RSS
poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Jedziemy jutro do Pl. Niektórzy zasłużyli sobie na wakacje

 

bo tak ciężko pracowali

A inni

będą tylko osobą towarzyszącą. 

Bo sobie odpoczywali, nad morze jeździli

na wszystko mieli czas. A artykułu nie skończyli. Buu.

(Na swoje usprawiedliwienie tylko mają to, że przez trochę parali się nagłym zleceniem).

23:48, inny_glos
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 sierpnia 2013
ups, I did it again!

 

Killarney, godz. 20.15 temp. wody 14℃, temp. powietrza 16℃. Pierwszy trening morsa.

21:50, inny_glos
Link Komentarze (5) »
czwartek, 15 sierpnia 2013

Polak to jest indywidualista stadny. Polak lubi szydzić z zachodniego uniformizmu, ale nie wie, że wszyscy Polacy zachowują się stadnie.

Zmarł Mrożek. I kto nam teraz będzie mówił prawdę?

11:57, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 sierpnia 2013
Laski, dajemy!



 

Update:

Kobiety [w wieku 70-80 lat], które spacerowały albo wykonywały trening siłowy, uzyskały po sześciu miesiącach lepsze wyniki w prawie wszystkich testach poznawczych, niż na początku badania. Wystąpiły jednak niewielkie różnice w zależności od rodzaju treningu. O ile wyniki w testach na pamięć przestrzenną poprawiły się niemal jednakowo w obu grupach, to poprawa pamięci werbalnej okazała się bardziej znacząca u kobiet spacerujących.

Ale wiecie - szybki spacer dla 70-80cio letniej kobiety to to samo co bieganie dla kobiety 40 - 50cio letniej.

 (...)

Wiadomo, że poziom neurotrofin [białka zwanego BDNF mającego kluczowe znaczenie dla rozwoju komórek mózgu] maleje z wiekiem oraz pod wpływem stresu i stanów depresyjnych i ma to wpływ na naszą zdolność do uczenia się i zapamiętywania. Dobrze więc wiedzieć, że możemy mieć wpływ na ten proces. Wystarczy regularnie ćwiczyć. 

 

PS.

Drugi obrazek sciagnelam, bo Mi powiedzial, ze jest sick, czyli zboczony. Nie wiem, co mu sie tam skojarzylo, ale nie bede gorszyc meza.

22:57, inny_glos
Link Komentarze (1) »
wtorek, 13 sierpnia 2013

No więc tak - niestety, sport nie jest zdrowy. 

Od kiedy rzuciłam (rzucałam) palenie chciałam coś sobie ćwiczyć, czyli w języku popularnym 'uprawiać sport', jak niektórzy ziemniaki. I to był mój błąd. 

Trzeba było uprawiać ziemniaki, a nie:



Po trzech miesiącach biegania dostałam zapalania przyczepu mięśnia czyli po prostu tendonitis, bardzo popularną chorobę biegaczy, taka łydka biegacza, czyli biegaczowy łokieć tenisisty albo zespół cieśni nadgarstka, choroba kasjerek w wydaniu biegaczy (już wiemy, że praca też nie jest zdrowa). Zapalenie miało przejść po dwóch tygodniach, niestety jeszcze po miesiącu bolało i biegać nie mogłam.

Przestałam więc próbować, ale wiadomo - sport to zdrowie, więc się strasznie ucieszyłam jak na grouponie pojawiło się 10 wejściówek na siłownię z basenem i sauną za jedyne 19.99.

Kupiłam i ruszyłam do boju. Wejściówki trzeba wykorzystać w ciągu miesiąca!

