RSS
środa, 29 lipca 2015

40+1

Leżę. Na razie nie czekam. Tak, jak jeszcze parę dni temu wyganiałam Morinkę, teraz zaklinam ją, żeby jeszcze posiedziała parę dni w środku. Skupiam się całą sobą na wyzdrowieniu - czosnek, cynk, wit. C, miód, wąchanie kitu pszczelego rozpuszczonego w spirytucie, grejpfruit, natka piertuszki, paracetamol. Sposoby tradycyjne i te potwierdzone badaniami. Kataru już nie mam, teraz tylko słabość, ból mięśni, ogólne zmęczenie. Taka głupia infekcja może nawet spowodować zapalenie płuc u noworodka, więc koncentruję wszystkie swoje moce psychiczne i fizyczne na dochodzeniu do zdrowia. Jeszcze tylko dwa, trzy dni i będzie dobrze. Ludzie potrafią odłożyć umieranie na trzy dni, a co dopiero wyleczyć się z głupiego przeziębienia!

Żmijessa okazała odruch serca i dostałam od niej DZIESIĄTKI ubranek dla dziewczynki w rozmiarze 0-3 miesięcy (niestety większość w kolorze różowym, dodam złośliwie). Urodziła córkę ważącą 4500 i większość ubranek była po prostu za mała, bo mała jest ogromna. Na zdjęciu wygląda jak ludzik Michelin. Taki grubaśny niemowlak nie wzbudza moich ciepłych uczuć, zastanawiam się, czy to dlatego, że nie lubię Żmijessy, czy też z jakiś innych powodów. Adek był strasznym chudzielcem i chyba w odruchu obronnym wyrobiłam sobie niechęć do grubaśnych dzieci. Jak wszyscy zachwycają się fałdkami, mnie od fałdek odrzuca, tak, wiem, jestem okropna. Przez chwilę zastanawiałam się, czy przyjąć te ubranka - nie ufam jej i propozyja również wzbudziła moją nieufość. Ale doszłam do wniosku, że ona jest chyba po prostu zupełnie niedojrzała i niestabilna i że taki dobry gest z jej strony może być szczery i bez żadnego ukrytego dna. Tak też postanowiłam go traktować i przyjąć za dobrą monetę. Każdy ma prawo być dobry. 

Choć pod tą dobrocią mogą ukrywać się różne rzeczy. Na przykład nasi sąsiedzi, którym swego czasu dałam sobie wejść na głowę pomagając w pisaniu pism urzędowych i tłumaczeniach, również zapragnęli nam podarować różne rzeczy po swoim synu. Najpierw przynieśli dwie torby ciuszków, za które oczywiście bardzo podziękowałam, mimo, że mnie estetycznie gryzły (kombinezony misie i tak dalej, nic w nich złego oprócz tego, że nie w moim guście). Ale wiadomo, taki maluch nie zwraca uwagi na estetykę, a ciuszki się przydadzą - darowanemu koniowi itd. Potem zapragnęli nam podarować fotelik samochodowy i nie mogli zrozumieć, że go nie chcemy. No bo co z tego, że nie mamy samochodu? Przecież dziecko może sobie leżeć w takim foteliku. Mówiłam NIE chyba z 15 minut. Nie nie, nie, dziękujemy, naprawdę nie potrzeba itd. Po dwóch dniach L zadzwoniła do mnie oznajmiając, że zaraz wpadnie z zabawkami i paroma drobiazgami, jak na przykład gruszką do nosa. Tylko trochę używaną.

O_O

Wtedy mnie zatkało, a że w dodatku akurat źle się czułam i cały dzień leżałam sobie na sofie, to w miarę grzecznie odmówiłam wizyty. Tym bardziej, że poprzedniego dnia sąsiad był u nas z jakąś tam swoją kolejną drobną sprawą. Wydawało mi się, że wyraźnie wyraziłam brak chęci dostania używanej gruszki.

