RSS
wtorek, 23 października 2012







Takajedna napisała, że odszedł. W zapomnieniu, z boku głównego nurtu. 

Koniec epoki.

11:28, inny_glos
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 października 2012

Adziarz jest najmniejszy w klasie i bardzo to przeżywa.

Zawsze był trochę mniejszy niż inne dzieciaki, ale różnica nigdy nie była tak duża jak teraz. I choć dzielnie się  trzyma dziesiątego centyla, to większość jego kolegów jest od niego o głowę lub dwie wyższa. Od dawna się tym martwiłam i wyrzucałam sobie, że to przez to, że w ciąży brałam leki, że za mało jadłam, że byłam za chuda, że za dużo piłam mleka i miał alergie jak był malutki, że za późno to zauważyłam, że źle go karmiłam, że źle go karmię, że za mało jadł, że za mało je, że je nie to, co trzeba, że złą matką, złą matką jestem. Przez wiele lat dusiło mnie typowe macierzyńskie poczucie winy. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina i znikąd pomocy.

W dobrych chwilach pamiętałam, że przecież ja też bardzo długo byłam najmniejsza i najchudsza w klasie i bardzo późno zaczęły mi cycki rosnąć, a przez ładną część podstawówki chłopaki na czele z okropnym Kostrzeskim wołali na mnie Szkieletor.

W złych chwilach przypominałam sobie ze szczegółami, jak to na wakacjach po czwartym roku pracowaliśmy z Mi w Holandii przy cebulkach i odżywialiśmy się najtańszym waciastym chlebem posmarowanym najtańszym topionym serkiem  wyciskanym z tzw. parówy, na widok których to produktów, udających żywieniowe, skręcało mnie na dzień dobry, bo już w ciąży byłam. O czym jeszcze nie wiedziałam. Jakie tam tabletki dla kobiet w stanie! jaki tam kwas foliowy! owoce! warzywa! niczego nie miałam. Najtańsze z możliwych konserwy turystyczne, groszki konserwowe, kukurydze puszkowe, czerwone coś wyglądające jak pomidory, po ugryzieniu czego trudno było ten smak zaklasyfikować do jakiejkolwiej kategorii rzeczy jadalnych, tańsze dwa razy od tych pomidorów, które rzeczywiście smakowały jak pomidory, chleb tostowy przypominający w dotyku płatki kosmetyczne do zmywania makijażu, a na obiad frikandele z wody, czyli najtańsze ichnie kiełbasy na gorąco albo zupki chińskie czy ryż z cebulą. Byle taniej. Bo szkoda pieniędzy na jedzenie. Adziarz właśnie wtedy zostawał morulą, następnie blastulą i dalej pracował nad swoją smugą pierwotną, by w końcu pofałdować się w blastodermę i nerwowo przymierzać się do wytworzenia układu nerwowego. A ja walczyłam z odruchami wymiotnymi na widok jedzenia, z gorączką, nieustannym kaszlem, wilgotnym śpiworem, mokrymi ciuchami i nieustannie padającym deszczem, z poczuciem porażki, kiedy co rano Mi wyjeżdżał na rowerze szukać pracy, a ja nie miałam siły wyjść z namiotu. I z tej Holandii z Adkiem już przyjechałam malutkim w środku, za którego małość się winiłam potem nieustannie. 

Aż tu wczoraj odkryłam kontytucyjne opóźnienie wzrostu i alleluja! Wszystko się zgadza! Nie zostanę skazana na wieczne potępienie, a moje dziecko na małość - to być może po prostu późne dojrzewanie. Dziedziczone genetycznie w 60-90% procentach. Rozwój nietypowy, ale jak najbardziej normalny.

Mogę już zdjąć włosiennicę, przestać się biczować, podnieść głowę i umyć włosy posypane popiołem.

Urośnie.

23:25, inny_glos
Link Komentarze (1) »

Uff, wróciłam do samej siebie, no i dobrze, bo mi siebie brakowało już. Co te hormony z człowiekiem wyczyniają, no nie do wiary, tak człowiekiem pomiatać, że smutno, że głowa boli, że się chce spać, że mgła, jesień i że w ogóle wszystko.

