RSS
wtorek, 26 lipca 2016

W parku był pan. Miał zamknięte oczy, leżał na wpół skulony na boku, na poduszce, w półcieniu. Był blady i chudy. Obok pana stał wózek inwalidzki, siedziała kobieta i mężczyzna, co jakiś czas któreś z nich się lekko nad panem pochylało, jakby sprawdzało, czy jest mu wygodnie, czy nie prosi o coś ledwo słyszalnym szeptem. Pan wyglądał na trzydzieści parę lat.

Ściągnęłam buty i przeszłam się po sprężystej, lekko chłodnej trawie. Nabrałam do płuc powietrza nabrzmiałego różami i lipami, i jeszcze raz i jeszcze i jeszcze. Morinka eksplorowała okolice parkowego murku, puszczała się i klapała na pupę, podciągała się po zaokrąglonej krawędzi i puszczała raz jeszcze, rączki w górze, łapie równowagę i bach! I znowu, i znowu, i znowu. 

Jestem. Jestem. Jeszcze jestem. Jeszcze trwam. Jeszcze mogę patrzeć na takiego cudnego Moriniaka.

 

(zdjęcie by ciocia Kinga)

Jeszcze mogę bosą stopą dotykać trawy. 

Z niemowlakiem życie jest monotonne i rozkosznie wygląda tylko na zdjęciach, rano z trudnością otwiera się oczy, a tu trzeba się bawić (i gdyby nie ta fala słodyczy przemieszanej z odpowiedzialnością, co zalewa za każdym razem, kiedy patrzą się na nas oczka ufne, że mama kocha, to człowiek odwróciłby się na drugi bok i burknął coś na odczepnego). Potem pierwsza drzemka, szybki prysznic i kawa, po południu spacer, park i druga drzemka, obiadek, zabawa z tatą albo bratem i usypianie. Jakieś zakupy, gotowanie obiadu, nastawianie i wywieszanie prania, co parę dni jeszcze kąpiel, takie tam rozrywki. Noc pełna karmienia. A rano od nowa. I zapomina się, że przecież się jest. Że ma się to całe życie, jeszcze. Jeszcze. Teraz. I nie ma na co czekać.

19:57, inny_glos
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 25 lipca 2016

Jak trudno czasem choć jedno zdanie. Ale. Dziś kupiłam jej pierwsze prawdziwe buty. Nie było zbyt dużego wyboru, właściwie była to jedyna para dostępna, bo nie chciałam skórzanych, skoro jestem wegetarianką, więc ma granatowe trampki.

Od paru dni mówi 'mama'. Przeważnie w sytuacjach płaczliwych. Ale dziś po raz pierwszy po drzemce rano otworzyła oczka i powiedziała do M 'mama ?'.

W życiu nie słyszałam czegoś słodszego.

Rozważamy różne opcje, które umożliwiłyby nam posiadanie własnego mieszkania. Byliśmy w banku, bank może nam pożyczyć 50 tys euro. Mamy trochę uskładane, ale najtańsze  mieszkania kosztują 150. Tyle nie mamy.

Myślimy usilnie co by jeszcze można zrobić i od kogo pożyczyć. I nie wiem właśnie, czy jestem takim prawdziwym biedakiem. Co nie ma własnego kąta. Wszystko to jest dość względne, bo w Pl stać byłoby nas na dom z ogrodem. Oczywiście poza miastem. 

00:53, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 lipca 2016

Obezwladnijacy zapach lip.

01:02, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 lipca 2016

A

 

Wczoraj nad morzem bylo właśnie tak.

10:03, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 lipca 2016

Hahaha! obiecanki cacanki!

Ale musze sobie wybaczyc, bo jest TAKA pogoda, ze najstarsze O'Connory nie pamietaja, wiec kazda wolna chwile spedzam nad morzem albo w najgorszym wypadku w parku.

Zeby nie byc goloslowna, prosze bardzo, jest tak goraco, ze katedra leci troche w lewo.

No i oczywiscie Moriniak musi byc:

00:21, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 lipca 2016

Paradoksalnie, bieganie dodaje siły, a po biegu przestaję dywagować o starości. Dziś 5 km, cudny, cudny wieczór, pachną lipy, ludzie ze szklaneczkami przed pubami, zamyślone nastolatki na balkonach z papierosem, zakochane pary na ławkach, a my z M zasuwamy w naszych butach z Lidla (polecam jak ktoś biega tzw. rekraacyjnie). Fantastyczny sposób na piątkowy wieczór. Zdecydowanie jestem sową, rano tak do dziewiątej ledwo otwieram jedno oko na tyle tylko, żeby Moriniak nie zrobił sobie czegoś złego.

