RSS
piątek, 28 lipca 2017

Ach, lekceważę bloga, opowieść skończyła się dziesiątego lipca, a tu prawie już jego koniec!

A zatem, pewnego dnia, kiedy postanowiliśmy rozszerzyć trochę nasze poszukiwania i szukać również na obszarach, na które wcześniej kręciliśmy nosem (jeszcze kawałek dalej od miasta, poza taką naszą umowną granicę na jednej ulicy) pojawiliśmy się na pewnej ulicy, aby obejrzeć pewien dom. Dość tani, dość mały, ale z dużym zachodnim ogrodem czyli w tak zwanym aspekcie wschód-zachód: jedna sypialnia na wschód, druga na zachód, kuchnia na zachód, pokój dzienny na wschód. Dla niektórych to najlepszy aspekt pod słońcem, zapewniający mnóstwo bezpośredniego światła przez cały dzień i to właśnie nas skusiło, żeby go obejrzeć. Niestety, spóźniliśmy się nieco na oglądanie i agentka już sobie poszła. Postaliśmy sobie chwilkę na ulicy, z domu na przeciwko obczajała nas brygada młodych Irlandzkich dresów, z domu obok, z porzuconym, zardzewiałym rowerkiem i starą kuchenką na trawniku, wyglądały na nas ciekawskie oczy dzieci. Większość dresów weszła do środka, na podwórku zostało tylko dwóch dość głośno rozmawiających ziomeczków koło trzydziestki, kolesie jak wyjęci z filmów gangsterskich, łącznie z sygnetami, łańcuchami, białymi adidasami i odpowiednim akcentem. Dom też był interesujący, złocone końcówki sztachet pobłyskiwały w słońcu, fantazyjne ornamenty w oknach puszczały wesołe zajączki, a oślepiającą białość ściany frontowej podkreślał wybetonowany ogródek. Z furą na podjeździe, oczywiście. Zaradność finansowa sąsiadów rzucała się w oczy, można by powiedzieć, i nie bardzo czuliśmy się tam na miejscu, z naszymi ideami, rowerami i pewną życiową głupotą. 'To nie jest dom dla nas' stwierdziłam głośno, ale postanowiliśmy jeszcze trochę pojeździć po okolicy. Agentka powiedziała nam o dwóch nowych domach, które zostaną wystawione na sprzedaż na dniach i chcieliśmy je obejrzeć, choćby z zewnątrz.  

W miarę, jak oddalaliśmy się od B. Parade*, robiło się coraz przyjemniej, a kiedy z powrotem przekroczyliśmy tę naszą umowną granicę poczuliśmy się już zupełnie dobrze. Niby podobne uliczki, parę minut na rowerze dalej, a atmosfera zupełnie inna, choć nawet trudno byłoby opisać, co składało się na tę różnicę. Jakieś bardzo nieuchwytne uczucie, że teraz już można głębiej oddychać, jakieś detale, drobiazgi zapewne podprogowo rejestrowane szczegóły zapewniły mnie, że tutaj jest bezpiecznie, że to dobre miejsce. Nowy dom również robił przyjemne wrażenie, z trawnikiem i krzakami róż, bez nadmiernego betonu, nic specjalnego, ale w połączeniu z okolicą wszystko to sprawiło, że oboje stwierdziliśmy jednogłoście, że 'fajny jest', jeszcze nawet przed zobaczeniem go w środku. Blisko parku (450m), na cichej uliczce, z dzieciakami na hulajnogach, z bocznym wejściem (rowery! będzie gdzie trzymać rowery!) i przystankiem minutę od domu z autobusem prosto do Adka uniwerku.