Następnego dnia L. nie zadzwoniła, tylko po prostu pojawiła się pod drzwiami z torbą. Starając się być grzeczna zaprosiłam ją do środka. L zaczęła wyciągać z siaty stare, używane zabawki, lekko zatęchłe pluszaki i na sam koniec ceglastą, gumową gruszkę do nosa. Całkiem dobrą, tylko trochę używaną. Szlag mnie już wtedy trafił i wypaliłam, że to trochę niehigienicznie a ona stwierdziła, że przecież można wygotować. I dalejże wciskać mi zabawki ze słowami No bierz, bo co ja mam z tym zrobić? Stoją te rzeczy, zagracają... 

...

Niestety, nie potrafiłam się całkiem wykręcić, zanim do mnie dotarło, że sąsiedzi chcą sobie odgracić mieszkanie moim kosztem, zgodziłam się przyjąć parę zabawek. Dyskusja z sąsiadką i tak trwała z pół godziny - musiałam się gęsto tłumaczyć, dlaczego biorę tylko parę. Kiedy w końcu wyszła, zabierając gruszkę i jedną pełną siatkę,  zgodziłam się, żeby M spakował podarowane zabawki i wyniósł na śmietnik. Nie mogłam się na nie patrzeć. 

Sąsiedzi się trochę obrazili, że nie chcemy więcej używanych rzeczy i zabawek. I trzymamy dystans.

A ja postanowiłam wszystkie ubranka, które mi się nie podobają, wszystkie przesłodkie różowości, od których przedszkolaki by się porzygały, wszystkie  wytarte pluszaki spakować i poszukać następnej ofiary, którą mogłabym obdarować. Taka jestem dobra.

19:18, inny_glos
Link Komentarze (3) »
wtorek, 28 lipca 2015
Dzień porodu

40.

Data porodu.

Nie zanosi się.

Morinka NIE wybiera się jeszcze na ten świat, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jeszcze zamierza posiedzieć w środku. No i niech siedzi, w końcu dzieci dojrzewają w różnym tempie. Niektóre dopiero koło czterdziestki;)

Jak nie zapominam o wyjątkowości tych ostatnich chwil PRZED to się cieszę, zapadam się głęboko w smakowanie ostatnich momentów, kiedy czuję ją od środka. A ciasno jej już niemożebnie i rozciąga swoje kończyny na wszystkie strony, turla się od prawej do lewej, wypina tyłek tuż pod moimi żebrami, czasem ją łapię za te twarde wybrzuszenia, czasem do niej stukam. Przeważnie szaleje od 11 wieczorem, wczoraj tańczyła do pierwszej w nocy, a kiedy się obudziłam o piątej - znowu. Czytałam, że dzieci mają bardzo często przestawione pory czuwania i snu, położna mówiła, że dostosowują swój rytm do pór dnia dopiero w ciągu pierwszego miesiąca po drugiej stronie brzucha. Przeczuwam, że będę miała bardzo aktywne noce.

Czytam Bowlbego A Secure Base. Kolejny raz przekonuję się, jak krytyczne są te pierwsze miesiące życia dziecka, jak ważne są pierwsze chwile po porodzie (matki, które nie dostały dziecka w ciągu 48 godzin po porodzie mają większe trudności w nawiązaniu póżniejszej więzi), jak szalenie istotne jest odpowiadanie na potrzeby dziecka w pierwszym roku życia, spośród których potrzeba bliskości jest chyba najważniejsza, obok oczywiście fizycznego zapewnienia bytu. Dziecko, którego matka jest do niego dostrojona i nie ignoruje płakań i marudzień, bierze na rączki, przytula i karmi, kiedy tylko dziecko tego chce, takie dziecko wykształca sobie spokojne podejście do świata, jest odważne w poznawaniu nowych terenów, dziecko, którego matka i ojciec zapewnia mu bezpieczną przystań, jest jeszcze bardziej otwarte na świat, odważne i kreatywne.

 

Brzuch jest naprawdę ogromny.

