RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Połóg.

Kto to w ogóle wymyślił? To jest jakaś kara za wydanie na świat nowego człowieka? 

Siedzę z kapuchą na piersiach i śmierdzę.

Nawet Moriniak się krzywi jak ma jeść. 

Ledwo rwa trochę, TROCHĘ powtarzam, zelżała, zaatakowało mnie zapalenie piersi.

No przecież nie mogą mnie ominąć żadne przygody połogowe, nie?

A zatem ból mięśni od wczoraj i ogromne osłabienie, aż się poryczałam wieczorem, że znowu coś, że grypa, a tu Moriniak taki malutki, a potem wymyśliłam fibromygalię po porodzie, no Google usłużnie podsuwa tysiąc historii.

Ale w nocy dreszcze i siódme poty, a pierś boli coraz bardziej, więc w końcu poszłam po rozum do głowy i stwierdziłam, że to chyba jednak zapalenie piersi. I całe szczęście, że M jest w domu, nie ma tego złego powtarzam sobie, bo rano gorączka i kompletny brak sił, nie wiem, jak bym sama przetrwała z dzieckiem. A tak wziął małą po karmieniu, a ja po prostu padłam, po dwóch godzinach wstałam mokrusieńka, ale z dużo lepszym humorem.

15:08, inny_glos
Link Komentarze (6) »
piątek, 28 sierpnia 2015

Jak wiadomo rzeczywistość weryfikuje teorie. A już szczególnie teorie dotyczące małych dzieci.

Z moich dobrych chęci używania pieluch ekologicznych zostały dobre chęci, a używam jednorazówek.

Bo na początku wszystko mnie tam bolało i bardzo trudno mi było wstawać i przebierać małą co dwie godziny w nocy, a co dopiero jak tylko nasika/zrobi kupę. Czyli dwa razy częściej, jak podejrzewam.

Bo robi z 10 kup na dobę, sikania nie zliczę.

Bo potem powaliła mnie rwa i dalej mi trudno ją przebierać, nie wyobrażam sobie mieć takich pieluch, które mogą przecieknąć.

Bo są problemy z praniem - i tak robimy pranie codziennie i nie mamy tego gdzie suszyć, jak jest brzydka pogoda (jak jest ładna dogadaliśmy się z dozorczynią i wieszamy na sznurach na zewnątrz, choć oficjalnie jest zakaz. Ale zawsze miałam dobre układy z panią, bo ja się zachwycam jej kwiatkami a ona docenia moje róże). Nie wyobrażam sobie suszenia codziennie dodatkowo 20 pieluch, wkładów, czy jak to się tam nazywa. 

Ze spania razem z M i Morinką (bardzo popularne co-sleeping) zostało mi spanie z Morinką.

Bo mimo, że potrafimy i nawet lubimy z M spać nawet na łóżku pojedynczym, kiedy mnie wszystko bolało przekręcanie się na drugą pierś, żeby ssaka nakarmić, było na takiej małej przestrzeni wymyślną torturą.  

Bo przez pół nocy spałam w jednej niewygodnej pozycji, starając się małej nie przygnieść.

Bo trudno mi było wstawać i ją przebierać.

Bo M i tak się budził z każdym płaczem, a rano oboje byliśmy tak samo koszmarnie niewyspani. Teraz mogę raniutko po karmieniu podrzucić Morinkę do M i sobie wygodnie dospać te półtorej godziny, bez posapywania, chrumkania i wiercenia się przy boku. I bez tej czujności, którą znają wszystkie mamy. Może, gdybyśmy mieli królewskie łoże, może, ale na takim zwykłym double bed metr trzydzieści z kawałkiem nie da rady. Nie-e. Próbowaliśmy prawie cały pierwszy tydzień.

Chusta. Hmmm. Z chustą sprawa nie jest jeszcze przesądzona.

Ale.

