wybór, z tym południowym ogrodem. Jestem z siebie dumna, że się tak uparłam i nie dałam się skusić cenom północnych ogrodów. Słońce stopniowo również pokazuje się od frontu, około 18 godziny dochodzi nam do okien, a te dwie-trzy godzinki popołudniowego światła dają nadzieję moim różom od frontu - nie będę zmuszona do sadzenia bluszczy i paproci li i jedynie. Kocham ogród, mogę jedynie narzekać, że jest za mały, bo tak jak dom mogę mieć malutki, tak ogród powinien być wystarczająco duży, żeby zmieścić tam kwiaty, pnącza, stolik na popołudniową kawkę i zagony ziemniaków. Chcę robić naturalny kompost, mieć trochę warzyw i ziół, maliny, jagody, porzeczki, sadu niestety nie dam rady posadzić. Na razie sadzę róże i małe kwiatuszki letnie, na wielkanoc mamy zaplanowane sianie kwiatków z Morinką.

Przyzwyczailiśmy się chyba do chłodniejszego domu, wiem, że jest wiosna, ale nawet koło 3-4 stopni na zewnątrze nie odczuwam już tak zimna. Ale oszczędzamy na wymianę okien, jak zwykle uparłam się na li i jedynie na drewniane. Ciemno-granatowe albo czarne, ale drewniane:) Przy okazji zrobimy ocieplenie zewnętrzne, jak nam dadzą pożyczkę, na razie sprawdzam różne opcje i możliwości. Ciężko jest tak bez żadnych kontaktów, ocieplenie to koszt 10 tys euro i można je bardzo spartaczyć, szukam zatem kogoś, kto może nam tego doglądać za niewielką opłatą.

Na brzozie zamieszkały sroki - tato, mama i chyba jakieś młode, jeszcze nie za bardzo widać co tam się dzieje w gnieździe. 

Dodatkowe kilometry na rowerze do pracy robią swoje - schudłam trzy kilo. 

Morinka śmiga na hulajnodze, spacer do sklepu czy do parku stał się przyjemnością, bo wcześniej bywało, że już bardzo zmęczona nie chciała jechać w wózku i bardzo marudziła, a chodzenie za rączkę trwało wieki. 

Rok akademicki się kończy i będę miała czas na zdjęcia dla was. Wreszcie. 

17:22, inny_glos
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 marca 2018

Czarnego potwora już nie ma, oddałam stół IKEI, okazało się to bardzo proste, po prostu zadzwoniłam i zapytałam, czy zabiorą stół, bo nam nie pasuje i zabrali. Puściliśmy jeszcze cztery krzesła przy okazji. Były w odcieniu walącego po oczach błękitu, czego nie widziałam w sklepie. A najlepsze jest, że najpierw wysłałam maila, ale mi nie odpowiedzieli, więc zadzwoniłam i zgodzili się zabrać za darmo. Po czym dwa dni później przysłali mi maila, że nie mogą zabrać. Cały szkopuł był w tym, że rozmawiałam z Ikeą z UK a mailowałam z Ikeą Irlandzką, skutkiem czego stół zabrali bez problemu.  Niezły burdel mają tam siostry w IKEA. Ale pieniądze oddali.

Zamiast czarnego monstrum

stol_male

mam teraz drewnianego Duńczyka - w odcieniu pomarańczy, lekki, rozkładany, jakby z lat 60tych, wypatrzony w Oxfamie za 50 euro. Dalej mi trochę nie pasuje, jest troszkę za mały, no i ten pomarańcz, ale jest lepiej (zdjęcia będą).

Stół głównie mi się gryzł z tą sofą:

sofa_m

Którą będziemy jeszcze spłacać dwa lata więc wymienić nie mogę. Cały pokój rozpadał się na dwie części - ciężką, czarną, z ostrymi kontrastami koło kominka i lekką, pastelową, o obłych kształtach koło sofy. Zamierzam jeszcze dokupić fotel i dywan, bo dywanik z kurą też nie pasuje, choć bardzo go lubię. Ale na razie wstrzymałam wszystkie zakupy - oszczędzamy na okna i być może też ocieplenie zewnętrzne.

Bo miała być już wiosna, a parę dni później było tak:

przed_domem_2

Bałwan:

balwan_mA z tyłu domu:

ogrod_w_sniegu_male

Dopiero co posadziłam kwiatki! W parę dni nabiliśmy gazu na 150 euro, a potem licznik stanął. Maja go wymieniać już od dwóch miesięcy, na początku roku przyszedł pan inżynier, popatrzył, postukał i stwierdził, że to taki stary licznik, że nie ma narzędzi i poszedł sobie.

 

11:50, inny_glos
Link Komentarze (3) »
wtorek, 13 lutego 2018

Wiecie, jak to jest, kiedy kładziecie się spać z myślą, żeby tylko się prędzej obudzić, bo nie możecie się doczekać? Wiecie, jak to jest, kiedy spróbujecie jakiejś rzeczy po raz pierwszy i chcielibyście się tylko w to bawić i bawić? Pamiętam takie uczucie z głębokiego dzieciństwa, uczucie niecierpliwości, gorączki, takiego podekscytowania, że człowiek nie może spać, bo już chciałby wstać.

To ja tak mam teraz z ogrodem.

MAM OGROD.

IDZIE WIOSNA. 

Juz nie mogę się doczekać. Kupuję na ebayu nożyce do cięcia róż, wyszukuję na necie w miarę tanie altanki. I pnące róże, które lubią cień. Jak wam się podoba Iceberg?

Provence, Dominique Lafourcade. Rose  pergola with rosa 'iceberg'

To południowa Francja,  u mnie trudno się spodziewać takich efektów, ale podobno te róże nie są zbyt wymagające.

A ta też podobno lubi cień:

Eden Climber Rose

Cudna, prawda? To Eden Climber Meiviolin, jakbyście chcieli taką.

A clematisy? Lubicie clematisy? Od ulicy mam taki okropny, niski, metalowy płotek, chcę tam puścić clematisy (jak sie po polsku nazywaja?).

O tak:

Znalezione obrazy dla zapytania clematis on a fence

Albo tak:

Znalezione obrazy dla zapytania clematis on a fence

A moze zamiast róży tak?

Clematis I think

Clematisy bardzo ładnie rosną w Irlandii, muszę tylko posadzić dobry gatunek, który mi wytrzyma od pónocnej strony. Ale dzis odkrylam, ze jest tam troche slonca w lecie.

