RSS
wtorek, 29 października 2013

 

To jakbyś szła długim ciemnym korytarzem. I nie ma światła. I nie wiesz, czy jeszcze będzie. Wydaje ci się, że to koniec. Prawdziwy koniec. Tyle już o tym napisano, czy jest sens pisać cokolwiek więcej? Nie wierzysz, nie myślisz, że kiedykolwiek będzie ci lepiej. Nie ma przyszłości. Przyszłość jest jedną wielką czarną dziurą, to niemożliwe, żebyś się jeszcze w życiu śmiała bez tej czarej dziury z tyłu głowy. 

Reczywistość jest zaklęta na czterech poziomach. Poziom pierwszy - nie jest ci smutno, jak może być ci smutno, skoro to tylko płód umarł? Poziom drugi - to nie on umarł, to ty umierasz. Poziom trzeci - tyle lat paliłaś, zasługujesz na karę. Masz raka. Poziom czwarty - zaraz umrzesz, udusisz się, boli cię płuco, umierasz.

Poziom czwarty jest poziomem cielesnym. Jest traumą zaklętą w ciele. Miałaś 6 miesięcy, jak umierałaś na zapalenie opon mózgowych i na płuco. Włożyli ci tam rurkę, którą odprowadzali cieknącą ropę. Gronkowca. Płakałaś całą noc i nie było nikogo. Nie było mamy, bo nie mogły mamy być wtedy w szpitalach z chorym dzieckiem. Dusiłaś się i płakałaś, płakałaś i dusiłaś się, wypadła ci szklana rurka odprowadzająca ropę i złamała się, salowa się przestraszyła i włożyła ci tę złamaną rurkę z powrotem w płuco. Charczałaś, dusiłaś się i płakałaś, leżałaś w mokrych pieluszkach całą noc, ze sterczącą złamaną rurką, ostrym końcem w ranie, z wysoką gorączką, zapaleniem opon mózgowych i gronkowcem w prawym płucu. Czułaś, że umierasz. Nie było przy tobie nikogo. Chorowałaś 6 miesięcy. 6 miesięcy w szpitalu. Inne dzieci były zazdrosne, bo mama warowała przy bramie, przekupywała salowe, pielęgniarki i lekarzy, wciskała im kawę i pomarańcze, aby tylko mogła być przy tobie przez chwilę, przez godzinę, przez cały dzień. Warowała jak pies, kiedyś w środku nocy poczuła, że musi do ciebie przyjechać, nic nie jeździło, więc szła godzinę na piechotę, biegła w środku nocy przez całe miasto, przybiegła do szpitala, ale nie chcieli jej wpuścić do ciebie, a ty w tym czasie umierałaś, okna były otwarte na oścież, wiał wiatr i szarpał zasłonami, szklana rurka tkwiła w ranie, dziewczynka na łóżku obok umierała, ropa wyciekała jej ze wszystkich otworów ciała, a ty płakałaś tak straszliwie, że mama usłyszała cię w środku nocy na drugim końcu miasta i nie wiadomo co naprzysięgała stróżowi nocnemu, że ją wpuścił. Lekarze mówili, że umrzesz. Ale nie wiadomo dlaczego przeżyłaś.

Poziom trzeci. Zasługujesz na karę. Byłaś złą dziewczynką. Mówili ci wszyscy, żebyś nie paliła. Mówili ci i mówili, krzyczeli, karali, straszyli, a ty co? Głupia, głupia koza. Zaczęła palić i paliła. Wiedziała, że palenie szkodzi, nie może mówić, że nie wiedziała, bo wszyscy jej mówili. Wiedziałaś, paliłaś, myślałaś, że teraz to jesteś taka dorosła, taka zbuntowana, taka fajna, teraz to nareszcie cię wszyscy polubią, a jak nie polubią to masz to w dupie, jedna zapałka, szlug z paczki, zaciągnięcie się i już jest lepiej, już jesteś sto razy fajniejsza, albo i tysiąć, nie jesteś już tą głupią naiwną oazową dziewczynką, tylko porządnie mroczną palaczką, teraz to nawet możesz ksiązki pisać i wiersze, możesz tworzyć poezję i prozę mroczną i mocną jak ty sama i jak te szlugi, mieć w dupie krainę łagodności i piosenki turystyczne.

