RSS
piątek, 31 października 2014

Wróciłam z tej cudownej Polski już dawno, parę dni temu, ale udaję, że mnie nie ma, bo mam tyle pracy, którą i tak robię na pół gwizdka. Ale udawać muszę. (Zauważyłyście, że bloga najfajniej się pisze, kiedy coś rozgrzebanego ma się akurat na tapecie? kiedy połowa wykładu, podliczenia miesiąca, slajdów dla studentów, połowa okien akurat pomyta, połowa kwiatków posadzona i oto właśnie czas na bloga).

W Polsce było niesamowicie, niewiarygodnie, niemożliwie fantastycznie, naprawdę, zupełnie się nie spodziewałam takiego obrotu sprawy, że będę się TAK szampańsko bawić, tańczyc, chichrać, szaleć, pić zimną wódkę z kolegami na ganku i poprawiać campari z przyjaciółką, a nade wszystko tańczyć, tańczyć, tańczyć do muzyki z lat 70tych, znacie to? czu-czu-czu-czu train-a, one-way ticket to the bluuuueee:



i jeszcze



i tak całą noc. Z przyjaciółmi, których nie widziałam długo. Z człowiekiem, który nas wiózł do ślubu. Na motorze. Z innym, który wiózł nas na wesele. Do Szklarskiej Poręby, przez śniegi i noc.

 

Można by powiedzieć, że oddałam głos za dobrą zabawę, jak syrenka za możliwość chodzenia po lądzie, bo w niedzielę rano przestałam móc mówić i odtąd porozumiewam się tylko szeptem (na wykładach także;). Zdiagnozowałam sobie laryngitis, czyli zapalenie krtani, GP potwierdził, także nie na darmo jestem doktorem. Na zapalenie krtani nie ma żadnego lekarstwa oprócz niemówienia, co właśnie uskuteczniam. Nie mówię zatem i jest mi z tym bardzo dobrze. 

Oprócz zapalenia krtani przywiozłam też innego wirusa cholernego, od którego teraz wszyscy kaszlemy, także to coś w płucu, co czułam tydzień temu, to pewno był począteczek choroby, którą potem bardzo ładnie wyhodowałam sobie na imprezie, zaprosiłam w gości inne wirusy i bakterie, które też się dobrze bawiły, wymieniły się materiałem genetycznym, taka była impreza! i teraz wszyscy kaszlemy od rana do wieczora. Ale cóż by tu powiedzieć, warto było.

Ech, warto było jak cholera!

Głowa mi się troszkę przeczyściła w tej Polsce, pewno od tego wiatru i prawie-mrozu i od tej pogody jak dzwon, przewiało mi myśli i zamiast na badania w poniedziałek, pojechałam jeszcze na jeden wieczór z przyjaciółkami w góry, kurde, pomyślałam sobie, kurna felek, po cholerę mi badania, jak zdrowa jestem (a listę ciał ANA, przeciwciał kardiolipidowych, morfologii i odporności na toxoplazmozę i różyczkę już miałam skrzętnie zanotowaną w kalendarzyku, wszystkie badania, których nie trzeba robić w konkretnym dniu cyklu wypisane wraz z cenami, wszystkie starające się zaraz rozpoznają podstawowy pakiet, dla tych, co nie mogą), alem sobie pomyślała - a w dupie mam! w dupie! zdrowa jestem, nie będę świrować! i bach! na jeszcze jedną nalewkę pojechałam, na jeszcze jeden spacer w liściach i w zapachach zbutwiałego czegoś, co pachnie jak samo życie, przyczajone pod drewnianym płotem między pędami starych pokrzyw.

Minęło mi jakieś napięcie, nadęcie, naprężenie, żylastość, sztywność, cholera jasna! przecież ja zdrowa jestem! będę miała to dziecko, albo i nie będę, przyjdzie kiedy będzie jego czas, albo i nie przyjdzie, zgadzam się, zgadzam się na życie, akceptuję co daje i co przyniesie.

21:47, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 października 2014

 

Trochę sie blyszcze, ale i tak jestem pełną podziwu dla technologii. Pluco sue odzywa, co oznacza, że znowu coś schowalam w sobie. Nieważne, dokopie sie, a zycie jest piękne. Widziałam mojego miesięcznego bratanka i spoznilam sie na autobus, także bede o 1 w nocy na miejscu. Jak dobrze pójdzie. A moi przyjaciele po mnie wyjadą. (Że tez im sie chce).