Bujam się na boki stojąc i skrobiąc marchewkę, kontemplując obrazy albo czekając na autobus. Dopiero teraz zauważam, jakim obciążeniem dla ciała kobiety jest ciąża. Pół dnia spędzam w łóżku, czytam, słucham, robię kocyk na drutach. W łóżku, bo na sofie i fotelu już jest niewygodnie, wygina mi się kręgosłup, Moriniakowi jest ciasno i kopie mnie w pęcherz, każda pozycja uwiera. Drugie pół staram się spędzać aktywnie - wciąż jeżdżę na rowerze, co jest wbrew pozorom dużo wygodniejsze od kaczego chodu w tym ostatnim miesiącu. Umawiam się z koleżankami, chodzę do kina i na wystawy, ale wystawy są ciężkie, bo trzeba stać nieruchomo przed obrazem i ludzie się dziwnie patrzą, kiedy się bujam. Oprócz brzucha nie przytyłam, w sumie 10 kilo i chyba dzięki temu mogę wciąż robić przysiady, dotykam palcami ziemi w skłonie, mogę sobie pomalować paznokcie u nóg.

 

Położna pisze do mnie maile:D Wysłałam jej tzw. plan porodu, czyli listę pobożnych życzeń, a ona mi odpisała, komentująć różne moje chęci i plany. Jak na razie jestem zachwycona opieką położniczą w tym kraju:) Nie robi się lewatywy, nie nacina się krocza, znieczulenie zewnątrzoponowe na żądanie, poród w basenie, kontakt skóra do skóry przez co najmniej godzinę po porodzie, w czasie porodu naturalnego można jeść i pić, kobiety są zachęcane do skakania na piłkach, brania prysznica w trakcie, przyjmowania najwygodniejszych pozycji i przyprowadzenia osoby towarzyszącej. Pokoje porodowe są oczywiście jednoosobowe. Wszystkie prośby i życzenia rodzącej są uważnie wysłuchiwane i dyskutowane. Bardzo dziwią mnie Polki lecące do kraju na poród, ale może mój szpital uniwersytecki  (ten sam Uniwerek na którym Mi studiuje) jest wyjątkowy.

 

I właśnie cholera jasna dopadł mnie katar! Jutro się nie ruszam z łóżka.

 

15:46, inny_glos
Link Komentarze (5) »
niedziela, 26 lipca 2015

Jeszcze do mnie nie dociera, że będę miała dziewczynkę. Dziewczynkę. Naprawdę! 

Co się robi z dziewczynkami? Maluje im paznokietki? Buduje stacje kosmiczne z klocków lego? Czyta książeczki? Tańczy? Wygłupia? Rysuje wieloryby? Czy gra się z dziewczynkami w piłkę? Robi się im samoloty? Rozwiązuje zadania matematyczne? Gotuje pierogi?

Dziewczynki mają trudniej w życiu? Bo mniej zarabiają, bo mniej osiągają, bo są słabsze, bo są lekceważone.

Dziewczynki mają łatwiej w życiu? Bo są zaradniejsze, bardziej życiowe, nie poddają się tak łatwo, nie zwracają uwagi na puste światowe sukcesy.

Jak to zrobić, żeby nie wymagać więcej od dziewczynki niż od chłopca? Jeśli walka o porządek w pokoju Adziarza to niekończąca się historia, czy będę umiała od Morinki więcej nie wymagać?

Dlaczego dziewczynka w powyciąganych rajstopach to fleja a chłopak w rozciągniętym dresie ma po prostu ciekawsze zainteresowania? 

Dlaczego jednak, choć bardzo temu zaprzeczamy, choć zaklinamy się, że to nie prawda urodzenie syna to coś lepszego niż urodzenie córki? Urodzenie syna nobilituje, urodzenie córki degraduje. I nie, nie tylko w Afganistanie.

Dlaczego relacja matki z córką jest trudniejsza niż z synem? Dlaczego synowie są rozpieszczani a córki obarczane obowiązkami?

I jak wychować córkę, żeby była odważna, mądra, dobra, silna, wrażliwa i przedsiębiorcza a równocześnie kobieca. Żeby się nie wahała sięgać po to, czego chce. Żeby się czuła równa.

16:13, inny_glos
Link Komentarze (4) »
sobota, 25 lipca 2015

39+4

Nic się nie dzieje, w sumie tego należałoby się spodziewać zważywszy, że termin porodu jest prawdopodobnie źle wyliczany, co opisuje literatura medyczna (linki są w komentarzu pod poprzednim wpisem). A zatem staram się nie czekać, tylko korzystać z ostatnich chwil wolności.