Poziom drugi. Umierasz.

Poziom pierwszy. Nie jest ci smutno, nie wierzysz w opłakiwanie płodu, nie rozumiesz konieczności zadumy nad 6cio tygodniowym człowiekopodobnym tworem. Nie, nie jest ci smutno. Tak, dobrze sobie radzisz. Nie, nie ma sensu wypłakiwać się nad nie-bytem, prawda? Poronienie? Trochę więcej krwi niż przy okresie. Tak, czujesz się dobrze. Nie, nie miałaś krwotoku i nic takiego strasznego się nie wydarzyło. Właściwie to nawet lepiej, prawda? Opłakiwanie dzieci nienarodzonych jest przecież głupotą. Zabobonem. Idiotyzmem. Tak, postawmy sobie jeszcze świeczki i nagrobek z wyrytym napisem "Płodek. żył 6 tygodni, nie miał czasu mieć myśli i snów, widzieć ani słyszeć. Nie biło mu serce". 

I tak idziesz tym ciemnym korytarzem i wydaje ci się wszystko normalne. Tylko, że słońce nie istnieje. Umierasz.

22:08, inny_glos
Link Komentarze (3) »

Skoro się nie przestraszyliście, to przywracam post. W końcu to moje życie i tak właśnie się czułam w niedzielę 27 października 2013 roku. Wieczorem.

22:07, inny_glos
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 października 2013

Bardzo was przepraszam, nie powinnam takich drastycznych rzeczy pisac. Ale zycie to nie je bajka i czasem takie rzeczy trzeba z siebie wyrzucic. Pisanie to tez mierzenie sie z rzeczywistoscia i mi to pomaga. Ale wpis usunelam, bo nie chce was straszyc.

Żyję, przeżyję i będzie dobrze. 

17:39, inny_glos
Link Komentarze (6) »
niedziela, 20 października 2013

Przepraszam, ze sie nie odzywam, nie dziekuje za dobre slowa, nie komentuje, nie daje znaku zycia, przepraszam, ale czapa mi sie nasunela na czolo, na oczy, na nos, czapa zaslonila mi slonce i swiat, czapa jak chmura gradowa, jak calun, przez ktory wszystko widac na szaro. Wczoraj sie rozplakalam, ze nie pojechalismy nad morze, bo padal deszcz, a potem wyszlo slonce, ale juz za pozno bylo, nie dalismy Adkowi klucza i nie mialby jak wrocic do domu, ale jak zobaczylam zloto-pomaranczowe niebo rozplakalam sie, ze juz nie pojedziemy, ze za pozno, ze tak bardzo chcialam, zupelnie jak dziecko. Chodz, polez na mnie troche, powiedzial do mnie Mi i poszlam sie polozyc, jak dziecko, bo seks tez odpada na razie, wiec sobie tylko lezalam i bylo mi smutno i zastanawialam sie o co mi tak naprawde chodzi. Bo nie chodzi o ten biedny plod przeciez, o tego Zombiusza nieszczesnego, nie szkoda mi tego potencjalnego dziecka, widocznie tak mialo byc, wiem to, czuje to, a jednak czapa nasuwa sie glebiej na czolo i przeszkadza mi widziec swiat. Walcze jak moge, wymyslam spacery, bieganie, wyjazd nad morze, znalazlam najtansza yoge w Dublinie i zapisalam nas oboje, robie sobie kapiele w pianie i maseczkę na twarz, ale wszystko, wszystko zabarwione jest tym kwaśnym smakiem smutku, tymi łzami pod powiekami, tym okropnym uczuciem użalania się nad sobą, którego niecierpię od dzieciństwa, a w które tak łatwo się osuwam nie wtedy właśnie, kiedy idzie coś nie tak, ale kiedy szara czapa nasuwa się na czoło i nie pozwala widzieć wszytkiego takim, jakim jest. 