* jak się później okazało, mieliśmy dobre przeczucia - nie dalej niż w zeszłym tygodniu na tej ulicy skonfiskowano narkotyki za 4 mln euor: https://www.irishtimes.com/news/crime-and-law/three-men-arrested-after-drugs-worth-4m-seized-in-dublin-1.3158745

14:38, inny_glos
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 10 lipca 2017

Widzieliśmy też puste domy, jak ten, w którym w dobudowanej kuchni podłoga się uginała pod stopami jak mech; inny, w którym odpadało wszystko, łącznie z pierwszym stopniem schodów i który nawet byśmy brali pod uwagę (OGRÓD! Piękny, duży, narożny, południowo-zachodni! lokalizacja! do pracy 10 minut na rowerze!), gdyby nie małe okna z przodu, a takie małe okna to taki właśnie szczegół, którego w Irlandii się nie zmieni, bo do tego potrzebna zgoda Urzędu Miasta na przebudowę, która przy starych domach jest prawie niemożliwa do uzyskania, czyli byłoby ciemno ciemno ciemno. I jeszcze jeden, w którym do wymiany było praktycznie wszystko, łącznie z całą kuchnią-samoróbką, gdzie człowiek czuł się jak w altance działkowej. Lecz jeśli myślicie, że przerażał nas stan rozkładu, to jeszcze mnie nie znacie, wbrew pozorom żaden z tych domów nie dobił mnie tak bardzo jak to pierwsze mieszkanie z lokatorami, mam wystarczająco bogatą wyobraźnię i wystarczająco głęboką naiwność, żeby się porywać z motyką na słońce. Ale trzeba mieć na tę motykę, a domy te już w momencie jak do nich wchodziliśmy kosztowały wszystko, co dotychczas uzbieraliśmy. Czyli mieszkalibyśmy w altance, dopóki nie naskładalibyśmy sobie na pożądny remont, ale przecież nawet to jeszcze by nas nie odstraszyło (przecież mówiłam, że jestem pierwsza do motyki!), gdyby nie Mo. Z małym dzieckiem to nawet ja sobie zdaję sprawę, że było by nam bardzo bardzo bardzo ciężko. Tym bardziej, że Mo jest uczulona na roztocza. Tym bardziej, że Adek ma skłonności do astmy. 

Widzieliśmy też ładne domy, w gorszej dzielnicy, więc byłoby nas stać, ale w lepszej jej części, więc moglibyśmy mieszkać. Z pięknymi meblami i kuchnią na wysoki połysk, gustownymi sofami i eksluzywnymi kaflami w łazience. Z północymi ogrodami, porostami na drewnianej balustradzie od strony ogrodu i okrytymi mchem (no, prawie;) zabawkami dziecięcymi na tarasie przy domu od tej północnej ściany, która w Irlandzkim klimacie byłaby wiecznie narażona na wilgość. Więc oglądaliśmy je tak naprawdę, żeby się przekonać. O tym mchu i ślimakach w północnych ogrodach.

00:22, inny_glos
Link Komentarze (5) »
sobota, 08 lipca 2017

Nasza podróż przez różne budynki - teoretycznie mieszkalne, praktycznie w różnej fazie dezintegracji - trwała. A więc najpierw, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że chcemy dom, poszliśmy oglądać mieszkanie trzypokojowe. Co ja mówię - mieszkanie - norę! ciemną, wilgotną norę, grobowiec, z maluśkimi oknami wychodzącymi na ścianę albo wysuniętymi tak, że cały pokój jest marnie oświetlony, mieszkanie, w którym jeszcze ciągle mieszkali lokatorzy, jakaś azjatycka rodzina z dziećmi i krewnymi, niektórzy z nich właśnie odsypiali nocną zmian, a agent otwierał drzwi do pokojów, w których zmęczeni, biedni ludzie, ze schowanymi twarzami, zakutani w kołdry, leżeli na materacach na podłodze.

Ciemna, zagrzybiała łazienka, w przedpokoju dziura w ścianie zasłonięta dyktą i rozczulające dziecięce rysunki przyklejone taśmą klejącą do odłażącej tapety, w dużym pokoju, połączonym z kuchnią, dwie sofy i kolejny materac, oparty o szafkę, widać, że ludzie śpiący tutaj w nocy muszą rano szybciutko się zebrać i zrobić miejsce na dzienne aktywności całej rodziny. My z Morinką zaglądający w każdy kąt i uśmiechający się z zażenowaniem lokator, który nam otworzył, 'I am sorry, I am very sorry' mógł tylko powiedzieć Mi na koniec.