O ile w teorii jest świetnie, to z praktyką gorzej. Duża chusta od Kasi jest jeszcze dla mnie za duża, za ciężka i niewygodna do wiązania, bo prawie nie chodzę przecież. Za 15 euro kupiłam zatem taką małą chustę, tak zwany pouch sling, taką do noszenia po domu, coby czasem mieć ręce wolne. I staram się wkładać Moriniaka tylko jak ma (w miarę) dobry humor, jest najedzona, ale nie zaraz po jedzeniu, nie jest za bardzo śpiąca ani marudna. Ale chusta jest dobra na 10 minut. No, może 15. A potem jest niewygodnie, ciasno, nie można machać rączkami i nóżkami, no i w ogóle u mamy na rączkach jest przecież dużo wygodniej i Morinka włącza syrenę alarmową i juz. Zdążę sobie tylko wsypać płatków do miseczki i zalać mlekiem i już. Tyle. Do tego dobra jest chusta.

Morinka ma jeszcze drugie imię, ale uwaga! nie przewróćcie się: Jutrzenka. Tak wymyśliliśmy. Tak, wiem, że to nie jest imię, ale (a) jest polskie, (b) jest ładne i (c) wiążą się z nim dobre historie. To był pseudonim z AK mojej babci. I tak mi się jeszcze kiedyś wyśniła Morinka.

Ale tak naprawdę to jeszcze nic nie postanowione do końca, bo Morinka nie jest jeszcze zarejestrowana;) 

23:20, inny_glos
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 24 sierpnia 2015

A zatem Morinka ma dziś TRZY tygodnie!

Ciągle jeszcze patrzy się na mnie tymi swoim poważnym ciemnoniebieskim spojrzeniem starca, jakby badała kim jestem i co zamierzam z nią zrobić. Nie ma jeszcze tej figlarności dziecka, tej niepowagi, skłonności do śmiechu i zabawy, patrzy się na mnie ostrożnie, dojrzale i srodze, jakby chciała mnie poznać, zanim tak dogłębnie mi zaufa.

Ale robi się coraz bardziej podobna do człowieka, to znaczy do niemowlęcia

Przez pierwsze trzy dni bardziej przypominała zwierzaczka, przestraszonego, nieprzytomnego, nieświadomego Moriniaczka, choć ze spojrzeniem mędrca gdy tylko otwierała oczy, pierwszą noc wrzeszczała jak ją odbijałam, kładłam, przebierałam i w ogóle cały czas, jak nie spała i nie jadła akurat. A teraz ma coraz więcej chwil aktywności, uśmiecha się, choć najczęściej jak śpi, do swoich stanów wewnętrznych, jak mówią mądre książki. 

 

Rwa kulszowa mnie przeczołgała, dosłownie i w przenośni. Jeszcze nadal boli, lekarz kazał łykać paracetamol i czekać aż przejdzie. Kolejka do fizjoterapeuty pół roku, czyli jak w Polsce. Google też nic innego poza ćwiczeniami nie zaleca, poznajdowałam sobie jakieś filmiki na youtube i staram się z 5 razy dziennie robić wygibasy oraz POD ŻADNYM POZOREM NIE ZGINAĆ KRĘGOSŁUPA JAK COŚ PODNOSZĘ. Przez trzy dni leżałam na podłodze, rozłożyłam sobie koc w salonie i na leżąco karmiłam i przytulałam oraz uczestniczyłam w życiu towarzyskim, bo akurat siostra przyjechała. Po schodach chodzę na czworaka, a muszę chodzić, bo jak w większości irlandzkich domów sypialnię mamy na górze.

