RSS
środa, 28 października 2015

12 tygodni 2 dni

Nawiązuje kontakt z nami. I ze światem. Próbuje chwytać zabawki - malutka twarz skupiona, skoncentrowana, wzrok wbity w jeden punkt, wyciąga rączkę, a ta ląduje obok zabawki. I znowu i jeszcze raz i jeszcze. I znów. I jeszcze raz. Rączki nieporadne ciągle trafiają nie tam. Ale próbuje, dziesiątki razy dziennie ten sam ruch - ech, gdybym ja tak ćwiczyła brzuszki jak ona rączki;)

Silna, wymagająca, z własnym zdaniem i nie da się przekonać. Mam wrażenie, że Adek był/jest delikatniejszy, bardziej ugodowy, łatwiejszy w obsłudze.

Co nie oznacza, że tak mu zostało.

Dziś miałam już dość spacerków po kwadracie z Morinką na ręku, od krawężnika do krawężnika naszego parkingu przed domem, jak to się odbywa ostatnimi czasy i pomyślawszy sobie kurcze blade raz kozie śmierć i kiedy tylko malutek zasnął włożyłam ja do wózka i poszłam na spacer.  Chciałam kupić włóczkę w sklepiku niedaleko, 20 minut na piechotę. Zakupiwszy motek (tylko szybko, szybko!) rozochocona tym małym sukcesem nieopatrznie dałam się ponieść chwili i zaszłam az do dalekiego parku koło katedry (raptem pół godziny od nas). Bo tak ładnie spała. Tak ładnie żarło, aż zdechło, przed samym parkiem oczka PING! i koniec spania. Oglądałyśmy zatem dzieci grające w piłkę, gołębie, fontannę, oczywiście wszystko u mnie na rączkach, a kiedy już się zmęczyła nakarmiłam ją troszkę (przestałam się wstydzić wyciągać cycek publicznie - z Moriniakiem to nie przejdzie, jak jest głodna, to cycek ma być natychmiast! albo czeka mnie rychłe ogłuchnięcie) i miałam (malutką, co prawda) nadzieję, że uśnie i będę mogła ją włożyć do wózka. Ale nie było szans oczywiście. Do autobusu szłam z siedmiokilowym Moriniakiem na ręku popychając wózek przed sobą. Jakimś cudem podczas jazdy malutek zainteresował się frędzlami z mojego szalika i się nie darł, bo byśmy musiały wysiadać - nie wolno dzieci przewozić na kolanach.

Ale dojechałyśmy do domu. Ufff.

Bo na spacery, od kiedy utknęłam na pół godziny z wrzeszczącą dziewczynką na rogu Donore Avenue i Donore Street, dokładnie na tym rogu co go widać w oddali,

gdzie jest szaro szaro szaro i nie ma nic i musiałam dzwonić do taty, który właśnie na całe szczęście wracał z pracy, i nas uratował,

to chodzimy ostatnio tylko z M, który niesie krzykacza, jak zajdzie taka potrzeba.

Jak na przykład tu.

M z Moriniakiem na ręku. Idzie w stronę parku. Nie trzyma dziecka specjalnie do zdjęcia, tylko w ogóle go trzyma, bo malutek oczywiście oprotestował wózek i nie będzie w nim jechał za żadne skarby świata.

Ale dziś mi się upiekło:)

23:14, inny_glos
Link Komentarze (7) »
piątek, 23 października 2015

Macierzynstwo to jak kop w glowe z polobrotu. Przez pierwszy rok nie wiesz co cie dopadlo;) Tylko sie cudownie o tym zapomina w ciagu nastepnych paru lat.