Buziaki z Wawy. Oglądajcie bo sciagne jutro;)

16:13, inny_glos
Link Komentarze (5) »
wtorek, 21 października 2014

Już po wszystkim. W nocy obudziłam się i poczułam tępy ból, ale nie fizyczny, taki tępo ćmiący ból psychiczny, kiedy już przestajesz się oszukiwać i wiesz, że jednak nie. Nie. 

Kiedyś przeczytałam gdzieś, że wszystkie życiowe straty przypominają nam o naszych pierwotnych stratach, i wszystkich stratach po nich, nieważne jak mała innym ludziom wydaje się ta rzecz.

W każdym razie ogarnęłam się. Ogarniam się.

W sobotę mam wielką imprezę - 40tkę moje przyjaciółki w Polsce. Nie chce mi się zupełnie tam lecieć, tym bardziej, że jakoś się oddaliłysmy od siebie ostatnio. Od jakiegoś czasu. Czuję jakieś zadry i pokłady żalu w sobie, życzę jej wszystkiego najlepszego, ale boję się, że jak napiję się alkoholu to żal może się wylać. Rozmawiałam z nią wczoraj przez telefon, bardzo miła romowa, tylko ja po niej czułam się jeszcze gorzej. Powiedziałam o utracie, a ona dała mi złotą radę 'może nie powinnaś tak bardzo się nastawiać na to' i jeszcze 'a może za wcześnie robisz testy, rób tydzień później'. Może za dużo od niej wymagam. Jak widać uczucia do niej mam niepoukładane, co z niedawnymi wydarzeniami nie jest dobrą mieszanką.

Ale czuję się lepiej.

12:18, inny_glos
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 20 października 2014

Bardzo dziękuję za gratulacje, ale niestety chyba nic z tego tym razem. 

Zaczęłam plamić, co w połączeniu z wczorajszym wkurzeniem i coraz słabszymi objawami daje bardzo jasny obraz sytuacji. 

To chyba niestety ciąża biochemiczna. I niezależnie jak bardzo człowiek myśli, że jest przygotowany na taką wiadomość, to i tak jest przykro.

Wiedziałam, że tak może być, dlatego nikomu nic nie mówiłam, tylko wam, bo przecież ktoś musi mnie pocieszać;) (M mówi, że nie trzeba było nic pisać, no ale w takim razie po co mi ten blog?).

Oczywiście w głowie spirala myśli o 'nawracających poronieniach' i ewentualnych badaniach, jakie powinnam wykonać. Choć to pewno po prostu wady genetyczne zarodka i tak sobie to usiłuję przedstawić. Że lepiej tak, niż urodzić chore dziecko, które się będzie męczyć.

A propos wczorajszego wpisu - no cóż, każda wielka zmiana w życiu wiąże się z ambiwalentnymi uczuciami, co dopiero taka zmiana, za którą jest się odpowiedzialnym! Do normalnej ambiwalencji dochodzi tu wymiar egzystencjalny, bo jak coś na człowieka spadnie (ciąża na przykład) to nie można zrobić nic, tylko się pogodzić albo niezgodzić (a i tak się można decyzją udręczyć), a jak sam człowiek coś sprawia w świecie, to jest za to odpowiedzialny i do końca życia może się torturować, czy dobrze, czy źle zrobił. Że powołał nowe życie. I nigdy nie wiadomo na 100% a i tak się za to odpowiada, nawet za konsekwencje nieprzewidziane. Taka kondycja ludzka.


To idę sobie popłakać.

15:19, inny_glos
Link Komentarze (3) »
niedziela, 19 października 2014

Dziś siedzę nad pytaniami egzaminacyjnymi i modelowymi odpowiedziami, czego nienawidzę i strasznie mnie to nudzi, i może dlatego jestem zła i wściekła i wymyślam. Że po co mi teraz ta ciąża jest i co ja też najlepszego zrobiłam. M zaczął doktorat, mnie ostatnio bardzo praca kręci, fajnie mi się żyje, fajne rzeczy robię, no i chyba z choinki się urwałam z tą ciążą i z tym całym planem na życie, po co mi to potrzebne wszystko teraz. No po co. Może mogłam poczekać, może za rok, dwa, może nigdy, chyba na głowę upadłam, naprawdę chce mi się teraz ZNOWU pieluchy zmieniać??

