RSS
piątek, 29 sierpnia 2014

Fryz zrobiony, włos przystrzyżony, tylko jeszcze straszy okropnym kolorem (zauważyliście, jak szybko płowieje letni luz? Szczególnie na głowie. I człowiek wygląda jakby się przed chwilą urwał z wysp Trobriandzkich, co NIE przydaje pożądanej aury profesjonalizmu), ale się koloru pozbędziemy, orteza ściągana JUŻ ZA 4 DNI, marynarka odkurzona, głowa porządnie przykręcona. Powoli zaczynamy sezon na studentów. I od nowa: programy nauczania, listy wymaganych lektur, tematy esejów, formy zaliczeń, pytania egzaminacyjne, spotkania, treningi, dyskucje, wytyczne. Stosy dokumentów, a tabelki i formularze coraz bardziej skomplikowane.

20:46, inny_glos
Link Komentarze (6) »
czwartek, 28 sierpnia 2014

Od soboty zaliczyłam małą wpadkę depresyjną, świat był szary, marny, pusty i bez cienia możliwości, płuco się znowu się odezwało, szarość się wlokła za mną 2 dni by w końcu w poniedziałek zniknąć przepędzona pobytem w pubie z moim najfajnieszym ziomkiem i piwem w ilości sztuk cztery (tak, wiem, że to nie jest rozwiązanie).

Zabawne, że kiedy dorywa mnie taka szara kołdra, czapa, kapa, czarny welon, to nie pomagają medytacje, nic, zupełnie nic nie mogę z tym zrobić, tylko w tym tkwić aż się wypali. Ja taka przmądrzała i wszystko wiedząca najlepiej. Mogę ewentualnie pójść spać albo na piwo, ale jak wiemy to nie jest rozwiązanie. A przynajmniej nie na dłużej. I wtedy właśnie mam nadzieję, że pomogą godziny z panią.

Godziny z panią też są śmieszne, kiedy sie nad tym zastanowić. W terapii często ma się wrażenie, że nie pracuje się nad sobą, tylko nad jakimś małym dzikim zwierzątkiem, jakim jest nieświadomość, której się właściwie nie zna, a raczej w ogóle jej jej się nie zna, bo jest właśnie nieświadoma,. To właśnie małe dzikie zwierzątko miesza w nam w życiu życiu i w byciu i ma własne zdanie na temat tego, co właśnie teraz będziesz robić. I czego absolutnie robić nie będziesz. (Wariacje na temat desperackich próbach walczenia ze zwierzakiem można na przykład znaleźć u Frei;).

Naprawdę przypomina to trochę tresowanie myszy, tchórzofretki, albo czarnej pantery zamieszkującej jakieś odległe piwniczne tereny, podziemne korytarze pełne trupów w szafie i szkieletów pokrytych pajęczyną; nocnego drapieżnika, którego istnienie się tylko podejrzewa na podstawie zaschłych bobków - strzępków snów znajdowanych co rano pod powiekami.  Pierwsze, co trzeba zrobić w każdej tresurze, to wogóle zwierzę zobaczyć, zachęcić je do wyjścia z ukrycia, do pokazania się choć na chwilkę, a potem, kiedy już przychodzi do nas częściej można spróbować poznać jego zwyczaje, pragnienia i szczegóły nocnego życia. Ale to jest trudne.

Trudne przede wszystkim dlatego, że już samo przyznanie, że się ma takiego zwierza w sobie nie jest bardzo przyjemne. Jest wręcz raczej nieprzyjemne. Nad tym drapieżnikiem nie mamy żadnej kontroli, idzie na łowy i gody zupełnie niezależnie od naszego przemądrzałego i wybujałego 'ja'. Nie możesz go sobie przemyśleć i przygotować się 'z niego', nie, nie jest on tym, o czym teraz myślisz, bo gdyby był, to byś o tym nie myślał. Jest czarna pantera w tobie i to ty nią jesteś. I w dodatku jesteś za nią odpowiedzialny. I to jest właśnie najtrudniejsze.