Mieszkanie wystawione 'okazyjnie' za 180, okazyjnie, bo to centrum, ale jak przekroczyliśmy próg już kosztowało 240 i "musicie się szybko się decydować, bo sprzedającemu zależy na czasie". A widok tych biednych imigrantów, rodzin z dziećmi, ludzi, traktowanych jak nie-ludzie, zmęczonych, skulonych, zwiniętych postaci, zapierdalających w nocy, pewnie za płacę minimalną, na ten dobrobyt Irlandii i tego agenta, coby mógł sobie kupić kawę za dwa euro i chińszczyznę za pięć, agenta właśnie włażącego z butami w ich intymną biedę, i brud, bo jak jesteś biedny to mieszkasz w 10 osób a każda wymiana zaplutej wykładziny to luksus, w ich prywatność i wstyd, depczącego po kołdrach i ich godności, cały ten obraz nawiedzał mnie jeszcze długo.

 

15:42, inny_glos
Link Komentarze (2) »

Ake mi tutaj chce zepsuć suspens, ale ja się nie dam;)

A zatem pierwszym domem, który nam się spodobał, był ten oto tutaj. Niepozorny, dość mały, taki skromny, bez żadnego zadęcia i bez udawania, ale w fajnym (dość) miejscu, blisko parku, z zachodnim ogrodem, oryginalną drewnianą podłogą i oryginalnymi kominkami z lat 30tych. Dom, w którym nie trzeba właściwie nic robić i można się wprowadzać od zaraz, co nie znaczy, że od razu nie chciałam i nie planowałam w myślach co zmienię, co przestawię i co przemaluję. Ale ten jego brak zadęcia do nas przemówił, tym bardziej, że chyba przez właśnie to nie było żadnych chętnych, kiedy dzień po oglądaniu zadzwoniłam do agentki. Zaoferowaliśmy cenę 10 tys. niższą niż wywoławcza i mieliśmy nadzieję, że różne jego mankamenty odstraszą potencjalnych właścicieli: brak korytarza czy jakiegoś ganku, miejsca, gdzie możnaby powiesić płaszcz (GDZIE ONI TRZYMAJĄ BUTY??), malutka kuchnia, jak widać na zdjęciach, mniejsza właściwie od tej, którą teraz mamy, ale przede wszystkim łazienka W PRZYBUDÓWCE NA DOLE. Dość spora i właściwie w porządku, ale po pierwsze, zasłaniająca ogród, który można sobie oglądać z kibelka, zamiast z kuchni czy dużego pokoju, a po drugie, aby do niej dojść z sypialni na górze trzeba przejść przez cały dom - zejść po schodach, przejść przez duży pokój i jadalnię, kuchnię i mały korytarzyk. W nocy na przykład. Jak chce się siusiu. W planach zatem mieliśmy dorobienie łazienki na górze, ale za jakiś czas, jak już uzbieramy, a na teraz mieliśmy nadzieję, że to skutecznie zniechęci potencjalnych nabywców.

Agentka ofertę zanotowała i zaległa cisza, na jakieś dwa tygodnie. A po dwóch tygodniach licytacja nagle przyśpieszyła, agentka zadzwoniła do nas i triumfalnie poinformowała, że właśnie ktoś dał 237, od tego czasu cena zaczęła rosnąć, a my po cichu przestaliśmy po prostu brać udział w licytacji, kiedy oferty przekroczyły 250. Agentka zadzwoniła jeszcze do mnie prawie miesiąc później aby poinformować, że cena wynosi 262 i wtedy już oficjalnie się wycofaliśmy.

To nie był dom dla nas.

W międzyczasie oglądaliśmy przeróżne domy, ale wszystkie w stanie mniejszego lub większego rozkładu a sprzedawane za 240, 250 czy 280 tysięcy i wtedy zaczęło do nas docierać, że na tę okolicę już nas nie stać. 