W czwartek wpadliśmy do IFI na The Damned: Don't You Wish We Were Dead dość dobry dokument o jednym z pierwszych zespołów punkowych w UK. Dość dobry, ale bardziej podobał mi się The Filth and the Fury o Sex Pistols, wolę filmy z szerszym tłem społecznym od tych ograniczonych do muzyki.

Morinka kopała od połowy filmu - albo jej się muzyka podobała, albo wręcz przeciwnie. Na dwoje babka wróżyła. Jak puszczam jej Bolero Ravela to też kopie, może tańczy a może się wkurza. 

Zajmuję się czytaniem bzdur na necie i odkręcaniem spraw urzędowych. Jak wszędzie na świecie urzędnicy tutaj uwielbiają papierki i przepisy, a że moja i M sytuacja pracowa jest pokręcona, wysyłam im co chwilę sprostowania i dodatkowe załączniki. Nie można odkręcić wszystkiego na raz, bo każda kolejna decyzja administracyjna musi mieć podkładkę z wcześniejszej decyzji, więc żeby odkręcić główną sprawę muszę zacząć od pobocznej bzdurnej kwestii i tak powoli powoli umacniać swoją pozycję kolejnymi decyzjami, listami i dokumentami. Na przykład kiedy składałam podanie o macierzyński M był studentem, więc został dopisany do mojego macierzyńskiego, co oznacza, że przyznali mi na niego dodatkowe pieniądze, ale od pierwszego dnia mojego macierzyńskiego nie jest już studentem i zaczął się ubiegać o zasiłek dopóki nie znajdzie pracy, zasiłek mu przyznali i do z datą wsteczną, czyli muszą go wypisać z mojego macierzyńskiego (zyskujemy na tym jakieś 90 euro na tydzień). W międzyczasie moja praca, która deklaruje, że każdej kobiecie na macierzyńskim dokłada do ustawowej kwoty tyle, żeby wykładowczyni dostawała 75% pensji opiekując się dzieckiem przez pół roku obliczyła mi tę kwotę należną na 19 euro miesięcznie, bo uwzględniła ten dodatek na M, co oczywiście według mnie nie powinno mieć miejsca. Ale że M dostał swój zasiłek, to macierzyński mi zmniejszyli i teraz muszę się wykłócić z pracą o nowe wyliczenia i to do tego wstecz. Hehe. Jak mi wyliczą nowe, to musimy to zgłosić do zasiłku M, który pewnie będzie zmniejszony. I potem znowu nowe dokumenty, jak M znajdzie pracę. A w międzyczasie jak się Morinka urodzi również musimy to zgłosić i urząd przedstawi nam nowe wyliczenia. Oprócz tego Uniwerek nie zapłacił mi jeszcze za egzaminy i sprawdzanie prac licencjackich, jak mi zapłaci w przyszłym miesiącu, to urząd to zobaczy i cofnie mi macierzyński (na macierzyńskim nie można w ogóle pracować) i znowu będę musiała przesyłać dokumenty i tłumaczyć. Dbają, żebym się nie nudziła:D

15:35, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 lipca 2015

39.

No to teraz tylko zabawa w czekanie. Za parę dni zacznę Morinkę wyganiać - może zacznę znowu biegać?;) Nie wiem, czy to ma w sumie większe znaczenie, bo dzieci się rodzą kiedy chcą - wg. ostatnich badań poród wywoływany jest podwyższonym stężeniem białka wytwarzanego przez dziecko kiedy jego płuca są już dojrzałe. Więc żadne domowe sposoby nie powinny tak naprawdę zadziałać, kiedy maluch jeszcze nie jest gotowy do samodzielnego oddychania. No i dobrze. 

A jeszcze parę dni temu rozmawiałam z nią, żeby jeszcze trochę została w środku. Adek miał bowiem 39.8 stopni gorączki od piątku, ale na szczęście już w niedzielę było lepiej. Ja się wczoraj czułam osłabiona, ale już dziś wiem, że raczej mnie nie dopadnie wirus, bo mam więcej energii niż w ostatnich dniach. Czyli może zmęczenie nie było związane z końcówką ciąży, tylko walką z infekcją wirusową. 

