RSS
niedziela, 28 września 2014

W piąteczek byłam w pubie z Polską Koleżanką, przygrywała irlandzka muzyka, jadłam czipsy (jak się rzuciło palenie coś niezdrowego trzeba robić), piłam piwo, ale było fajnie! W pubie był też pokaz ze zdjęciami starego Dublina, ale tak nam się fajnie gadało, że nie skorzystałyśmy. 

W sobotę poszłam poprotestować, bo po spożywaniu w piątek i tak w żadnej sensownej pracy nie było sensu zaczynać. I był to dobry wybór.

Też mam taką koszulkę Free Legal Safe, tyko ostatnio jak byłam u moich rodziców, to mi zniknęła. Rodzice się wypierają, żeby mieli coś z tym wspólnego.

 

Wyraziłam swój sprzeciw a nawet poparcie, przewietrzyłam bolącą głowę i spotkałam się z inną koleżanką - Szaloną Mary.

Szalona Mary jest jedną z tych niewielu Irlandek, które tutaj poznałam na tyle dobrze, że mogę powiedzieć, że się przyjaźnimy. SM jest działaczką, aktywistką, anarchistką, ale przede wszystkim jest najbardziej neurotyczną osobą, jaką znam. A przy tym bywa naprawdę kochana i szczera. Do bólu. Jak Szalona Mary cię dopadnie, to zanim się zdążysz zorientować, już nie wiesz o co chodzi. Rozmowa z SM wygląda tak:

- Wiesz - mówi SM - chciałabym ci coś powiedzieć (używa tutaj słówka 'share' - czyli podzielić się czymś). Ok?

- OK, mów, moja droga SM. Słucham cię. - Mówię ja.

I tu następuje bardzo długa i bardzo skomplikowana historia, jak to najlepsza przyjaciółka SM zlekceważyła ją strasznie nie odbierając od niej telefonu zaraz po tym, jak wysłała smsa, historia pełna zwrotów akcji i okrutnego traktowania SM przez jej NP. Historia się ciągnie i wije, w międzyczasie przechodzimy przez ćwierć miasta i rzekę. Mary milknie. Szkoda mi jej i starając się jakoś ją pocieszyć zaczynam jej opowiadać, jak to ja też mam takie różne układy z moją NP czasami, jak na przykład ostatnio .. i tak dalej. Trochę mi się ciężko gada, kac, hałas miasta, przekraczanie kolejnych ulic i świateł.

SM nie odzywa się przez 10 minut, ale jej twarz zaczyna wyrażać zniecierpliwienie. W końcu wybucha:

- Wiesz, przepraszam cię bardzo! ale nie wiem jak to się stało, że moje opowiadanie przerodziło się w twoje opowiadanie! i teraz tylko ty mówisz! Muszę ci to powiedzieć, bo przecież zapytałam sie ciebie, czy mogę się czymś z tobą podzielić, a ty to obróciłaś to dla siebie i mówisz i mówisz! Tak się właśnie niefajnie poczułam, że tak cały czas mówisz!

W pierwszej chwili trafia mnie jasny szlag i mam ochotę jej coś nieprzyjemnego do słuchu rzeknąć. Ale potem przypominam sobie, że to jest SM i że nie znam osoby bardziej skupionej na sobie, a przy tym jakoś tak biednie zakałapućkanej w swoich wymysłach, fobiach, strachach i podejrzeniach (na przykład kiedyś opowiadała mi, że ją policja na pewno ma w kartotekach bo jest działaczką anarchistyczną).

I choć czuję się wytrącona z równowagi i zwyczajnie nieprzyjemnie potraktowana wiem, że SM nie jest całkiem normalna, więc mówię jak najłagodniej: Wiesz Mary, myślałam, że już skończyłaś się ze mną dzielić. Wiesz, była taka cisza po twoich słowach, że zinterpretowałam ją jako koniec. - Nie, to nie był koniec! - mówi SM - jeszcze ci nie opowiedziałam o tym, co się stało po tym, co ci już opowiedziałam! - To cię przepraszam - mówię, choć w sumie nie mam za co. Ale z wariatami się nie kłóci. - Przepraszam, że cię tak zrozumiałam. Złóż to na karb różnic kulturowych. 

