RSS
wtorek, 25 października 2011

Tak się złożyło, że organizujemy Punk Halloween Night. Mamy nawet plakat gotowy, proszę bardzo:

 

Pamiętając, że Halloween to świeto celtyckie, to chyba wrastamy.

Punk Night, na co mi przyszło na starość;)

Nakręciłam się jak mały samochodzik na tę imprezę, dopiero co wpadliśmy na pomysł w niedzielę, a dziś już mamy przyklepany termin, plakat zrobiony i większość prac rozdzielonych. 

Wysyłam dziś dokumenty na obywatelstwo M , skompletowane 50 karteluszków, wyciągów, zaświadczeń i aktów, uff. Przez jakiś czas dostawaliśmy zasiłek dla rodzin o niskim dochodzie, a więc zobaczymy.

W sobotę byliśmy na festiwalu Basków, niestety, zamiast fajnych filmów dokumentalnych czy w ogóle jakiś ciekawych pokazano dwie propagandówki. Rozwaliło mnie hasło Baskijskiej Partii Narodowej "jesteśmy lepsi", pfff. Miałam ochotę zadać parę pytań, na przykład jaki jest dokładnie skład etniczny mieszkańców kraju Basków, czy zgodziliby się na referendum, i co by było gdyby w referendum nie dostali by większości głosów. A może być to bardzo prawdopodobne - w Irl Północnej mimo, że mieszka tam ok. 45% katolików (czyli Irlandczyków z pochodzenia), połowa z nich opowiada się za przynależnością do Wielkiej Brytanii. Pomimo Bloody Sunday i The Troubles.

Ale muzykę mają fajną ci Baskowie, Guiness był w miarę tani, jedzenie znośne. Nawet zatańczyłam z jednym aktywistą Irlandzko-Baskijskim. I spotkałam mojego studenta;)

09:26, inny_glos
Link Komentarze (1) »
środa, 19 października 2011

W pracy jak to w pracy - zapieprz taki, że nie ma kiedy nawet taczek załadować.

6 różnych przedmiotów z czego na szczęście tylko 2 nowe, ale za to jakie! Irlandzka polityka społeczna na przykład, jak zobaczyłam program to zrobiło mi się słabo: cała historia polityki społecznej łącznie z różnymi ustawami, porozumieniami społecznymi i reformami, daty, fakty, uzasadnienia, struktura pomocy społecznej, zasiłki, zapomogi i tak dalej, czyli coś, o czym naprawdę nie miałam bladego pojęcia, nic to, staram się żyć z tygodnia na tydzień, czyli alleluja i do przodu, wiem tylko to, co akurat mam wiedzieć, a swoją niewiedzę na temat detali łatam ogromną wiedzą ogólną;) Ale szczerze mówiąc (o czym nigdy studenci się NIE dowiedzą) nie jestem pewna, czy w tym momencie zdałabym egzamin. Tak tu się pracuje, a co!

Ale czuję się coraz pewniej, czasem mam takie momenty, że jak już pojadę z wykładem, to trudno mnie zatrzymać. Ostatnio tak mi się dobrze gada, że w nagle w środku słowotoku orientuję się, że wymyślam nie istniejące w języku angielskim wyrazy, takie jak na przykład parliamilitary, które są mi akurat potrzebne. Ale studenci mnie rozumieją, zawsze się też pytam, czy można tak powiedzieć, mam zresztą wrażenie że przyzwolenie na słowotwórczość jest jest dużo większe w języku angielskim. 

Czasem oczywiście dalej mam straszne chwile, kiedy wszystko się sypie, wchodzę do sali i okazuje się, że nie ma netu, a ja mam pół wykładu oparte na filmikach z Internetu, bo jak im pokazać architekturę starożytnych miast, moich tysiąc słów nie odda tego, co mogą zobaczyć, wiem, wiem, w Polsce to bym tylko usłyszała okrutne hahaha, zachciało się Internetu zamiast nauki, ale tutaj to norma, tutaj studenci nie są przyzwyczajeni do dwugodzinnego nudzenia na wykładzie, tutaj muszę ich zabawiać sztuczkami z kapelusza, i nie powiem, sztukmistrzem się staję coraz bardziej zręcznym, ale nawet sztukmistrz potrzebuje kapelusza, jak kania dżdżu a ja Internetu.