Doprawdy, zabawni są ludzie tacy jak ja, przekonani, że wiedzą o sobie dużo, że już właściwie sobie siebie przemyśleli i nic ich nie zaskoczy. Tacy ludzie, którzy kręcą się w kółko wokół ciągle tych samych spraw, a na delikatną sugestię, że coś tu jest nie tak mówią, że tak, że oczywiście, że właśnie wiedzą, że jest nie tak i że wiedzą, co jest nie tak i co z tego. Tacy właśnie ludzie są często raczej niechętni terapii, tak, mówią, terapia działa, oczywiście, ale na INNYCH, my jej nie potrzebujemy, bo już przecież wszystko o sobie wiemy, i nie to, że ją potępiaja, czy zaciekle odrzucają, raczej z pełnym wyższości spojrzeniem, które udaje, że nie jest pełne wyższości, podają tysiąc wymówek, dlaczego nie. A prawdziwym powodem jest to, że zauważenie zwierzaka w sobie nad którym się nie panuje jest przerażające, szczególnie dla tych, co wszystko chcieliby mieć przemyślane i pod kontrolą.

Ale kontrola działa tylko do czasu. Na szczęście. I nagle przychodzi jakaś życiowa tragedia, ataki paniki, bądź nasilające się pomruki uwięzionego czegoś w podziemnym labiryncie, którego w ogóle nie słuchaliśmy od lat trzydziestu i nagle nie mamy wyjścia (na szczęście!) i musimy zajrzeć do piwnicy i na zawsze pożegnać się z przekonaniem, że.

No właśnie.

20:23, inny_glos
Link Komentarze (4) »
niedziela, 24 sierpnia 2014
Biednemu każdy zabroni

A w Irlandii wrze. Klimat dyskucji podobny jak w Polsce.

Cała sytuacja opisywana w gazetach jest nie do końca jasna. Na pewno wiadomo tyle:

Zgwałcona młodziutka dziewczyna, jeszcze nastolatka, imigrantka, chciała usunąć ciążę. W 8 tygodniu ciąży mając myśli samobójcze wystąpiła o legalną aborcję (która jest podobno dostępna w Irl od stycznia tego roku pod warunkiem zagrożenia dla życia kobiety). Procedury się przedłużały. Zdesperowana chciała pojechać do UK i usunąć ciążę na własną rękę, ale nie miała 1500 euro na opłacenie prywatnego zabiegu oraz okazało się, że jej status prawny nie pozwala na wyjazd z kraju (co oznacza, że prawdopodobnie stara się o status uchodźcy). Dyskusje i procedury trwały tak długo, że aborcja była już niemożliwa, dziewczyna z myślami samobójczymi zaczęła strajk głodowy, lekarze zdecydowali się w 25 tygodniu ciąży zrobić jej cesarkę. Dziecko przeżyło, ale nic więcej nie wiadomo.

Stała się wielka tragedia. Dziewczyna jest w niewyobrażalnie wręcz ciężkiej sytuacji życiowej. Przeżyła ogromną traumę gwałtu, ale trauma ta jest dodatkowo potęgowana przez to, jakie miejsce zajmuje w systemie społecznym. A zajmuje najniższe z najniższych. Jest biedna i ma prawnie nieuregulowaną sytuację. I możemy tu sobie dyskutować o aborcji jako złu i że nie powinno się jednego zła rozwiązywać drugim, ale taka dyskucja jest dla większości osób tylko teoretyczna. Praktyczne rozwiązanie sytuacji zawsze zależy od tego, czy jesteśmy bogaci czy biedni, czy legalni, czy nielegalni, czy obywatele czy imigranci i tak dalej. Gdyby ta dziewczyna była Irlandką, mogłaby swobodnie pojechać do Londynu i zrobić aborcję, nie musiałaby się pytać państwa. Gdyby była z bogatego domu wzięła by 3000 tys euro i miała zabieg w przyzwoitych warunkach. Stać byłoby ją na dobry hotel i opiekę po zabiegu. Takie sytuacje zdarzają się każdego dnia - dane z klinik w UK mówią o 7000 kobiet mieszkających na stałe w Irlandii robiących zabieg każdego roku, do tego trzeba doliczyć te, które wyjeżdżają do Holandii, Francji czy na Słowację (jak na przykład Polki). Czyli codziennie ponad 20 osób. CODZIENNIE.

Ta dziewczyna została dodatkowo ukarana za to, że została zgwałcona: upokorzono ją, torturowano bezcelowym czekaniem na decyzję a na koniec na siłę przecięto jej brzuch. W świetle prawa, w XXI wiecznej demokracji.

