RSS
niedziela, 30 października 2016

Yηga (brakuje mi znaków w alfabecie, żeby napisać, jak cudnie wymawia niektóre wyrazy) Mojni, jak sama o sobie mówi, o czym się dowiedzieliśmy dziś (a cały ranek tylko yηga i yηga, na moje pytanie 'co to jest yηga' pokazuje paluszkiem na siebie i dopiero, kiedy dziewczynka lego znalazła się pod stołem, a Mo ją triumfalnie wyciągnęła 'yηgaa!!' zrozumiałam, o czym mówi.

A mówi, a właściwie przekazuje wszystko, co najważniejsze - 'baça miauu!' oznacza, że chce herbatkę w kubku z kotkiem, biegnie do kuchni krzycząc ochoczo am! am! am! κaκa! kiedy jest głodna, a wczoraj, kiedy cycek nie pomagał na spanie i przez godzinę wierciła się i kręciła, wystawiając dupkę do góry, to znów przekręcając się na plecki, aż wreszcie zniecierpliwiona ofuknęłam ją, przelazła przeze mnie, usiadła pod drzwiami obserwując oświetloną szparę w drzwiach i zaczęła żałośnie płakać i wołać tatę. A gdy skrzypnęły schody uspokoiła się, a potem przytuliła do swojego zbawcy, kazała mu się bujać i śpiewać 'ija ija o', a na koniec powiedziała 'koka'. Mojni koka. Mi potem zamiast serca miał ciepły karmelek przez pół nocy.

Pokazuje paluszkiem i pyta 'cio to?', ubiera 'buty' i idzie do 'dzjecji', ma swoje trzy ulubione piosenki, które mamy wszyscy śpiewać (Elmosong, ifjuhepi, ijaijao). W kółko. Szczególnie na spacerach. I przy usypianiu. I jak się bawimy. Właściwie cały czas. Czasem jej puszczamy z jutuba, ale nie jest to proste, bo komputerowa grafika rymowanek dla dzieci zaprojektowana została najwyraźniej przez członka kościoła scjentologów albo innego przedstawiciela szerokiej katagorii ludzi z zaburzeniami osobowości i po dziesięciu minutach oglądania mnie samej zaczynają się zaburzenia ksobne i derealizacja. Nie jest lekko.

Walczymy dalej o mieszkanie, w sensie kompletujemy papiery na kredyt malutki, taki właściwie tyci tyci, sprzedajemy resztki dziedzictwa M w Pl, pożyczamy po rodzinie, jednym słowem - stajemy na głowie, żeby jednak coś w końcu mieć swojego. Malutkiego najprawdopodobniej, ale raczej w centrum Dublina (dojazdy w moimi godzinami pracy by nas wykończyły), byleby był balkon i park blisko, to damy radę.

Adek wczoraj trzeci dzień w pracy. Radzi sobie (podobno) dobrze i to świetnie, bo to jest praca marzenie dla niego - w jego dziedzinie i jeszcze dobrze płatna (10e za godzinę siedemnastolatkowi nie jest tak łatwo zarobić). Jeszcze musi się trochę ogarnąć (wczoraj gdyby nie ja to by się spóźnił, drugi raz na trzy dni!), jeszcze trudno mu skoordynować spanie, jedzenie i dojazdy, ale powoli powoli. Okazało się w tym roku, że dostał trochę pieniędzy na studia, muszę się tu pochwalić, dostał małe stypendia z różnych źródeł i okazało się, że ubierze się w tym roku i wyszykuje na studia za swoje, nie ukrywam, że dla nas to duża ulga. A i on się cieszy, że ma i że może sobie coś kupić fajnego.

23:27, inny_glos
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 października 2016

Mam co najmniej 10 minut na prysznic.

18:51, inny_glos
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 października 2016

Moriniak mój ukochany, karmelek przesłodki, dziewczyneczka cudna, czerwony kapturek malusi znowu, znowu, ZNOWU nie chce sama spać i od tygodnia bujamy się z wiecznym wieczornym usypianiem. Zasypia dopiero po godzinie lulania i bujania, albo zasypia szybko, ale jak tylko odsunę się od niej, otwiera oczka, siada i płacze, takim przesmutnym płaczem dziecięcym z ogromnymi łzami. Wczoraj jak się zbudziła po czterdziestu minutach próbowaliśmy ją uśpić przez następne dwie godziny, na zmianę, ja cycem i M bujaniem, w końcu się poddaliśmy i Adek miał za zadanie potrzymać Płakaczu aż ja skończę wieczorne ablucje, a ów darł się i darł, maaama i taaata pomiędzy łzami, a kiedy weszłam już do sypialni i jeszcze chciałam tylko sobie twarz nasmarować kremem i ręce i koszulę przebrać, a Wrzaskun stał w naszym łóżku, trzymał się barierki i darł się i darł i odpychał Adka i nie dał się uspokoić, aż dopiero kiedy się położyłam. A wtedy dorwała się do piersi i czułam, jak się uspokaja i całe napięcie i smutek z niej schodzi, a kiedy po piętnastu minutach przyszedł M położyć się do łóżka, Morinka odwróciła się do niego i z rozkosznym zadowoleniem powiedziała 'tata', aż się oboje zaśmialiśmy. 