W gorszych chwilach czytam Biona i idea pracy matki jako przyjecia elementow beta od dziecka i zamiany ich na alfa pomaga i tlumaczy czemu ta matka taka zmeczona zabawa z przeslicznym bobasem. Malutkie dziecko bowiem jest w stanie psychozy, pelne niezintegrowanych potwornych uczuc i odczuc cielesnych. Matka je przyjmuje w siebie, przepracowuje i nazywa i w takiej przerobionej postaci zwraca niemowleciu. Niemowle nie odczuwa glodu, tylko AAAAAAA! nienazwana groze, dopiero matka nazywa i oblaskawia te uczucia i w ten sposob pomaga niemowleciu myslec. Morineczko kochana, gloda jestes sloneczko, nie trzeba tak krzyczec, to tylko gloda Morinka byla. I tak dalej, setki razy dziennie. Ale aby to zrobic dobrze same slowa nie wystarcza, trzeba to AAAAAA wziac w siebie, wchlanac, poczuc te groze anihilacji i przetworzyc. A to jest ciezka emocjonalna praca. Cale szczescie ze ten nasz psychotyk taki uroczy:)

Psychologowie sa zgodni - to matka/opiekun tworzy zreby umyslu dziecka. Uczy go jak myslec - bez tego dziecko nie stanie sie czlowiekiem. Nigdy nie nauczy sie mowic i rozwazac rzeczywistosci na ludzki sposob. 

Powtarzam to sobie, kiedy Moriniak nie chce lezec w wozku i spacerek staje sie noszeniem siedmiu kilo na rekach przez czterdziesci minut. Zeby nie plakala. I kiedy jest tak zmeczona, ze zanosi sie placzem i nie moze zasnac. I kiedy chce spac tylko na raczkach w pozycji pionowej, bo meczy ja refuks. I kiedy budzi sie po raz kolejny w nocy, je i sie kreci przez nastepna godzine, bo budza ja jej wlasne pryki;) 

12:58, inny_glos
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 października 2015

Mam ostatnio wrażenie, że dorastamy, w sumie przydałoby się po czterdziestce, prawda? Dorastanie jak wiadomo jest bardzo bolesne, bo trzeba zrezygnować z dziecięcych fantazji, przejść przez nastoletni katastrofizm, przyjąć odpowiedzialność, ale i zrozumieć swój dość ograniczony wpływ na losy świata. I zaakceptować świat jakim jest. Zły i dobry równocześnie, kojący i okrutny, fantastyczny i upiorny.

Niełatwo jest postrzegać rzeczywistość w całej jej złożoności, niełatwo nie dać się zapędzić w jeden z kozich rogów i ani nie wieścić końca świata, ani też nie być pożytecznym idiotą. Skomplikowane kwestie są skomplikowane i nie można ich rozwiązać jednym prostym posunięciem, ale ludzie - my, ja, wy - nie lubimy się męczyć i sięgamy chętniej po wyjaśnienia łatwe. Stereotypy. Uprzedzenia. Uproszczenia. Obrazy świata oparte o prosty biologiczny podział my-oni, swoi-obcy, bezpieczni-niebezpieczni itd itp. A korzysta na tym system, bo pośród tych całych kłótni nic sie nie zmienia. Może tkwić w homeostazie. Czyli status quo zostaje zachowany - biedni zostają biedni, bogaci się bogacą, potężni się zbroją, malutcy są wykorzystywani, a uchodźcy są idealnym kozłem ofiarnym. Bo są mali, czarni i kosmaci. Brudni. I śmierdzą. I śmiecą. My im wszystko - stare koce i butelki w wodą, a oni śmiecą. No jak oni śmieją! Smią? Jak mogą! A do tego nie wierzą w Boga. To znaczy wierzą, ale w innego, czyli nie wierzą. Są brudni, brzydcy, głupi i zacofani, a do tego groźni, o! właśnie - są przecież GROŹNI! więc zwalnia nas to z chrześcijańskiej postawy, bo przecież nie nastawimy drugiego policzka, gdy przyjeżdżają tu gwałcić, ścinać głowy i się rządzić! Prawda? I wszystkie dzieci nasze są, ale tylko wszyskie nasze są nasze, przecież to oczywiste, bo tamci to się rozmnażają jak zwierzęta po prostu. Dać im trochę pomocy humanitarnej, a oni już hop! I znów się rozmnożą, jak króliki, i potem tylko łapy po jeszcze więcej i po zasiłki i domy chcą za darmo! ZA DARMO!