Ech. Nie dogodzisz człowiekowi nigdy.

Pójdę biegać, może mi minie.

17:30, inny_glos
Link Komentarze (6) »
sobota, 18 października 2014

Raport z rewolucji musi poczekać, taka jestem zajęta. Właściwie głowę mam zajętą.

Wczoraj wysłałam pierwszy esej na zaliczenie na kurs o nauczaniu online.

Zostałam aktywistką Third Level Education Watch.

Zorganizowaliśmy pokaz Meine Keine Familie w centrum społecznym.

Ale.

Nie to chciałam wam powiedzieć.

 

Od dzisiaj oficjalnie jestem w ciąży.

Z następującym zestawem objawów: bolące cycki, ale tylko wieczorami, bolący brzuch, ale tylko wieczorami, brak okresu, boski humor, pełno energii i ochota na seks.

Jak widać na razie wylosowałam najlepszy z możliwych zestawów. Dziś do tego doszedł pierwszy wyraźny bladzioch, czyli blada druga kreska na teście. Wcześniej (dla wtajemniczonych: 14 dpo i 15 dpo) były 2 niewyraźne bladziochy, czyli kreski pod tytułem 'jak wpatruję się przez pół godziny pod odpowiednim kątem o 12 w południe to wydaje mi się, że widzę cień cienia drugiej kreski".

No a dziś blada, ale wyraźna.

Wiem, wiem, zawsze może się zmienić, nic jeszcze nie przesądzone itd itp. Ale.

MUSIAŁAM się komuś pochwalić. 

Wie tylko Mi, rodzinie nic nie mówię na razie, będzie im smutno jak się nie uda. Pamiętając co było rok temu będą się o mnie bali. Więc na razie ani mru mru.

A z ciekawostek zapisuję, że zachodzę w ciążę w miesiącach, w których biegam - jak przestaję biegać, to nie zachodzę;) W sierpniu i czerwcu biegałam - i bach! dwie ciąże, w tym roku w sierpniu i wrześniu nie - i nici. Tylko zaczęłam biegać - bach!

A naukowcy podają, że starsze mamy żyją dłużej. O!

21:24, inny_glos
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 13 października 2014
Z poradnika Irlandzkiego rewolucjonisty, czyli jak nie organizować przewrotów politycznych

Od dwóch tygodni grzmi w pracy. Jeszcze nie walą pioruny, ale już wszyscy się strachają i chowają po kątach.

Zaczęło się od tego, że dostałam smsa o spotkaniu w związku ze zmianami administracyjnymi. Spotkanie było w specjalnie do tego celu wynajętej sali w barze hotelowym, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. W hotelu! fajnie! pomyślałam sobie, myślałam, że spotykamy w małym gronie naszego działu. Dotarłam lekko spóźniona i aż mnie zatkało - w sali siedziało może z 30 osób i wrzała dyskusja. Spotkanie tajne, nastroje iście rewolucyjne, dyskusja o wszystkich bardzo niekorzystnych zmianach wprowadzanych przez główne szefostwo. Od nowych kontraktów, poprzez dodatkowe godziny, dodatkowe stosy dokumentów, zmianę struktury organizacyjnej, beznadziejne traktowanie pracownika, nowe wymogi siedzenia w biurze i tak dalej i tak dalej, aż do ogólnego wniosku, że trzeba coś zrobić. Po raz pierwszy w historii szkoły spotkały się osoby z prawa, nauk społecznych i biznesu. Poza strukturą. Musimy coś zrobić!

Już dawno myślałam o zapisaniu się do związków zawodowych, zapytałam się więc dlaczego nie zaprosimy przedstawiciela związków do siebie? Osoby, które pracują w tej szkole 15 lat zaczęły na to opowiadać, jak to należeli kiedyś do zwiążku, ale kiedy ich college został wykupiony przez korporację, która do dzisiaj jest właścicielem szkoły, jej władze oczywiście nie zgodziły się na istnienie związku w szkole. Nie i tyle. I od tego czasu nie ma nic. Pogadaliśmy z godzinę, albo półtorej, w sali aż wibrowała energia, nareszcie! coś mi się cieszyło w duszy. 