W sobotę pierwsze zajęcia na uniwerku zaliczone, było ciężej niż w mojej szkole, oj było, trochę mnie szczerze mówiąc zgrilowali na żywca, bo ani tam komputera, ani projektora, a zatem ani slajdów, ani ciekawych linków, więc tradycyjnie z plikiem kartek w ręku pod zieloną tablicą płynęłam na wzburzonych falach teorii, w nagłym przebłysku zrozumienia zdając sobie sprawę, że dryfuję w nieznane. Lecz nim komendę cała wstecz udało się mojej głowie pomyśleć, zanim wreszcie udało się ją zrealizować, tok myślowy zatrzymać, zwarty szyk zdań zawrócić, okazywało się, żem już na suchym przestworzu oceanu, a pytanie studenta w stylu a dlaczego Wielka Brytania była potęgą kolonialną niedowołalnie zostało wybrzmiane i wisi nade mną w powietrzu jak miecz Damoklesa. Pytanie, na które w ogóle nie muszę znać odpowiedzi, pytanie z poza mojego zakresu ekspertyzy, że tak się wyrażę, Sfinks by się uśmiał jak łatwo mnie zagonić w kozi róg, z jaką gracją na powitanie zamiast dłoni wystawiam piętę Achillesa. I zanim się w ogóle ZORIENTOWAŁAM, że nie muszę się na tym znać, że ojaciękręcę przecież! przecież! nie muszę tego wiedzieć, minęły 4 sekundy ciszy i wyczekujących studenckich póz i otwartych ócz i wytężonego napięcia i w końcu mi styki gdzieś zadziałały, jeden impuls dogonił drugi, a wszystko zrobiło razem głośne traaach! i powiedziałam była: Nie wiem. Nie jestem przecież historiologiem (I am not HISTORITIAN after all). I aż się cała spociłam. Rzut oka na zegarek - mineło pół godziny. Jezu, jak ja przetrzymam kolejne dwie i pół??!!

No, ale potem (zupełnie nie wiem, jak to się stało, może już sobie ustalili nasze relacje, może już sobie pomyśleli, że jestem półgłówkiem, ale niegroźnym) potem zrobiło się całkiem fajnie, potem wywiązały się różne ciekawe dyskusje, potem mówiłam długo i swobodnie i było dobrze. I nagle było po wszystkim i nawet ze zdziwieniem pomyślałam sobie, że w sumie szkoda, że jeszcze nie wszystko omówiliśmy i że nie było tak źle.

Poziom zdecydowanie wyższy niż w mojej szkółce, po pierwsze zdziwiło mnie, że czytali teksty, po drugie, że myślą, a po trzecie, że mają wiedzę. Ale może to tylko takie moje wrażenie, jako, że zajęcia były na temat, w którym nie czuję się najmocniej.

No i tak. Pierwsze koty za płoty.

01:07, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 października 2012

Dzis znowu spie. W szkole. I glowa mnie boli. I Adek nie chce jesc warzyw. Ani owocow. Musze go straszyc, ze ma awitaminoze. I ze jest to niebezpieczne. Ze to jest smiertelnie niebezpieczne. I Adek sie buntuje. I na kazda prosbe ma inne zdanie. I kazda prosba warta jest 10cio minutowej dyskusji. A ja zmeczona jestem.

I mam duzo pracy. Ale tak strasznie duzo. Bardzo bardzo duzo. Dzis do 22, jutro i w sobote i caly czas. Caly czas, bo w niedziele juz musze nowe slajdy, na nowe tematy. Na ktorych tez sie nie znam.

I jeszcze sie boje wykladu sobotniego na uniwerku. Bo nie znam sie na temacie. Za bardzo. W sumie to nic nie wiem. Zapominam slowek. I glowa boli. I okres. I dlatego nie biegam. I w ogole wszystko. Mam chyba dzis jedna nozke bardziej. Nie lubie nie biegac.

Musze sobie stanowczo koze sprawic.

19:54, inny_glos
Link Komentarze (2) »
wtorek, 16 października 2012

3x8 dzisiaj po raz pierwszy. W środku 2 i 1 minuta rozciągania. Biegło mi się świetnie, biega mi się coraz lepiej. Taka dżdżysta aura pasuje do biegania, kolorowe liście i jesienny zapach. Biega się fajnie, myślę sobie biegnąc. Trochę mnie tylko przeraził ten biedny niedoszły maratończyk wczorajszy, co skonał na 14 kilometrze na trasie w Poznaniu, chłopak młodszy ode mnie, rany, pewno też dłużej trenował, biegł biegł i nagle koniec, myślę sobie biegnąc, i wsłuchuję się w swój oddech, w swoje serce, w swoje ciało, ale nic poza strachem pętającym oddech nie czuję. 