W pracy spotkała mnie niespodzianka, bo okazało się, że od trzech lat mam stały kontrakt na 3/4 etatu, czyli nie mogą NIE DAĆ MI GODZIN, ba! nie mogą dać mi mniej niż muszą, a ja co roku w lipcu panikuję i trzęsę gaciami ze strachu, że nie dostanę tyle godzin, żeby choć przeżyć. A tu nie. Ale dlaczego o tym nie wiedziałam jest dla mnie zagadką, jeszcze raz czytałam swój kontrakt i zaprawdę powiadam wam nic takiego z niego nie wynika, są wprawdzie zakontraktowane godziny na końcu, ale też jest klauzula, że każdego roku manager będzie informował mnie o przedmiotach, jakie mam uczyć. Tak się złożyło, że owego lata miałam właśnie godzin na 3/4 etatu, czyli dość dużo i w tym samym czasie na mocy obowiązującego prawa mój kontrakt wziął się i zrobił stały i tak oto abrakadabra! owe godziny stały się wiążące, no kto by się tego spodziewał! A dowiedziałm się zupełnie przypadkowo, bo chciałam się zamienić na przedmioty z moim ukochanym mężem i gwoli tego zaimelowałam do szefowej i dzwoni do mnie szefowa i mówi, że, jest jakiś problem i faculty manager się nie zgadza na tęże prostą zamianę, zamiankę właściwie, bo malutką tyci tyci, bo wtedy miałabym mniej godzin, niż mam mieć. I takie zdziwko i szefowa też się dziwi i mówi mi 'no ale przecież ty nie musisz mieć odpowiedniej ilości godzin, prawda? Możesz zaglądnąć w swój kontrakt?" i ja przytomnie odpowiadam (spadaj na drzewo, szefowo! a takiego wała!), że nie wiem, że mam kontrakt stały i że nie znam dokładnie przepisów, ale może są jakieś regulacje, że nie mogę mieć mniej godzin niż coś tam coś tam, szefowa jest bardzo zdziwiona, ja udaję, że nie jestem, umawiam się z managerką, a ta mi pokazuje w ich tajnych tabelkach (managerka jest nowa) że mam zakontaraktowane 300 godzin. 300! I takie zdziwko. O!

To jeszcze tylko napiszę, że Adziarz był wczoraj w swojej pierwszej pracy. Uczy matmy licealistów  na prawdziwych kursach przygotowujących. No i dobrze.

22:47, inny_glos
Link Komentarze (3) »
wtorek, 04 października 2016

Pochwalę się moim dziełem:

Zrobiłam taki sweterek Mo, prawda, że jej ślicznie?

Chodzi już tak śmiesznie, brzuszek do przodu, na rozstawionych nóżkach i z rękami na boki, dalej jej ulubionym słowem jest kulka, którą wymawia kul-KAA, z akcentem na a, i wczoraj, kiedy Mi ją wziął na mecz piłki nożnej naszej lokalnej drużyny, po pierwszym kopnięciu rozległo się właśnie głośne kul-KA!

Mówi też buci, dzie? (gdzie) taK! dsjeci (dzieci), mama, tata Adek, tsitsia (ciocia), ba-KA (babcia), robi łuf łuf jak piesek po angielsku, meeee, muuu, miauu, a najbardziej nas rozczula pipipiiipi jak kurczaczek. Robi też kookoko, jak kurka, którą słyszy wszędzie, wystarczy jak ktoś z nas powie 'akurat', 'kurtka' czy 'Mo, to jest skórka od banana', by spod stołu rozległo się donośne kookokoko. W ogóle gaduli do nas niemożebnie, budując własne zdania w stylu "Abi tibi balabika ba ni ma ni" pokazując paluszkiem i wyraźnie artykułując każdy wyraz. 