Czekanie.

Wymyślam sobie jakieś codzienne zadania, żeby mi nie odbijało. Nie chcę czekać i nie lubię, bo czekanie to bzdura, czas przecieka przez palce a nam się wydaje, że gdzieś dochodzimy. Otóż nigdzie nie dochodzimy, co ma się stać i tak się stanie, a przy okazji zmarnujemy sobie dwa tygodnie z życia. Albo miesiąc. Albo rok. Niektórzy to nawet parę lat. Nie wierzę w czekanie, wierzę w działanie albo świadome niedziałanie, wierzę w przepracowanie problemów, ustawienie ich w innym świetle, powolną zmianę optyki, ale nie wierzę w czekanie. A zatem nie czekam, choć przyznać muszę, że jest to w jakiś sposób czas szczególny, czas jakby pewnego zawieszenia, spowolnienia, czas nie-zaczynania niczego nowego, czas przyczajenia do skoku. 

39. I kto by pomyślał, z moimi wizjami skracającej się szyjki (nie, oczywiście, że nie miałam), krwotoków (nieee) i cukrzycy ciążowej (nie-e). 

Aby przetrwać ten tydzień kupiłam sobie włóczkę i robię Morince kocyk. Dawno nic nie robiłam na drutach, ale chcę mieć coś dla niej od siebie, coś zrobionego, nie kupowanego. Choć wyjdzie drożej, niż w sklepie - za bawełnę na 2 kocyki i druty zapłaciłam 32 euro. Ale mam czystą bawełnę, taką, jak chciałam, w kolorach takich, jak chciałam. I jaka to frajda robić na drutach!

W czwartek ostatnie spotkanie z panią psychoanalityk przed przerwą, mineło półtora roku od kiedy zaczęłam do niej chodzić. Była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu i jedne z najlepiej wydanych pieniędzy. Zmiana potrzebuje czasu, objawienia są prawdziwą rzadkością, trudno liczyć na zostanie świętym Augustynem albo Buddą, nawet w 10 tygodni trudno zmienić swoje życie, bo zmiana to czas i praca, powolne rozumienie na poziomie głębszym niż intelekt, powolne dokopywanie się i grzebanie w ranach i zasuszonych głupkowatych przekonaniach, które zawsze najsilniej ujawniają się w czasie stresu i pod ciężarem zewnętrznych okoliczności. Terapia to zrozumienie, zagubienie, stracenie i powolny powrót PRAWIE do punktu wyjścia, ponowne zrozumienie, czy raczej przybliżenie zrozumienia, bo nigdy nie pojmiemy do końca. To prawie robi tu naprawdę wielką różnicę, bo wielokrotnie robiłam to samo bez terapii, ale przeważnie kończyło się to utratą wglądu w ciężkich chwilach, błądzeniem po omacku i wracaniem do tych samych wątpliwości i projekcji, tak, jakby w pewnych momentach włączał się automatyczny pilot i kierował mnie na dobrze znane rejony. I nie ma tu znaczenia, czy terapeuta skupia się na przeszłości, bo przecież te schematy tworzą się bardzo bardzo wcześnie (zaraz po urodzeniu uczymy się, czy świat na który przyszliśmy jest przyjazny czy nie, a potem przez pierwszych parę miesięcy budujemy sobie emocjonalno-intelektualny układ odniesienie, który później jest przeważnie tylko doskonalony, a bardzo rzadko zmieniany), czy na teraźniejszości - bo schemat funkcjonuje tu i teraz, tu i teraz mamy głębokie przekonania na temat tego, czy można ufać ludziom, czy wręcz przeciwnie, czy lepiej działać, czy czekać, czy mieć najdzieję, że się uda, czy wiedzieć, że i tak się nie uda, czy nadajemy się na studia, czy za wysokie progi, czy jesteśmy fajni, czy nie, czy zasługujemy na dobrego faceta, czy zadowalamy się romansami z żonatymi. I tak dalej.