Do całej tej potwornej sytuacji dodajcie sobie jeszcze to, że jest ona prawdopodobnie tzw. asylum seeker. Azylanci, proszę państwa, to prawie nie ludzie, zarówno w Irl jak i w Polsce. Azylanci mieszkają w ośrodkach, stłoczeni w parę osób w jednym pokoju. Azylanci nie moga nic - ani pracować, ani się uczyć (w Irl dzieciaki mogą chodzić do szkoły postawowej i średniej, w Pl nie), ani decydować o sobie w najmniejszej kwestii. Azylanci dostają 19 euro tygodniowo kieszonkowego. Azylanci nie mogą sobie gotować, dostają jeść i pić. Jak zwierzęta. Azylanci czekają na wyrok (decyzja o przyznaniu statusu uchodźcy to być czy nie być) nawet parę lat, a jeśli już dostaną to najczęściej skazujący na deportację (w 88% przypadków w UE podanie o status jest odrzucane, w Irlandii w 2011 tylko 5% podań zostało załatwionych pozytywnie).

Ta dziewczyna została podwójnie zgwałcona: raz fizycznie a raz wyruchana w majestacie prawa przez państwo Irlandzkie.

Skoro żyje jak zwierzę, to można ją traktować jak lochę.

Wychodzi na to, że godność i poszanowanie nietykalności cielesnej mogą mieć tylko bogaci. I obywatele.  

12:55, inny_glos
Link Komentarze (6) »

Powoli przygotowuję sie do ostrej jazdy w tym roku, choć na razie w większości psychicznie.

Wczoraj mnie dopadło i naprawdę nie mogłam sobie wyobrazić jak to będzie. M zaczyna doktorat, będzie miał też jakieś zajęcia ze studentami, coby odrobić opłaty za studia. Ja niedlugo zaczynam kurs online, muszę też w tym półroczu skończyć pierwszą część badań, czyli teoria i wywiady. W przyszłym półroczu mam dodatkowe cztery przedmioty z Irandzkiej polityki społecznej.

Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak będziemy zajęci, na razie skupiam się na byciu teraz. W to wszystko chcę jeszcze jakoś wpasować ciążę, jeśli się uda, co wcale w moim wieku nie jest takie oczywiste. 

A propos cenienia mnie w mojej szkole - myślę, że to za dużo powiedziane. Im jest ze mną wygodnie - łyknę wszystko co mi dają, nie mają żadnych zobowiązań, a mają pewność, że wykłady będą w miarę dobre i studenci zadowoleni. Piszę 'w miarę', bo jak dostaję nowy przedmiot, to nie mogę być w nim ekspertem - jest duża różnica pomiędzy wykładowcą uczącym tylko w ramach swojej specjalności a takim, który uczy wszystkiego, bo znać się na wszystkim to znać się na niczym. I ja to wiem. 

Moja ulubiona koleżanka pracowa, Polka, z którą miałyśmy sztamę jak chiński mur, zdecydowała się wrócić do Polski. Dla niej chyba jest to najlepsza decyzja, ale ja płaczę. 

Przyszło zimno. Łóżko na noc przykrywam dodatkowym wełnianym kocem. 

Stęsknieni czekamy na Adziarza. Wraca dopiero 3 września. Kupiliśmy mu już wszystkie książki (200e) i nową bluzę do szkoły (50e). Jeszcze spodnie, ze 2 białe koszule, buty. Jeszcze obiecany monitor i karta graficzna. I będziemy gotowi na nowy rok.

11:45, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 sierpnia 2014

Zawsze co roku część wakacji spędzam trzęsąc majtami czy będziemy mieli co jeść w przyszłym roku, albowiem zawsze dostaję na początku tylko swoje godziny kontraktowe, których jest za mało na mieszkanie i jedzenie, więc trzeba coś wybrać: albo mieszkanie, albo jedzenie. Żeby nie trząść za bardzo rzucam się w wir zabawy, albowiem jak powszechnie wiadomo jak się wypije to się przestaje trząść. Potem niestety zaczyna się znowu drugiego dnia, ale kto by się tam drugim dniem przejmował, jak jest dzisiaj, The Power of Now, jak uczy mistrz;) 

No i jest tak już od dobrych paru ładnych lat, no, powiedzmy, od czterech, a ja dalej się na to łapię i stracham i trzęsę majtami, że hej! i w końcu się okazuje, że niepotrzebnie. Tak jak i w tym roku. Koleżanka idzie rodzić i dostało mi się w spadku dodatkowe 136 godziny. Czyli możemy i spać i jeść w tym roku. Dodatkowa praca też się odezwała i jeśli jeszcze wypali grant na badania to naprawdę nie wiem, co zrobię z pieniędzmi.