A dziś obudziła mnie mówiąc 'miau' i 'buci'. Kto wie, co chciała przez to powiedzieć?;)

23:51, inny_glos
Link Komentarze (4) »
niedziela, 02 października 2016

Mój stosunek do kraju, w którym mieszkam, i mojej w nim sytuacji zmieniał się już parę razy. Od wrażenia obcości i żałoby za przyjaciółmi, rodziną i tym poczuciem wygody kulturowej, które sprawiało, że wszędzie w Polsce było się jak w kapciach na sofie, choć się nawet o tym nie wiedziało, przez zachwyt nowością i błyszczącymi możliwościami świata zachodniego, poprzez smutek, że wciąż i wciąż jestem obca, odstająca, kanciasta, tak, jak mój akcent, po pewne oswojenie Irlandii i zrozumienie różnych kontekstów kulturowych. Ale to połączone z rozczarowaniem, kiedy zaczęłam zauważać Irlandzkie wady i upierdliwości Irlandzkiego systemu: że to nie raj, zielonej wyspy nie ma nawet na zielonej wyspie, choć nie istnieje kraj, gdzie trawa bardziej zielona .

Po pierwsze, jest to bardzo mały kraj i wszyscy się znają. A jak nie, to znają twoich znajomych. Sześć stopni oddalenia to w Irlandii dwa: ktoś z twoich znajomych na pewno zna każdą dowolnie wybraną osobę w Eire. Nie przesadzam. Oznacza to dużo większą podatność Irlandii na nepotyzm i faworyzowanie swoich, bo po prostu swoi są wszędzie. Obserwacja powyższa nie jest jednak potwierdzona żadnymi badaniami, co - choć nieco dyskredytuje mnie jako socjologa - może być początkiem ciekawych dociekań;)

Po drugie, choć może jestem już trochę swoja, to jestem obca. To drugie oczywiście wiąże się z pierwszym. Irlandczycy z mniejszych miejscowości opowiadali mi, jak to nawet swoi w sensie urodzeni w Irlandii są obcy i na przykład ludzie, którzy osiedlili się w ich okolicy 20 czy 30 lat temu są nadal postrzegani jako przybysze. Obcy. Ich dzieci także. 

Po trzecie, które wynika także z pierwszego, tzw. elity władzy są bardzo wpływowe i bardzo zamknięte. Często się zdarza, że ministrem sie jest w drugim pokoleniu, jakby wraz z nosem i kolorem oczu dziedziczylo sie takze tekę ministerialną. Elity owe nazywane są 'golden circles' i gdy w Irl wszystko się zmienia - religijność, obyczaje, stopa życiowa - zlote kregi pozostaja te same. 

Po czwarte, co się wiąże z trzecim, bardzo dobre szkoły są drogie, może nie tak drogie, jak w USA, ale wystarczająco, żeby nieodpowiednie dzieciaki do nich nie szły - kosztują średnio 6 tys euro rocznie. Szkoły państwowe są raczej słabe i szanse na studia po takiej szkole są mniejsze, choć oczywiście jest to możliwe, jak widać na przykładnie choćby Adziarza. Zdolne dziecko z odpowiednim wsparciem w rodzicach ma szanse na studia nawet po takiej szkole, średniemu uczeniowi jest dużo trudniej, tak, jak zdolnemu bez wsparcia. Bez wsparcia rozumiem bez rodziców uważających edukację za wartość i mających odpowiedni tzw. kapitał kulturowy, czyli np. umiejętność odpowiedniego pokierowania dziecka czy choćby wytłumaczenia mu zadania z matmy.

Po piąte, Irlandczycy, wbrew obiegowej opinii, nie są buntownikami. Może tę buntowniczość skutecznie wyprało z celtyckiego materiału genetycznego 800 lat pod butem Anglika, może buntowniczość wiąże się z pewną niegrzecznością, odwagą bycia nieprzyjemnym. A tego Irlandczycy  nie lubią - są grzeczni, zabawni i lubię jak jest wesoło. Ja akurat cenię tę ich uprzejmość, ale ciemną jej stroną jest niechęć do tzw. powiedzenia prawdy w oczy, czy wręcz tchórzostwo. Unikają niezgody i kłótni jak ognia, co zebrania w pracy przekształca z burzy mózgów w owczy pęd. Wszyscy się ze sobą zgadzają, a jak się nie zgadzają, to i tak się zgadzają. A jak ktoś wkurza, to wszyscy pogadają po kątach, ale konfrontacji nie będzie.

Idę biegać.

Ciąg dalszy prawdopodobnie nastąpi.

23:01, inny_glos
Link Komentarze (2) »
stat4u