Zwiodło mnie, że po dwóch dniach, akurat jak wybrałam się do lekarza, ból trochę zelżał, a następnego dnia rano oczywiście wrócił do mnie czołgiem z dodatkowym uzbrojeniem. Ciało kobiece w połogu jest delikatne, czułam się tak świetnie, że zapomniałam, że dopiero co urodziłam dziecko. A tu przecież wszystkie stawy są poluzowane, mięśnie nadwyrężone ciążą i niećwiczeniem. A do tego dołożyłam sobie dźwiganie czterokilogramowego dziecka i przebieranie jej ze zgiętym kręgosłupem. Zastanawiam się nad odwiedzeniem kręgarza, tylko musiałabym jakiegoś znaleźć zaufanego. Trochę droga ta impreza - konsultacja z kręgarzem albo fizjoterapeutą to ok 100 euro, kosztkolejnych wizyt koło 40-50, czyli dużo w naszym budżecie.

Dzień kręci się oczywiście wokół dziecka, czy ją brzuszek boli, czy nie, czy zrobiła kupę, dlaczego płacze i czy musi tak jeść na okrągło. Ale cieszę się, cieszę, że mam takiego żarłoka, takiego słonia Trąbalskiego, takie dziecko Baroku, okrąglutkie i z dwoma podbródkami, jak to się gusta zmieniają. Jeszcze niedawno pisałam, że nie lubię klocków, a tu proszę - mówię do niej czule klocuszku;) Ale silna jest bardzo, tydzień miała jak głowkę podnosiła leżąć na brzuszku, nie daje sobie w kaszę dmuchać, a raczej w zwyczaje żywieniowe i mleko co dwie godziny musi być! Bo jak nie to włącza syrenę i nie ma zmiłuj.

18:08, inny_glos
Link Komentarze (6) »
wtorek, 18 sierpnia 2015

Promocja się skończyła i jeszcze nie zdążyłam się nacieszyć wyleczonym i niebolącym tym, o czym panienki z dobrego domu nie mówią nawet szeptem (nacieszyć! cieszenie się kosztowało mnie 6 godzin spędzonych w piątek na pogotowiu położniczym, by wydębić antybiotyk, bo coś mi się tam zaczynało niefajnego i wolałam na zimne dmuchać pamiętając miesiąc spędzony w szpitalu z Adziarzem, 6 godzin jak mordę strzelił, bo byłam przypadkiem nie nagłym i tkwiłam tam jak paprotka z Moriniakiem patrząc jak coraz to nowe ciążanki wchodzą do gabinetu przede mną, no ale przescież nikt nie umarł na infekcję w ciągu paru godzin, więc poczekać mogłam, nie?), a zatem jeszcze się na dobre nie ucieszyłam, jeszcze mnie ciągnęło tu i ówdzie, jak w niedzielę powaliła mnie RWA KULSZOWA.

Nagle przestałam móc chodzić, w ogóle jakiekolwiek przemieszczanie nie wchodziło w grę. Podniesienie Moriniaka w nocy do odbicia okupione było bólem, przebranie jej takoż, karmić mogłam tylko na leżąco, pójście do toalety to jedyny spacer na jaki mogłam się zdobyć. Wujek G podpowiedział diagnozę: RWA KULSZOWA. Cholera jasna! Pierwszy raz w życiu mnie dopadła, tak to się mści zła postawa przy karmieniu noworodka! Kobieta w połogu naprawdę jest DELIKATNA! Przez całą ciążę byłam dumna z tego, że mnie nic nie boli, żadne tam bóle pleców czy barków, żadna tam zadyszka, puchnięcie nóg czy inne słabości! Prewencja! moje drogie panie, głosiłam wszem i wobec, najważniejsza jest PRE-WEN-CJA, prawiłam swoje mądrości czy ktoś chciał słuchać, czy też nie. Dumna i napuszona, zadowolona z własnej zapobiegliwości, zaopatrzona w jogę, filmiki z youtube i stos książek wkroczyłam w czas po-porodowy, patrzcie oto ja! czterdziestoletnia, ale zdrowa! wyglądam jak trzydziestka! super się czuję! Pewna byłam, że mi się udało oszukać biologię.

Ale nie ma tak łatwo. RWA KULSZOWA przyszła i nauczyła mnie pokory. Czołgając się po podłodze, żeby przebrać Morinkę odrabiam swoją lekcję. 