Chyba sobie kupię drugi ołówek, bo pierwszy zastrugałam do ogryzka.

No, ale człowiek jednak głuuupi jest! z tym zamartwianiem się - w tym roku na szczęście ostrą fazę zamartwiania się miałam tylko 1 dzień. No bo zobaczcie - dostanę te godziny albo i nie, martwienie się tu nic nie zmieni, a tylko może zrujnować zdrowie, bo jak powszechnie wiadomo stres powoduje depresję, demencję i raka. (Alkohol powoduje to samo, ale za to w trakcie jest przyjemniej!).

A zatem wszem i wobec ogłaszam, że plan finansowy na ten rok został wstępnie zaakceptowany przez siłę wyższą. Czego również i Państwu życzę.

20:46, inny_glos
Link Komentarze (9) »

Byliśmy u znajomych i może coś napiszę, bo jeszcze pomyślą, że ich nie lubimy i się nudziliśmy albo coś.

A bawiliśmy się świetnie w otoczeniu chmary dzieciaków, psów, kotów i w ogóle wszelkiego dobrobytu, który był wyraźnie namacalny, mimo, że gospodyni mówi, że ciężko i dobrobytu nie ma. Przez dwa dni siedzieliśmy do później nocy gadając, słuchając i bawiąc się przednio, a rano budziły nas głosiki dzieciaczków, którym o tej godzinie podrzuciłoby się nawet papier i zapałki, byleby jeszcze nie słuchać ich radosnych szczebiotów;) (Specjalnie wstawiam tu emotikonke, żeby zaznaczyć, że to żart). W każdym razie było niesamowicie, pławiłam się w obfitości i pełni i miałam nieustające wrażenie dostatku - rozmów, zabaw, pisków, szaleństwa, kredek, malowania, skakania, morza, pływania, piasku w samochodzie, piesów i kotów, muzyki, przestrzeni, trawy, wiatru, krajobrazów i serdeczności. Były fantastyczne nocne Polaków rozmowy a Ukryta odsłoniła naturalny talent socjologiczny, niekształcony, ale ewidentnie bijący po oczach. Bardzo, bardzo mi dobrze było, dzieciaki maja boskie (ktoś powinien im płacić za robienie dzieci! wychodzą idealne!), dookoła przestrzeń, niedaleko morze, czegóż chcieć więcej?

Są kopnięci i borykają się z rzeczywistością bardziej niż niejedna inna rodzina, ale tak się dobrze z nimi gada! 

Nawet moja miłość do glutenu nie zepsuła mi przyjemności goszczenia u tej jedzeniowo (i nie tylko) niestandardowej rodziny.

Od wczoraj wcinamy podpatrzone u Kasi ziemniaczory puree z zielonym groszkiem.

12:34, inny_glos
Link Komentarze (2) »
czwartek, 14 sierpnia 2014

Taki mam dobry czas ostatnio. Siłuję się z różnymi rzeczami, ale nie czuję się pokonana. Myślę o śmierci zanim zasnę, ale nie czuję się przygnębiona. Siedzę w domu, ale nie czuję się samotna. Mierzę się z przyszłością, ale nie czuję się przerażona.

I nie wiem, co mi pomaga. Czy codzienne 25 minut medytacji? Czy terapia? Czy rozmyślanie o śmierci? Czy książki? (Psychoterapia Ezystencjalna - nie mogę się oderwać od czytania!). Czy dużo czasu wolnego?

Uświadamiłam sobie, że młodość się skończyła, a ja jestem w połowie życia (jak dobrze pójdzie;). I że tę drugą połowę (następny rok, pięć, dziesięć) mogę spędzić albo zadowolona, pomimo starzenia się i różnych życiowych niedogodności, albo niezadowolona ze starzenia się i różnych życiowych niedogodności. Czyli mam wybór. 

 

To tak jak z nogą. Mogę te sześć tygodni spędzić rozpamiętując ile cudownych rzeczy nie mogę teraz robić (ach! bieganie!), a mogę spędzić je robiąc te wszytkie cudowne rzeczy, które mogę. I na ile mogę. Biegać się nie da, ale jogę da się ćwiczyć. Mogę też czytać, leżeć w łożku, spacerować, pływać w morzu. Mogę.