00:22, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 07 lipca 2017

Od tego czasu zaczęliśmy oglądać przeróżne nieruchomości w wybranych dzielnicach. Głównym kryterium była oczywiście cena - nie przekraczająca 250 tys., ale, jak się szybko okazało, lista rzeczy, które taki dom powinien mieć z każdym następnym oglądniętym domem się rozrastała. I tak, południowy, albo zachodni ogród, w ogóle ogród, a nie 'courtyard', który może wyglądać tak:

natural courtyard decoration combined with corner white seating area set under wooden pergola canopy for small space

albo tak:

stoneybatter

choć najczęściej tak:

inchicore

Do tego blisko do niewyznaniowej szkoły, do której zapisałam Mo jak miała 6 miesięcy (91% szkół podstawowych w Irlandii to szkoły katolickie, trochę jest protestanckich i dwie muzułmańskie;), albo drugiej niewyznaniowej szkoły, do której chodził Adek, coby nie musiała potem na lekcji religii kolorować podręcznika z krzywo odciętymi poleceniami i wyrwanymi zasadami wiary, jak dziecko mojej koleżanki. 

Ogród, szkoła, nie bardzo ruchliwa ulica, bo mimo, że przyzwyczaiłam się do szumu samochodów tu, gdzie mieszkamy, chciałabym móc wypuścić na ulicę Mo bez ciągłego lęku, że wpadnie pod samochód. Spokojne osiedle, sąsiedzi z dziećmi. Dom nie za duży, żeby zostało nam na chleb, jak będziemy musieli go ogrzewać w zimie, ale i nie za mały, żebyśmy mogli się pomieścić w czwórkę. Dwie sypialnie, tzw. living room i kuchnia/jadalnia osobno. Fajnie byłoby z bocznym wejściem, aby móc gdzie trzymać rowery. I co najważniejsze, nie za daleko od centrum, abyśmy mogli wciąż dojeżdżać na rowerze do pracy - moją granicą jest pół godziny, czyli 6 kilometrów od centrum miasta. Nie mieliśmy zbyt wielkich wymagań do stanu domu, mógł być 'trochę używany', a nawet bardziej, niż trochę. Damy radę.

Szybko okazało się, że domy którymi jesteśmy zainteresowani w tych 'lepszych dzielnicach' (ale proszę tej lepszości nie brać dosłownie, Irlandczyk by się przewrócił ze śmiechu, słysząć, że Drimnagh czy Crumlin to 'lepsze dzielnice') choć startują z ceny akceptowalnej dla nas, bardzo szybko idą do góry.

Krótkie wyjaśnienie procesu kupowania domu w Irlandii: Dom jest wystawiany na sprzedaż (na przykład na tej stronie:http://www.daft.ie/dublin/property-for-sale/crumlin/) z tzw. asking price, która określa mniej więcej ile chce sprzedający, ale nie jest ceną sprzedaży. Ta zależy od tego, ile zechcą dać kupujący, którzy po obejrzeniu domu składają ofertę do biura. W czasie rosnących cen jest ona przeważnie podbijana przez innego kupującego, który dowiadując się o daną nieruchomość od razu uzyskuje informacje o tzw. 'current offer' i jeśli chce, może dać więcej. Takie podbijanie ceny trwa jakiś czas, jak długo zależy głównie od tego ile osób jest zainteresowanych oraz od ograniczeń czasowych sprzedającego, a kiedy zostanie na placu boju jeden oferent agencja przeważnie czeka dzień i ogłasza wygranie przetargu. Tu następują gratulacje a oszołomiony delikwent nie może pozbierać szczęki z podłogi nie wierząc, że właśnie dał 50 tysięcy więcej  za dom i nie wiedząc, czy ma się cieszyć, czy rozpaczać. Na tym etapie może się oczywiście jeszcze wycofać, ale przecież już przeważnie wie, że nie ma szans na kupienie domu taniej, bo we wszystkich innych aukcjach, które przecież obdzwonił, cena też już jest 30-40 tysięcy wyższa, a końca nie widać.

 

 

 

14:21, inny_glos
Link Komentarze (1) »
stat4u