RSS
poniedziałek, 30 września 2013
We did it again!

Ha! 

Fale były takie, że przewracały, musiałam męża wciągnąć do wody żeby utrzymać się na nogach.

Zamierzam kąpać się do listopada/grudnia.

Nigdy nie wchodzę do wody zmarznięta - najpierw biegam jakieś dziesięć minut w kurtce, swetrze i chustce na szyi, aż czuję, że robi mi się bardzo gorąco. I potem siup! 

Po wyjściu trzeba szybko się ubrać i wypić coś ciepłego. Choć na razie to luzik - 14 stopni temp. powietrza i 14 stopni woda. Czyli cieplutko.

Jest to jedno z najbardziej cudownych przeżyć - organizm chyba musi wytwarzać jakieś ciężkie dragi jak się włazi do takiej wody, bo po takiej kąpieli przez pół dnia czujesz się jak na haju.

Uwielbiam morze! Ten śmierdolący zapach ryb i glonów, tą bryzę, którą oddycha się tak lekko jak w łonie matki, ten miarowy szum, tą kanciastość, zimno, kamienistość, która po chwili wydaje się tak łagodna jak morelowy puszek. Nagle wtapiasz się cały w tą szorstkość, sól, szarpanie wiatru, ostre kamienie, nagle jesteś w środku ogromnego żywiołu i wcale nie masz ochoty na duszne wnętrza i ciepłe kapcie.

 

Ale prawdziwy hardcore to jest to:



22:47, inny_glos
Link Komentarze (3) »
sobota, 28 września 2013

 

Powiedzieliśmy Adziarzowi o ciąży zaraz, jak się tylko dowiedzieliśmy. Po pierwsze nie umiem trzymać tajemnicy, a już TAKIEJ tajemnicy to zapomnij, po drugie jeśli chcę korzystać z licznych przywilejów (przynieś mi kochanie herbatkę) to musiał wiedzieć, żeby się zgodzić. Kiedy mu oznajmiliśmy powiedział "Aha". Po dwóch dniach przyszedł do mnie: Mama, a ty naprawdę jesteś w ciąży? - Tak. - Aha. Widać, że przemyśliwuje. Widać też, że się cieszy, uczestniczy w rozmowach pt. jak to będzie jak już będzie na świecie wrzeszczący mały bachor, wyraża zgodę (na razie) na opiekowanie się wrzeszczakiem od czasu do czasu, smakuje rolę dużego brata i tak dalej. Choć myślę, że u takiego nastolatka tego typu nowina dużo więcej wprowadza zamieszania niż u malucha. Nastolatek już wie, że oznacza to, że rodzice prowadzą życie seksualne, a to myśl nieprzyjemna dla każdego dziecka.

Ale jednym z argumentów na jeszcze jedno dziecko był właśnie Adziarz - rodzeństwo dzieli z tobą ciężar rodziców i ich wady i świry już tak bardzo nie przygniatają do ziemi, myślę, że jesteśmy dobrymi mamą i tatą, ale nie łudzę się, że jesteśmy idealni. Jak się przedyskutuje z braćmi i siostrami patologie mamy i taty to naprawdę ma się większy dystans do tego. Ja mam dużo rodzeństwa i wiem, że nie mam z nikim takiego kontaktu jak z nimi, rodzeństwo powie ci prawdę w oczy, choćbyś nie wiem jak szczelnie je zamykał, rodzeństwo jest z tobą szczere, rodzeństwo będzie z tobą wtedy, kiedy już rodziców zabraknie, rodzeństwo rozumie cię w 2 słowa, szczególnie, jak rzecz dotyczy najgłębszych pokładów twoich lęków i fobii z dzieciństwa, rodzeństwo wie, dlaczego jesteś taki, jaki jesteś. Z rodzeństwem nawet fajnie się pokłócić, bo można pokłócić się naprawdę, na szczerze, a i tak się wie, że to nie na zawsze. Rodzeństwo ci pomoże, jak już jesteś w dole, rodzeństwo się nie wykręci swoją rodziną, bo to ty jesteś jego rodziną. Wiem, że zawsze mogę na nich liczyć i gdyby nagle szlag nas trafił, Adziarz będzie dobrze zaopiekowany, bo jest ich rodziną.