23:59, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 lipca 2016
Jeśli to starość, to nie wiem

jak przeżyję następne 40 lat.

Pocieszam się, że może to po prostu zmęczenie/niewyspanie/samaniewiemco. Ale nie, to chyba starość (przychodzą mi na myśl te wszystkie fragmenty w których 'krew mu wolniej krążyła w żyłach). Właśnie się tak czuję. Wolniej krąży, cholera. 

Nie mam siły na najprostsze rzeczy. Jak przeniesienie Morinka z dołu go góry i z powrotem po raz piąty, bo zapomniałam paska do spodni. Z szafy. Na górze. A przecież zostawić jej nie mogę, bo człozwierz wspina się po schodach. Od dzisiaj właśnie. A wybiegu dla człozwierzy nie mam. No więc idziemy na górę obudzić Adka, bo już dwunasta, a synek śpi, na dół, na górę umyć rączki, na dół, na górę po krem do rąk. Spędzamy trochę czasu w sypialni. Idziemy na dół, na górę ubrać się na spacer, na dół, na górę po skarpetki dla Moriniaka, na dół, na górę poprosic Adka, żeby zniósł wózek po schodach. Na dół. Czekamy na Adka. Aaaa nie, cholera jasna, zapomniałam paska do spodni i mi spadają. Z powrotem na górę.

(Mieszkamy w takim uroczym małym 'apartamencie', który na wzór ulubionych tutaj terrace houses ma schody do sypialni zaraz przy wejściu. I te właśnie schody stały się obecnie moim przekleństwem.)

Padam. Szykowanie się do spaceru wyssało ze mnie całą energię. Pobudka dziś o 5.37 nie pomogła. (Oczywiście, że jeszcze uśpiłam Moriniaka, ale takie spanie z wierceniem się na okrągło to nie mój ulubiony rodzaj spania).

Czyli staro

ść, oczywiście.

22:24, inny_glos
Link Komentarze (4) »
środa, 13 lipca 2016

Siódma rano. Morinek przestaje wcinać na śpiąco, cmokać i się wiercić, jak to ma w zwyczaju od piątej, otwiera oczka, obraca się w stronę M i zaczyna go postukiwać malutką rączką.

Wstajemy, schodzimy na dół, dajemy jeszcze pospać M.

Zaczyna sie dzień.

Ja przed pierwszą kawą i prysznicem ledwo widzę na oczy. Zdecydowanie jestem sową. 

13:56, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 lipca 2016

Jest taki sposób na to, jak chce się coś zrobić, albo coś robić, ale się ciągle tego nie robi, bo się zapomina, albo się myśli, że zrobi się jutro. Ten sposób to robić to, tylko bardzo bardzo malutko, tak wręcz śmiesznie malutko, tak tyci tyci, żeby nie móc powiedzieć, że dziś to nie, bo za późno, albo za mało czasu. Żeby nawet nie poczuć, że się nie chce. Nazywa się to mini-nawyki (mini-habits dla angielskojęzycznych, polecam książkę!) i polega na tym, że jak chcemy ćwiczyć, to postanawiamy codziennie zrobić JEDEN przysiad, może być więcej, ale nie musi, a wręcz nie powinniśmy sobie więcej postanawiać, bo jak z jednego zrobimy dziesięć, to nic nie zrobimy, czyli jak zwykle. Jeśli chcemy napisać ksiązkę to postanawiamy codziennie napisać 50 słów, jeśli chcemy medytować, to umawiamy się z samym sobą na MINUTĘ medytacji i tak dalej i tym podobnie.

A zatem ja postanawiam oto dziś przez następny miesiąc pisać codziennie JEDNO zdanie, choć jedno, może być tylko jedno, a może i dwa, albo i - hohoho! - trzy! 

Ale codziennie. 

A Morinek skończył 11 miesięcy i naprawdę mój mózg się zupełnie w supeł zaplątuje, jak o tym myślę, bo był to NAJDŁUŻSZY  i NAJKRÓTSZY rok w moim życiu. A właściwie jeden z dwóch o takich właściwościach z gatunku zarchiwumx.

A tutaj Morinek strzela miny trola a mi światło przedburzowe i aparat w komórce razem zmarszczki wyprasowali, więc wrzucam foty, proszę:

23:30, inny_glos
Link Komentarze (3) »
stat4u