Klapki, czepek, strój, ręcznik, okularki i dawaj na basen, pływanie to przecież najzdrowszy ze sportów, prawda? Zero możliwości kontuzji, najszybsze spalanie kalorii, rzeźbienie mięśni pośladków, ud, klatki piersiowej, cudowny, nie opadający biust, dobra postawa, poprawa wydolności oddechowej, a przy tym czysta przyjemność - sport idealny. Dziarsko zaczęłam chodzić na basen i uczyć się pływać kraulem (umiem! umiem! sekretem są okularki - dopóki nosiłam okulary to nie mogłam okularków, od kiedy mam soczewki, zakładam okularki i wiooo!), doskonalić pływanie kraulem (umiem już na trzecią rękę, jeśli wiecie co mam na myśli;), pobijać rekordy w pływaniu kraulem, pobijać rekordy w żabce krytej i takie tam. Cudownie, nie? Tylko od drugiego pływania zauważyłam, że pokasłuję po jednym-dwóch basenach kraulem - no tak, myślałam sobie, nawdychałam się wody i tyle, przecież jeszcze nieporadnie mi to oddychanie bokiem wychodzi (dosłownie, jak widać). Tyle tylko, że pokasływałam jeszcze po przyjściu do domu i tak ze dwa dni później i wyraźniej czułam to moje słabsze płuco. Co jest do cholery, myślałam sobie, pływanie ma przecież poprawiać 'bazę tlenową' a nie sprawiać, że zaczyna ci się gorzej oddychać! No więc mijały dwa-trzy dni i już lepiej się czułam i znowu na basen i znowu zaczynałam pokasływać. Nie tak spektakularnie, nie tak poważnie nawet, żeby to nazwać kaszlem i iść do lekarza, tak troszeczkę tylko, jakbym była zatkana w płucach, jakby mnie leciutko coś tam smyrało i piekło, a potem musiała to wykrztusić. 

No to zaczęłam pytać dr Googla, bo już się znowu zaczęłam bać (wiecie czego) i proszę bardzo: najnowsze badania sugerują, że pływanie na basenie może być przyczyną astmy. (Czyli nie dość, że mam chorobę biegaczy, to jeszcze chorobę pływaków. Sweet.) Naukowcy uważają, że jeden basen więcej na 100.000 mieszkańców może zwiększać zapadalność na asmę u 13-14 latków o 2-3.5%! I właściwie hipoteza chloru basenowego jest obecnie najpoważniejszą konkurentką hipotezy przesadnej higieny w wyjaśnianiu wzrostu zachorowań na astmę w ciągu ostatnich 50 lat. Największe stężenie chloru (czy też precyzyjniej tego tam 'trichloramine') jest do 10 cm nad powierzchnią wody, czyli dokładnie tam, skąd bierze się oddech przy krytym kraulu. Fcuk! Najbardziej zagrożone wystąpieniem astmy w późniejszym wieku są małe dzieci, które regularnie korzystają z basenu, np. mają lekcje pływania.

(Najnowsza rządowa inicjatywa jawi się teraz w zupełnie innym świetle... I jak tu nie wierzyć teoriom spiskowym! chcą wykończyć Naród Polski! nitrogen trichloride jest wykorzystywany również jako gaz łzawiący ... no tak, już się rodzi mało dzieci, a te, które się urodziły trzeba zagazować na basenie... uwielbiam teorie spiskowe:).

Przy czym zagrożenie bardzo rośnie przy równoczesnym posiadaniu zwierzaka (kontakcie z sierścią).

Czyli jak wyhodować asmatyka: zapisz dziecko na lekcje pływania, bo to zdrowo, i kup mu zwierzaka, bo to dobre dla rozwoju dziecka. Nie zaszkodzi popalać przy maluchu od czasu do czasu;)

Ale do rzeczy: pozostało mi zatem pływać tylko w morzu, skoro skład chemiczny wody morskiej przypomina skład płynu owodniowego (swoją drogą muszę poszukać jakieś poważniejsze źródło) - tylko jest, kurczę blade, troszeczkę zimniej, chciałam zauważyć. Ze sportów więc jedynie ice swimming!





No nie, przepraszam, to nie Finlandia ani Rosja, to może raczej tak:



Juuuuuhuuu!

14:43, inny_glos
Link Komentarze (12) »
niedziela, 11 sierpnia 2013

Po namyśle myślę (hehe), że nie chodzi tu o chwalenie - bo przecież ludzie robią większe rzeczy, nie ma co się porównywać - ale o zauważanie. Że tak często nie zauważamy, że coś się udało, że coś zrobiliśmy, a przecież wcale nie musiało tak się stać.

Świadomie sobie postanowiłam, że chcę zauważać, że coś się dobrego udało. Że coś dobrego jest. Bo zapominam, bo nie pamiętam, bo jakoś tak - pojadę banałem - widzę, czego nie mam, a nie widzę, co mam. 

(No już chyba z tego egzatowania nie wyrosnę. W sumie im jestem starsza, tym bardziej doceniam egzaltację - umiejętność zachwycania się kiedy się równocześnie wie, że świat nie jest tylko jak z książeczek dla dzieci.)