A życie na emigracji jest naprawdę dla większości bardziej samotne niż w kraju , nie ma tych bliskich więzi tak na wyciągnięcie ręki, nie ma babci, cioci, wujka i ich dzieci, kuzynów, sióstr ciotecznych i wszystkich krewnych i znajomych królika, to niech będzie chociaż brat lub siostra. Tak naprawdę ja bym chciała jeszcze dwójkę, ale obawiam się, że cierpliwość mojego męża ma swoje granice;) Poza tym lubię moją pracę i nie wysiedziałabym następnych 5 lat w domu. Bo bym zwariowała. A jak chce się mieć dzieci, to chyba nie po to, żeby je oddawać na wychowanie.

15:38, inny_glos
Link Komentarze (9) »
czwartek, 26 września 2013

Dziewiąty tydzień i voila! - płód już nie ma ogonka! porusza też wypustkami, co udają rączki i nóżki. 

Wczoraj nastąpiła zmiana i przestałam szorować szczęką po podłodze. Z tej okazji namówiłam Mi na przebieżkę - tylko pół godziny truchtem, a jakie fantastyczne uczucie! 

W tym roku mam same fajne przedmioty (czyli takie, na których się znam) a studenci też na razie fajni. (Mój język ubożeje najwyraźniej). Jakże inaczej się pracuje, kiedy się uczy czegoś, na czym się człowiek w istocie zna! 

Kawa znowu jest dobra. Nie przepyszna, ale może być. Za to odrzuciło mnie od mięsa - dwa dni temu poszłam na zupę Ramen do cudownej japońskiej restauracji i zaczęły mnie prześladować pływające blade kawały kuraka i zółto-białe fragmenty boczku, poza tym zupa smakowała jak rozwodniony sos sojowy, w środku jedzenia zrobiło mi się słabo i niedobrze. Sałatki za to w najróżniejszej postaci, surówki, kiszonki, owoce, soki warzywne i herbatki owocowe wcinam non stop, smakuję, celebruję, albo zwyczajnie wciągam. W każdym momencie.

Zaczął się festiwal teatralny i jak na razie biję się z myślami - musimy zapłacić 250e za badania prenatalne (do postu o opiece nad ciężarną w Irl się zamierzam), kupić Mi garnitur, albo chociaż marynarkę (wczoraj byłam w sklepie, gdzie mi się wreszcie gajery podobały - 300 e za samą górę) i tak dalej, ale coś czuję, że znowu wygram sama ze sobą i pójdziemy z płodem do teatru, skoro może już machać, niech się uczy klaskać. W tym roku chcemy też zabrać po raz pierwszy Adziarza.

Może na Operę za Trzy Grosze? 



Tak, wiem, że tam są kurwy i alfonsi, niech się dzieci uczą życia.

Albo cyrk bez zwierząt?



Trochę wyuzdanych gestów też można by znaleźć. Na szczęście nic nie przebije nastoletniej gwiazdy Hanny Montanny, tfu, Miley Cyrus, więc jestem spokojna. Teatr to w końcu kurz i plusz.

11:30, inny_glos
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 września 2013
Ogłoszenia parafialne

Właśnie odkryłam, że w skrzynce czekało na mnie parę uprawnień do blogów. Nie odebrałam, bo rzadko korzystam z gazetowej poczty (prawie nigdy), szanownych autorów bardzo proszę o ponowienie zaproszeń.

10:57, inny_glos
Link Komentarze (5) »

Pogoda cudowna, taki koniec lata z przytupem, szczodrymi błękitami i słońcem.

A jak jak wypluta od dwóch dni, albo nawet wyżuta i wypluta, czuję się jak silly putty - nawet, jeśli dam radę nadać sobie jakiś kształt rano wraz z upływem godzin rozpływam się w oczach.

Poziom energii wałęsa się przy podłodze, albo nawet leży i się nie rusza. Morze musiało zostać skreślone z planów (mors we mnie płacze rzewnymi łzami), na bieganie nie ma szans, dziś nie wiedziałam jak przeżyję dwie godziny w szkole, po szkole obiecałam Mi szukanie marynarki (wiecie, przyszła praca) a w kolejnym sklepie trzymałam się w pionie głównie siłą woli. Do domu i do łóżka, Mi zrobił obiad Adziarzowi, bo naprawdę nie byłam w stanie wstać, mimo, że nie mam gorączki i nic tak naprawdę mi się nie dzieje. No, może oprócz tego, że poprzedniej nocy dopadł mnie okrutny ból pleców, a tu w domu ani jednej tableteczki Apapu, gorący okład wystrzelił podczas ogrzewania, czerwona galaretka zalała całą mikrofalówkę. Czwarta rano. Nie miałam więcej pomysłów co zrobić z plecami, więc obudziłam Mi, żeby mi tam potrzymał rękę i w końcu zasnęłam.