Polski Internet - chrześcijański głos w Twoim domu:

Właściwie z całego naszego humanitaryzmu jesteśmy zwolnieni, kiedy ONI są groźni, nasza wiara już tak daleko nie sięga, a co dopiero empatia. Kiedy czeka nas rychła zagłada z rąk muzułmanów, atak staje się obroną konieczną a wyciągnięcie ręki i ludzkie współczucie - głupotą.

Ale skoro nie można otworzyć granic i przyjąć pięćdziesiąt milionów ludzi, to co?

Co można zrobić?

Czy coś można zrobić?

17:05, inny_glos
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 października 2015

Popisałabym, ale brak mi trzeciej ręki. Bo jedną to tak niewygodnie.

Zaprzyjaźniam się z paniami z Lidla i ze sklepu polskiego, zawsze byłam nieco - wycofana? zamotana? zawstydzona? co z zewnątrz wyglądało jakbym była wyniosła i z muchami w nosie, co w sumie może i było prawdą - żeby do pań zagadywać, czy w ogóle do kogokolwiek na przystanku, przy ladzie, w autobusie. A teraz w moich chwilach wieczornego luksusu, kiedy wyskakuję do Lidla po tym jak M przychodzi z pracy, panie wydają mi się tak przyjaźnie znajome, a ja tak wygłodniała kobiecych gadek, że mowie. Że TaMoja to drze się w wózku i już nie wiem, co mam robić. Że smoka też nie chce. Że w kombinezoniku za gorąco. I tak dalej. Takie zwykłe gadki-szmatki, żadne tam dywagacje nad istotą bytu, tylko komentarze z samego środka egzystencji, zwyczajne opisy rzeczywistości matczynej, subiektywne i wspólne wszystkim matkom równocześnie. A te chwile kompletniego porozumienia, kiedy ja wiem, że one wiedzą i razem dzielimy tę rzeczywistość, chowam sobie w głowie i przynoszę jak trofea do domu, może i ważniejsze łupy niż te zakupy.

I czas minął.

22:40, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 października 2015
Z ciekawostek medycznych

M zapisalam do lekarza, bo mu taki guzek na szyi wyskoczyl. Badanie przez GP i konsultanta (specjalisty endokrynologa) wskazywalo na powiekszona tarczyca (jak myslalam), po USG i hormonach z krwi, specjalista stwierdzil, ze to prawdopodobnie po Czernobylu (!). Trzeba kontrolowac. Podobno ma wielu pacjentow koło czterdziestki z Europy Wschodnej, najwiecej z Bialorusi. Dostalismy plyn Lugola za pozno.

14:06, inny_glos
Link Komentarze (3) »

Tak, tak, Adek zdaje na studia. Ma 16 lat.

Jak tutaj przyjechalismy to umknal mu 1 rok - dzieciaki tu ida do pierwszej klasy jako szesciolatki (wlasciwie siedmio- i szescio-, bo liczy sie rok szkolny, nie kalendarzowy. Czyli najmlodsze sa z sierpnia a najstarsze wrzesnia poprzedniego roku. A do szkoly ida czterolatki i nie ma tu panstwa Elbowskich ratujacych dzieci przed zguba;). W sredniej szkole znowu zgubil rok, bo zamiast 6 lat mial 5. W bogatszych szkolach tutaj maja tzw. transition year, rok, podczas ktorego dzieciaki maja tylko jakas praktyke zawodowa, tuz przed klasa maturalna. Adka szkola jest biedna i nie maja klasy 5, tylko z 4 skacza do 6. Material z przedmiotow ten sam. 

Oznacza to, ze bedzie mial 17 lat jak zacznie studia. I to mnie troche martwi, bo to niedojrzaly bardzo wiek jest. Pod wzgledem intelektualnym sie nie boje, ale emocjonalnie to jeszcze taki bardzo nastolatek z niego.

Choc wzial sie do roboty ostatnio. Co sie oczywiscie wiaze z kladzeniem sie spac przed druga w nocy, bo przeciez inaczej sie nie da, nie? Ale tam, jeszcze nikt sie nie nauczyl na bledach rodzicow przeciez. Samemu trzeba.

