RSS
niedziela, 30 września 2012

Dopiero co wróciłam do biegania po przeziębieniu, a tu kolejne mnie dopadło cholerstwo. Nic poważnego, trochę katar, trochę gardło drapie, no ale co tak mi się przypałętują, biegać nie mogę, iść na basen nie mogę, no bez sensu. Jesień już przyszła, nie ma rady, jesień i tyle, grypy, katary, koce, gorące herbaty, szaliki, płaszcze i parasole.

Bo odkryłam (bardzo odkrywczo), że muszę ćwiczyć, jak ponad tydzień nic nie robię to czuję się taka cała zesztywniała, zaczynam się garbić, powłóczyć nogami, marudzić na kanapie, czuję jak się starzeję i energia ze mnie ucieka. 

Po pół godzince ćwiczeń jest zupełnie inaczej.

 

Adziarz znowu przesiaduje w domu. Po dwóch miesiącach wakacji stracił kontakt z kolegami z jego byłej klasy. Od przyjazdu z Pl zamęczaliśmy go "no idź umów się z kolegami" "zagadałeś dziś do kolegów" "może zaproponuj im wyjście do kina, może też siedzą w domu i się nudzą" i tak dalej. No i w końcu tydzień temu Majkel odezwał się na fejsie i w sobotę Adziarz cały rozpromieniony rzucił "idę do kolegów".

Wrócił wieczorem jak zbity pies. Bo koledzy wpychali go do kanału, bo go przezywali, bo się śmiali, bo mu dogadywali, a jak tylko próbował się odgryźć mówili 'nie no, teraz przegiąłeś, jak można być takim chamskim??'.

Adek jest drobny i szczupły, jest niższy o głowę od innych chłopaków i jest jeszcze dzieckiem w porównaniu z nimi. I chyba właśnie to jest ten problem - wprojektowali własne dziecko w niego, słabsze, zależne, niedojrzałe, zaczęli go postrzegać przez pryzmat własnych kompleksów i dzięki temu, że on jest mniejszy i słabszy, mogą się poczuć więksi i silniejsi. On jest dzieckiem, więc oni mogą się poczuć dojrzalsi przy nim. On chodzi do szkoły publicznej, a oni do prywatnych, więc mogą się poczuć lepsi. On jest Polakiem, a oni Irlandczykami. Fajnie się poczuć lepiej, łatwo się tak poczuć czyimś kosztem.

Wydaje mi się, że rozumiem mechanizm, ale i tak wkurza mnie to i boli niepomiernie.

Znowu nie ma kolegów, znowu siedzi w domu, znowu czuje się jak wyrzutek. Ech.

A ja czuję się tak kompletnie bezsilna. Nie bardzo wiem, co mogę w tej sytuacji zrobić, oprócz rozmowy z synem i zapisania go na jakieś zajęcia sportowe, żeby nabrał krzepy (jak to się mówi).

Ech. W takich chwilach ciężka ta emigracja.

17:15, inny_glos
Link Komentarze (2) »
środa, 26 września 2012

Dzięki za dobre myśli.

Było dobrze. Poznałam imiona 90 studentów, a 90 studentów poznało moje.

Na razie się zapoznajemy. Na razie nic o nich nie wiem (z tym pierwszym wrażeniem to ściema).

Dziś kolejne 6 godzin przede mną. Będzie dobrze.

09:24, inny_glos
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 24 września 2012

Leje. 

Za oknem ciemnica.

Mi garbaty anioł wyruszył chłonąć wiedzę.

Adziarz takoż.

 

Sama w domu. Prezentacje, zaliczenia, załączniki, formularze, plany nauczania, slajdy, wykłady, instrukcje, szkolenia, maile, loginy, testy, ćwiczenia online, tematy zaliczeń, formy ćwiczeń, e-książki, dokumenty elektroniczne. 

Grzebię, szukam, wymyślam, komponuję, sprawdzam, oglądam, powtarzam, konstruuję, czytam, wypełniam, wysyłam, odpowiadam, przedstawiam, prezentuję, witam.