Dzwonię zatem do chłopaków z IT, po 15 minutach ktoś się pojawia, zaczyna coś robić, po 10 minutach ja się orientuję, że to tak szybko się nie skończy, kontynuuję zatem wykład, projektor w międzyczasie rzuca na ścianę obrazy z instalacji mobilnego netu, zamiast moich slajdów, jestem spocona i zdenerwowana, zaczynam się błąkać po meandrach wykładu, potykać o słowa i trzy razy tłumaczyć oczywiste. Wreszcie - tadadadam! - net działa!

Kończę powoli wykład, wyszukuję film, wszyscy czekamy w napięciu, puszczam play

i okazuje się, że głośniki nie działają.

Czuję, że zaczyna mi się okres. Jest 15 min do końca, przez chwilę ogladamy niemy film z obrazkami, a ja robię za konfenansjera, ale że nie przygotowałam sobie tym razem konfenansjerki,  że po angielsku, że na żywca, że do filmu, który widziałam raz w życiu, to dość ciężko, więc puszczam ich do domu. 

Sprawdzam, czy nie mam plamy. Oddycham głęboko.

Wychodzę.

11:05, inny_glos
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 17 października 2011

 i tylko płakać będą na ziemi

zostawione przez nas nasze cienie...

23:37, inny_glos
Link Komentarze (2) »

Układanie pytań do egzaminu z przedmiotu, na którym się nie znam - bezcenne.

Cały weekend. 

Spacer niedzielny (piękny! ciepły! słoneczny! ogród botaniczny!) okupiony siedzeniem do 1.30 w nocy.

13:48, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 października 2011

Tak się zawsze nakręcam tymi wykładami wieczornymi, że nie mogę potem spać. Całą noc.

Wczoraj oglądaliśmy tylko film, a ja i tak byłam nakręcona. Pavee Lackeen. O travellerskiej dziewczynce. W stylu wczesnego Mike Leigh - blisko ludzi, luźna fabuła, rozmowy o niczym, a całość i tak jest porażająca. Irlandia rok 2005. Okolice Dublina. I ludzie, którzy nie mają bieżącej wody. Ba! Nie umieją czytać i pisać. Rzeczywistość.

10:39, inny_glos
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 10 października 2011

Czarna chmura na północy, całe niebo ledwo ledwo troszkę się przejaśniło porannie. Ponury, zimny, szary, wietrzny październikowy poranek. Włączyłam kaloryfery na godzinkę, a co! Gaz mamy tani.

Na obudzenie zielona herbata i Radical Dance Faction:



 

W teatrze byłam. W sobotę. Rozczarowanie. Irlandzka grupa na którą czekałam trzy lata, bo nigdy jej nie ma w Irlandii, tym razem pokazała coś w stylu alternatywnego Riverdance (takie tutejsze Mazowsze, ale dużo bardziej kiczowate). Płaskie przeżycia estetyczne. Ładne, pffff. Recenzja na 4 **** w The Irish Times. Pffff. 

Czerstwy poziom festiwalu teatralnego, ale spróbuję jeszcze za tydzień. Szkoda, że mogę tylko w soboty i niedziele.

Za dwa lata jadę do Edynburga.

Za to wczorajszy film dobry: The tale of two sisters.

Piękny, straszny, dziwny. Koreański.

Chłopaki mają właśnie odjazd na azjatyckie horrory. Oglądamy wieczorami całą rodziną, ja pół filmu przeważnie odwrócona "a teraz co się dzieje? co? no powiedz? co to było? widać coś?". Nie lubię się tak za bardzo bać.

Ale fajnie.

10:38, inny_glos
Link Komentarze (7) »
czwartek, 06 października 2011

Zmeczona. Twarz zasuszona. Czerwone wykwity na szyi.

Tak wygladam po 5 godzinach gadania. A jeszcze tylko poltorej i to wszystko na ten tydzien.