Poza tym mamy dużo różnych roślinek, które dopiero znajduje i jeszcze nie wiem, jak się nazywają. 

Obłożyłam się ksiegami o Garden Design i się zachwycam:D Oglądam ogród rano, w południe i wieczorem i patrzę, co w cieniu, co w słońcu. Bo słońce zaczęło zaglądać do naszego ogrodu prawie równo na urodziny Mi, drugiego lutego, wcześniej tylko przez okna do kuchni i dużego pokoju, ale grunt był caly w cieniu.

A filmiki na jutubie są nieocenione.

Jakie jeszcze rośliny lubicie?

20:31, inny_glos
Link Komentarze (4) »
sobota, 10 lutego 2018

No dobrze dobrze, pracą zajmiemy się później, a na razie muszę wam powiedzieć, że wiosna idzie!!!

U mnie w ogródku już są przebiśniegi? Pierwiosnki? Aaaa, sprawdziłam, właściwie to oba gatunki. Wyłażą z ziemi, razem z tymi żółtymi narcyzami, odkrywam powoli co mi ta pani co tutaj mieszkała wcześniej nasadziła i bardzo bardzo ją za to polubiłam:) Przesyłam jej dobrą energię w podziękowaniu. Są jeszcze różne krzaki róż, ach, róże, cudne róże, moje ulubione kwiaty. Włączyła mi się korba ogrodowa, byłyśmy wczoraj z Mo w naszej lokalnej bibliotece i pożyczyłam sobie fantastyczne książki o ogrodnictwie, ech, jeszcze wam pokażę, co tu mi powyrasta!

Ale na razie sprawdzam ogród, patrzę, gdzie świeci słońce o jakich porach, gdzie wieje wiatr, a gdzie jest bardzo cienisto. Front domu znajduje się od północy, zawsze marzyłam o pnących różach wokół drzwi, ale w takich warunkach nie ma szans. Macie jakieś pomysły na fajne rośliny cieniolubne? I żeby kwitły;)

Wczoraj zamówiłam (ostatnią) partię mebli z Ikei, chcemy ostatecznie pozbyć się pudeł z czarnego pokoju. Co zamierzam zmienić a co już zrobiłam poopowiadam wam następnym razem, bo niestety, Mi jest z Mo co oznacza, ż muszę się zabrać za robotę. 

Jakie ksiażki o ogrodnictwie polecacie? 

14:07, inny_glos
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 lutego 2018

Dom nabiera ogłady. Rozpędziłam się trochę w tych moich urządzaniach wnętrz (już nowy stół chciałam kupować, a nawet nie nowy, ale stary, za - bagatelka! - 350 euro, nie bacząc, że przecież stół już mam! Ale taki cudny, cudny, cudny, Duński z lat 60tych, ach!), no zatem tu stół, tam klosz sufitowy już prawie kupiony za 80 euro, a jeszcze termostat - bo albo mamy gorąco jak w piekle, albo zimno jak .. w niebie? 300 e, a może taki z osobno regulowaną temperaturą każdego pokoju? bagatelka - 1500 euro, jeszcze przecież okna, półki na książki, stolik do kuchni i ...samochód? czyżby nareszcie nastała pora, kiedy możemy zrobić prawo jazdy?? Stój stój stój, wstrzymaj konie moja droga, hola hola, proszę się uspokoić natychmiast. Natychmiast.

Bo oto dostaliśmy wiadomość, że likwidują dwa kierunki u nas w szkole i to akurat jeden, na którym mam najwięcej zajęć i drugi, na którym ma Mi. Co to dla nas oznacza jeszcze nie wiadomo, bo dostaliśmy pozwolenie na otwarcie jednego kierunku w zeszłym roku, ale jak to godzinowo wyjdzie, co nam prekariuszom z tego skapnie to raczy wiedzieć tylko managerka. Nie mogę przy tym powiedzieć, że spadło to na nas jak grom z jasnego nieba - bowiem więdnąca liczba studentów już od dawna była przedmiotem wielu dyskusji i rozkminiań i losy tego kierunku były właściwie już dawno przesądzone, ale tak długo to wszystko wisiało na włosku, że myślałam, że jeszcze podynda. A tu koniec. 

W tym kontekście to, że mamy dom nabiera zupełnie innego znaczenia - już nie będziemy drżeć przed kolejną podwyżką czynszu, coraz bardziej świadomi, że na własne już nie mamy szans - bo ludziom pod pięćdziesiątkę nikt nie daje kredytów. A tu już mamy. MAMY. Z ratami damy sobie radę, na szczęście nie takie duże a i poprosić możemy o rozciągnięcie okresu spłaty.

A już poczułam się bogata:D 

20:19, inny_glos
Link Komentarze (2) »
środa, 31 stycznia 2018
Mo

mo_ma13



mo_ma2

 

 

19:16, inny_glos
Link Komentarze (9) »

Pragnę odtrąbić zwycięstwo, choć boję się, czy aby nie za wcześnie. Ale alergia znika! Farba sie wywietrzyla, wywalilam caly wór różnych środków czystości (płyn do szyb, płyn do naczyń, szampony, płyn do płukania tkanin itd) i czuję się dużo lepiej. Nawet moja wieczna egzema na rękach zaczęła przygasać. To cholerstwo jest takie trudne do wytropienia, bo znajduje się naprawdę we wszystkim - parę dni temu położyłam się spać i zaczęłam się momentalnie drapać. Swędzi mnie jak jasna cholera, drapię się niemożebnie i myślę ki grzyb? Co jest grane? I oświeciło mnie - zmieniłam pościel, wącham kołdrę - no tak, na pewno płukałam w płynie zmiękczającym, ale przecież sprawdziłam, że nie ma methylisothiazolinonu w składzie. No nic, zmieniłam poszwę na taką nie płukaną i poszłam spać. A rano sprawdziłam skład płynu do płukania - no i bingo! Nie ma methylisothiazolinone, ale jest benzisothiazolinone, jeszcze większa cholera, tylko, że rzadziej dodawana. Pościągałam sobie artykuły z Acta Dermatologica i Dermatological Proceedings i poczytałam literatury fachowej na temat alergii na różne isothiazolinone aż mi się włos zjeżył na głowie - to obecnie naprawdę nie są odosobnione przypadki, ludzie się latami leczą na jakieś przypadłości skórne zanim jakiś mądry lekarz wpadnie na to, że trzeba by zrobić testy płatkowe na alergie kontaktową. Szacuje się, że w ostatnich latach nastąpił ponad 100% wzrost uczulenia na MI. Także ten, uważajcie.