W sumie dobrze, że jestem w ciąży, bo już bym była pewna, że jestem chora na jakąś nieuleczalną chorbę.

00:16, inny_glos
Link Komentarze (1) »
sobota, 21 września 2013

Dziecko mi się wczoraj rozchorowało, więc z morza nici. 
A miałam mieć trening morsa!! A tu taki piękny, ciepły dzień!

No, ale cóż. Siedzę więc w domu, odbywam rozmowy z przyjaciółmi i rodziną i lepię pierogi. Tak za mną chodziły, że się w końcu zabrałam. Dziwne - ja, poszukiwaczka nowych smaków, wielbicielka chińszczyzny, tajszczyzny i włoszczyzny, przepraszam, kuchni włoskiej, nagle nie mogę się odpędzić od polskich smaków. Ogóreczki kiszone. Pierogi ruskie. Rosół. A wczoraj jak Ryszard Ochócki wcinał kiełbasę w Misiu (zapoznajemy Adka z klasyką polskiego kina), to miałam ochotę na taki potężny kawał polskiej wędzonej. Natychmiast.

Od kawy mnie odrzuciło. To znaczy wypiję filiżankę dla towarzystwa, ale ogólnie nie bardzo. Niby smak ten sam, niby zapach też, ale odrzuca.

15:14, inny_glos
Link Komentarze (2) »
piątek, 20 września 2013

 

A zatem, jak niektórzy się domyślili, rozpoczął się teatr ósmego tygodnia. Nadal występują: mdłości (choć już coraz mniej) i dziwne smaki. Senność powoli schodzi ze sceny. Wściekłość według mnie nie gra tu roli, choć Mi twierdzi, że czasem gra wręcz rolę główną (ostatnio obudziłam się w nastroju "wiesz kochanie czuję dziś, że mogę każdemu pojechać. Przypomnij mi, żebym nie siadała do pracowej korespondencji". Dla mnie jest to bardziej coś jak poczucie mocy: "are you talking to me? ARE YOU TALKING TO ME??" - tego typu klimaty. Jak musicie o coś zawalczyć teraz to proszę bardzo, dajcie znać, a ja pójdę i nastukam. No.

Swędzenie na razie w normie - łykam pół Zyrtka co 4 dni, bo wprawdzie nie ma badań na próbie losowej, że nie szkodzi (co oznacza, że nie wylosowali grupy ciężarnych, która by jadła Zyrtek i nie porównali ją z tą która nie, kontrolując przy okazji wszystkie inne zmienne), ale jest bogata literatura case studies, która sugeruje, że wśród kobiet wcinających cetyryzynę niebezpieczeństwo urodzenia dziecka z wadami nie jest wcale większe (czyli zebrali setki wywiadów z kobietami które jadły). To wyjaśnienie pani doktor całkiem mnie uspokoiło. W końcu jestem naukowcem, muszę w coś wierzyć.

Co 3 godziny w tym teatrze włącza się alarm MUSZĘ COŚ ZJEŚĆ. TERAZ. I teraz znaczy TERAZ. 

Do sztuki właściwie się nie przygotowywaliśmy, chcieliśmy, ale też się nie spodziewaliśmy się, że to tak szybko (Mi mówi, że się spodziewał i wiedział). Ja słysząc jak wkoło ludzie 'starają się' myślałam sobie, że teraz to nie tak łatwo, stara już jestem, dom nie sprzyja płodności, kosmetyki trują, no i w ogóle akcja eugeniki w formie sterylizacji dokonywana jest przez wiadome siły na masową skalę. Ale bohaterski Polski plemnik i jajeczko dały radę, nie będzie wróg pluł nam w twarz i dzieci nas pozbawiał, jak się okazało. 

To nie to, że nie planowaliśmy. Bo planowaliśmy. Ale można by powiedzieć, że wylosowaliśmy jakąś super szybką opcję od planowania do wykonania, dom w tydzień, remont w trzy dni, a dziecko od zaraz, poproszę. Usługa super express, na dzisiaj.