Każdy z nas ma takiego pilota, takie schematy, przez które widzi świat, na których prawdziwość znajduje potwierdzenie zupełnie ignorując sytuacje, które im zaprzeczają. Dokładnie jak opisana wcześniej MK. Dobry terapeuta potrafi zatrzymać cię w tej spirali, przypomnieć ci, co jeszcze tydzień temu zrozumiałeś, zatrzymać cię za kołnierz przed kolejnym cyklem osuwania się w znajome skostniałe mniemania. Nie tworzy za ciebie świata, nie podsuwa własnego, nie wymyśla rozwiązań, daje ci tylko przestrzeń na myślenie, a potem pokazuje, że już to wiesz, że możesz pójść dalej, zamiast kręcić się w kółko, PRZYPOMINA ci, co już zrozumiałeś, a to pozwala zrozumieniu na zakotwiczenie się w twojej nieświadomości. 

A teraz jesteśmy głodne i idziemy jeść z Morinką.

15:59, inny_glos
Link Komentarze (4) »
sobota, 18 lipca 2015

Ciągle monotematycznie.

Wczoraj wizyta, jak zwykle wszystko dobrze. Położna jest very happy i najprawdopodobniej będę miała możliwość rodzić w basenie. Jupi! Warunkiem jest idealna ciąża i poród całkowicie naturalny, bez znieczulenia zewnątrzoponowego i bez wywoływania. No i oczywiście wolny basen, bo mają tylko jeden.

Chciałabym bardzo, próbuję się przygotować do Hypnobirthing. W skrócie idea jest taka, że poród jest naturalny jak poczęcie i nie powinien tak potwornie boleć, jak przyjęło się o tym myśleć. Z powodu niewielu procent medycznych komplikacji wszystkie porody zmedykalizowano i kobieta zamiast słuchać swojego ciała zaczyna zachowywać się jak pacjentka, której coś dolega. A powinna się nauczyć pracować z oddechem i skurczami i przede wszystkim się nie bać, bo strach powoduje zaciśnięcie się szyjki macicy i długi, niepotrzebnie bolesny poród. Wszystko to do mnie przemawia, wiem, że ciało potrafi robić tak różne hocki klocki, że nie śniło się filozofom, w czasie ataków paniki czujemy jakbyśmy umierali, a przecież tak naprawdę nic się nie dzieje, wiem, że nawet odbieranie bólu zależy jak go zinterpretujemy i tak na przykład ja lubię chodzić do dentysty i w ogóle się nie boję borowania, od kiedy sobie wkręciłam, że jest to zdrowe i oznacza to, że nie będę miała problemów z zębami w przyszłości. Czuję, że dbam o siebie i ból mnie nie bardzo obchodzi. Wiem, że różne nieprzyjemne czy wręcz bolesne wrażenia z ciała kreujemy sami, przez naszą fałszywą ich interpretację (pamiętam, jak czułam, że mam raka płuc, hehe). Kupiłam sobie książke Hypnobirthing i ćwiczę sama, na kurs już było za późno, ale skoro medytuję codziennie to może choć trochę mi się uda;)

Pamiętając jak bolał poród wywoływany oksytocyną, kiedy musiałam leżeć leżeć leżeć a akcja porodowa nie postępowała, kiedy podkręcili mi kroplówkę tak, że skurcze miałam właściwie cały czas, tylko one nic nie dawały, kiedy nie pozwolili mi nic jeść i pić przez 24 godziny porodu, kiedy pod koniec byłam tak osłabiona, że nawet nie miałam siły krzyczeć, kiedy zabrano mi Adka zaraz po i zwrócono go dopiero 3 godziny później i to tylko dlatego, że był zmarznięty, kiedy potem znowu mi go zabrano i przynoszono co 3 godziny na karmienie, a on nie chciał jeść, a jak nie miałam mleka, pamiętając zatem to wszystko, tym razem chcę inaczej. 

Mam wrażenie, że medykalizacja porodu to spirala, zaczyna się od przedstawiania go w kontekście medycznej interwencji i straszenia bólem, a kończy się na karmieniu butelką, przestraszone kobiece ciało zamyka się w sobie, zaciska w pięść i nie chce, nie poddaje się skurczom. I nie otwiera. Ja chcę tym razem inaczej. Po ludzku. W intymnej atmosferze. Bez kroplówki i leżenia.