****

A Morinka jak zwykle SUPER.

Na ulicy Trybunalskiej 

Mieszkał sobie Słoń Trąbalski...

Natrąbił się mleczka i poszedł spać - jak mówi M.

W ciągu tygodnia przytyła PÓŁ kilo. Jak do niej mówię, to przerywa wydzieranie się i (czasem) grzecznie czeka, aż ją podniosę, utulę, przebiorę czy nakarmię. Czasem, oczywiście. A poza tym to je, je, je i śpi, czyli wszystko to, co noworodki robić powinny. Oprócz tego się uśmiecha, choć podobno to tylko uśmiech odruchowy - ale jakoś nie robi tego, jak jest nieszczęśliwa, nie?

Skradła serce Adziarza i M.

15:34, inny_glos
Link Komentarze (2) »
niedziela, 16 sierpnia 2015

W chwilach kiedy skurcze cichły prosiłam o przerwę na kawę, a Jenny odpowiadała, że byłoby miło, gdyby się dało mieć przerwę w rodzeniu.

Miałam wrażenie, że nie dam rady Morinki wypchnąć. M mówił, że ostatnie chwile wyglądały gorzej niż na filmach - darłam się, że to jest niemożliwe, że mogę tego zrobić. Jenny zawołała drugą położną do pomocy przy tej ostatniej fazie, a kiedy zobaczyła rączkę idącą przodem zawołała kolejne dwie. Wszystkie trzymały mi nogi razem z M, ja się darłam po angielsku, że to jest NIEMOŻLIWE i że JA TEGO NIE ZROBIĘ, na co jedna z kobiet dowcipnie odkrzyknęła, że już to robię;) Kiedy w końcu dotarło do mnie, że już jestem o jeden most za daleko i nie ma powrotu, skupiłam się bardzo bardzo bardzo i urodziłam.

W tych ostatnich chwilach Morinka puściła smółkę i wody zrobiły się zielone, dlatego musieli zawołać lekarkę, która ją odessała. Ale już po 5 minutach położyli mi ją na piersi, bez żadnego ważenia, mierzenia, mycia, szczepienia i różnych innych wymyślnych tortur noworodka. Malutek sobie chwilę odpoczą, a potem dossał się do mojej piersi i tak mu już zostało od tej pory. 

Kiedy po półtorej godzinie dała się odciągnąć od cycka, położne ją ubrały, a ja poszłam pod prysznic. Potem położne wręczyły maleńtasa M, który się przestraszył i szybko włożył ją do łóżeczka, a ja dostałam najlepszego na świecie tosta i kawkę.

A po dwóch godzinach przewieźli nas na do krainy Leonory Carrington:

Czekała nas długa noc.

20:13, inny_glos
Link Komentarze (1) »
czwartek, 13 sierpnia 2015

Położna była miła. Nazywała się Niamh, była okrąglutka i wzbudzała zaufanie. Mówiła, że mam robić tylko to, co mi ciało podpowiada, ale jakbym posiedziała trochę na piłce albo pospacerowała to przyśpieszyłoby to bardzo akcję porodową. Nie musiałam mieć podpiętego KTG, tylko co 15 minut sprawdzała tętno dziecka. Nie chciałam żadnego znieczulenia oprócz tzw. gas & air (gaz rozweselający), ale zapytałam się, czy jakbym zmieniła zdanie w sprawie ZZO to mogę go dostać. Bez problemu.