Jeszcze w Pl poszłam z kolegami na piwo i dzielnie wypiłam cztery pszeniczne, no co to dla mnie, proszę was!, i tak mną zamiotło, że pszeprasam barco chlopaki, ale muszie isc do domu, mówiłam wyraźnie bez ogonków, taksóweczka i spać. Drugi raz na piwie, inna knajpa i cztery miodowe, bo tym pszenicznym to coś się strułam ostatnio przecież, znowu mną zakręciło, godzina druga i do domu, no kto to widział? A gdzie nocne podbramne Polaków rozmowy, podtrzymywanie tradycji studenckiej choć raz w roku? A gdzie dyskusje do świtu w których się rozwiązywało problem głodu na świecie i przemocy wobec kobiet? Może już stara jestem i niedołężna, myślałam sobie, a w dodatku te Polskie piwa takie mocne! Mocne, hehe.

No ale się okazało, że w planowaniu to jesteśmy potęgą - urlop macierzyński zacznie mi się wraz z końcem roku akademickiego, potem mam 4 miesiące przerwy i mogę zacząć pracę od końca września. Ale nie oznacza to, że będę zasuwać od 9 do 5 a biedne czteromiesięczne niemowlę będzie oddane do żłoba! Bowiem cudowną cechą mojej pracy (która często ratuje mnie od jej porzucenia, względnie zamiany na inną, bardziej stałą) jest to, że mogę pracować 4.5 albo 6 albo 9 godzin tygodniowo. Mogę się dogadać, że jeden wykład weźmie na rok ktoś inny, jak nie dam rady. Mogę pracować tylko 3 godziny, jak będę miała taką ochotę. Mogę pracować tylko raz w miesiącu w sobotę (ale wtedy dużo nie zarobię, bądźmy szczerzy). No zobaczymy.

Co jeszcze? Biegam. Truchcikiem, pół godziny, z przerwą jak się zmęczę, ale biegam. I tak zamierzam trzymać do 7 miesiąca;)

18:08, inny_glos
Link Komentarze (5) »
wtorek, 17 września 2013

No dobra - pada. Spoglądam co chwila tęsknym okiem za okno ale ten deszcz siąpi jak siąpł. Ale zamierzam dziś biegać, lekarka mi pozwoliła. (Od razu mówię, że co do biegania nie będę słuchać żadnych rad nie popartych autorytetem medycznym o co najmniej II stopniu specjalizacji. No, ewentualnie wezmę pod uwagę piśmiennictwo naukowe z takich czasopism jak Lancet nie starsze jednak niż rok 2000). Pozwoliła mi również łykać Zyrtec jak potrzeba, a potrzeba bardzo - jak odstawiłam na tydzień, po 10 latach brania tabletki codziennie, całe, dosłownie CAŁE ciało zaczęło mnie swędzieć. I nie przestawało. Budziłam się w nocy na koszmarne drapanie. Odstawiłam mleko, pomidory, ostre przyprawy, czekoladę, truskawki, sery białe a to cholerstwo nie przestawało. Z drżeniem serca i wyrzutami sumienia łykałam pół tabletki Amertilu co 3-4 dni jak już ZUPEŁNIE nie mogłam wytrzymać i głowiłam się CO JESZCZE mogę odstawić żeby się lepiej poczuć. 

Oprócz tego zasypiam. Koło godziny 21 jakby mi ktoś wyłącznik wyłączał, chwilę jeszcze walczę, zamykam najpierw jedno oko, drugim wciąż ślędząc przygody Poirot na ekranie, potem jakoś tak nieznacznie drugie mi się też zamyka, będę sobie słuchać przez chwilę, myślę sobie, będę śledzić akcję ze słuchu, przez jakieś 5 minut mi się jeszcze to udaje i nagle bach! odlatuję. Przebudzam się na koniec odcinka, chłopaki już się śmieją: "kto zabił? kto zabił?", dowiaduję się i przenoszę się do swojego łóżka, po drodze myjąc zęby.

Poza tym mam przygotowaną kromeczkę na rano/wieczór. Kromeczka z masełkiem, może być chlebek chrupki, może być bułeczka dyniowa, ale kromeczka musi być. Kromeczka jest WAŻNA. Z masełkiem. (Tego, co wymyślił margarynę powinno się SPALIĆ NA STOSIE.) Wcinam w sumie wszystko, ale zupa ogórkowa, placki ziemniaczane i pierogi ruskie mają specjalne miejsce w moim serduszku. Tylko dlaczego te sklepowe to bardziej pierogi ziemniaczane, ja się pytam? Planuję uruchomić wytwórnię ruskich, ale trudno mi się rozstać z wizerunkiem leniwej pani domu i wyrodnej matki. 