W sobotę poszalałam, było bardzo nananana, poszłam i widziałam to i to. Pierwsze dość sztampowe, ale fajnie zagrane, o Dublinie, więc cieszyły wszystkie lokalne smaczki. Dobrze zrobiona przyzwoita rozrywka, prosta opowieść o tym, jaki to Dublin jest wielokulturowy, jak to różne historie ludzi z różnych stron świata splatają się w jedną sieć w tym małym dużym mieście. Choć dla mnie zbyt uproszczone, zbyt powierzchownie założone, że się splatają i że się łączą, bo tak naprawdę, to jest tak w dużo mniejszym stopniu niż chcielibyśmy, żeby tak było. Tak naprawdę różne mniejszości żyją sobie w swoim świecie i nie są tak chętnie zapraszane do integracji przez Irlandczyków, co jest oczywiście najzupełniej zrozumiałe, bo tubylcy mają swoje tubylcze znajomości od stu lat, przyjaźnie od podstawówki i zardzewiałe miłości, nie bardzo więc mają czas i możliwość zaprzyjaźniać się z Innymi, którzy mówią jakoś dziwnie, mają inne poczucie humory, oglądali inne bajki w dzieciństwie i jedzą inne jedzenie. 

A to drugie, co oglądałam, to najlepsze, co widziałam na scenie od jakiś pięciu lat. Co tylko świadczy o tym, jak rzadko chodzę do teatru, niestety. To drugie też było o historiach, ale opowiedzianych z dystansem i poczuciem, że są one właśnie tym, czym są: historiami. Które sobie opowiadamy, by kimś być, by się kimś stać, by poczuć, że jesteśmy. A wszystko zrobione w jakimś takim tempie zupełnie nastolatkowym, choć aktorzy koło pięćdziesiątki, bez zadęcia i pozowania, że się wie więcej, niż się wie i że wobec tego się powie. Wygłosi. Doradzi. Czyli bez starszo-Holoubkowej dykcji i Zanussiowej natrętnej dydaktyki, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć. I jeszcze podobało mi się, że starsi aktorzy się rozbierali. I pokazywali, bez szczególnej egzaltacji, że to ciało takie jest właśnie, takie cielesne - trochę pomarszczone, trochę za duże, trochę poznaczone żyłkami, trochę obwisłe. Że takie jest. Naprawdę. A nie takie, jak w kinie.

00:23, inny_glos
Link Komentarze (2) »
czwartek, 11 października 2012

Dzis caly dzien spie.

Deszcz padal od rana. W takie dni kisna rzeczy na suszarce,  wilgotnieja papierzyska w torbie, wlosy na glowie zbajaja sie w kepki jak u zmoklej kury, wije sie wija, trawniki podmakaja, rowery rdzewieja, a ja spie. Opowiadam o normach spolecznych i spie. Sprawdzam sprawdziany i spie. Zaglebiam sie w niuansy migracji i spie.

Bieganie by mnie obudzilo, ale jestem w pracy caly dzien. Wiec spie.

20:31, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 października 2012

No i znowu biegam. 3x7 minut i 1-2 minuty przerwy w środku.

Jak zaczęłam biegać z Mi jakieś (hoho) 8 lat temu, w kwietniu, pamiętam, wybiegaliśmy jeszcze przed śniadaniem, rano, Mi wtedy pracował w domu, ja pisałam pracę, więc wybiegaliśmy w słoneczny kwiecień o poranku, a trawa była tak zielona, jak tylko potrafi być w kwietniu, i kiedy wracaliśmy, zahaczaliśmy o naszą uliczną piekarnię, pamiętam, dopiero co otworzoną i kupowaliśmy cudowny, pachnący chleb na zakwasie i słodkie bułki dla Adka i czasem ciastko dla mnie i mojej mamy. Utkwił mi w pamięci ten kwietniowy park, pachnący, wilgotny, świeży, jasny cały taki. Przebiegaliśmy go całego wzdłuż i z powrotem, Mi biegł bardzo wolno, ja sobie wypluwałam płuca, ale widok, zapach, światło kwietniowe wynagradzało mi wszystko.

Potem Mi zaczął pracować w pracy, niestety, potem były lata papierosów, stresów i życia po prostu, aż znowu zaczęliśmy bardzo delikatnie 3 lata temu tutaj, w Irl. Niestety, nie znałam jeszcze sekretu biegania - że 10 minut bez przerwy to za mało, że lepiej 4x5 minut, niż raz 10 minut, że lepiej dłużej i przerywać do marszu, niż krócej i umierać po bramą. I chyba dlatego znowu zarzuciliśmy bieganie, jakoś tak po prostu któreś z nas się rozchorowało na tydzień, skręciło nogę, chciało odpocząć i po prostu przestaliśmy. Tak po prostu.

W tym roku znowu zaczęłam. I biega mi się coraz lepiej, mimo, że jestem coraz starsza. Może to dzięki temu, że kupiliśmy rowery i tylko w ten sposób jeździmy po mieście, może nareszcie odkryłam, że dobry plan treningowy jest bardzo ważny - nie można biegać do utraty tchu jednego dnia i chcieć to powtórzyć kolejnego, trzeba być dobrym dla swojego ciała, słuchać je, dawać sobie przerwy, odpoczywać, a przede wszystkim trzeba złapać ten rytm, ten oddech, ten prąd, który cię ciągnie w 15tej minucie, choć już 10 minut temu wydawało ci się, że nie dobiegniesz.