Wiec siedzi po nocy i cisnie te zadania, az dumna jestem. Ale ma tu tez takiego prawdziwego geniusza w klasie - Alexandra, Polaka, chlopca z syndromem Aspergera (na moje oko) i ogromnym matematycznym talentem. Ktory jest po prostu najlepszy. Ze wszystkiego. Cieszy mnie to, bo dla Adka to otrzezwienie zapobiegajace narcystycznemu triumfowaniu - wie juz, ze bycie najlepszym na swiecie jest nieosiagalne i nie ma co wywyzszac sie i ponizac innych.


(przepraszam za brak polskich liter, ale pisze jedna reka)

13:46, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 października 2015

Dziewczynka ładnie spi. Ale tylko na raczkach. Dzis to juz dwie i pol godziny. Nie przeszkadza jej nic. Odlozona budzi sie w 10 minut. Troche nie wiemy jak ja nauczyc spania w lozeczku - smoka wypluwa, kolysanie nic nie daje, a jak jest niezadowolona to nie kwili, ale sie drze. No i nie chce jej tak do darcia doprowadzac, wiec przewaznie ta pierwsza drzemke ma na raczkach. Ale jest to zdeczka niewygodne.

15:32, inny_glos
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 12 października 2015

Moriniaczkowi niepostrzezenie stuknely dwa MIESIACE. Robi wszystko, co dwumiesieczniak robic powinien, moje neurozy obficie rozrosniete na nawozie Internetu (a moze ma AUTYZM???) obala jednym 'ghrrr' patrzac sie prosto w oczy. Gada do nas i do swiatelek na suficie, rozsyla usmiechy juz bardziej szczodrze, fika nago grubasnymi nozkami i coraz bardziej przypomia Ryszarda Kalisza. 

Ja dalej rozkminiam strachy w głowie karmiąc maleńtasa każdej nocy po 5 razy (i jak to możliwe, że są dzieci, które przesypiają całą noc? Ja za nieprzerwane 5 godzin dałabym sobie rękę uciąć! No, może mały palec, bo jednaj ręka się przydaje). Tylko po szczepionce przespała ciurkiem cztery i pół godziny, od 10 do 2, następnego dnia też, tak, żeby mi pokazać skrawek nieba, a było to we wtorek tydzień temu i od tej pory ani razu. Nie-e. Aż w dzikich fantazjach widziałam się szczepiącą swoje dziecko PO RAZ DRUGI, tylko po to, żeby się trochę wyspać. Ech.

Luksus cieszenia się M w domu powoli się kończy, bo M załapał się na taki program rządowy i zaczyna staż. Od środy. W fundacji walczącej z bezdomnością, czyli tak jak chciał będzie społecznie użyteczny. Staż tylko pół etatu i tylko 9 miesięcy, ale zawsze to krok w dobrym kierunku. 

Tym bardziej, że niepokojących ruchów w mojej szkole ciąg dalszy. Plotki mówią, że szykują się do sprzedaży. 

A Adziarz wysyła aplikacje na studia. Do Oxfordu. Ma chłopak ambicję. Choć Oxford chyba jednak mało prawdopodobny (sam proces rekrutacyjny trwa pół roku i składa się z wypracowania o sobie, testu z matmy lub testu na inteligencję, jeśli się zdaje na jakieś bardziej humanistyczne kierunki i rozmowy kwalifikacyjnej. Po tym oferowane - lub nie - jest miejsce na uczelni pod warunkiem, że z matury dostanie się co najmniej cztery piątki), cieszę się bardzo, bo zaczął się wreszcie UCZYĆ. Trochę. To znaczy robić zadania domowe;) I rzeczywiście widzę, jak ślęczy nad cyferkami i wzorami. Ech, cieszę się, że moje dziecko to ścisłowiec - takim ludziom jest w życiu zawodowym duuużo łatwiej. Nie trzeba być najlepszym na świecie, żeby dostać pracę, tak, jak to jest w przypadku humanistów. 

Codzienność się plecie, gdyby tylko człowiek trochę mniej był zmęczony. I trochę mniej niepewny przyszłości. 