W takie dni chowam się w sobie, nie chcę nikogo widzieć, nie chcę z nikim rozmawiać, bo potrzebny mi czas tak dla siebie w środku siebie, nie chcę współczucia, ale nie chcę też pocieszania, że wszystko jest w porządku, bo wiem, że jest, a jednak uczucie cichej rozpaczy drwi sobie z tej wiedzy i panoszy się naznaczając wszystko wokoło tym smakiem starego skwaśniałego piwa z dna beczki.

Jak bardzo człowiek jest niewolnikiem hormonów, jak bardzo to, co czujemy ma związek z małymi dziwnymi substancjami wytwarzanymi przez gruczoły, a wszystko podlega tajemniczym księżycowym cyklom na które nie mamy żadnego wpływu. W tym wszystkim śmieszy mnie trochę to, że czuję się jak szmata, bo mój organizm płacze po straconej ciąży, mimo, że ja po niej nie płaczę, mimo, że ja wiem, że tak jest lepiej, niż żeby się miało urodzić kalekie chore cierpiące upośledzone. Kim jestem ja, która wiem a kim ta, co we mnie płacze?

A poza tym jesień. 

11:43, inny_glos
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 14 października 2013

Wróciłam do moich papierów. Życie jest za krótkie, żeby się bać, prawda? Wróciłam też do biegania i kąpania się w morzu, które musiałam przerwać bo byłam przeziębiona, osłabiona i ostrożna. Zamierzam też korzystać i opychać się tymi wszystkimi rzeczami, które są zabronione kobietom w ciąży. Sery pleśniowe, wędzone ryby z naciskiem na węgorza, tatar z łososia i z polędwicy, surowa wędzona polędwica, steki, sernik na zimno, kogel-mogel, zamierzam chłeptać litry kawy ze śmietanką i zagryzać cudownym olomouckim twarohem. Również chodzić do sauny oraz brać cudowne gorące kąpiele w pianie złudzeń. Dopóki mogę. 

Z tego wszystkiego nie pochwaliłam się, że byliśmy na tym:

Widziałam Czekając na Godota w Dublinie, w przerwie wznosząc toast Guinnessem.

Co zaspokoiło moje pragnienie irlandzkości na bardzo długo.

Sztuka jest taka, że przez półtorej godziny nie za bardzo wie się o co chodzi, siedzi się na widowni jak ten kołek, bez ekscytacji i porwów serca, bez wzruszeń do łez i śmiechu do rozpuku, a potem wychodzi się z teatru, oddycha się świezym powietrzem i nagle słyszy się, że wszyscy rozmawiają ze sobą Becketem, że MY TAK MÓWIMY do siebie nawzajem, tak urywanie, tak nieprzytomnie, tak prozaicznie, tak dziwacznie, tak nieadekwatnie, tak głupkowato, tak mądrząc się, tak udając, tak się nie rozumiejąc, wiecznie w poczekalni, z nastawieniem na coś wielkiego, wymieniamy słowa bez znaczenia zabijając czas.




19:31, inny_glos
Link Dodaj komentarz »

Chłopaki poszli na mecz, a ja mam cały dom dla siebie. Eksmisja Zombiusza odbyła się wczoraj i było lepiej niż się spodziewałam - po prostu ciężki okres, nic więcej. Dziś się już dobrze czuję, oprócz lekkiego osłabienia. Nie rozpaczam. Poszłam biegać. Pachniało zimą. 

W nocy obudził mnie strach - że Mi nie znajdzie pracy, że ja utknę w tej szkole, że nie mamy własnego mieszkania, że nasza przyszłość wygląda marnie. Dawno się nie bałam o takie rzeczy, natura jest przewrotna i w ciąży zsyła spokój i zaufanie do przyszłości, choć przecież powinno być odwrotnie. Widać hormony spadają na zbity pysk i i codzienne lęki wyłażą z kątów. 