Idziemy przez chwilę w takiej nieprzyjemnej ciszy. Jest dziwnie, ale w końcu SM dokańcza mi historię, mi wkurwienie mija i w sumie śmiać mi się chce. Po chwili pyta się, czy miałabym ochotę na kawę albo herbatę. Myślę sobie, że jest dziś w nastroju superneurotycznym i może  szkoda takiego pięknego dnia na udowadnianie, że nie jest się koniem. Ale w sumie lubię ją i zaczyna mnie ta sytuacja rozśmieszać. Idziemy po drodze na kawę, oczywiście wszystko jest ciągle bardzo skomplikowane. Wstępuję do cukierni w której właśnie zepsuła się kasa. Spędzam tam z 15 minut próbując zamówić kawę i ciastko na wynos. SM zostaje na zewnątrz pilnować rowerów, te 15 minut z nią czekającą płyną jak 50, w środku ze dwa razy łapię się na tym, że chcę wybiec i próbować zapinać rowery czy tłumaczyć się z kolejki. Już sobie wyobrażam minę SM po wyjściu. Wychodzę i przepraszam, że tak długo, ale kasa się zepsuła. SM oczywiście już nakręcona - "nie spoko, tylko wiesz, ja nie mam całego dnia, jak mam w planach też inne rzeczy, no wiesz, ja jestem zajęta". Idziemy na skwerek pić kawę i dzielić się ciastkiem. SM się uspokaja i przeprasza mnie za swoje zachowanie. Jest miło. Kac powoli mija. 

Szalona Mary jest dla mnie zawsze takim drogowskazem, takim idealnym przykładem na to, jak bardzo nie zauważamy swojej winy w tym, co nas spotyka. Jak się słucha jej historii o tym, jak to kolejni ludzie ją lekceważą i źle ją traktują, a potem dostaje się od niej prosto z liścia, to nagle bardzo wyraźnie widzi się, jak bardzo jesteśmy odpowiedzialni za własne życie. I jak to, jak inni nas traktują jest często odzwierciedleniem tego, jak my traktujemy innych.

21:07, inny_glos
Link Komentarze (7) »
wtorek, 23 września 2014

9 miesięcy terapii. Prawie.

Nic się nie zmieniło.

Pracuję ciągle na część etatu tylko.

Dom dalej tylko wynajmujemy.

M ciągle studiuje i nie ma pracy.

Nie jestem w ciąży. I nie wiadomo, czy będę.

 

A jednak czuję przestrzeń w sobie. Spokój. Zaufanie do świata. Łagodność jakąś i zgodę. 

Co będzie to będzie. Damy radę. Nie ma co się zamartwiać na zapas.

 

Korzystam z tego, co mam. 

Napycham się aż do wypęku rowerem, spacerami, przyjemnością chłodnej pościeli w naszej sypialni. Przytulaniem się do M i A. Wieczorną medytacją. Codziennym zamieszaniem Adziarzowym.

Trochę mniej oceniam ludzi, trochę mniej od nich wymagam. Też mogą zapomnieć, mieć gorszy dzień, być przytłoczeni. 

Trochę mniej oceniam siebie, trochę mniej od siebie wymagam. Nie biczuję się, że zapomniałam, że gadałam głupoty, że nie umiem, że jestem głupia. Że nic nie osiągnęłam, że jestem biedna. Że nie mam domu, samochodu, dobrej pracy i drugiego dziecka. Że nie zrobiłam (jeszcze) badań i nie mam publikacji. Że nie stać mnie na wyjazdy i nigdzie w Irlandii nie byłam.*

Na nieoficjalnym spotkaniu wykładowców usiadłam na podłodze. Nie było dla mnie miejsca na krzesłach, salka była mała i napakowana, więc przeszłam przez całą salę i usiadłam na podłodze. Nie czerwieniłam się, nie patrzyłam na siebie z góry, nie dręczyłam się własną nieważnością i pominięciem. Błysnęło mi parę razy, że 'oni to mądrze gadają, a ja tak nie umiem', ale jakoś przepłynęła ta myśl i nie rozpoczęła całego procesu udręczenia. Powiedziałam, co chciałam powiedzieć. Ustaliliśmy, co trzeba było.

Byłam na pierwszym spotkaniu z tego kursu, który tak w zeszłym roku zawaliłam. Z którego za pierwszą pisemną pracę dostałam 6%. Spotkałam tam mojego wykładowcę i śmiałam się z nim z siebie. Przedstawiłam się 'to ja, twój najgorszy student. 6% będę pamiętać do końca życia;)'. Śmiałam się i śmiałam z tego. Bo nie ma to znaczenia, naprawdę.

Trochę bardziej olewam, co o mnie myślą, mówią, jak mnie odbierają. Trochę, troszeczkę, ociupinę, zmiana jest prawie niezauważalna, a jednak wyraźnie odczuwalna. Jakby nastąpiło jakieś przesunięcie w środku, jakby krawędzie STRASZNYCH RZECZY stały się trochę mniej ostre. Mniej się nimi ranię.