13:09, inny_glos
Link Komentarze (2) »
czwartek, 01 października 2015

Omdlewająca nad filiżanką herbaty karmiłam i karmiłam, a Morinka sobie jadła i jadła. Trochę jadła, trochę spała, trochę sapała, trochę płakała, jak to ona. Na koniec wyglądało, że usnęła. No i całe szczęście, bo czułam, że dalej już nie wytrzymam, roztopię się jak góra masła. Moim celem wyprawy było kupienie Morince jakiegoś sweterka, bo tu październik za pasem a maluch ma tylko śpiochy. Skończyłam zatem karmienie, wypiłam gorącą herbatę (w końcu zapłaciłam dwa i pół euro!), zadzwoniłam do M, że zaraz natychmiast idziemy do sklepu, włożyłam maleńtasa do wózka i poszłyśmy. 

A w wózku Morinka zrobiła ping! i otworzyła oczka. Nie spała. Trochę mnie to zaniepokoiło, no ale bez przesady, prawda? Ale już wietrzyłam podstęp. Doszłyśmy do galerii handlowej St. Stephens Green, szybko szybko, władowałyśmy się do sklepu, schodami ruchomymi w górę, krążąc z wózkiem łypałam na sweterki, ale wszystkie po 20 euro! 20 euro!! Złapałam jakąś bluzę dresową, wszystko jedno, ważne, że bawełna i z kapturem i nie za droga. I wtedy poczułam, że MUSZĘ maleńtasa przebrać. Ale niestety, w pomroczności jasnej (nie spanie powoduje dziury w mózgu, są na to naukowe badania) nie wzięłam ani pieluchy, ani śpioszków, ani niczego. Duży błąd. W międzyczasie tak zwanym Morinka zaczęła kwękać. Wpadłam więc do drogerii po pieluchy, jak po ogień, i do przebieralni. Kiedy ściągałam brudną pieluchę maleńtas zaczął sikać, bo jak powszechnie wiadomo, dzieci zaczynają sikać w momencie jak się im ściągnie pieluszkę. Ale nie ze mną te numery, uśmiechnęłam się nawet do siebie pod nosem jak złapałam siuśki jeszcze do starej pieluchy i bardzo z siebie zadowolona ściągnęłam ją i wyrzuciłam do kosza. I w tym momencie moje dziecko zdecydowało się zesikać NAPRAWDĘ, na koszulkę, śpioszki i kocyk. Który oczywiście rozścieliłam na przebieraku, żeby dzieciątko miało przyjemnie. Cóż było robić, zapakowałam mokrą Morinkę do wózka, owinęłam drugim suchym kocykiem. Zaczęła płakać. Wyjechałam z przebieralni.  Zaczęła się zanosić. A muszę wam powiedzieć, że potrafi dać czadu. (W sumie też bym dawała, gdybym musiała jechać przez pół miasta w mokrych majciochach, hmm.) Nie słyszałam w okolicy drugiego tak głośno wrzeszczącego dziecka. W galerii musiałyśmy zjechać windą na dół, nie patrzyłam się ludziom w windzie w oczy, kiedy im pękały bębenki od wrzasku w metalowej klatce. Wyjeżdżałyśmy na sygnale, co pięć minut przystawałam, wyciągałam syrenkę alarmową, zawiniętą w jedyny suchy kocyk, i próbowałam ją uspokoić. Z bardzo miernym skutkiem. Czyli właściwie bez. Wyszłyśmy z galerii, a maleńtasek darł się dalej. Darł się na ulicy i na chodniku i pod teatrem i koło pubu i przez całą półgodzinną drogę do M, który już do nas biegł. A na ostatniej prostej, tuż przed zbawczymi ramionami M, spotkałam koleżankę z pracy. Maleńtas darł się CAŁY CZAS, przypominam. CAŁY. Ja spocona i też bliska płaczu, a tu wiadomo - trzeba uprawiać pracowe small talki, koleżanka zachwycajaca sie cute baby, a to śliczne baby właśnie w trakcie opętania. 

A potem pojawił się M, wziął krzykacza na ręce i córeczka wreszcie usnela. W pionie, oczywiście. Tak, jak lubi. A ja, jak grzeczna i dobrze wychowana żona i matka, szłam za nimi i pchałam wózek.

20:30, inny_glos
Link Komentarze (4) »
stat4u