00:42, inny_glos
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 października 2013
Zombiusz

(uwaga! treści drastyczne)

 

 

 

 

 

 


 

 

 

 

 

Nie ma nosa, powiek, siatkówki ani tęczówki. Nie ma ust, języka, własnej krwi, rąk ani nóg. Nie ma wykształconych mięśni ani organów. Nie ma uszów, nie słyszał, co do niego mówiłam, nie macha, nie ssie paluchów, których nie ma, nie połyka wód płodowych, nie rośnie. Nie ma pazurków, którymi miał się trzymać. Nie ma fal mózgowych i nie bije mu serce. Właściwie to nie żyje od 4 tygodni. Nazwaliśmy go Zombiusz. Poznaliśmy go akurat przed Halloweenem. Mieszka w moim brzuchu.

Muszę go wyeksmitować. Właściwie to mogę poczekać, aż sam się wyprowadzi, ale nikt nie wie, ile to jeszcze potrwa. Może nawet miesiąc. I przez ten miesiąc będę chodziła z Zombiuszem w brzuchu. Na spacer, do pracy, na kawę, na piwo. Mogę użyć tabletek, które dostałam. Tabletki są na wrzody żołądka. Skutki uboczne - skurcze macicy i poronienie. Tabletki bierze się wieczorem, a następnego wieczora eksmisja powinna się zakończyć. Albo i nie. Jeśli dostanę krwotoku - mam jechać na pogotowie. Jeśli nie znajdę szczątków - mam jechać na pogotowie. Jeśli nie zacznę krwawić - mam zgłosić się do szpitala.

Pisałam, że nie przywiązuję się do płodów? 

Położna miała coraz bardziej kwadratowe oczy. - W którym pani jest tygodniu?

- W dziesiątym.

- To niemożliwe. Płód jest bardzo mały, wielkość płodu sześciotygodniowego.

Nie bardzo rozumiałam co do mnie mówi.

Położna zawołała lekarkę. Obie były bardzo miłe i cierpliwe. I delikatne. Dostałam tabletki poronne za darmo. Nic też nie zapłaciłam za wizytę, która miała być zabiegiem pobierania kosmówki w celu zidentyfikowania ewentualnych chorób genetycznych. A mogłam zapłacić 100 euro, żeby pooglądać sobie trupka na ekranie. Tabletki siedzą w kieszeni torebki. Choroby zidentyfikowały się same. Nie chcę dostać krwotoku na zajęciach.

- Ale dlaczego było mi niedobrze i bolą mnie piersi?

Hormony ciążowe spadają powoli. Tak powoli, że jeszcze przez miesiąc organizm myślał, że jest w ciąży. Jeszcze nadal tak myśli. Taki głupol ten organizm.

Poszliśmy z Zombiuszem na piwo. Pub był jeszcze zamknięty o 11.30 rano, nikt nie chodzi na piwo tak wcześnie, ale sprzedali nam dwa browce. Nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Śmialiśmy się i wymyślaliśmy okrutne, chamskie żarty. Im gorsze tym lepsze. Że weźmiemy Zombiusza do pudełka od zapałek i pójdziemy do księdza go ochrzcić. Że mu uszyjemy bialutkie ubranko. Że możemy mu zrobić grób w doniczce.

Dzisiaj byłam w pracy. Oglądam na googlu zdjęcia dzieci z zespołem Patau, żeby przekonać się, że to lepiej, że tak się to rozwiązało. Dzieci z zespołem Edwardsa. Z rozszczepieniem kręgosłupa. Bez mózgu. Lepiej mieć dziecko bez serca, myślę sobie, niż bez mózgu. Bo bez mózgu kazaliby mi je w Irlandii urodzić. Albo musiałabym jechać na zabieg do Anglii. I zdecydować, że pomimo bijącego serca usunę ciążę. Płód. Dziecko, jak niektórzy mówią.