Zdarzają się chwile bez tego dręczącego nieustającego krytykanckiego wewnętrznego dialogu.



Jakbym była bardziej pusta w środku.

 

Niewiele się zmieniło w okolicznościach zewnętrznych*, więc składam to na karb terapii. Tę większą przestrzeń, łagodność, zgodę.

Spokój.

Jak bardzo byłam pospinana wewnętrznie i jak bardzo miałam skrzywioną perspektywę uświadomiłam sobie, kiedy się okazało, że już od roku mam permanent position, czyli już od roku jestem zatrudniona na stałe, na część etatu, ale na stałe. Jest to wyraźnie napisane na moim kontrakcie A JA TEGO OD ROKU NIE ZAUWAŻYŁAM.

 

Wczoraj po raz pierwszy od zdjęcia ortezy biegałam.

5 km, trucht przerywany marszem, żeby oszczędzić kolano. Minęly 2 miesiące od naderwania wiązadła, doktor mówił o 3 miesiącach rekonwalescencji, ale mnie nie boli, noga tylko jest trochę sztywna, więc jeżdżę na rowerze i biegam. Na razie bardzo ostrożnie. Kontroluję się, żeby zwalniać i biegać na pół gwizdka. Wczoraj znowu poczułam, jak bardzo to kocham.

Poczułam, że świat się mną trochę opiekuje. 

Jestem.

Oddycham.

Pulsuje we mnie życie.

Są drzewa, powietrze, woda.

 

 


* oprócz Waterford (buziaki, Ukryta!) i Limerick, ale to pracowo.

* M wygrał 2 tys. stypendium za NAJLEPSZY PROJEKT DOKTORATU na wydziale Nauk Społecznych. Bardzo, bardzo jestem z niego dumna, dało mu to nadzieję w ciągłym zwątpieniu w sens tego, co robi (a może jestem za stary? a może to bez sensu? a może beznadziejnie piszę po angielsku i już nigdy się nie nauczę dobrze pisać? i tak dalej).

15:08, inny_glos
Link Komentarze (11) »
niedziela, 21 września 2014

Pojechali.

Przed wyjazdem wybraliśmy się na wycieczkę statkiem po zatoce Dublińskiej.

Ja i mama, pochylone nad kawkę, siedzimy zatopione w rozmowie w promieniach porannego słońca odbijającego się od morza. Morska delikatna bryza owiewa nam twarze, zajączki ze światła przesuwają się nam po twarzach. Taki właśnie miałam obraz wycieczki. Po pół godzinie było mi niedobrze, ale kiedy statek zawrócił, żeby wysadzić kobietę, której zrobiło się słabo, a z nią wysiadło jeszcze 7 pasażerów, ja udawałam twardzielkę i zostałam. 

Po dalszych 30 minutach przyszedł do mnie i mamy tato i powiedział, że pod pokładem jest lepiej. Zeszłyśmy z mamą, ale kiedy tylko poczułam te wyziewy z silnika pędem wróciłam na górę. Mama na swoje nieszczęście została. Po chwili już trzymałam się podłoża i z zaciśniętymi oczami modliłabym się o koniec, gdybym mogła. Wokoło słyszałam entuzjastyczne okrzyki wesołych Amerykańskich turystów. Po dalszej półgodzince pojechałam do Rygi. Ledwo doczołgałam się do burty, żey Amerykańców nie obrzygać. I tak przyczepiona do burty spędziłam ostatnią godzinę na statku.

Mama w tym czasie nie miała siły wyjść z toalety pod pokładem. 

Wcześniej jak oglądałam różne filmy o tematyce marynistycznej zastanawiałam się właśnie czy ci ludzie rzygający za burtę czasem nie przesadzają;)

 

A dziś z przyjemnością wyspaliśmy się we własnym łóżku. Dom jakiś pusty, spokojny i mam tyyyyle czasu na pracę.

15:19, inny_glos
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 15 września 2014

Kończąc poprzednią historię napiszę, że się udało, przyjechali do mnie oboje i na dodatek jeszcze z panem Kracikiem. Mama wyrobiła sobie paszport tymczasowy w jeden dzień, ale jeszcze była szansa, że nie przyjedzie, bo pan Kracik zabukował bilety podając numer nieważnego dowodu osobistego mojej mamy ze zmyśloną datą ważności...

Na szczęście Ryanair nie sprawdzał czy dokument z odprawy zgadza się z dokumentem okazanym przy wejściu. 