Dawno nie było nic o Moriniaku, a dziewczynka robi postępy, szczególnie w kulturze osobistej:) Mówi proszę, dziękuję, woła do Mi na placu zabaw 'Kochanie, mozez tu psyjsc?', robi sisiu do nocniczka, po czym z bardzo dumną miną woła wszystkich, żeby podziwiali;) 'Adek! Adek! chodź! Zrobiłam SIUSIU! DO NOCNICZKA!'. Załapała. Wystarczyło ją systematycznie wysadzać, cierpliwie i spokojnie. Ja oczywiście miałam parę niedobrych momentów, kiedy nakrzyczałam na nią za nasiusianie na podłogę chwilę po tym, jak ją ściągnęłam z nocnika, biedna dziewczynka patrzyła się na mnie zupełnie nie rozumiejąc o co mi chodzi.

Dom nabiera charakteru. Stół dalej mi się nie podoba i chyba go nie pokocham, bo uświadomiłam sobie, że chcę mieć stół drewniany, trochę zniszczony, trochę poplamiony, duży, wygodny, używany. Postanowiłam stół sprzedać, bo choć można go oddać do Ikei, to nie mamy własnego transportu a za przewóz chcą 67 euro.

Poza tym zarobieni jesteśmy po prostu niewiarygodnie. To znaczy dobrze, że zarobieni, będziemy mieli na okna i szafki i tak dalej, no ale niestety czas jest u nas towarem wielce deficytowym obecnie i stąd cisza na blogu. Opiekunka teraz mieszka daleko i nie mamy nawet tych dwóch-trzech godzinek dodatkowo w tygodniu a jak mam chwilkę wolną to muszę choć dwa eseje sprawdzić, żeby pchnąć pracowe sprawy do przodu.

Po południu postaram się wrzucić na bloga Moriniaczka:)

No i wiosna idzie. Kupiłam kwiatki, takie małe, niebieskie dzwoneczki, jakie zawsze chciałam mieć koło ścieżki.

13:46, inny_glos
Link Komentarze (3) »
czwartek, 18 stycznia 2018

Cholera wrócila:( Jestem tydzien w domu i plamy zaczely sie znowu pokazywac, twarz swedzi i cale cialo jest w czerwone, swedzace ciapki. 

Iksi przypuszczenia mnie rozsmieszyly, a tak naprawde raczej sie kapalam malo;D bo bylo mi zimno. Tzn nie czesciej niz raz dziennie, czyli w normie. Plesnie – chyba nie, kurz – no wlasnie ma ma juz kurzu, a w dodatku na kurz sie kicha przewaznie, wiem, bo zaczynam kichac za kazdym razem jak wchodze do pokoju Adka;DTak naprawde nie wiem, co jest przyczyna, ale mam pewna hipoteze, ale zeby ja sprawdzic musialabym zrobic testy skorne na alergie kontaktowa, rok czekania w publicznej sluzbie zdrowia, 500 euro w prywatnej, chyba i tak zrobie, ale musze miec chwile czasu.

Taka jedna trafila w sedno – stres (badania potwierdzaja ze egzema zaognia sie pod wplywem stresu - kortyzol i tak dalej) I farby. Jak wyczytalam zdecydowana wiekszosc farb (>90%) jest konsterwowana wlasnie tym swinstwem I opary MI moga sie utrzymywac jeszcze ’90 dni po malowaniu’. Wyobrazacie sobie?? U nas skonczyli malowac dwa miesiace temu, a dodatkowo przeciez bylo tak potwornie zimno, ze nie wietrzylismy. Poza okazjonalnym otworzeniem okna przed snem, a I to nie zawsze, bo zimno, wszystkie okna I drzwi byly starannie zamkniete, bo przeciez pizdzi. I tak to sobie siedzialam w tych cudownych oparach farby przez miesiac, wstawalam rano I wygladalam coraz gorzej, a lepiej zaczynalam sie czuc pod koniec pracy. A wtedy wracalam do domu I znowu to samo.

Nie wiem, oczywiscie, czy to jest prawda, mam jednak duzo dowodow, ze tak sie rzeczy maja. Literatura podaje przypadki egzemy bedacej wynikiem wlasnie przebywania w swiezo malowanych pomieszczeniach, jest ona rowniez zaliczana do choroby zawodowej malarzy I dekoratorow wnetrz. Pisza, ze najczesciej pierwszy uczulajacy kontakt z MI nastepuje przez kosmetyki, a potem alergia sie zaognia za kazdym razem, jak wejdzie sie do swiezo malowanego pomieszczenia.

A tutaj moj ulubiony Daily Mail i kobieta, ktora nie moze siedziec w swoim living roomie SIEDEM miesiecy po malowaniu:

http://www.dailymail.co.uk/news/article-2582506/Mother-two-breaks-rash-time-walks-lounge-B-Q-paint-job.html

to jakby o mnie;) Powinnam do nich napisac!

13:32, inny_glos
Link Komentarze (2) »
wtorek, 16 stycznia 2018

Alergia – niby nic takiego, od tego się (przeważnie) nie umiera. Trochę człowiek posmarka, pokaszle, trochę się podrapie, trochę poswędzą oczka czy paluszki. Da radę przeżyć, bo szok anafilaktyczny zdarza się naprawdę rzadko. Ale alergia to nie tylko te symptomy, które da się łatwo określić i wskazać, alergia to stan gotowości całego organizmu, to jakby się było wiecznie w przededniu grypy i wielkiej gorączki i to, że gorączka (najczęściej) nie nadchodzi nie zmienia faktu, że człowiek się czuje po prostu marnie.