Bo czasem ten świat mnie obezwładnia, jak na przykład na tym niedawnym spacerze:

I jeszcze wywiad z Tomaszewskim, który radzi by robić dokładnie odwrotne zdjęcia, niż ja wam tu prezentuję.

Najważniejsza rada jest taka, by byli ogniem a nie ćmą. Jeśli człowiek czuje się samotny w swojej fotografii, jeśli wszyscy robią to, czego on nie robi - jest na dobrej drodze. Tego powinien się trzymać. Powinniśmy szukać klucza do samego siebie, do swojej odmienności, oryginalności i z tego uczynić wehikuł, na którym można daleko zajechać.

Ale i tak go uwielbiam.

I yes, I will!


00:37, inny_glos
Link Komentarze (3) »
sobota, 10 sierpnia 2013

Od wczoraj przykuta do komputera siedzę i robię korektę Mi. I powiem wam, że nie mogę uwierzyć, że jeszcze nie mogę sama uwierzyć, że mój mąż w 3 miesiące zrobił badania, zanalizował je i napisał 80 stron magisterki po angielsku, 80 stron, które w dodatku mają sens! Ostanio nic nie robię na blogu, tylko się chwalę, a co mi tam, chwalę się, bo jestem dumna, bo dał radę, bo jeszcze tak niedawno nie byliśmy pewni, nie wyobrażaliśmy sobie tego, nie wiedzieliśmy, że damy radę. Że da radę. Ech, nawet, jak będzie musiał włożyć dyplom do szuflady (oczywiście, że się z taką opcją liczymy), to jest to dyplom z setnej na świecie uczelni. No i przynajmniej oduczył się pisać 'it it interesting' w co drugim zdaniu. I może skończy drugie studia przed czterdziestką;)

22:45, inny_glos
Link Komentarze (4) »
czwartek, 08 sierpnia 2013

Boże, to lato się nie kończy! Uwielbiam, wielbię słońce, ciepło, rośnięcie, pęcznienie, kwitnienie, życie!

Zrobiliśmy sobie przerwę od pracy i wyrwaliśmy się na chwileczkę na festiwal teatrów ulicznych do Ukrytej z rodziną. I powiem wam, że gdybym była jeszcze bardziej wyrodną matką niż jestem, a przy tym zachowałabym resztkę rozumu to oddałabym swoje dziecko na wychowanie Kasi - takie ma cudowne dzieciaki! Choć oczywiście jest taka możliwość, że to wcale nie jej zasługa, tylko dostała takie fantastyczne egzemplarze od Spaghetti Monster. Whatever. Dzieciaki biegają na bosaka po skałach, a Kasia z iście kamiennym spokojem siedzi sobie z boku i rozmawia ze mną. Nie ma korby, że dzieci się przewrócą / spadną ze skały /zabiją / potłuką / stłuką sobie kolanko i umrą na miejscu / zarażą się straszliwą kamienną zarazą / pożrą ich drapieżne stułbie, chełbie i meduzy / przyjdzie niespodziewana fala tsunami i zmiecie je z powierzchni plaży, czyli tak, jak ma wiele znajomych mi matek. Dzieci (o zgrozo!) MOGĄ biegać na bosaka po kamieniach i wchodzić do wody! I (o podwójna zgrozo!) z tego korzystają! Strrrrrrasznie podobały mi się takie małe umorusane łobuzy, zwłaszcza, że w 2/3 były to dziewczynki - cudownie niegrzeczne, złośliwe potwory, które chodziły wszędzie za Mi trzymając go za rękę i zaśmiewając się w głos. A przy tym przynosiły mu w kółko poziomki, laurki, obrazki, kamyczki i różne inne skarby, nazywały go wujaszkiem-śmierdziuszkiem (w przypływach sympatii - pachniuszkiem) i pytały się mnie "ciociu, a co wujek lubi NAJBARDZIEJ?" i kiedy rozmyślałam co by tu odpowiedzieć zamiast "sex, piwo i mnie" na poczekaniu machały parę obrazków dla wujaszka, na których to bierze on ze mną ślub przy widowni siedzącej na krzesłach i rechoczącej od ucha do ucha, przy czym niepokojąco przypomniającej dwie małe dziewczynki w wieku wczesnoszkolnym i chłopczyka lat około dwóch (malunki do wglądu).

Czyli kompletnie skradły nam serca.