Nie jestem oczywiście aż taką hipiską, żeby marzyć o porodzie w domu, choć akurat w moim przypadku byłoby to w miarę bezpieczne - do szpitala mam 2 minuty na piechotę i w razie czego, to by mnie nawet ze śmierci klinicznej odratowali. Ale aż taką naturopatką nie jestem, chcę być w szpitalu jakby co. Jakby co, ale nie po to, żeby mi przeszkadzali w rodzeniu, jak wszytko idzie dobrze. O.

Od niedawna odkrywam swoją siłę sprawczą i cieszy mnie to, na przykład poczułam, że mogę mówić nie i moja ocena sytuacji jest w wielu przypadkach równoważna z oceną osób z zewnątrz.

Oczywiście do pewnego stopnia. 

13:39, inny_glos
Link Komentarze (2) »
środa, 15 lipca 2015

38+1

Przestałam biegać. Moje ciało po prostu mówi nie. Od paru dni (2? 3?) jest wyraźnie ciężej, może też do tego się dokłada zmasowany atak traw, którego początki odczułam jeszcze w Waterford. Nie mogę brać sterydów i leżę i kicham. Słoneczna, sucha pogoda jest dla mnie przekleństwem. Hay fever. Rozkłada na łopatki.

Nadal ćwiczę jogę rano, jeżdżę na rowerze (ale nie po mieście) zamierzam też iść na basen, tylko muszę przestać kurcze kichać! Wczoraj bardzo aktywnie - Ikea, sprzątanie, ale dziś prawie cały dzień przeleżałam. Daję sobie prawo do leżenie, staram się tylko wyłączać komputer i ograniczać kompulsywne przeglądanie Internetu, a zamiast tego czytać książki. Tak, jak dotąd każdemu pytającemu chyba się nie możesz doczekać? odpowiadałam wprost przeciwnie!, bo cały czas czułam się fantastycznie, a za to myśl o połogu mnie trochę przerażała, teraz zaczynam czuć, że chyba jestem gotowa i trudno mi sobie wyobrazić chodzenie w ciąży przez kolejny miesiąc. Choć może się to zdarzyć - Adka przenosiłam dwa tygodnie. 

Pytania Moon kazały mi się zastanowić nad motywami mojej znajomości z Kopniętą Mary - i tak, jak na początku rzeczywiście ta chęć utrzymywania kontaktu z nią była częściowo podtrzymywana potrzebą kontaktu z tubylcami, tak teraz już tak nie jest. Mamy innych znajomych, nie brakuje mi środowiska tubylczego, choć oczywiście nasze kontakty społeczne są skromniejsze, niż w Polsce. Ale też nie mam tyle czasu, co na studiach czy zaraz po nich w Pl. Sama MK też się zmieniła i jest dużo bardziej neurotyczna niż jeszcze dwa, trzy lata temu. Jest to osoba samotna, w moim wieku (czyli po czterdziestce) i mam wrażenie, że doszła do jakiejś takiej swojej granicy - parę ostatnich związków jej nie wyszło, bardzo fajny facet, z którym się kiedyś  spotykała i w którym była bardzo zakochana związał się dwa lata temu z inną (też bardzo fajną dziewczyną) i właśnie będą mieli dziecko, a w dodatku ta inna to też babka po czterdziestce. Nie ma rodziny, nie ma dzieci, nie ma faceta, w pracy kijowo, chciała zmienić karierę i zapisała się na studia, które też idą jej kiepsko. Od dawna zachęcałam ją do terapii, no ale jak sama wiem po sobie do terapii trzeba dojrzeć. Nie spotykam się też z nią często - po Sylwestrze się (chyba) obraziła, nie zaprzątałam sobie głowy o co, znając jej umiejętności projekcji i tak minęło pięć miesięcy i spotkałyśmy się dopiero, kiedy nasz wspólny przyjaciel zorganizował wyjście do pubu, gdzie było naprawdę fajnie, ale mam wrażenie, że to Karl rozładowywał atmosferę. Wśród jego dowcipnych, lekkich komentarzy jej neuroza wydawała sie niegroźna, a wręcz zabawna. Pośmialiśmy się razem z jej pomysłów założenia wspólnego domu starców i strachów, co będziemy robić za lat czterdzieści. Tak nam się fajnie gadało, że się nieopatrznie zachęciłam do kolejnego spotkania, które wyglądało tak, jak opisałam. 