Zombiusz na pewno nie jest malutkim aniołkiem. Jak czytam o aniołkach to mi się robi niedobrze. Ale może to jeszcze te hormony. 

Które spadają. Będę miała baby blues.

Tylko, że bez baby. 

16:53, inny_glos
Link Komentarze (9) »
środa, 09 października 2013

Jutro bardzo ważne spotkanie 3 stopnia. Boję się. 

Ale co będzie to będzie. 

00:13, inny_glos
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 października 2013

 

Uczyliśmy się ostatnio ze studentami o tym, jak się uczy dziecko. Że buduje sobie taką ramę, taki szkic świata, który potem wypełnia szczegółami, że na początku wszytko jest ważne, każda obserwacja służy do nauki

 (i dlatego możliwość skupienia uwagi u malutkiego dziecka wynosi zaledwie parę minut - około 3 u jednoroczniaka, ale, co istotne - 'skupienie uwagi' oznacza też wyłączenie uwagi, bo skupiać oznacza wycinać wszystko inne poza tym, na czym się skupiamy, czyli malutkie dziecko ma dużo bardziej pojemną, bardziej szeroką uwagę niż dorośli)

 i ze wszystkiego buduje się pierwszy 'obraz świata'. Ten obraz świata raz skonstruowany ma tendencję do kostnienia i zastygania, kiedy zarys już istnieje, detale wciskamy w odpowiednie miejsca, rzadko przebudowujemy większą całość, a jeśli już (św. Mikołaj nie istnieje??!!), to przeważnie (zawsze??) jest to okupione większą lub mniejszą traumą. A zatem uważamy tak, a nie inaczej, i im starsi jesteśmy tym mniej argumentów jest w stanie nas przekonać do zmiany zdania, bo 'swoje już przeżyliśmy'. To dlatego rozmowa o rzeczach najistotniejszych - równość czy wolność, pro-life czy pro-choice, postęp jest dobry czy zły - nie ma sensu. My już swoje wiemy i z całego wachlarza daświadczeń życiowych skrupulatnie wybieramy te, które dokładnie utwierdzają nas w naszych poglądach. Mi mawia 'to jest moja opinia i całkowicie się z nią zgadzam' i to mniej więcej oddaje naszą gotowość do poznawania świata. Czyli Mamoniowe "lubię tylko te piosenki, które znam". Zdarzyło się wam kogoś przekonać w ferworze dyskusji? Jeśli tak - to wyrazy szacunku. Dla waszego interlokutora. Mieć odwagę być przekonanym przez kogoś siłą argumentów - to dopiero intelektualna bezkompromisowość! I prawdziwa brawura. Bo jak się damy przekonać co do jednej rzeczy, jak wyciągniemy choć jeden kamyczek z tej misternie całymi latami budowanej konstrukcji to przecież cały światopogląd może nam runąć. I wtedy co? Nasz wewnętrzny świat pogrąży się w chaosie - nie ważne jak krzywy i pokurczony był wcześniej, krzywy, pokurczony i splątany lepszy jest od rozbitego na milion kawałeczków.

Są też ludzie, którzy zmieniają zdanie jak dandys rękawiczki - przez dwa lata są bardzo pobożni, by za jakiś czas wściekle wojować z kościołem, przejść na islam, zbuntować się przeciwko czadorom, zostać weganinem, przestać jeść w ogóle prawie wszystko, by po jakimś czasie utuczyć się okrutnie i celebrować rozkosze ciała. Lecz na przekór pierwszemu wrażeniu ludzie tacy również wierni są swojemu światopoglądowi, który zakłada przyjście św. Mikołaja, nadejście rycerza na białym koniu, czyli idei, która rozwiązuje wszystko. Mężczyzny, który sprawi, że będziemy czuć się kochani i będziemy kochać aż po grób, diety, która sprawi, że będziemy wiecznie szczupli albo juz zawsze zdrowi, wiary, która sprawi, że będziemy na pewno zbawieni, sportu, który pomoże nam zachować wieczną młodość, terapii, która sprawi, że wreszcie będziemy już zawsze szczęśliwi, jednym słowem: cudu. I kiedy on nie nadchodzi, trzeba przerzucić się na inną dietę, wiarę czy miłość, która wreszcie zadziała.