Karuzela zaczęła się kręcić. Zaciskam palce na szczebelkach siedzonka i fruuuuunę hen wysoko w górę, muzyczka gra i jest mi tylko trochę niedobrze ze strachu. 

Staram się cieszyć pędem, tym razem.

Staram się oddychać ostrymi podmuchami, kiwać stopą w zielonym bucie nad gapiami, huśtać się w powietrzu i cieszyć życiem.

Choć pęd zatyka mi płuca, a świst wiatru ogłusza. 

Jutro pierwszy występ. Trzymajcie kciuki.

14:01, inny_glos
Link Komentarze (2) »
sobota, 22 września 2012

Propozycja pracowa okazała się bardzo kusząca. Hmmm. 

Chyba się skuszę, ale nie oznacza to, że na pewno dostanę.  Byłyby to duże zmiany, choć nadal w Dublinie.

I sobie myślę że w takim razie i tak i tak dobrze. 

Upiłam się wczoraj z pracowymi gostkami z okazji początku sezonu na studentów i dziś jest dzień leżenia w łóżku. Adek poszedł do kolegów, wyrzuty sumienia mam zatem trochę mniejsze. Postaram się smakować życie z pozycji półleżącej, a najlepiej to smakować krokieciki w barszczu i dobrą książkę. I przytulanie z Mi. I smakowite artykuły z komputera. I pyszniutkie filmiki, świeżo ściągnięte. 

17:18, inny_glos
Link Komentarze (2) »
czwartek, 20 września 2012

Busy as hell!

Wyskrobuję ostatnie plany nauczania, pomysły na zaliczenia, tematy esejów, terminy prezentacji, robię ostatnie zmiany slajdów i ćwiczeń. 

Zajęć ci u mnie taki urodzaj, że dziś podjęłam mądrą decyzję i zrezygnowałam z jednego przedmiotu. Kasa to nie wszystko, nieprawdaż?

 

A w mojej szkole na trzy dni przed rozpoczęciem zajęć ZMIENIAJĄ CAŁY PLAN.

Przyszedł główny i powiedział, że studenci nie mogą mieć trzy godzinnych wykładów, bo będą zmęczeni. 

I wszyscy ochoczo zabrali się do zmieniania planów wymyślanych przez ostatnie dwa miesiące.

 

W poniedziałek zaczynamy, a ja jeszcze w lesie. 

I niespodziewanie mnie to nie rusza.

I choć biegam coraz szybciej, w środeczku żyroskop niezmiennie w równowadze.

Nie wiem co się stało, chyba przestałam się bać.

No bo co się może stać? Mogę się zbłaźnić na środku klasy.

Phi, wielkie mi coś.

Mogę wylecieć ze szkoły.

Hehe, w życiu są poważniejsze dramaty.

21:34, inny_glos
Link Komentarze (3) »
środa, 19 września 2012

Jechałam wczoraj sobie przez Dublin siedząc w słońcu na górnym piętrze autobusu. Powietrze było prawdziwie jesienne, chłodne i ostre, choć dzień był słoneczny. Jesień.

Jechałam sobie w moje nowe miejsce pracy, które będę odwiedzać co 6 tygodni. 

Było cudownie.

A teraz mam dużo do zrobienia, dużo dużo dużo, dlatego też od rana taka jestem zalatana, że nie mogę się za nic zabrać, tylko słucham muzyki, czytam wiadomości, maile i blogi.

I jeszcze telefon niespodziewany, z propozycją pracową zaskakującą. Choć kusi, raczej odmówię, ale jeszcze myślę.

Nagle mam duuużo roboty, propozycji i planów. Dobrze się zaczął ten wrzesień, choć muszę pamiętać, żeby nie spracoholizować się.