Starsi rodzice to naprawdę gorzej niż dzieci. Bo dzieci są małe i weźmie się je za rączkę albo da się klapsa w razie czego, można je też pouczyć i opieprzyć no i w ogóle oczywiste jest, że mają się słuchać, a z rodzicami to nieustająca zabawa. Zamieszanie z paszportem to tylko wstęp do przygód, które tutaj mają na co dzień.

Na przykład pierwszego dnia po przyjeździe mama spadła ze schodów. 

Głową w dół, po betonowych schodach przed wejściem, z wysokości 2.5 metra. 

Miałam ją zaraz wziąć pod rękę i bezpiecznie sprowadzić, odwróciłam się tylko na chwilę zamknąć dzwi wejściowe. Mama w tym czasie dała krok do przodu, bo chciała dopędzić ojca, który już z Adkiem poszedł. Wydawało jej się, że schody zaczynają się dopiero za parę metrów. (Pamiętajmy, że moja mama prawie nie widzi.) Nie trzymając się żadnej barierki wyciągnęła nogę w próżnię i zaczęła spadać, odwróciłam się i rzuciłam się na dół, ale mogłam tylko z przerażeniem obserwować jak się zsuwa z 30 schodków. W trakcie przekręciła się na plecy. I tak sunęła.

Wyglądało to koszmarnie. Myślałam, że to już koniec. Naprawdę. Myślałam, że się zabije. Chciałam dzwonić na pogotowie. A mama u podnóża schodów otworzyła oczy i stanowczo powiedziała, że nie chce pogotowia. Po paru minutach z moją pomocą wstała, otrzepała się i poszła z nami na spacer.

Mówi, że w ciągu 15 lat ślepnięcia nauczyła się upadać. M mówi, że powinna zastępować kaskaderów w trudniejszych scenach.

Po takim upadku ma tylko stłuczoną kość ogonową, zadrapanie na głowie i koło nosa, wybity palec i parę siniaków. Nie dała się zawieźć do szpitala. Najbardziej jej smutno, że musieliśmy przecinać obrączkę, żeby ją ściągnąć, bo palec puchł i siniał.

A mogła umrzeć na miejscu. Ja prawie zeszłam na zawał. Na dziecko bym nakrzyczała i postraszyła, ale co mogę zrobić z mamą? Ona wie, że nie widzi, ale zawsze WYDAJE jej się, że sobie poradzi. 


Dziś pojechali na wycieczkę na Moherowe Klify:

Mam nadzieję, że nie da kroku do przodu.

11:17, inny_glos
Link Komentarze (5) »
niedziela, 07 września 2014

Zła jestem i smutno mi. Właściwie nie wiem, co bardziej. 

Chyba jednak bardziej zła.

Moi rodzice mają przyjechać w tym tygodniu. I oto dzisiaj sprawdzili dokumenty i okazało się, że mama ma nieważny dowód. Nie wyrobi dowodu w 3 dni. Paszportu nie może znaleźć, ale go nie używała prawdopodobnie od wieków, więc też jest nieważny.

Moja mama jest osobą, która niczego nie wyrzuca. Trzyma w domu stosy starych gazet, magazynów, książek, papierków, rachunków ze sklepu, dokumentów, starych bucików Adka i jego połamanych zabawek i tak dalej. Wszystko bowiem zawsze się może przydać. W przyszłości. [Której już coraz mniej.] W zalewie ważnych śmieci nie można nigdy znaleźć mniej istotnych rzeczy.  A jednak bardziej potrzebnych. Wśród starych mebli, kartonów, obtłuczonych wazonów i wyliniałych rzeźb gęsi naturalnej wielkości nie ma na nic miejsca. Przez miesiąc spędzony w domu moich rodziców nie miałam swojego kąta - przenosiłam się z karimatą z góry na dół, to spałam na podłodze, to przez krótki czas, kiedy wyjechała siostra, na łóżku.

Moja mama jest hipochondryczką, tak jak ja. Ostatnio boi się raka odbytu. Bo schudła bardzo. Zrobiła różne badania i wyniki ma idealne. Oprócz dwóch. Bo od wielu miesięcy niepotrzebnie przyjmuje lek na niedoczynność tarczycy. Od czego zrobiła się jej nadczynność. Przestała przyjmować niepotrzebny lek i przestała chudnąć. Ale oczywiście dalej przygotowuje się na najgorsze. Żeby się nie załamać, jak uslyszy wyrok. Od dwóch tygodni kolejne dobre wyniki nic nie zmieniają w jej stanie ducha.  