Ja mam alergię sezonową, czyli uczulenie na pyłki traw, żyta, brzozy, po zjedzeniu aspiryny wyskakują mi na palcach takie małe pęcherzyki (ale i tak sobie czasem na nią pozwalam;), na kota kicham, a po dwóch dniach zaczynam rzęzić, bo drapie mnie w płucach, jestem także uczulona na różne produkty żywnościowe, czyli truskawki, pomidory, surowe ziemniaki (swędzą mnie ręce przy obieraniu), seler, orzechy włoskie, migdały, awokado, białko jaja, różne pleśnie i sama nie wiem co jeszcze, bo testy skórne miały tylko 20 produktów;) i krócej było mi zapamiętać, na co nie jestem uczulona (jabłko i .. yyyy … zapomniałam). Nie jest to jakaś wielka alergia, ale różne produkty robią mi różne rzeczy, na przykład orzechy to pęcherzyki na rękach (jak byłam całkiem mała to nazywałam je ‘bulki’), a pomidory to wysypka. Ogólnie przeważnie nie jest bardzo źle, bo do uporczywego swędzenia całego ciała już się przyzwyczaiłam (jak nie zarzucię antyhistaminy to po dwóch dniach zaczynają mnie swędzieć podeszwy stóp, a po trzech niedrapanie się wymaga całej siły woli). I tak to sobie żyję z tą dość oswojoną alergią od wielu wielu lat i takie czerwone plamki na powiekach to już mnie nie przestraszają wcale, ale. Ale to, co mi się zaczęło dziać w Domu, to był horror. O, mniej więcej taki:

Takie miałam oczka:

 

A tak miałam momentami:

Nie, to nie jestem ja, ale muszę wam powiedzieć, że jak pokazałam Mi te zdjęcia z netu, to stwierdził 'dokładnie tak wyglądałaś'.

Bowiem zaczęłam guglać i guglać i doguglałam się do alergii na MI, czyli Methylisothiazolinone . A teraz wy sobie poguglajcie w czym on jest. A raczej w czym go nie ma.

To taki środek konserwujący który zaczęli dodawać na masową skalę po aferze z parabenami w 2005, wcześniej stosowana bardziej sporadycznie. Dopiero w zeszłym roku, w związku z coraz częstszymi doniesieniami o uczuleniu na MI Unia Europejska zakazała dodawania go do tych kosmetyków, które zostają na skórze. Czyli od zeszłego roku nie powinno go być w kremach, maseczkach, tuszach do rzęs itd. Ale. No właśnie. Czy odżywka do włosów do spłukiwania zostaje na skórze? Oczywiście, że tak, inaczej nie byłaby odżywką. Zostaje na włosach i na skórze pleców, po których spływa. Ale według oficjalnej definicji nie zostaje, bo jest spłukiwana. To samo szampony, żele do mycia ciała, kremowe cuda pod prysznic, cudowne maseczki i mleczka do zmywania makijażu. Sprawdźcie sobie. Przejrzyjcie swoją półkę w łazience. Methylisothiazolinone jest na przykład w większości szamponów 'nadających objętość', i co z tego, że zmieniałam szampony jak wariatka, w każdym jednym z nich była sobie MI albo MCI (jej siostra methylchloroisothiazolinone). 

Była sobie nawet w niebieskim kremie Nivea! Tak, nawet do niebieskiej Niveii zaczęli dodawać MI.

A teraz pytanie: dlaczego horror mnie dopadł po przeprowadzce do nowego domu? 

Czekam na odpowiedzi, a w międzyczasie możecie sobie zerknąć

Tutaj macie naukowo o rosnącej liczbie przypadków alergii na MI https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4689087/

A tutaj bardziej sensacyjnie: http://www.telegraph.co.uk/news/health/news/10164452/Warning-over-epidemic-of-skin-allergies-from-chemical-in-cosmetics-and-household-products.html 

Tylko jeszcze dodam, że człowiek w takim stanie naprawdę zachowuje się jak wariat. Taki, co idzie do sklepu z napisem 'organic' i eco i płaci trzy razy więcej za szampony, płyn do naczyń czy zwykłe podpaski. I nagle zrozumiałam tych wszystkich podstarzałych hipisów, co boją się 'chemii' ;D

12:47, inny_glos
Link Komentarze (6) »
niedziela, 14 stycznia 2018

Dom mnie pogryzł i pokąsał i cała byłam obolała, cieleśnie i duchowo, kiedy polecieliśmy do Polski. Już w kilka godzin poza Domem poczułam się dużo lepiej, twarz przestała mnie piec i palić i przestałam się czuć taka jakby chora, taka skupiona w sobie, taka pokurczona. Nie pisałam tutaj o tym, bo nawet nie umiałam określić co mi jest, wszystko się na siebie nałożyło i już nie wiedziałam, czy naprawdę źle się czuję, czy jestem po prostu marudą, ale przez ostatni miesiąc miałam potworne uczulenie na twarzy. Nie łączyłam tego z przeprowadzką, bo już w zeszłym roku w maju zaczęły mi wyskakiwać czerwone swędzące placki na powiekach, a twarz zaczęła piec. Smarowałam to tym to owym, zmieniałam kremy i kosmetyki, próbowałam przeróżnych szamponów, przestałam używać cieni do powiek i płynu do płukania tkanin, przez dłuższe okresy nie malowałam się w ogóle, odstawiałam pianki do włosów i lakiery, balsamy, kremy, zmywacze do makijażu, tusze do rzęs. Sytuacja trochę się polepszyła w lecie, ale gdzieś od października powróciło uczucie swędzenia i pieczenia na całej twarzy, a od kiedy zamieszkaliśmy w Domu zaczęło się naprawdę ostro. Przestałam się w ogóle myć mydłem, kupowałam przeróżne emolienty pod prysznic, twarz myłam płatkami kosmetycznymi zmoczonymi jedynie w przegotowanej wodzie, kupiałam sobie eco-szampon i było coraz gorzej. Miałam dni, że wstawałam rano cała podpuchnięta z czerwonymi plackami na twarzy, wyglądałam na dziesięć lat starzej a w dodatku skóra cały czas piekła i niczym nie można było tego zamaskować, bo makijaż tylko pogarszał sytuację. Ta przeokropna alergia powodowała, że trudno było mi się cieszyć z domu, co potegowało jeszcze to przeokropne zimo.

Polska dała mi oddech i dystans do domu i do tego całego kołowrotu tutaj, tych wszystkich nieustających problemów, afer i stanów podwyższonej gotowości bojowej, a przede wszystkim dała mi odpoczynek od alergii. Twarz przestała mnie piec już w autobusie na lotnisko, w samolocie wyglądała zupełnie normalnie, a w domu moich rodziców poczułam się już kompletnie wyleczona.

Zagadkowa alergia nie dawała mi jednak spokoju.