Wszystko zaczęło się dziać jakby poza czasem, wolno i szybko równocześnie. M dzielnie siedział ze mną, choć nie za wiele mógł pomóc, oprócz masażu pleców, który pomagał na bóle krzyżowe. Wzięłam prysznic, kiedy jeszcze mogłam chodzić, resztę czasu spędziłam na piłce i w królewskim łożu. Tak mnie bolało, że o znieczuleniu zapomniałam - chyba tak naprawdę go nie chciałam, bo poród miał być jak najbardziej naturalny. Ale próby wprowadzenia się w stan autohipnozy nie powiodły się i - nie będę ściemniać - bolało jak jasna cholera. Trochę pomagał gaz, między skurczami żartowałam i się podśmiechiwałam, w trakcie byłam jakby odrealnieniona, choć wszystko czułam. Trochę jak po trawie, tylko bardziej śmiesznie i szybko przechodzi. Chyba nawet mówiłam położnej, że od dzisiaj na imprezach zamiast alkoholu będę używać gazu i czy nie mają trochę odsprzedać. 

Położna była cudowna.

Miałam tylko słuchać swojego ciała, a ona po prostu była ze mną cały czas. Czułam się bardzo bezpiecznie. Była jakby z boku, zupełnie mi nie przeszkadzała w rodzeniu, ale w odpowiednim miejscu. Nie wymyślała żadnych bolesnych badań w czasie skurczu, cały czas mnie słuchała i podążała za mną. Żartowała i rozmawiała, kiedy czułam taką potrzebę. Nawet pokazała mi wykres procesu rozwierania szyjki i tłumaczyła, gdzie teraz jestem;) Uwielbiam wykresy i moja naukową naturę bardzo to uspokoiło - że jest jakiś proces, że można śledzić jego postęp, że to wszystko przebiega zgodnie z założonym modelem;)

Kiedy położyłam się płasko na łóżku akcja trochę zwolniła, więc doradziła mi, żeby spróbować leżeć na boku, jeśli tylko mogę. I wtedy się zaczęło - szybko i obłędnie mocno. A potem mnie zbadała po raz ostatni i okazało się, że wyskoczyłam poza tabelę i będę rodzić dwie godziny wcześniej niż wykres przewidywał;) No i wtedy, niestety, Niamh musiała mnie opuścić, bo została wezwana do jakiegoś porodu, od którego komplikacji akurat jest specjalistką. Na jej miejsce przyszła Jenny, też miła, ale nie miałyśmy szans nawiązać więzi, bo ja już byłam w bardzo szybkiej kolejce wysokogórskiej. Zauważyłam jej istnienie, kiedy chciała mi podłożyć poduszkę pod nogi, a ja akurat byłam wtapiana w łóżko ogromnym walcem i byłam w stanie tylko krzyknąć do niej NOOO! Zaczęła się ostatnia część zabawy i Jenny musiała mnie przekonać, żebym się przewróciła na plecy, bo zaraz będę rodzić. To chyba była najcięższa część, nie pamiętam takiego bólu z Adkiem, może dlatego, że lekarz się nie certolił i po prostu mnie ciachnął w tej ostatniej fazie i tak urodziłam Adka w 10 min. Z Morinką było trudniej a na samym końcu okazało się, że rodzi się z rączką do przodu.

22:38, inny_glos
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 sierpnia 2015
Morinka

O porodzie będzie później.

Bo chciałam wam pokazać Morinkę:

Z M na spacerze:

Jak już będziecie mieli dość, to krzyczcie, ja jeszcze będę monotematyczna przez jakiś czas.

21:33, inny_glos
Link Komentarze (8) »
niedziela, 09 sierpnia 2015

Morinka śpi. Życie kręci się wokół karmienia, spania, przebierania, prania, karmienia i przytulania. I karmienia. I jeszcze przytulania. Morinka nalepiej się czuje na moich rękach z cyckiem w buzi. Godzinami. Trochę je, trochę się przytula, trochę się na mnie patrzy, trochę zasypia. Wszystko po trochu.