A w dodatku kolega ojca, z którym mieli przyjechaćm już ich odprawił. I wpisał sobie wymyśloną datę ważności dowodu mojej mamy. 

Czy ci ludzie są normalni??

22:18, inny_glos
Link Komentarze (4) »
sobota, 06 września 2014

Wrócił Adziarz z wakacji. Wyrośnięty, zachrypnięty, długonogi i długoręki.

[Mierzy już prawie tyle co ja, a waży jedną trzecią mniej. Jak bym ważyła tyle, co on, to by mnie w szpitalu położyli i kroplówką dożylnie karmili. A on biega, skacze i boksuje, hehe.]

Wrócił mistrz zamieszania, król świrowania, księciunio bałaganiu, ech stęskniliśmy się trochę za nim, bo ile można w takiej ciszy i porządku siedzieć?? 

Wrócił i zapowiedział, że teraz będzie ćwiczyć, bo chce sobie masę mięśniową zbudować (hehe) i zaraz w piątek pobiegł na kickboxing. Cieszę się bardzo, masa mięśniowa super sprawa.

W środę ma mieć wyniki Junior Cert, najpoważniejszego egzaminu przed maturą. Zobaczymy. 

Przed jego przyjazdem przedyskutowaliśmy z Mi sprawę siedzenia przy komputerze i ustaliliśmy, że nie więcej niż 2.5 godziny dziennie i 3.5 w weekendy. Jak patrzę na te liczby teraz to wydaje mi się dużo, ale cholernie trudno jest dziś kontrolować korzystanie z komputera, bo to nie tylko granie, ale też oglądanie filmów i programów (nie mamy telewizji), czytanie (np. prenumeruję Politykę), przygotowanie się do lekcji czasami, siedzenie na fejsie, kontaktowanie się z kolegami i w ogóle wszystko. Ale równocześnie zdaję sobie sprawę z pułapek i w ogóle zgadzam się, że dzieci powinny sie nudzić po to, by mogły myśleć, czyli muszą mieć wolny czas i przestrzeń nie wypełnioną po brzegi bodźcami. Trudno tu jakiekolwiek zasady ustawić, bo aktywności przeplatają się i nakładają jedna na drugą, Adziarz czyta i równocześnie siedzi na fejsie, gra i kontaktuje się z kolegami, ogląda filmik naukowy, by za chwilę kliknąć na Warsaw shore, i wiadomo, że  nie będę nad nim stała i kontrolowała co robi w danej chwili.

A w dodatku ja robię tak samo - przygotowuję coś do pracy, by za chwilę przełączyć się na bloga. 

Mi zaczyna w przyszłym tygodniu, zapłaciliśmy już za studia, więc już się nie może wycofać.

Moi rodzice przyjeżdżają we wtorek - rany, w najgorszym możliwym czasie, tuż przed rozpoczęciem wykładów, cieszę się, ale mnie to przeraża.

W pracy powoli zaczyna się młyn, w tym roku jestem aktywna i zgłaszam się do różnych rzeczy. A co. W dodatku prowadzę jeden przedmiot razem z byłym dziekanem, czy jak to się tam nazywa Head of School. [Przed pierwszym spotkaniem organizacyjnym nie mogłam spać pół nocy, w końcu przyszłam niewyspana i zestresowana i miałam wrażenie lekkiej porażki.]

W terapii miałam ostatnio kilka momentów 'o kurcze! .....!", kiedy coś jak mikro olśnienie spływa na ciebie i wyraźnie widzisz, jak bardzo przeciwko sobie interpretujesz różne sytuacje. Ale niestety, w środku tych sytuacji jesteś przekonana, że twoje interpretacje są prawdziwe, że to jest sama czysta prawda i wyciągasz swój prywatny bacik i biczujesz się przez następne parę dni. Albo wyciągasz swój prywatny krzyżyk i nosisz go przez tydzień. Albo wykopujesz swój prywatny dół i chowasz się tam na miesiąc. Zależnie od upodobań. Bardzo, bardzo trudno jest pamiętać w trakcie pędu, w samym środku rwącego nurtu wydarzeń, że to, co widzimy, to naprawdę nasza kreacja, a nie rzeczywistość sama w sobie i że jesteśmy tak naprawdę odpowiedzialni za tą kreację, pomimo, że jest wytworem w większości nieświadomych procesów. I nie chodzi o to, że nie mamy kasy, tylko o to, jak to postrzegamy i co z tym robimy. 

14:11, inny_glos
Link Komentarze (4) »
stat4u