14:01, inny_glos
Link Komentarze (3) »
środa, 27 grudnia 2017

W domu trzeba pomieszkać. Żeby przestał uwierać. Trzeba spędzić parę dni i nocy, wstawać rano nieśpiesznie i pić kawkę, albo dwie, wystawiając się na słońce wpadające przez południowe okno. Trzeba poleżeć na drewnianej podłodze, na kocyku i poduszkach, przykryć się kołdrą zniesioną z góry, zbudować bazę i się w niej schować. Trzeba upiec ciasto, albo nawet dwa, ugotować parę obiadów, wypić dziesiątki herbat. Zaścielić stół obrusem. Dom trzeba zamieszkać, powiesić wianek bożonarodzeniowy na drzwiach, zapalić lampki w oknie, zakwitnąć hiacynty, zasiedlić sobą. Dom musi poczuć, kto jest jego panem, musi znowu przywyknąć do ludzkich zapachów, po miesiącach bycia bezpańskim i opuszczonym.

 drzwi1

To była jedna z najpiękniejszych Wigilii. Tylko nasza czwórka, ja jeszcze na dodatek znowu przeziębiona, ale była magia. Wszystko nieśpiesznie, powoli, bez przesadnych ambicji w kwestii sprzątania (i tak sprzątamy od miesiąca w kółko właściwie) i gotowania. Zrobiłam dwa rodzaje śledzi, tylko dla siebie, uwielbiam, a nikt z rodziny nie je, upiekłyśmy szarlotkę z Mo, która oczywiście strasznie przejęta pomagała, stojąc na dużym krześle w kuchni misiła ciasto i wyklejała nim blachę, cała opsypana mąką, przejęta i zaczerwieniona z emocji. Jeszcze tylko barszcz, kupne uszka i pierogi i bigos, postny, więc wegański. Biały obrus przykrył czarne monstrum, które okazało się bardzo wygodnym stołem. Adek kupił maluśka żywą choinkę, baby choinkę jak stwierdziła Mo, powiesiliśmy pięc malutkich bombek i światełka. Zapaliliśmy świeczki. Pożyczyliśmy sobie samych dobrych rzeczy, siedzieliśmy, jedliśmy i rozmawialiśmy, Mo sama siedziała przy stole i sama jadła, barszczyk, uszka, troszkę śledzika. Potem poprawiła pięcioma czekoladkami, które dostała w paczce - najpierw zjadła dwie, kolejną wcisnęła na siłę, a w woreczku były jeszcze trzy - i co tu robić? Odwinęła więc po kolei wszystkie ze sreberka, nadgryzała i odkładała, z miną, jakby nie mogła uwierzyć, że nie ma już ochoty na czekoladę;)

Z domem chyba zawarliśmy rozejm (choć wczoraj się zatkała toaleta - ale mu to wybaczamy).

Ptaszki zjadły prawie całe ziarno, jakie im nasypaliśmy, trzeba uzupełnić zapasy.

Jutro lecimy do Polski.
 

16:28, inny_glos
Link Komentarze (3) »
sobota, 23 grudnia 2017

Sąsiedzi nam podrzucają kartki świąteczne do skrzynki na listy.

Zawiesiliśmy karmnik dla ptaków, nasypaliśmy ziarna i dziś przyleciał rano malutki ptaszek z żółtym brzuszkiem, siadał sobie i jadł, Morinka nie mogła aż wytrzymać z ekscytacji.

Nadal zakopani w kartonach po uszy, ale kupiłam żyrandol do czarnego pokoju. Miedziany, pasujący do nowej grzewczej instalacji;)

12:39, inny_glos
Link Komentarze (1) »
piątek, 22 grudnia 2017

Dom jest na razie niewygodny, uwiera, ociera, jest jak nowy/stary but dopiero co założony na stopę - nie pasuje. Jeszcze się nie rozgościliśmy jak u siebie, jeszcze nie czujemy się jak w domu, ale powoli, powoli, powoli coś się zmienia. Zmiany te właściwie dały się poczuć dopiero w tym tygodniu, kiedy semestr się skończył i mogliśmy przez trzy dni pobyć sobie po prostu w domu, trochę posprzątać, trochę pomieszkać, trochę poukładać.

Ale to jeszcze nie to. Wiecie jak to jest, jak się wreszcie dostaje coś, o czym się całe życie marzyło, a tu okazuje się, że w pasie za duże, w cyckach za ciasne, a tak w ogóle to okropny kolor. Do wynajmowanych mieszkań ma się inne podejście - to przemożne poczucie tymczasowości ma też swoją jasną stronę - wszystko jest tylko na chwilę, na trochę, a więc te i rowery w kuchni i te okropne szafki kuchenne i wstrętna beżowa wykładzina. Co z tego, że to 'trochę' przeradza się w miesiące i lata i nawet dekady w końcu, w głowie zostaje 'na chwilę' i głowa uczy się pomijać niewygodne detale. A tu  NA ZAWSZE. Jak to w ogóle brzmi! Dobra strona 'ZAWSZE' jest oczywista, ale zła strona to te kafle w kuchni, z którymi będę musiała nauczyć się żyć, bo przecież koszt zrywania podłogi w kuchni bo mi się kolor nie podoba nawet mnie wydaje się za wysoki. 

A już najgorzej, jak coś się kupi nowego - bo jest tym bardziej NA ZAWSZE. I tak oto trzy dni temu nie mogłam się patrzeć na mój nowy stół, taki, jaki zawsze chciałam - duży, rozkładany, żebyśmy wszyscy się przy nim zmieścili i jeszcze goście, jak do nas przyjdą. I żebyśmy mogli toczyć przy nim tzw. życie rodzinne. A zatem duży, rozkładany stół, CZARNY, CZARNY, nie wiem, co mi strzeliło do głowy, CZARNE OGROMNE MONSTRUM nie pasujące do niczego, czarna landara, zawalidroga, czomodan.

Do tego kupiłam błękitne krzesła - w odcieniu zupełnie innym niż kolor ściany. Tak, wiem, problemy pierwszego świata. Ale tak w kółko  - kran ogrodowy złamałam i woda przed dwa dni lała się strumieniem, przywieźli po miesiącu lodówkę, ale nie przestawili drzwiczek, za co dodatkowo zapłaciliśmy i teraz otwiera się na pokój, zamówiony nowy router wysłali na stary adres, bo nie mają w systemie nowego, mimo, że Internet na nowym działa i w dodatku muszę zadzwonić jeszcze TRZECI RAZ do nich, żeby zmienić adres, bank wysłał kod aktywacyjny pocztą na stary adres, zamiast smsem, super szafa PAX z Ikei ma czarne pieczątki na panelach drzwi od widocznej strony, pieczątki, które niczym nie dają się zmyć, straciliśmy pół dnia żeby pojechać do sklepu po sofę, gdzie okazało się, że w sumie mogliśmy ją zamówić przez internet, bo i tak musimy ją kupic w ciemno, bo nie ma jej wystawionej, takie tam upierdliwości przeprowadzkowe. Do tego Moriniak nam daje popalić ze snem - zasypia ostatnio koło 12 w nocy, odsypia w dzień, a jak jej skrócimy drzemkę robi karczemą awanturę. Nie wspominając już nawet nocnika - robi do niego siusiu rzadko i pod przymusem. A ma prawie 2 i pół roku! Adek wcześniej ogarnął te sprawy. Musimy malutka wziąć w karby, bo nam się rozbisurmanił.