I tak sobie myślę - co zrobić, żeby zachować giętkość myślenia a nie dać się ułudzie cudownych diet i terapii? W chaosie żyć się nie da, ale w skostniałej formie to mniej wygodnie niż w trumnie. Co zrobić, żeby zachować giętkość umysłu, ciekawość świata, umiejętność rewidowania poglądów a równocześnie nie ulec teoriom spiskowym? Co zrobić, żeby zachować kontakt z rzeczywistością równocześnie nie topiąc się w niej, zachowując zdolność do widzenia sensu i cierpliwość do burzenia i budowania świata od nowa?

17:36, inny_glos
Link Komentarze (2) »
sobota, 05 października 2013
byt i niebyt, czyli filozofia opieki zdrowotnej nad ciężarną w Irl

10 tydzień i voila! - mdłości ustępują. Kawa nadal nie wywołuje ekscytacji ani rozkoszy podniebienia, ale da się pić, bardziej jako symbol niż realna przyjemność.

Oprócz tego kicham, prycham, smarkam, pociągam nosem i boli mnie głowa, czyli złapałam wirusa. Na szczęście to tylko zwykłe przeziębienie, a nie grypa. Od czwartku w łóżku. 

Ciąża zaczęła jawić mi się okropnie tajemniczo - wreszcie nie chce mi się rzygać i spać na okrągło, brzuch jeszcze nie urósł (ten wałeczek to tłuszczyk) a w dodatku schudłam. To znaczy wagę mam taką jak sprzed wakacji. No i tak naprawdę nikt tej ciąży jeszcze nie widział. Wielce tajemnicza sprawa. Na rozwiązanie zagadki przyszłoby mi jeszcze długo czekać i za to lubię Irlandzką służbę zdrowia.

Bo tutaj jest tak: jak się jest w ciąży to się idzie do lekarza i się mówi. Lekarz wierzy ci na słowo i się cieszy (albo smuci, mnie się zapytano czy chciana, na pozytywną odpowiedź dostałam gratulacje), zapisuje sobie w karcie, daje ci parę dobrych rad i zaleca wybranie sobie szpitala. Tyle. Ty sobie wybierasz szpital, idziesz tam, zapisują cię i dostajesz listem termin pierwszego spotkania, które wypada na 16-20 tydzień ciąży. Czyli generalnie 4-5 miesiąc ciąży. Wtedy będziesz mieć pierwsze USG, pierwsze badanie krwi, pierwsze POTWIERDZENIE że faktycznie urodzisz człowieka (albo i nie). Do tego czasu NIE ROBI SIĘ NIC. Wychodzi się z założenia że 1) matka natura wie co robi usuwając płody do 4-go miesiąca ciąży, 2) nadmierne oglądanie, mierzenie, ważenie, badanie, pobieranie krwi itd. skutkuje tylko większą neurozą u ciężarnych, które zaczynają uważać, że ciąża to choroba i muszą być stale pod kontrolą lekarza. A przecież nawet 50% ciąż jest ronionych w bardzo wczesnej fazie (do 5 tygodnia - kobieta nawet nie wie, że była w ciąży), dalsze 15-20% w ciągu następnych 2 miesięcy. I dobrze, bo patrz punkt 1. 