Zapachy są tutaj inne, pachnie palonym słodem z Guinnessa i dymem z kominków, nie ma tego światła i słońca, często pada deszcz, ale lubię.

Lubię.

23:41, inny_glos
Link Komentarze (3) »
wtorek, 09 października 2012
I fink you

 

freaky and I like you a lot.

to mnie dzis budzi.

10:25, inny_glos
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 08 października 2012

Specjaliści od żywienia są jak aniołek Bursy.

Z uporem maniaka bawię się z nimi w gry i zabawy.

Naleśniki na obiad - aniołek spuszcza główkę. Ale z czarnymi jagodami - aniołek podnosi główkę.

Zupa warzywna - aniołek zaczyna się uśmiechać. Ale doprawiona kostką rosołową - aniołkowi uśmiech zamarł na twarzy.

Placki ziemniaczane - aniołek spuszcza głowę i wbija wzrok w podłogę. Ale domowe! Domowe! ..Eeee, nie ma znaczenia?

Zupa pomidorowo-paprykowa - aniołek podnosi wzrok, ale nie głowę. W końcu pomidory z puszki.

Ryba w folii - aniołek podnosi główkę. Uśmiecha się, a po chwili pobłażliwie wygraża mi palcem za nieekologiczną folię.

Ryba w folii smętnie dogorywa w pokoju dziecka. Nietknięta widelcem. Niezaszczycona wzrokiem. Dziecko domaga się paluszków rybnych. Aniołek w niepewności drepcze w miejscu. Wrzucam paluszki rybne na rozgrzany olej. Aniołek z takim impetem spuszcza główkę, aż mu anielskie włosy na twarz lecą.

Bułka z kiełbasą - aniołek już tylko kręci głową.

Myję ziemniaki. Aniołek niepewnie łypie na mnie spod śnieżnobiałych pukli. Nastawiam ziemniaki w wodzie. Aniołek decyduje się podnieść główkę. Wyciągam ziemniaki, kroję je w kawałki i WRZUCAM NA PATELNIĘ, na rozgrzaną oliwę z rozmarynem. Aniołek dostaje szału. Oliwę, mówię. Aniołek trochę się uspokaja. Dorzucam do ziemniaków trochę żółtego sera. Obraża się na mnie i staje w kącie.

Surówka - zerka kątem oka z kąta. Kroję pomiodory i paprykę, szczodrym gestem dorzucam rukolę i słonecznik. Aniołek zaczyna podskakiwać z radości. Gotuję kaszę gryczaną, robię sos grzybowy. Aniołek tańczy w całym domu.

Surówka trzecią godzinę stoi w pokoju dziecka. Papryka wiotczeje, pomidory płaczą, rukola więdnie. Kasza gryczana ze zgryzoty podgryza się sama.

Dziecko chce hamburgera z McDonaldsa, albo chociaż tosta. Z tostowego chleba, koniecznie. Z boczusiem. Idę do Lidla po obrzydliwy biały chleb tostowy. Aniołkowi łzy jak groch kapią na białe ubranko. Wciskam między dwie kromki kawał tłustego żółtego sera. Aniołek zanosi się szlochem. Podsmażam trzy plasty boczku na patelni. Aniołek tarza się w rozpaczy na podłodze.

Rodzina się rozpada, zagłada nadchodzi, burza grzmi a zamiast błyskawic na niebie rozpościerają się dwa złote łuki.

12:59, inny_glos
Link Komentarze (4) »
sobota, 06 października 2012

Świeci słońce.

Wirusy i bakterie pracowe nareszcie odpuściły. Gardło już nie boli, czuję napływającą energię.

Może nie zacznę jeszcze dziś biegać, ale wybiorę się na spacer.

Pójdziemy wybrać Adziarzowi rower.

A wieczorem nananana, wieczorem, wieczorem, wieczorem idziemy do teatru.

Co roku sobie obiecywałam, że będę chodzić, ale pażdziernik przednówek, październik miesiącem oszczędzania. Pażdziernik miesiącem pustych kieszeni. Przez całe wakacje nic nie zarabiam i pierwszą pensję dostaję dopiero pod koniec.  Pażdziernika. Ale właśnie okazało się, że za studia Mi możemy zapłacić w ratach. I hulaj dusza piekła nie ma, kupiłam sobie kurtkę, mniej lub bardziej istotne pompki do roweru i lampki, a wczoraj w amoku kupiłam bilety na trzy spektakle. A co.

A nanananana!

14:09, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
stat4u