Ale w niedzielę upiekłam ciasto i zastukaliśmy do wszystkich naszych sąsiadów i już znamy��

00:37, inny_glos
Link Komentarze (4) »
niedziela, 10 grudnia 2017

Zdjęcia będą! 

Na razie ledwo co płynę, fale zalewają mi oczy i nos, ale niestrudzenie macham rękami i nogami i dam radę, jeszcze tylko dziś i jutro i już będę miała czas. 

 

17:01, inny_glos
Link Komentarze (1) »
czwartek, 07 grudnia 2017

Wpis ten zaczęłam w niedzielę i od tego czasu sytuacja już się zmieniła. Chciałam wam napisać, że kurcze blade chyba uwierzę w jakieś odczynianie, jakby to miało pomóc. 

W niedzielę był chłopak z Litwy, naprawdę kumaty i w ogóle, i przyłączył nam gniazdka kuchenne do gniazdek w dużym pokoju (tak wiem, powinien to zrobić elektryk, no ale cóż;) Włączyliśmy tosterki i suszarki i czajnik i voila! działa! Nie wywala korków nic. 

Radość nasza była wielka. Wytłumaczył nam tylko, że teraz mamy 6 gniazdek zamiast 3 i nie powinniśmy przeciążać sieci - tzn. nie włączać wszystkiego w jednym czasie.

Poszedł sobie, a my dopiero wtedy odkryliśmy, że wywala korki, ale na górze. Czyli nie działa nam boiler ani komputer Adka.

No i tak.

Ale wysłałam smsa po tym odkryciu do chłopaka i przyszedł znowu dziś. Wpadł na pomysł, dlaczego tak się dzieje - narysował mi piękny schemat instalacji elektrycznej i wytłumaczył, że chyba ten odcięty kabel miesza coś w głównej tablicy, czyli trzeba go zupełnie wyłączyć z obiegu. Jak powiedział tak zrobił i znowu - działa!

Chyba coś się samo odczyniło, bo IKEA przysłała brakującą część i nową roletę, która się pogniotła w transporcie a sklep z lodówkami zadzwonił wczoraj, że bardzo przepraszają za opóźnienia i nasza lodówka będzie w niedzielę:) Hurrrra! 

Oprócz tego policzyłam sobie w głowie i wyszło na to, że jednak mieszkanie w domku, nawet z dodatkowym ogrzewaniem jest finansowo porównywalne do mieszkania w bloku, bo za mieszkanie musisz jeszcze przecież płacić czynsz! Nie jest on wprawdzie tak duży jak w Polsce, przeważnie wynosi od 1200 do 2000 euro za rok za dwa pokoje w bloku w Dublinie, ale za tą kwotę to spokojnie sobie ogrzejesz cały dom na rok:D

A tak w ogóle to jeszcze mamy tydzień pracy i WOLNE, co znacznie poprawia mi humor:D

Tak końcówka jest jednak bardzo bardzo bardzo trudna.

15:21, inny_glos
Link Komentarze (2) »
piątek, 01 grudnia 2017

Trochę nas ta przeprowadzka na swoje przygięła do ziemi, związane jest to jeszcze z TOTALNYM BRAKIEM CZASU, na starych śmieciach mieliśmy zaprzyjaźnioną sąsiadkę, do której podrzucaliśmy Mo jak się już zupełnie nie wyrabialiśmy, a tu nici, ale powoli się odginamy. Mi wystarczyło, jak się lepiej poczułam - zatoki odpuściły, temperatury nie mam i zimno mi już nie takie straszne. Na rowerze jeżdzę, ale mam wełnianą czapę i kask ze styropianową wkładką, więc w głowę mi zalewają poty;)

Kwestię 3 tys. staram się ogarniać rozumowo - to jakbyśmy płacili 250 euro więcej czynszu przez rok, co mogło być bardzo prawdopodobne. No zrobi się i będzie zrobione, weźmiemy na to pożyczkę i tyle. Zawsze coś niespodziewanego wyskakuje, prawda? 

Sprawa ogrzewania - chyba mieliśmy dotychczas po prostu szczęście mieszkać w ciepłych mieszkaniach. Na starym mieszkaniu płaciliśmy lekko powyżej 500 euro na rok, ale nie grzaliśmy non-stop, wystarczyło włączyć na dwa razy na dwie godziny w nocy i powiedzmy trzy w dzień. No a tutaj jest zimniej, załóźmy, że kaloryfery są włączone dużo częściej - ale nawet gdyby to było trzy razy tyle godzin (21 na dzień), to zapłacimy 1500 za ogrzewanie na rok. No i tyle. Nie ma co panikować, a w lecie, jak uzbieramy/pozyczymy, to sobie ocieplimy.

Gdyby to było wynajmowane mieszkanie, to za tydzień by mnie tu nie było;D ale że na swoim, to wszystko można sobie zrobić. Powoli. Jest to oczywiście trochę upierdliwe - a propos, dziś do upierdliwości doszedł brak lodówki, przez trzy tygodnie nam nie przywozili lodówki i okazało się, że nie mają już na składzie takiej, jaką kupiliśmy, czyli musimy pojechać do sklepu i albo odzyskać kasę, albo wybrać inną, a do tego gdzieś się nam zawieruszył rachunek ;D - a zatem jest to bardzo upierdliwe, ale zrobi się. I będzie pięknie:) 

Prawda?

21:52, inny_glos
Link Komentarze (5) »
czwartek, 30 listopada 2017

Nie wiem dlaczego to tak dużo kosztuje:( Z tego, co sprawdzałam, takie są stawki elektryków - czekamy jeszcze na oficjalną wycenę i zobaczymy. 