Trzeba być uważnym, jeśli chodzi o nałogi;)

12:19, inny_glos
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 września 2012

I takie tam problemy dnia codziennego, Mi ma do przeczytania 200 stron (NIE PRZESADZAM) na jeden wykład jednej pani (i na kolejny z 90), pani jest jest jedną z bardziej znanych młodych badaczek z dziedziny, ale przyznajcie, że w tej kwestii kompletnie odjechała, ŻADEN normalny człowiek nie jest w stanie czytać z tygodnia na tydzień 200stu stron na jeden przedmiot, i mówię to jako wykładowca, a nie jako żona studenta, prawda. No umówmy się, że to już przesada, nawet, jeśli się nie ma życia osobistego, jak się pani pochwaliła. Bo człowiek ma jeszcze myśleć, a nie tylko czytać, ma jeszcze układać sobie w głowie o czym by chciał pisać magisterke, bo człowiek musi jeszcze zdążyć napisać cztery eseje zaliczeniowe każdy na 3-4 tysiące słów, człowiek jeszcze musi zadawać pytania i się zastanawiać, a nie tylko wrzucać w siebie setki stron akademickiego języka. Tak sobie myślę. Ale może się mylę.

A teraz będę się obrzydliwie wywnętrzać, wręcz dosłownie, więc w trakcie posiłku nie czytać.

Wygrzebuję się z ostrego ataku wrzodów albo cholera wie czego, ale w każdym razie czegoś cholernie upierdliwego i bolesnego, po wakacyjnym luziku myślałam, żem już uleczona i dalejże śledziki w occie i serek ze szypiorkiem, zupa chrzanowa, trzy mocne kawy w międzyczasie na dzieńdobry, pieczone kiełbasiory i kanapki z wasabi, a już szczytem było domowe curry (tak przy okazji - cudowne!) ostre jak powinno być prawdzie kury, bo robione od podstaw, a nie ze zwietrzałej przyprawy o nieokreślonym zapachu stojącej latami na półce. No i po tym kury tak mnie wzięło i zaczęło męczyć, alem się jeszcze przewałowała jednej nocy i rano było w miarę ok. Do drugiej mocnej kawy. W szkole jak mnie złapało, to myślałam, że odlecę, patrzyłam na zamglonych ludzi na zebraniu i zastanawiałam się, czy już mdleję, czy jeszcze chwilę dam uciągnąć, a kiedy kiedy już zakupiłam różne specyfiki i zarzuciłam pół litra gavisconu i cztery tabletki do żucia i było trochę lepiej dołożyłam sobie niechcący zupką pomidorową w knajpie, co była tak ostra, że gębę wykręcała, alem się przecież już lepiej czuła, nieprawdaż. I takem się lepiej czuła, że przez następne 24 godziny miałam pełen odlot na sofie, z macaniem brzucha, czy już "deskowaty", jak mądre strony wuwuwu pouczały, i czy czas już jechać na pogotowie, bo niechybnie wrzody pękają i niedługo umrę.

Ale jak widać nie umarłam, czyli standard. 

Już po wizycie u doktora wszystko się powoli uspokoiło, jestem idealnym pacjentem placebo, w sumie służba zdrowia powinna takich pacjentów promować, bo są najtańsi. Oprócz tego staram się zachować dietę, ale bez przesady, bez kawy to ja się tak nie bawię. Doktor wstępnie potwierdził diagnozę Dr Googla i dał skierowanie. To pójdę se i zrobię, a co. I dał leki, te same co wcześniej.

A teraz udam się do pracy, bo coż powiecie na to, że już się zbliża i no niestety nie lato, ale szkoła wesoła.

Acha - to się jeszcze pochwalę. Ups, prawie bym zapomniała się pochwalić!: dostałam propozycję wykładu na PRAWDZIWYM UNIWERSYTECIE. Hehehehehehehehehe.

I oto mam efekty chodzenia na konferencje - w maju przed konf biegając po trawniku i szukając po całym kampusie sali TD3B3.54, skręcając ostatniego szluga z nerwów spotkałam mojego byłego szefa. Który jest teraz szefem na PRAWDZIWYM UNIWERSYTECIE. I do niego powiedziałam heloł i najs tu mit ju i w ogóle popatrz, przyjechałam na konferencję i się rozwijam i jakbyś kogoś tam potrzebował to oto jestem.