Pół roku jest tylko dla Morinki, postanowiłam sobie jeszcze w ciąży, pół roku chcę jej dać, pół roku jak naładowanie baterii, jak wałówa na przyszłość, jak inwestycja z najwyższą stopą procentową, pół roku jak polisa ubezpieczeniowa przeciw chorobom psychicznym i neurozie. I będę robić wszystko, czego ona potrzebuje, nie przeszkadza mi zatem to jej przytulanie. I jedzenie. Świat takiego maleńtasa jest bardzo trudny i ssanie jest jedyną przyjemnością i pocieszeniem, maleńtas nawet jeszcze nie wie, że istnieje, nie odróżna co jest nim a co nie-nim, matka, która go przytula jest nim, cycek jest nim, wszystkie dźwięki i zapachy są nim.

Winnicot wręcz pisze, że nie ma dziecka - na samym początku noworodek nie istnieje bez opiekuna, roztapia się w zewnętrznej rzeczywistości, w zapachach, dźwiękach i obrazach i bodźcach, jest w stanie przed-integracji, kiedy wszystko jest nim a on wszystkim tym, co do niego dociera. Dopiero matka przytulacjąc i trzymając tworzy niemowlę, wyznacza granice pomiędzy jego istotą, a światem zewnętrznym. Pisze też, że matka w połogu znajduje się w lekkiej psychozie, odmiennym stanie psychicznym, jest tak utożsamiona ze swoim dzieckiem, że jego potrzeby odgaduje jakby za pomocą magii, całkowicie empatycznie dostrojona do pierwotnego bytu, skupiona na rozumieniu najmniejszych sygnałów wysyłanych przez noworodka.

 

Poród.

Przygotowywałam się od jakiegoś czasu i zdążyłam samą siebie przekonać, że bezbolesny poród jest możliwy. Powiem tylko: o naiwności!

O trzeciej w nocy z niedzieli na poniedziałek obudził mnie skurcz, wcale nie taki silny. Ale już nie mogłam zasnąć. Adziarz w poniedziałek rano jechał na wakacje i wyraźnie Morinka czekała z przyjściem na świat aż do jego wyjazdu. A może to moje ciało czekało chcąc mieć jak najwięcej intymności i spokoju. Leżałam i starałam się zrelaksować, zastanawiając się czy to już, czy jednak fałszywy alarm. Po piątej wstał Adziarz szykując się na lotnisko, chwilę później M. Skurcze nie mijały. Poczułam nieprzepartą potrzebę poskładania stosu popranych rzeczy kłębiących się na fotelu, tak na wszelki wypadek. Chłopaki pojechały na lotnisko, skurcze stawały się coraz silniejsze. Pobujałam się trochę na piłce, wykąpałam się i poczułam, że to chyba to i że - nomen omen - kurcze blade przyśpiesza! Zadzwoniłam na wszelki wypadek do M, że się zaczęło, ale spokojnie, mamy jeszcze czas. M pojawił się po godzinie i dalszych paru telefonach. Byłam już ubrana i gotowa, wzięliśmy torbę i poszliśmy do szpitala.

Czas się zatrzymał.

Poniedziałek był dniem świątecznym, na ulicy zupełnie pusto, szerokie niebo z krzyczącymi mewami.

Jak na filmie przystanęłam opierając głowę o murek, kiedy przyszła kolejna fala.

Na izbie przyjęć położna stwierdziła, że rozwarcie jest tylko na 2 cm, co mnie niemożebnie zdziwiło. Powiedziała, żebyśmy sobie pospacerowali przez dwie godziny i potem mnie ponownie zbada, że mogę sobie posiedzieć na piłce, mogę chodzić sobie po szpitalu, a M żartowniś zapytał się, czy możemy iść na kawę albo spacerować po ogrodzie. Wyszliśmy z izby przyjęć i zdołałam tylko dojść do schodów, tam uczepiłam się barierki i stanowczo stwierdziłam, że dalej nigdzie nie idę. Bardzo dobrze mi się tam stało - na środku jasnej klatki schodowej, patrząc się na niebo za oknem i ludzi wchodzących i schodzących po schodach. Takie intymne miejsce do rodzenia;) Potem wróciliśmy do poczekalni i po godzinie na piłce z powrotem na fotel. 3-4 cm, z dzieckiem wszystko dobrze, idziemy na porodówkę.