Z wzięciem kogoś tańszego jest jeden problem - to jest stary dom, cała instalacja jest stara, tak naprawę powinniśmy wymienić całe okablowanie, tak nam napisali rzeczoznawcy. Ale to duży koszt - w okolicach 6000 tys, więc nie zrobiliśmy tego na początku, licząc na to, że skoro działa to jest ok. Jakbyśmy ją zrobili, to nie starczyłoby nam już na nic innego, wiecie jak to jest. No i teraz jak weźmiemy  tzw. kowbojów, którzy nam przyłączą gniazdka kuchenne np. do gniazdek dużego pokoju (chłopcy z Litwy to sugerowali), to może nam siąść cała instalacja. A wtedy koszty 6000 tys plus ponowne robienie sufitów (1000 euro), bo kable biegną nad sufitami.

I tak źle i tak niedobrze.

Na razie zaproponowałam chłopakom, że jak się zobowiążą do ponownego zrobienia sufitów za darmo, to my pokryjemy elektryka - po sufitach powinno być taniej, bo nie trzeba prowadzić kabla w jakiś dziwny sposób. Np. przez strych spuszczając go na zewnątrz w rurze, jak nam sugerował jeden elektryk.

Przez to wszystko mam zapalenie zatok, po raz pierwszy w życiu. Przeziębiony katar. Ja i Adek wymiękamy, wygląda na to, że Morinka ma się dobrze:) Biega wszędzie w swoim wełnianym sweterku, sfilcowanym, więc jeszcze cieplejszym, i nie ma nawet kataru. Na wszelki wypadek jej na razie nie kąpię;p

14:03, inny_glos
Link Komentarze (3) »
wtorek, 28 listopada 2017

Sytuacja jest rozwojowa, rzekłabym. Nasi cudni chłopcy z Litwy prawdopodobnie przecięli nam kabel elektryczny doprowadzający prąd do kuchni, jak robili sufity, tak nam to zinterpretował pan elektryk. Dowiedzieliśmy się tego za 102 euro, przywrócenie prądu w kuchni będzie nas kosztowało dalsze ... uwaga uwaga ... 3000 euro. Albo 4000. Tak nam powiedział.

Kurtyna, oklaski.

Przyszedł również pan od licznika i powiedział, że święta przyszły wcześniej dla nas - mamy zepsuty licznik i nie nabija zużycia. Nie mógł tego naprawić na miejscu, kazałam mu wyjść i wrócić wiosną;D

Ale po jakimś czasie przyglądania się licznikowi odkryliśmy, że wprawdzie końcówka się nie przekręca (ostatnie trzy cyfry się nie zmieniają), ale za to pierwsze dwie się zmieniają. O-O 

Poza tym wczoraj zrobiłam na rowerze 14 km - do pracy, na inne zajęcia i z powrotem.

A dzis tylko 11, do pracy i z powrotem. Luzik. Będę zdrowa i zgrabna do końca życia:)

22:44, inny_glos
Link Komentarze (4) »
niedziela, 26 listopada 2017

Trzy pierwsze dni w nowym domu w telegraficznym skrócie: piździ. 

Jest naprawdę kurcze zimno i już martwi mnie przyszły rachunek za gaz - grzejemy prawie non-stop, co tutaj na wyspach jest niebywałe (nie to co w Polsce, gdzie hoho grzeje sie!). Trafiliśmy na pierwsze większe oziębienie, temperatury oscylują blisko zera, a czasem spadają poniżej, co jak na Irlandię jest bardzo mało. Pojedyncze okna, nieocieplone, betonowe ściany i - co odkryłam po drugiej nocy w wyziębionym pokoju - dziury na strych w suficie naszej sypialni, przez które po prostu wieje, wyraźnie czuć zimny prąd powietrza. Jakoś przezimujemy, ale wymiana okien i ocieplenie budynku to po prostu konieczność, widzę to teraz jasno. 

Oprócz tego bałagan straszliwy, życie upływa nam na szukaniu czegoś w kółko, ja przeziębiona, a najbardziej w nowym domu podoba mi się czarny pokój (były pokój kupa). W nim chowam się i szukam ukojenia, bo oprócz tego, że jest cudny i mały, czytaj: łatwy do ogrzania, to jedynie w nim jest na czym usiąść (nie licząc łóżek). Wszędzie pudła i czarne worki na śmieci, w które pakowaliśmy jak się na skończyły pudła. Nic nie mogę znaleźć, wszystko zabiera trzy razy więcej czasu.

Kontakty w kuchni nie działają, więc pralka nie działa, lodówki jeszcze nie dowieźli, Ikea nam nie wysłała jednej części do Morinki łóżeczka i Morinka nadal śpi z nami. Przynajmniej jest ciepło, bo z wysypianiem się jest różnie;) Jedzenie trzymamy w szopie na ogrodzie, mleko na dworze, wodę gotujemy na podłodze w dużym pokoju, kuchenka gazowa się gibie i ja się jej boję. Wszystko jest pokryte pyłem z cyklinowania i jak coś upadnie na podłogę, to już koniec, bo jest całe w farfoclach, farfocli jest zdecydowanie więcej, jeśli są to czarne eleganckie spodnie do pracy. A licznik do gazu strasznie głośno cyka, tak głośno, że słychać go w naszej sypialni. 

Trzymajcie za nas kciuki, to prawdziwy koniec świata, a pierwszej nocy, jakże adekwatnie, śnił mi się antychryst, że zbiera polityczny kapitał. Także ten, nie wiem.

22:22, inny_glos
Link Komentarze (6) »
czwartek, 23 listopada 2017

Dorywam sie do kompa, kiedy tylko znajduje chwilke czasu, bo inaczej bym juz w ogole nic nie pisala - tym razem udaje mi sie na zajeciach w klasie, studentka cicho pracuje nad swoimi sprawami, a ja pisze, bez ogonkow, bo z Appla - nie cierpie systemu.

Wreszcie dotrwalismy i dzis jest ten dzien, Mi z Mo juz na nowych smieciach, ja jeszcze w szkole, Adek na studiach, nie widzialam jeszcze domu po ostatnich poprawkach chlopakow z Litwy i bardzo juz jestem 

17:07, inny_glos
Link Komentarze (7) »
środa, 22 listopada 2017

Już miało być dzisiaj, ale nie. Nie damy rady - nie wiem jak to się stało, ale kiedy zabieralismy wszystkie graty zostało jeszcze krzesło. I lampa. Rzeczy stają się niewidzialne, jak się zadomowią. jak osiądą wreszcie na swoich włościach. I tak krzeslo i lampa załatwily, że nie zmieścimy się do taxi, obdzwonilam wszystkie firmy przeprowadzkowe i albo życzą sobie dziwnych pieniędzy albo nie mają wolnych samochodów na dziś. A zatem jutro. 