Czytam też Eckharta i Thich Nhat Hanh. Nie wiem, czy dużo z tego pojmuję, ale oprócz tego, że mam wybór, dociera do mnie jeszcze jedna rzecz. Wiecie czym się różni facet, który zabił swoją żonę w kłótni i taki, który nie? Tym, że ten drugi umiał wytrzymać. Umiał być ze swoimi emocjami i nie musiał od razu ich się pozbyć, zrobić coś. Umiał być ze swoją wściekłością, rozczarowaniem, bólem i tak dalej. I to mi się wydaje kluczem do szczęśliwego życia: akceptacja emocji, nawet złych. Umiejętność stania twarzą w twarz ze strachem przed śmiercią, z bólem po stracie, z rozczarowaniem, z żalem, z gniewem. Siła do przeżycia tych wszystkich uczuć bez konieczności ucieczki, wypchnięcia ich w nieświadomość, zamienienia na działanie, uspokojenia za pomocą alkoholu, papierosów, seksu, odegrania się na kimś bliskim, odreagowania na dzieciach i tak dalej.

Rozumiem to, ale jest to takie cholernie, cholernie trudne. Trwanie w bólu - nie: rozpamiętywanie i nakręcanie się, ale trwanie. Trwanie w poczuciu, że jest się beznadziejną. Głupią. Staram się nie odpychać tych myśli, czasem zauważam, jak się pojawiają i znikają, czasem jest to tak potwornie trudne, że uciekam. 

Ćwiczę sobie na małych uczuciach - na przykład na swędzeniu. Chęć podrapania się nasila i nasila, jest już tak strasznie mocna, że nic, tylko się podrapać! Jak się nie podrapiesz, to oszalejesz! Już nie możesz o niczym innym myśleć! I jak osiągnie szczyt nie do wytrzymania, to nagle zaczyna słabnąć. Potem znowu rośnie i słabnie. A na koniec mija. Po prostu mija. Jak masz szczęscie;D

Ostatnio byłam na uniwerku, na spotkaniu przed rozpoczęciem roku akademickiego. Rozmawialiśmy o wynikach ankiet studentów, ewentualnych zmianach programowych, średniej ocen, czyli o codzienności uczelni wyższej. Patrzyłam się na tych wszystkich ludzi i czułam, że nie muszę tworzyć strasznie skomplikowanych historii, kto co kogo i dlaczego, nie muszę się zastanawiać czy mnie lubią czy nie i co o mnie sądzą, nie muszę również oceniać innych osób, czy są mądrzy, czy głupi i jak ich inni oceniają, mogę ten cały niemilknący bałagan w mojej głowie wyłączyć, nie traktować go poważnie, skupić się tylko na tym, o czym rozmawiamy. Nie było we mnie napięcia, nie było przyczajenia, nie było skupienia się na sygnałach niewerbalnych i strachu, że coś jest nie tak.

A tak w ogóle to enjoy yourself, it's later than you think!



12:50, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 08 sierpnia 2014

Coś dla wszystkich:



Najpierw proszę sobie puścić, a potem czytać resztę!

Jak słychać energia mnie rozpiera (rozbiera?) a ze wszystkich sportów to aktualnie mogę uprawiać medytację. Leżę więc w łóżku i rośnie mi brzuch, bo jak ma nie rosnąć, kiedy wcinam, bo brakuje mi przyjemności cielesnych w postaci robienia coś z ciałem, na przykład wyginania nim na różne sposoby, albo ruszania w szybkim tempie, albo w ogóle. A nie samym seksem człowiek żyje przecież. W ortezie muszę uważać jak idę, bo pomykam tak szybko, ludzie nie zauważą jeszcze, że kuleję i dopiero będzie. 

Adziarza nie ma jeszcze przez miesiąc, tęsknię za ziomkiem i jego tekstami.

Mi mówi, że to nasze takie ostatnie wakacje, miesiąc we dwoje tylko, we snach gotuję ogromne gary zupy, wyraźnie przygotowuję się na coś.