Pokój był przestronny i jasny, z wielkim łożem jak dla królowej, maszynami, co robią PING! i śnieżnobiała łazienką. Przywitała mnie położna i omowiłyśmy moją listę życzeń, z których, niestety, basen odpadł na wstępie, ze względu na wsześniejsze krwawienia. Ale wszystkie inne możliwości pozostawały otwarte - epidural (ZZO) jeśli tylko wyrażę takie życzenie, gaz rozweselający, prysznic, piłka, sake, spacery. Powiedziałam, że chcę mieć poród jak najbardziej naturalny i wszelkie interwencje medyczne tylko w razie nieubłaganej konieczności. Położna była spokojna ...

23:01, inny_glos
Link Komentarze (4) »
czwartek, 06 sierpnia 2015

Chcę spróbować opisać to wszystko, zanim się obraz zamarze, zaciemni i przekłamie, ale jak tylko to postanawiam, już wiem, że to niemożliwe i na próżno, bo to są takie rzeczy, których nie można po prostu opowiedzieć, bo to jak powiedzieć, że zachód słońca był piękny a ocean głęboki.

Jestem na haju. Roztopiłam się w różowym budyniu, czuję się jak otulona różową chmurką, chodzę po ptasim mleczku a nosorożce brykają tęczowo.

Aż sprawdzałam, kiedy te hormony ciążowe spadają, bo to przecież niemożliwe. Ale nie, już powinny zniknąć.

Wszystko jest tak, jak ma być. Wszytko jest na swoim miejscu. Przez ten krótki czas po porodzie (dzień 3) świat jest DOKŁADNIE TAKI jaki ma być. Chyba po raz pierwszy w życiu mam nic do świata.

Boli, ciągnie, nie wysypiam się, nie mam czasu na nic. Ale też nie mam chęci na nic poza gapieniem się na Moriniaka. I wąchaniem jej. I przypatrywaniem się paluszkom i piętom i chudej pupie, której dotyk znałam dotychczas od środka. 

 

Morinka urodziła się w poniedziałek wieczorem o 17.43, waży 3420 g. czyli jak zwykle idealnie po środku. Wyskoczyła ze mnie z rączką do przodu, na superwomen.

Od wtorku jesteśmy w domu, wypisali nas ze szpitala po 14 godzinach po porodzie. Nie ma żółtaczki, nie miała infekcji, wody były czyste aż do ostatniego momentu, do ostatniego parcia, kiedy właśnie wystawiła tą swoją rączkę i to mnie trochę zablokowało, dziewczynka przestraszyła się i puściła smółkę. 

Zastanawiam się na ile ten mój stan spokoju i spełnienia wynika po prostu z dobrego porodu. Dobrego to oczywiście nie znaczy bezbolesnego, o nie nie, co do tego pomyliłam się bardzo;) Chyba nie dość mocno ćwiczyłam hypnobirthing i jednak bolało. Bardzo. Bardzo bardzo. Ale w jakiś dziwny sposób to zupełnie nie jest ważne, ten ból.

 

CDN

16:05, inny_glos
Link Komentarze (4) »
wtorek, 04 sierpnia 2015

Już w domu. Po jednym dniu:) Obie czujemy się dobrze.

23:05, inny_glos
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 03 sierpnia 2015

Morinka już po drugiej stronie brzucha!

23:01, inny_glos
Link Komentarze (15) »
niedziela, 02 sierpnia 2015

40+5

Miałyśmy różne przygody, ale jeszcze nic.

(Dla bardzo wrażliwych i łatwo obrzydzających się piosenka:

a reszta czyta dalej.)