 

Ale moze w ogole powinnam przestac pracowac? Moze urodzic wiecej dzieci i zglosic sie do panstwa jak ta rodzina? 90 tys. euro rocznie zasilkow, niezle.

 

I wtedy moglabym rozwijac swoje hobby!

Zrobilo sie zimno i jesiennie, wieje wierzysko, zacina deszczysko i w ogole jest ponuro. Norma.

Moja jedna siostrzyczka wyszla za maz za czlowieka, ktory jej 3 dni przed slubem powiedzial, ze nie wie, czy ja kocha.

Moja druga siostrzyczka zostala wlasnie nastolatka. Jesli myslisz, ze psychoanaliza zmieni twoje zycie, to uwazaj - bo moze byc to prawda. Bedziesz musial jeszcze raz przezyc swoje dziecinstwo i wczesna mlodosc. A to - wbrew pozorom - nic fajnego. Stac sie 40 letnia nastolatka to nie przelewki.

 

Przed zasnieciem czytam Wilbera. I nagle mam poczucie jakby wszystko wskakiwalo na wlasciwe miejsce. Na chwile. Na szczescie.

Wiec chyba zostaniemy w tej Irlandii, kraju siostr zakonnych, zapachu owiec i smiesznego akcentu. Bardzo mi odpowiada rownowaga w jakiej sie tutaj znajduje pomiedzy byciem swoja a obca. Jestem tym i tym. Uwielbiam to.

Kazdy dzien jest wazny.

Biegam. Mysle. Czytam. Rozmawiam.

 

20:15, inny_glos
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 października 2011

Rozpoczyna się drugi tydzień wyścigu, teraz już spokojniej.

Kolejny tzw. sleepover zakończony, tym razem było 4 kolegów, ale na noc zostali tylko Sean i Musa, było w miarę cicho i kameralnie, rzec można, Adek przeszczęśliwy oczywiście. Miała być noc horrorowa, ale się chyba troszkę jeszcze bali;) zasnęli koło 4, to i tak dobrze, i dopiero rano zmęczyli Lśnienie Kubricka - "wie pani, że wcale nie jest taki straszny, bo nie jest tak, że nagle coś się dzieje, tylko tak powoli, można się przyzwyczaić" opowiadali mi potem, hehe, w nocy jednak nie byli w stanie oglądać i wyłączyli. Zajrzałam gdzieś tak o 5 nad ranem i wszyscy usnęli pokotem na Adka łożku, nawet nie mieli siły (a może raczej chęci) przenosić się do pokoju gościnnego, gdzie im pościeliłam. Więc tylko cichutko wyłączyłam komputer.

 

Jesteśmy weekendowymi rozpasańcami - cały tydzień dieta, bieganie, oszczędzanie, niepalenie i tak dalej, tylko przychodzi piątek to się zaczyna: paroma piwami, paroma papierosami, w sobotę cały dzień tostów (nie mogliśmy się powstrzymać, jak zaczęłam robić chłopakom to i sami się nawcinaliśmy), potem frytki, pieczone skrzydełka, bo postanowiłam już tym razem nie stać w kuchni 2 godziny po to, żeby mi dzieciaki wszystko potem zostawiły na talerzu, w międzyczasie pepsi, które uwielbiam weekendowo właśnie, w sumie nie wiem dlaczego, przecież to takie świństwo, oczywiście zero biegania i nawet skromnej gimnastyki mi się nie chciało robić.

A dziś znowu powrót do grzeczności, choć wczoraj też grzecznie cały dzień pracowałam, czy może raczej grzesznie, bo to niedziela, ale nie miałam wyjścia, pewne rzeczy muszę skończyć zawsze przed poniedziałkiem, a w sobotę przeważnie jestem tak wykończona, że jak widzę notatki czy slajdy to mi się słabo robi, co oczywiście nie znaczy, że na nie nie patrzę - tylko dużo krócej niż zwykle.

No i tak. Lato się skończyło. Jest normalnie. Nadal lubię żyć.

15:51, inny_glos
Link Komentarze (2) »
stat4u