11:33, inny_glos
Link Komentarze (7) »
środa, 12 września 2012

Shane to dziad, jak słusznie zauważyła Frozen, Shane to patologiczny dzieciak, z którym mama nie daje sobie rady, podejrzewamy, że Shane nie ma ojca i że mieszka w bloku komunalnym, to chuligan, którego dalsze losy są wypisane na czole, i jeśli nie zdarzy się coś, co kompletnie odmieni jego życie, Shane skończy w więzieniu albo z heroiną.

Szkoda mi Shane'a zaniedbanego dzieciaka, ale jestem mamą Adziarza i nie mogę pozwolić, NIE ZGADAZAM SIĘ, żeby biedny patologiczny Shane z życiem przegranym na starcie zastraszał moje dziecko. Shane bowiem czuje się bezkarny, albo może właśnie dopomina się o karę, o uwagę, o zauważenie - w zeszłym roku pociął już raz dzieciakom, w tym Adziarzowi, plecaki i przeciął Adkowi palec, kiedy ten próbował bronić torby, tak, że musieliśmy jechać na pogotowie.

Najchętniej wysłałabym Shane'a na terapię, może los dałby się odwrócić, może coś by jeszcze było z chłopaka, no, ale niestety społeczeństwo jeszcze nie dostrzega, że płacąc za terapię Shane'a jak ma 14 lat oszczędza na więzieniu dla niego jak będzie miał lat 40, co oznacza, że wydając niech będzie nawet 300 e tygodniowo na terapię przez rok państwo OSZCZĘDZA 50 tys. rocznie, bo to jest ta różnica pomiędzy utrzymaniem więźnia (77tys. e rocznie w Irl) a terapią (17 tys. rocznie). Jedynym wyściem Shane'a w obecnej sytacji jest popełnienie na tyle groźnego czynu karalnego, żeby się dostać w tryby wymiaru sprawiedliwości już za młodu, bo wtedy przysługuje mu i counselling i terapia, a tak, to  może nawet czekać trzy miesiące na bezpłatną wizytę u specjalisty. Pierwszą.

11:57, inny_glos
Link Komentarze (4) »
wtorek, 11 września 2012

Dziś Mi wstał raniutko, spakował swój plecacek, 3 kupione zeszyty, długopis, ksera, kanapki na lunch, pieniądze na wszelki wypadek i pomaszerował do szkoły. Właściwie to pomknął. Na rowerze. I nie do szkoły, ale na Uniwerek. Bo dziś wielki dzień - Mi zaczyna rok szkolny.

W nocy nie mogliśmy spać. Mi nie mógł, bo ja chrapałam. A ja nie mogłam, bo Mi mnie budził, że chrapię. Chrapię całe życie i Mi to nigdy nie przeszkadza. Przeważnie. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj spał jak mysz pod miotłą, choć pewnie by zaprzeczył, gdybyście go zapytali. Powiedziałby, że to przez to, że ja chrapałam.

Mi wyjechał godzinę przed zajęciami. Po dwudziestu minutach dzwoni, że się zgubił. Mi się nigdy nie gubi. Gdybyście go zapytali, to oczywiście nie zgubił się z nerwów. Po prostu wjechał w jakąś uliczkę, myślał, że tam będzie skręt w lewo, ale nie było i musiał skręcić w prawo i się zgubił. I gdzie jestem i jak mam jechać.

Mi dzwoni na przerwie między wykładami. Poprosiłam go o to. Denerwuję się. I dzieli się pierwszymi wrażeniami. Że pani jest fajna. Że mała grupa. Że nie jest najstarszy (ufff).

Takie przygody ma Mi.

A Adziarz? Adziarz to stary wyjadacz. Szkolny wyga. Doświadczony uczeń. Wyluzowany gostek.  Lunch - luz, zeszyty - luz, nauczyciele - luz. Najki jako obuwie szkolne to jedyny jego problem. I może jeszcze Shane, który po raz kolejny pociął dzieciakom plecaki. Właściwie to nie sam Shane, tylko to, że ja, mama, wybieram się do dyrektora ZROBIĆ AFERĘ.

 Ale tak na prawdę nic mu nie spędza sen z oka.