Oprócz tego wszystko dobrze. Jestem spokojna. Nie panikuję. Cieszę się, to oczywiste, więc nawet się nad tym nie rozwodzę. W ogóle się nie rozwodzę.

Czy to są objawy jakiejś choroby?

Rozwiązanie zagadki wstępnie przewidziane dwa tygodnie po zakończeniu roku akademickiego. 

(Chyba, żeby to bieganie zaszkodziło;)

19:44, inny_glos
Link Komentarze (18) »
sobota, 14 września 2013

Wróciliśmy. Dobrze jest spać w swoim łóżku. Taki dom świeżoodmalowany bardzo jasny jest, przyjemnie się w tym świetle dryfuje w pościeli. Tylko kawa nie smakuje jak wcześniej.

Za to placki ziemniaczane z kapustą kiszoną to kompletny obłęd, zupa ogórkowa - najlepsze co w życiu jadłam. Jakoś tak na kwaśno od wczoraj, kwaśno, kwaśno, cudowie kwaśno.

Nie chce mi się pracować, oj jak bardzo. Dokumenty co to MUSZĄ BYĆ WYSŁANE DO PONIEDZIAŁKU nadal czekają na wenę. Dostałam jeszcze jeden wykład, znowu mi na życie starczy, a się nie przepracuję, czyli jak zwykle.

Zbieram siły na pchnięcie dwóch rzeczy do przodu. W sumie to trzech. W ogóle zbieram siły. Mierzę je na zamiary. Mobilizuję ciało i umysł. Z ciałem jakby łatwiej, umysł oporny. Do niedawna najchętniej bym tylko spała, teraz najchętniej bym tylko czytała. 

Rozleniwiłam się, rozlałam po zakolach i meandrach. Wodospad przeczuwam, ale dopóki łagodnie i płasko odpoczywam, pławię się w nieróbstwie. Poza tym mam wymówkę - gardło mnie boli. Prezent z wesela brata.

Przestałam się denerwować. Chyba jestem trochę lekkomyślna, ale bardzo mi się to podoba. Myśleć lekko. Lekko myśleć. Bo na co mi ciężkie myślenie, co przytłacza ciężarem na piersi i spać nie daje, co przygina do ziemi, przygarbia i koślawi. 

Najważniejsza jest twoja głowa, myślę sobie, najważniejsze jest lekkie myślenie i zaufanie do świata, bo wtedy zawsze sobie poradzisz, myślę sobie, wybrniesz z każdej sytuacji, co masz, co będziesz miała ulotne jest jak chmurka, a z własnymi myślami zostaniesz prawie na zawsze, w każdym razie do końca twojego zawsze. 

Spokój.

To sobie jeszcze obejrzę serial, dobrze?

17:39, inny_glos
Link Komentarze (4) »
piątek, 13 września 2013

Piję obrzydliwą latte z mlekiem sojowym i czekam aż Mi dokończy ablucje. Idziemy usprawiedliwić nieobecności Adziarza - okazuje się, że nie był prawie 3 tygodnie w szkole! W swojej naiwności myślałam, że zaczyna 1 września, jak każdy normalny uczeń, a tu tydzień wcześniej. Mamy trochę luźny stosunek do szkoły - w sumie ważne są rezultaty, a nie jak długo dziecko przesiedzi w ławce, choć oczywiście dwie te zmienne są silnie skorelowane. Ale myślę, że  walory edukacyjne pobytu w Pl (Muzeum Powstania Warszawskiego, Centrum Kopernika, nieograniczony dostęp do dziadka z jego wiedzą historyczno-społeczną i tak dalej) równoważą utratę godzin lekcyjnych. 

Ja zaczynam za 10 dni.

12:39, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 września 2013

Wróciłam.

Czemu wakacje się kończą? 

Padam. Zasypiam na stojąco tak co 3 godziny. 

W międzyczasie

Mi dostał obywatelstwo irlandzkie.

wymalowali nam cały dom.

krzaki pomidorów stały się krzaczorami

i wiele innych rzeczy.

23:41, inny_glos
Link Komentarze (3) »
stat4u