Stanęły mi oczywiście przed oczami wszystkie zrywy wyzwoleńcze, wszystkie straczeńce i wygarńcze walki, hej, zagrali mi na duszy jak na skrzypcach, bo ja jestem z pokolenia, które dorastało w końcu lat 80' i z tej całej walki pamięta już tylko tysiące ludzi i końcowe zwycięstwo. (Które z biegiem lat coraz bardziej się wypaczało, ale to zupełnie inna historia).

Kiedy opuszczaliśmy salę ktoś mi powiedział, że powinniśmy kupić choć po jednej kawie, bo sala byla za darmo. Podeszliśmy do baru z kolegą i okazało się, że byliśmy jedynymi osobami, które wzięły to na serio. Wszyscy inni wyszli, jak gdyby nigdy nic.

Ale to dopiero początek równi pochyłej.

Cdn

22:41, inny_glos
Link Komentarze (5) »
wtorek, 07 października 2014

Kurczę, napiszę to.

Ale fajne buty sobie w Lidlaku kupiłam! I to za 15 e tylko, więc założylam w domu, oceniłam moje nogi (BOSKO), pokazałam Mi, zachwycił się i wyskoczyłam kupić sobie jeszcze jedną parę. 

Proszę bardzo:

Wyglądają niepozornie, są ze sztucznego materiału (fuj! nie lubię, ale odkąd zostałam wegetarianką to staram się nie być hipokrytką) ale na nodze WYGLĄDAJĄ CUDOWNIE.

Jak mi odbije to nawet wrzucę fotkę moich sexi nóg w tych butach;)

Jak na obcasy są w miarę wygodne a poza tym zamierzam je zakładać w dni, kiedy mam jeden wykład tylko. I nosić ze sobą baletki za 5 e w razie czego.

Nareszcie mam buty do pracy do tych cholernych przykrótkich spodni, których teraz w sklepach zatrzęsienie.

A poza tym to czuję się tak:



Normalnie wyszłabym i zaśpiewała. W Royal Albert Hall.

11:59, inny_glos
Link Komentarze (3) »
niedziela, 05 października 2014

Kiedy byłam młodsza dokładnie to rozumiałam. Było to dla mnie zauważalnie, niedwuznacznie, niewątpliwie jasne, że aby dobrze pisać trzeba być trochę nieszczęśliwym. Kiedy jestem szczęśliwa moje pisanie klapie, obwisa, robi się płaskie jak naleśnik i równie bez wyrazu. Każdy dzień jest do siebie podobny - spokojny i szczęśliwy -  jak te rodziny Tołstoja, które dopiero nieszczęśliwe są nieszczęśliwe na swój sposób.

Ale kiedy byłam młodsza byłam na tyle głupia, że wolałam być nieszczęśliwa i 'utalentowana' (jakkolwiek byśmy tego nie rozumieli), niż szczęśliwa i bez talentu. Byłam tak niemądra, że przedkładałam romantyczny ból duszy nad spokojne zadowolenie. Może dlatego, że wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to znaczy być nieszczęśliwym. Że oznacza to żyć w dupie, 7 dni w tygodniu budzić się i kłaść spać w całkowitych ciemnościach, otoczony gównem gównem gównem, rozpadem, złem i całkowitym zniszczeniem, a nie spowitym w czarny płaszcz romantycznie patrzeć na morze przy świetle księżyca. A nie w czarnych glanach i kolczyku w uchu romantycznie walczyć z systemem. A nie z kawą i laptopem tworzyć poruszające notki na bloga o północy.

Dalaj Lama podczas swojej ostatniej wizyty w Irlandii na pytanie "co możemy zrobić, aby świat był lepszy" powiedział 'być szczęśliwi'.

Uczepiłam się tego jak rzep psiego ogona. I już nie puszczę.