20:28, inny_glos
Link Komentarze (1) »
niedziela, 09 września 2012

Biedny Adziarz siedzi w pokoju całymi ostatnio dniami, oprócz ranków, ma się rozumieć. Z dni pełnych kolegów, słońca, kopania piłki wpadł w samotne popołudnia przed komputerem albo książką, kiedy już pożądnie na niego nakrzyczymy. Spotkał się ze swoimi kolegami tylko raz, w środę, i się rozczarował. Nic dziwnego - teraz nic nie pobije Polski i wieczorów na boisku z lodem w łapie. Nie ma jeszcze takiego intuicyjnego kontaktu z kolegami z Irl, jak z tymi z Pl. A może to po prostu smutek końca wakacji.

Poza tym polecam. I tak, też jestem narcyzem. Tylko nie tylko, na szczęście. Ale te wszystkie 'muszę, bo inaczej jestem nikim', 'dostałeś 95%? a dlaczego nie 100?', to poczucie, że zaraz ktoś się zorientuje, że przyznanie mi tytułu to kompletna pomyłka, że studenci zobaczą, że się nie nadaję, te wszystkie wcześniejsze nieszczęśliwe miłości i przekonania, że jak ktoś się we mnie zakochał, to musi być jakiś głupi albo wybrakowany, to ciągłe poczucie winy, że za mało pracuję, że jestem nie dość dobra i tak dalej. Te ukłucia zazdrości, że ktoś jest kimś, a ja nikim.

Ciężka walizka na plecach to ciągłe ściganie ideału.

Staram się rozumieć, że najważniejsze jest być szczęśliwym, a nie być kimś.

13:31, inny_glos
Link Komentarze (1) »
sobota, 08 września 2012

A na weslu było tak:

życzenia pisane na kolanie,

szaleństwa

 

a ten po lewej to najbardziej upierdliwy gość weselny: ubrany na czarno, nie pije wódki i nie je mięsa.

02:19, inny_glos
Link Komentarze (5) »
piątek, 07 września 2012

No dobra, wróciliśmy i co robimy? Niektórzy chodzą do szkoły, a niektórym to się powodzi i siedzą w domu. Wśród papierzysk i książysk, oczywiście, ale i tak mają lepiej.

Wróciłam i micha mi się cieszy non stop, właściwie nie przestaję się uśmiechać, a jak przestaję, to i tak się uśmiecham wewnętrznie, do samej siebie środka, tak mnie pozytywnie ta Polska naładowała ("życzę Ci, żebyś pod koniec semestru dalej się tak uśmiechała" powiedziała mi wczoraj po szkoleniu koleżanka z pracy. Jeśli był w tym sarkazm, to nie złapałam, ech, te różnice kulturowe). W sumie nic się nie zmieniło, dalej pisanie artykułu to zło, pisanie programów nauczania nudziarstwo przeważnie, kupiłabym sobie nowy jesienny płaszczyk, ale nie mam kasy oraz martwię się, co będzie dalej, bo mąż mój rozpoczyna nowy etap życia, w którym nie będzie przynosił do domu ani złotówki, ani euro, a właściwie będzie przynosił dochód ujemny przez rok, a moja praca - wiadomo - patykiem na piasku jak zwykle pisana, choć na tym etapie to już na piaskowcu na szczęście, no więc martwię się tym wszystkim i jeszcze innymi rzeczami, ale martwię się jakoś tak nie do końca wewnętrznie. Jakbym była Ziemią to bym powiedziała, że martwię się płaszczem górnym i dolnym, no, może czasami jądrem zewnętrznym, ale jądro wewnętrzne wciąż niewzruszenie cieszy michę, uśmiecha się swoim wewnętrznym okrągłym 360ciu stopniowym uśmiechem.

Tak się właśnie czuję. Jak zadowolone jądro.