A ja się do tego rozkładam dokumentnie, chyba załapałam jakieś świństwo od Mo.

Przeszłam na ciemna stronę mocy i oto mój czarny pokój (wcześniej znany jako 'pokoj kupa' tu jeszcze nie skończony):

 

Jestem zachwycona. Jeszcze tylko zapolujemy na starociach na jakiś ładny kominek (bywają po 50 euro). Do tego miedziane lampy i błękitny dywanik. Mamy już brazowo-miedziana sofę. Drewniane biurko. Błękitne krzesło. Albo odwrotnie, widzicie już całość?

Podłogi to mój luksus, ale wcale nie wyszły najdrożej. Najwięcej nas kosztowało usunięcie sufitow z azbestem farba, a potem zrobienie nowych, już bez. Przy tym chcieliśmy trochę wyciszyć te sufity, wsadzić trochę wełny mineralnej i zamontować resilient bars, skoro i tak już je robimy i to pochłonęło jedna czwarta całego budżetu. Potem się okazało, że siadł stary boiler - wiedzieliśmy, że jest do wymiany, ale mieliśmy jeszcze nadzieję na rok-dwa. A to już, i dwa i pół tys. euro. (Ale za to teraz mamy ciepła wodę NA ZADANIE - kto mieszkał w Irl, ten wie, że to nie jest oczywiste. Generalnie woda się tu nagrzewa , jak się grzeją kaloryfery, w lecie można nagrzewać....

 

 

22:43, inny_glos
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 listopada 2017

A jednak nie zdołaliśmy się przeprowadzić, Morinek na granicy choroby, praca, sprzątanie starego mieszkania - wszystko to sprawiło, że jeszcze ciągle na starych śmieciach. Ciężko się żyje tak na dwa domy, gdzie wszystko już TAM, a my jeszcze TU, wieczne szukanie czegokolwiek, bluzki do pracy, eleganckich butów, dokumentów pewnych, sweterka Mo i tak dalej. 

W sobotę Mi pojechał tam z przedostatnią partią rzeczy - ciuchy, zabawki, naczynia, torby i torebki, sprzęt kuchenny i tak dalej i tak dalej, a ja z Mo po drzemce jeszcze musiałam zahaczyć o sklep z kibelkami (kibelek kupiony!), bo skoro właśnie jest szansa wymiany starego tak przy okazji i nie jest to bardzo drogie, to chcieliśmy mieć swój. Nowy. No wiecie;) A okazją tą jest robienie kafli na podłodze w łazience - decyzja ostatniej chwili, w ogóle tego nie planowaliśmy, ale kiedy podnisłam tydzień temu linoleum pokrywające podłogę, żeby zobaczyć, czy jest może tam cudna stara podłoga, którą by można wycyklinować (znacie mojego bzika!) oczom moim ukazały się żółto-brązowe zacieki na sklejce górnej, położonej na sklejce dolnej. Zdjęcia wam oszczędzę;) Podjęliśmy zatem szybką decyzję po konsultacji z naszym litewskim specem od remontów i od wczoraj MAMY NOWĄ PODŁOGĘ!

Voila!

IMAG1195

Jeszcze nieskończona tutaj, ale widzicie te cudne betonowe marokańskie kafle? 

A z kaflami było tak: trzy dni temu o 7 wieczorem dzwoni na moją komórkę facet, że ma 100 kilo kafli i stoi pod moim domem, tym w którym jeszcze nie mieszkamy. Sklep, w którym je kupowałam nie wysłał mi maila z datą dostarczenia przesyłki;D Ja w domu z Morinkiem, Mich w pracy, Ad w szkole, 100 kg kafli w Ballyfermot. Ani zostawić przed domem, bo cenne, ani przywieźć tutaj, bo jak my to potem przewieziemy z powrotem? Rowerem?

A 100 kilo, bo te kafle takie ciezkie - jeden wazy ponad kilo!

Kafelki na ścianach zostawiamy, pomaluję je tylko farbą (są już takie wynalazki) na biało i granatowo na górze. W dalszych planach jest zrobienie wanny, ale to za rok-dwa.

Podłoga w dużym pokoju też już zrobiona, bo wie wiem, czy wam pisałam, że kiedy podnieśliśmy panele odkryliśmy, że połowa podłogi została zalana cementem i nijak nie da się jej cyklinować. Druga połowa była w tragicznym stanie, ze sklejką i ogromnymi dziurami w deskach zbutwiałych od przeciekających kaloryferów w dalekiej przeszłości, wygládalo to tak:

received_1721132317920975

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Musieliśmy zatem położyć nowe deski na stare z betonem, wybraliśmy takie najtańsze z najtańszych, proste sosnowe drewno, które potem pan wycyklinował i polakierował. I proszę bardzo:

received_1739661789401361

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 A to "kupa pokój" - w przeszłosci i po wycyklinowaniu podłóg (ale przed malowaniem, ale nie zwracajcie uwagi na kolory podkręcone przez pana-od-podłóg):

received_1721496044551269

received_1721496124551261

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podłogi są jak widać moim hoplem. Nie wymieniliśmy okien - mimo, że jednoszybowe (uwierzycie?), nie kupujemy drogich mebli, nie zmieniamy kuchni, ale podłogi to mój luksus, a pamiętajcie, że każdy sobie moze wybrac jeden luksus;)

I mówię wam, jakbym głosiła dobrą nowinę, jakbym nawracała niedowiarków - szlachetne podłogi zmieniają cały dom! Nadają szyku, sznytu, szlachetności i klasy.

15:25, inny_glos
Link Komentarze (5) »
sobota, 18 listopada 2017

Ciężko się pisze z Mo na kolanach. Właśnie zasnela, przeziębiona, więc daję jej pospac. Choć tak bardzo już bym chciała pojechać do naszego domu (wciąż jeszcze brzmi to niemożliwie!) bo WŁAŚNIE SIĘ PRZEPROWADZAMY. Jeszcze dziś spimy tu ostatni raz, a jutro już tam. Podłogi zrobione, ściany też, jeszcze tylko male drobiazgi chłopaki nam jutro dokończa (TOALETA! kafelki na podłodze w łazience) i już. Jeśli nie liczyć powolnego odgrzebywania się z pudel i worków.

15:06, inny_glos
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23
stat4u