Kasia, boginka groszku, bobu, fasoli, marchewki i kur, opiekunka pomidorów i dziwnych roślin rosnących w ich domu wszędzie, nie wspominając już o dzieciach, niniejszym zostaje odznaczona moim prywatnym medalem Sheeli-na-gig co i trochę straszna jest i potężna zarazem, a jak się za to na mnie obrazi, to trudno. Jak się na coś zasługuje, to się zasługuje i już. Można zawsze nie przyjąć, jak Pasternak i Sartre nagrody Nobla i jak "się" cztery sadzonki pomidorów, które dostaliśmy od Freyów. Dogorywające właśnie w południowym słońcu. Pomidory zdecydowanie nie lubią podróżować autobusem. Nawet mi nie jest tak niedobrze w samochodzie jak im. Albo nie chcą mieszkać w Dublinie. Na razie z nimi negocjuję, ale coś kiepsko to widzę.

(Uwaga! Dalej będzie egzaltowanie i egzystencjalnie.)

A oprócz tego po rozmowie z koleżanką czuję, że muszę napisać manifest:

Zatem w MOIM świecie miłość istnieje, to jest dobre i co więcej jest możliwe, że ludzie są ze sobą do końca życia, nie zdradzają się i nie zostawiają w nieszczęściu i chorobie, przejmują się innymi,  pomagają sobie, wspierają się, czują uczucia innych ludzi i się nimi przejmują, chcą innym ulżyć i pomóc, pragną intymności a nie tylko seksu, faceci koło czterdziestki kochają swoje czterdziestoletnie żony, nawet, jeśli nie mają z nimi ślubu, i ich brzuchy i ich cycki (nienajświeższe już) i ich twarze, żony, z którymi nie muszą mieć ślubu, są dla nich pociągające, kochają się z nimi często i nie zamieniliby ich na nikogo innego. A żony tak samo. A jak się tak nie kochają, to się rozstają i spotykają kogoś, z kim się tak kochają. Bo bez miłości nie ma życia.

Oczywiście są również ludzie, którzy tak nie robią, są mordercy, psychopaci, pedofile, egoiści, narcyzi i faceci, co zdradzają swoje żony. Ale z nimi się nie zadajemy. Współczujemy im, ale się z nimi nie przyjaźnimy. Nie chcemy z nimi utonąć na pustyni.

Bo ten świat, moi drodzy, bez interpretacji NIE MA SENSU (dziękuję Sartrze). Ma tylko sens o tyle, o ile go nadajemy. I taki, jaki mu nadajemy. 

A ja nie zgadzam się na inny świat. Innego świata dla mnie nie ma. Jeśli ktoś lubi - proszę bardzo. Może sobie mieszkać na pustyni. Ale ja nie lubię. Ja lubię mieszkać tu. Ja lubię pływać w morzu. Mimo, że to czasem boli.

16:40, inny_glos
Link Komentarze (2) »
piątek, 02 sierpnia 2013

Po dwudniowym 'piłowaniu trupa' jak to Iwaszkiewicz mówił o jałowym pisaniu, nastał dzień skupienia, łatwości uwagi, płynności myśli, zainteresowania tematem. Postanowiłam skończyć i chyba to otworzyło mnie na zmianę podejścia. Skończyć trzeba to, panie i panowie, a więc do boju,

kończ Waść, wstydu oszczędź!

00:35, inny_glos
Link Komentarze (1) »

Zbliżający się koniec projektu poznaję po narastającej panice i głębokim wewnętrznym przekonaniu, że wszystko jest do dupy. Kiedy nic, tylko mam ochotę wcinąć delete i 'wysłać cały ten bełkot w kosmos' to znak, że się napracowałam i boję się, że skończę. A kiedy skończę, to koniec - koń, jaki jest każdy widzi, i każdy będzie mógł go opluć, wylać na niego pomyje i wyśmiać, a biedny konik będzie sobie stał i stał i cierpiał i czekał na Nietzchego jak na Godota. 

Zafascynowana jestem życiem, naturalnym biegiem spraw - tym, że ciąża się kończy, niezależnie od tego, czy jesteśmy na to przygotowani, czy mamy wystarczająco pieluszek, kocyków i śpioszków, tym, że dzieci dorastają i odchodzą, choć my wcale nie czujemy się na to gotowi, a co więcej nie czujemy, żeby one były na to gotowe - przecież nadal są malutkie i sobie nie poradzą.

00:34, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
stat4u