Choć sprawy w Pl nie były tak różowe, oj nie, niektóre wręcz były problematyczne i przytłaczające, właściwie takiego najchujowszego typu 'nie ma nadziei na poprawę' i 'raczej nie da się nic zrobić', wszyscy znamy takie sprawy, w szczegóły nie mogę sie wdawać, bo nie moje to tajemnice. Ale na szczęście inne sprawy były tylko smutne czy melancholijne, a niektóre nostalgiczne czy wręcz wesołe i radosne, promieniste i słoneczne. Adek na przykład miał swój szczęśliwy czas, spełniony sen późnego dzieciństwa, koledzy, koledzy, koledzy i granie w mecza do późnych godzin nocnych, pierwsze samodzielne wyjście na basen (mamo mogę? możesz! Naprawdę?? No pewno, a dlaczego nie? Dobra, to powiedz mi tylko gdzie mam paszport! Paszport?!?! ...... cicha myśl: aquapark w Berlinie???? ...... No paszport, żeby im udowodnić że NAPRAWDĘ mam 13 lat!), wieczne przesiadywanie u Walusia, Sznycelki, Adamusa i Janka. Lody w stu smakach. Napoje w piędziesięciu. Temperatura w trzydziestu stopniach. Żar jak z piekarnika na dworze i przyjemny chłód klatki schodowej.

12:52, inny_glos
Link Komentarze (2) »
niedziela, 02 września 2012

Przyjechalismy.

Miasto w sobotę rano wyglądało na tak samo niewyspane, jak my. 

Po raz pierwszy mi się nie podobało, nie czułam tego specjalnego sentymentalnego drgnięcia serca, tylko "i to ma być MOJE miejsce na ziemi???". Ale to może kwestia niewyspania. I kaca.

Bowiem poprzedniej nocy poszliśmy jeszcze na ostatnie, pożegnalne spotkanie z przyjaciółmi, którzy specjalnie dla nas pędzili przez pół Polski, by spędzić z nami pół wieczoru. Pół wieczoru przeciągnęło się do północy, a potem zamieniło w pół nocy, kiedy o 3 stwierdziliśmy, że może już nie ma sensu kłaść się spać, by za dwie godziny wstawać. Byliśmy w domu zatem o 5.20, by tylko obudzić Adziarza, wziąć szybki prysznic, 2 walizy i 4 torby i popędzić na lotnisko.

Ale może to jest sposób, pomyślałam w samolocie, sposób, by nie bać się latania, by mieć właściwie wszystko w nosie, oprócz koszmarnego zmęczenia, lekkich odruchów wymiotnych spowodowanych wypaleniem 30 papierosów w knajpie i suchości w ustach z powodu wypicia 5? 6? piw Tyskie i Ćerny Kozel.

Ceną za brak strachu przed lataniem jest starość spojrzenia po przyjeździe na miejsce i 4 godziny urywanego snu w środku pięknego, słonecznego dnia po powrocie.

Dom pachniał myszami. 

Albo tym czymś, co jest w domu, kiedy nikogo w nim nie ma - zastałym powierzem, kurzem, zapomniana puszką po tuńczyku. I jeszcze czymś, co zostaje w pustym domu, który został opuszczony przez samotnego faceta, który się starał - resztkami papierków i czegoś przypominającego tytoń na stole w dużym pokoju, paroma pustymi butelkami po piwie w kuchni, wypraną pościelą suszącą się od dwóch tygoni na krzesłach w sypialni i salonie.

Był jak opuszczone, niezgrabne, samotne zwierzę, o zastałym zapachu tęsknoty.

A zatem zaraz od wejścia musieliśmy zacząć go oswajać od nowa: otworzyliśmy okna na przestrzał, podnieśliśmy żaluzje, wyrzuciliśmy puszkę po tuńczyku. Wywaliliśmy zaschnięte kwiatki, żyjące podlaliśmy. Powycieraliśmy stół w salonie i blaty w kuchni. Nastawiliśmy zmywarkę, bo umyte naczynia stojące w niej od dwóch tygodni też pachniały myszami. Poskładaliśmy pranie. Wytarliśmy kurze. Ściągnęliśmy komputery ze strychu i pochowaliśmy tam kabelki. Poskładaliśmy papiery, książki i zeszyty wyciągnięte przez samotnego faceta w czasach jego samotności. Pooglądaliśmy trzy odcinki Family Gay'a. 

I dopiero dziś, po obudzeniu się rano poczułam, że jestem w domu. 

13:57, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
stat4u