 

W środę oglądaliśmy z Adziarzem Grę O Tron i pół nocy ostrym nożem otwierałam zakrwawione małże, krew spływała mi po czarnym płaszczu i nogach, obudziłam się w mokrych majtkach. Ale nie była to krew, więc poszłam spać dalej postanawiając wyspać się przed pójściem do szpitala. Póki jeszcze mogę. W czwartek w szpitalu okazało się, że to nie były to też wody, hehehe, i wróciłam do domu.

W piątek rano miałam kolejną planowaną wizytę, tym razem u tzw. konsultanta, czyli lekarza specjalisty. System w Irl działa tak, że na wizyty kontrolne chodzi się do położnych i GP (lekarza pierwszego kontaktu), specjalistę widzi się tylko na samym początku i w razie jakiś problemów. No i jak się już przenosi ciążę. Lekarka zrobiła mi USG (którego też się nie robi na każdej wizycie), badanie wewnętrzne i tzw. sweep, czyli delikatne pobudzenie szyjki i kazała wrócić za tydzień na rozmowę o wywoływaniu porodu. Bo na nic się w najbliższym czasie nie zanosi.

W piątek w nocy znowu obudziło mnie uczucie mokra i tym razem była to krew, po porannym sweepie. Zadzwoniłam na porodówkę i kazali mi przyjść na badanie. Z Morinką wszystko dobrze, dalej żadnych skurczy ani bóli, ale zostawili mnie na obserwacji. Krwawienie ustało. Nie spałam całą noc, pani z łóżka obok potwonie chrapała, a kiedy się obudziła o szóstej rano zaczęła chrząkać, odkrztuszać i połykać gluty. Tak przez pół godziny. Potem znowu pochrapała, a potem zaczęła gadać przez telefon, przez następne dwie godziny. Pocieszałam się tym, że czekam tylko na kontrolne badania, szczepionkę z przeciwciałami (mam Rh-) i wypis. Ale w sobotę rano na wizycie młody lekarz, Polak, jak się po chwili okazało, stwierdził, że nie ma na co czekać i trzeba wywoływać poród. Że po terminie, że skoro już tu jestem, no i ze względu na mój wiek. Że takie są zalecenia Irlandzkiego Towarzystwa Ginekologicznego, skomplementował mnie przy tym, że lekarka nic o tym nie wspomniała bo jakoś umknął jej mój wiek - tak młodo wyglądam;) Mam zostać w szpitalu a w niedzielę rano zaczną, bo teraz porodówka pełna. Wyobraziłam sobie kolejną noc w pokoju z panią z łóżka obok, charkającą, chrapiącą i jęczącą, bo właśnie zaczęli jej wywoływać. A potem kolejną noc na leżąco z czopkami na skrócenie szyjki. I jeszcze kolejną z kroplówką. Powiedziałam mu, że jestem bardzo bardzo niechętna wszelkim medycznym interwencjom i ustaliliśmy, że poczekam jeszcze na jedno KTG i USG i wtedy zadecydujemy. Wieczorem się okazało, że jak zwykle, jak zawsze, z Morinowcem wszystko dobrze, skacze i pływa i jest cała szczęśliwa, cała reszta też jest ok, a zatem poza moim wiekiem i byciem po terminie nie ma żadnych wskazań do takiej poważnej interwencji. Że to statystyka, no ale jak nie kontroluje się innych zmiennych poza wiekiem to statystyka mnie nie przekonuje. Zgodził się zatem mnie wypisać, ale z zaleceniem zgłoszenia się do szpitala we wtorek na wywoływanie. Jakbym nie zaczęła wcześniej.

Oczywiście, że przyjdę, ale z całą resztą zobaczymy. Nie nastawiam się na kategoryczne nie, bo nie będę się kłócić z medycyną, ale nie dam się zakroplówkować bez dokładnych badań.

W nocy dostałam lekkich skurczy, ale już się wszystko zdążyło uciszyć. Wdrożyłam wszystkie metody (podobno najlepszy jest seks). Adek jutro rano wyjeżdża;)

15:22, inny_glos
Link Komentarze (4) »
stat4u