System ten jest bardzo różny od polskiego systemu opieki nad ciężarną. Z tej racji dużo Polek (w sumie ciekawa jestem jaki %, z anegdotycznych opowieści i lektury forów polskich wynika, że praktyka ta jest bardzo bardzo powszechna, ale nie ma żadnych konkretnych danych) idzie do polskich lekarzy, płaci 50e za wizytę i 90 za usg w 8 tygodniu, potem regularnie bada sobie krew, mocz, ciśnienie, wielkość zarodka i tak dalej. W ten sposób czuje się bardziej bezpiecznie. Albo bardziej nerwowo - bo zarodek zamiast 8 ma 6 mm, bo kobieta ma podwyższony poziom jakiegoś hormonu, bo macica się nie powiększyła/powiększyła za dużo i tak dalej i tak dalej. Trzeba ważyć, mierzyć, badać, bo jak tylko na chwilkę stracimy kontrolę, to skutki moga być KATASTROFALNE. Bo ci irlandzcy lekarze to się nie znają, konowały jedne, nie wiedzą, że trzeba, że koniecznie się musi, że należy, że kontrola, mierzenie i ważenie to podstawa dla każdej szanującej się polskiej ciężarnej. 

No dobrze, powiecie, ale może to nie jest korba, może TAK TRZEBA? Może tak jest LEPIEJ? Może mniej dzieci i matek umiera w ten sposób? Otóż okazuje się, że nie. Irlandia ma jeden z najniższych wskaźników umieralności noworodków na świecie (2 na 1000, Polska - 3 na 1000, czyli 30 %(sic!) więcej) i niemowląt na świecie (3.78 na 1000 dzieci przed pierwszym rokiem życie, Polska - 6.3). Czyli dzieci mają się dobrze, nie?

Mnie, znanej neurotyczce i panikarze, wymyślaczce wyimaginowanych chorób (znacie to?

 

 

 

bardzo ten system odpowiada. Płodóś (żeby nie było, że nie darzę go uczuciem) przeżyje - bardzo dobrze!, nie przeżyje - no cóż, matka natura kocha twardą miłością. Albo Bóg tak chciał, dla religijnych. Odpuść sobie mierzenie dwu miesięcznego płodu, wyluzuj kobieto, ciesz się życiem i korzystaj z tego, że masz prawo do zachcianek. Jedz to, na co masz ochotę, biegaj, pływaj, pracuj (Irlandki nie chodzą na zwolnienia w ciąży), żyj.

Utożsamiłam się z tym podejściem całkowicie. Niech się tam w środku trzyma pazurami (jak mu wyrosną hehe, taki czarny humor) i żyje, mały - do boju! ale jak jest taki słaby, że 3 filiżanki kawy (nie, żebym miała ochotę, ale przysłowiowo) go wyeksmitują z ciepłego mieszkanka, to Auf Wiedersehen! drogi zlepku komórek, widocznie nie dane ci jest być! Może jesteś przyczynkiem do całej historii filozofii, ale nie dany ci będzie głos we własnej sprawie. Za krótko byłeś na tym świecie, żeby mieć coś do powiedzenia. Proszę wrócić do poczekalni nicości i próbować za 100 lat. W końcu czas nie istnieje, prawda?

Ale wróćmy z krańców wrzechświata na ziemię, a dokładniej na irlandzką ziemię.

Jest oczywiście ciemna strona mocy systemu opieki zdrowotnej w RoI - pierwsze USG robią tak późno, żeby kobiety nie zdążyły pojechać do UK usunąć ciążę, jeśli okaże się, że coś jest nie tak. Jak się dziewczyna dowie w 18 tygodniu, że jest duże prawdopodobieństwo, że płód ma wadę genetyczną (zespół Downa, trisomnia 18 etc) to będzie już bardzo bardzo późno na aborcję, która jest wprawdzie dopuszczalna do 24 tygodnia w UK, ale przecież im później tym ciężej. Bo usunięcie ciąży w 5-6 miesiącu to rzeźnia i to równie bardzo dla kobiet pro-life jak i tych pro-choice. Bo to już nie jest choice, tylko krwawa masakra.

Reszta moich kontrowersyjnych poglądów w następnych odcinku. Idę gadać z płodusiem i uczyć go języków obcych za pomocą oglądania seriali.

18:27, inny_glos
Link Komentarze (12) »
stat4u