Najważniejsze, co możemy zrobić, to być szczęśliwi. Szczęśliwi ludzie nie zabijają/nie dręczą/nie torturują/nie poniżają/nie kradną/nie oszukują/nie biją dzieci/nie zmuszają nikogo, aby był taki, jaki oni chcą, żeby był. Nie obrażają się/nie mają za złe/nie czują sie dotknięci w swojej dumie do żywego. Część mojej duszy na to odpowiada, że szczęśliwi ludzie nie walczą z systemem, a walka z systemem jest czymś, co wyssałam z mlekiem matki, co było mi serwowane na śniadanie, obiad i kolację od czasów niemowlęcych po wczesną dorosłość. System się zmienił, ale okazało się, że dalej trzeba walczyć, mając dokładnie to samo poczucie bycia nikim, nic nie znaczącym pyłkiem, malutkim trybikiem w wielkiej maszynerii sytemu, tym razem neo-liberalnego. 

Ale to był błąd.

Z uczuciem bycia nikim nie powinno się walczyć, bo walka paradoksalnie - dając poczucie mocy sprawczej i siły - legitymizuje przekonanie o byciu nikim, sprawia, że wydaje się ono być w jakiś sposób uprawnione. Czuję się nikim, więc wam pokażę, że jestem kimś. Nie nie nie. Nie wolno walczyć. Trzeba odpuścić. Trzeba przestać wierzyć w to, co wsącza w nas system. Trzeba przestać myśleć na sposób systemowy - wy na górze, ja na dole, jakie to ważne. Jestem nieszczęśliwy, bo jestem na dole, bo nie mam samochodu, własnego domu, nie stać mnie na teatr. Ale wam pokażę, ja na górze, a wy na dole, wyklęty powstań ludu ziemi! 

Ale.

Jest to jedynie ważne w praktyczny sposób, ale nie w symboliczny, a my przeważnie zafiksowani na tym symbolicznym znaczeniu. 

Bycie szczęśliwym wcale nie wyklucza dążenia do zmiany systemu, przeciwnie - można być bardziej skutecznym, bo nie targanym gniewem czy rozpaczą. Bycie szczęśliwym ma w sobie również pragnienie, by wszyscy byli szczęśliwi, by nie cierpieli fizycznie i psychicznie. Bycie szczęśliwym rozwala system od środka, bo nie można zastraszyć osoby, która jest po prostu szczęśliwa. Szczęśliwa osoba nie boi się być zwolniona (no to co? i tak będę szczęśliwa!), nie boi się, że ludzie będą o niej mieli złe zdanie, nie boi się, że nie będzie mogła chodzić na basen, na jogę czy do teatru. Osoba szczęśliwa nie boi się. I wie, że te wszystkie złe rzeczy przydarzą się, albo i nie, zupełnie niezależnie od bycia szczęśliwą.

Kiedyś myślałam, że bycie szczęśliwym to zdrada. To zgoda na niesprawiedliwość świata i cierpienie zwierząt i ludzi. Że obowiązkiem porządnego człowieka jest PRZYNAJMNIEJ bycie nieszczęśliwym na tym nagorszym ze światów.

Kiedyś myślałam, że bycie szczęśliwym to głupota. Że żaden myślący człowiek nie może być szczęśliwy, kiedy wie o ogromie nieszczęść i zła na świecie. Tylko głupcy bowiem skupiają się na swoich pomalowanych paznokciach albo nowym laptopie, głupcy i tchórze, którzy chowają głowę w piasek, bo nie chcą widzieć świata jakim naprawdę jest.

Dziś w chwilach jasności wiem, że to jedyny sposób, żeby ten świat zmienić.

I pal licho dobre pisanie.

13:34, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 03 października 2014

Żyje mi się ostatnio dobrze, co znaczy, że serce mi się nie zatrzymuje znienacka z powodu, spadnięcia komety na ziemię/III wojny światowej/wichury która wydmucha całe powietrze na ziemi/wypadku Adziarza na rowerze, nie mam nagłych nie-wiadomo-skąd-przychodzących obrazów siebie leżącej na chodniku z czaszką zmiażdżoną kołami ciężarówki/zmasakrowanego Adziarza/pobitego Mi.

Och, jakie życie wydaje się dobre, kiedy człowiek nie ma głowy wypełnionej strasznymi okropieństwami, które mogą się stać! 

Świat wydaje mi się łagodny, opiekuńczy, szczodry i chociaż wiem, że nie jest to prawda zawsze i dla wszystkich równocześnie jest to prawda często i dla każdego. Przeważnie bowiem nie kończymy pod kołami ciężarówki, prawda? 

I za to powinniśmy być wdzięczni;)



11:40, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
stat4u