19:16, inny_glos
Link Komentarze (3) »
czwartek, 07 sierpnia 2014
Ostatnie kuszenie tego lata

Siedzę w domu i jest cudnie, dostaję wyrazy pocieszenia z Australii, goście mnie odwiedzają w domu, kiedy sobie tego zażyczę, a jak mam ochotę wyjść z domu, to umawiają się na piwo/wino/śpiew niepotrzebneskreślić gdzie tylko zechcę. Będąc w pierwszej połowie cyklu skreśliłam dwa ostatnie i tak wylądowałam swego czasu z Ni w Hairy Lemon. Było cudnie. Za tydzień będę w drugiej połowie cyklu, więc skreślę dwa pierwsze i też będzie dobrze, chyba że test pokaże, że nic, tylko się upić, to wtedy nie będzie wyjścia i skreślę piwo. Tym razem. 

Zepsuta noga ma również tę zaletę, że nie można chodzić w spodniach, a zatem na nowo odkryłam spódnice i sukienki i odtąd postanowiłam chodzić w sukienkach, rany, najstarsi ludzie nie pamiętają mnie w sukience, no może raz na ruski rok, który jak wiadomo trwa dwa razy dłużej niż polski, ale wszystkie, wszystkie sukienki które mam są nie takie. Nie pasujące. Od dłuższego czasu kusiły mnie zatem sukienki na Pepperberry, przecudne sukienki dla prawdziwych kobiet, z miejscem na biust i wcięciem w pasie, nie dwa prostokąty zszyte po bokach, które wyglądają prześlicznie na mnie dwadzieścia lat młodszej, której niestety już nie spotykam poza snami. Dzisiaj kuszeniu się wreszcie nie oparłam, bo ileż można się opierać, jak coś naprawdę kusi, zresztą mam inne ważniejsze rzeczy do opierania się i kupiłam sobie tę i tę i tę. Nie mogłam nie kupić patrząc na te ceny, prawda? Sukienka trzecia to moi drodzy JEDWAB, prawdziwy jedwab, wiecie, jak się jedwab układa na ciele? Otóż jedwab na ciele układa się cudnie, więc nie mogłam nie kupić. Ale to było ostatnie kuszenie tego lata. 

(Ale zobaczcie sobie też inne sukienki. No obłęd po prostu).

16:30, inny_glos
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 04 sierpnia 2014

Pracuję. Czasem kocham, czasem nienawidzę pracy w domu, mój umysł jak skacząca małpka myśli sobie, że jest w domu, to się może wyluzować i już po 10 minutach siedzenia nad pytaniami egzaminacyjnymi czuję to zachęcające swędzenie w odległym kącie mózgu nakazujące mi zaraz NATYCHMIAST W TYM MOMENCIE zobaczyć, co robią ludzie na fejsie albo jak się skończyła historia zaczęta dwa odcinki temu w serialu Lekarze, albo co też aktualnie porabia takajedna w tej Szwecji czy rodzina panstwa F. (no nic nie porabiają na bloxie? No jak to tak?? A ja tu zaglądam i zaglądam i pracować nie mogę!!). No więc zbieram się do kupy, zaganiam rozbiegane gąski myśli do zagrody, wzmacniam koncentrację, niestety, czasem nic nie działa a ja jestem myślami w Afryce. Albo w Urugwaju. I mam tyle przemyśleń, ach! jak dużo mam przemyśleń i opisań!, o chorobliwym zbieraniu wszystkiego, kolekcjonowaniu worków papierowych i pudełek po śledziach przez moich rodziców; o tym, czy lepiej jest dziecko rozpieścić i wychowywać je w przekonaniu, że cały świat kręci się wokół niego, czy go zgnębić i upupić, nie pozwalać mu na nic i zrobić z małego, wesołego, pełnego energii chłopaka grzeczną, dobrze wychowaną, zastraszoną pacynkę, która nie czuje że na cokolwiek zasługuje, która pyta się małym słabym głosikiem, tak cicho, że jej w ogóle nie słychać; o tym, że ja, zadeklarowana ateistka największe zrozumienie marzenia o dziecku znalazłam u zagorzałego katolika, członka Odnowy w Duchu Świętym, który zrozumiał, że dziecko jest ważniejsze od materialnego bezpieczeństwa i spokoju i po rozmowie z którym poczułam, co to znaczy 'nie lękajcie się'; o tych wszystkich sprzecznościach i paradoksach życia, które sprawiają, że jest tak cholernie trudno, ale tak cholernie ciekawie i pełnie, że aż chce się żyć.

Ale napierw praca, najpierw 'wpływ nauczania Kościoła Katolickiego na przemiany rodziny Irlandzkiej', gąski gąski do domu, skupiamy się, nie rozpraszamy misie tu!

14:12, inny_glos
Link Komentarze (5) »
stat4u