Morinka ostatnio szaleje. Kopie mnie w pęcherz, żołądek, wątrobę i sama nie wiem już co, to już nie są delikatne muśnięcia, ale prawdziwe kung fu fighting. Zaczyna być jej ciasno. Ale objawów zbliżającego się porodu nie mam, no i dobrze - niech jeszcze posiedzi. Teraz jej się najintensywniej rozwija mózg, a skoro wcześniaki są słabsze z matmy, to mam taką teorię, że im dłużej w środku, tym większe zdolności matematyczne;D Adek najlepszym przykładem;) Robię więc śledzie, puszczam muzyczkę i wyleguję się, niech się rozwija moja Curie-Skłodowska;).

18:23, inny_glos
Link Komentarze (4) »
niedziela, 12 lipca 2015
Kopnięta Mary i projekcje, czyli o tym jak zostałam dyktatorem

Mam taką koleżankę tutaj, która figuruje w moim telefonie jako Mary Kopnięta (jest Irlandką, więc czuję się dość swobodnie a nadałam jej ksywkę po spotkaniu, po którym wyszłam z siebie).

Mary Kopnięta jest dla mnie koleżanką, a równocześnie nieustającą przypowieścią o tym, w jaki sposób sami sobie definiujemy świat, który następnie dostosowuje się do naszej definicji. 

Mary ma różne stany i czasem jest naprawdę fajną osobą, ale niestety wystarczy kac, niewyspanie czy po prostu plamy na słońcu, by zaczęła się zachowywać jak w tę sobotę.

 

Wróciła z wakacji w Kanadzie. Nie widziałam jej trochę i z uwagi na mój stan błogosławiony i różne okoliczności przyrody chciałam się z nią spotkać dość szybko, bo w sumie naprawdę ją lubię, ale nie jest osobą, którą by się chciało gościć w połogu, jak się zaraz przekonacie.

Smsuję zatem do Mary w czwartek, czy wróciła i jak się ma, czy odpoczęła i że jakby chciała się spotkać, to ja chętnie. MK odpowiada, że myślała o mnie, że wróciła, choć jeszcze ciągle jest jeszcze zmęczona po podróży, choć w sumie czuje się ok. I zaraz potem czy w sobotę rano/ w południe by mi odpowiadało. Super, fajnie, odpisuję, ona też, że się skontaktuje w sobotę po swoim porannym biegu. No to fajnie. 

Ale z MK nic nie jest takie proste.

W tak zwanym międzyczasie wpadamy na pomysł weekendowego wyjścia do galerii na wystawę fotografii. Z takim naszym bliskim kumplem nie widzieliśmy się już z 2 miesiące, w dodatku parę razy przekładaliśmy spotkanie z powodu wyjazdu nad morze/zmęczenia/pilnej pracy. Dzwonię do kumpla czy wybrałby się do galerii i czy może w niedzielę, jemu pasuje raczej sobota, myśląc o MK umawiamy się na 2.30 po południu, po namyśle zmieniam na trzecią. Galeria otwarta do piątej.

W sobotni poranek jem spokojnie śniadanie. Jest dziewiąta. Piję kawę. Dziesiąta. Biorę prysznic, szykuję się na spotkanie z Mary. Wiem, że nie mogę do niej dzwonić wcześniej, bo poczuje się naciskana, przecież napisała, że się skontaktuje. Za dziesięć jedenasta piszę do niej, że jestem umówiona na trzecią do galerii, że oczywiście jest zaproszona jeśli ma ochotę z nami się przejść i pytam co z naszym spotkaniem. Odpisuje wpół do dwunastej, że wolałaby się spotkać wcześniej, bo ma zaplanowany wyjazd po południu do rodziców, że marzy o dobrej kawie i że zadzwoni jak weźmie prysznic.

Wymieniamy parę esemesów.

MK proponuje różne kawiarnie w których możemy się spotkać, jedna z nich jest dobre czterdzieści minut ode mnie, w stronę dokładnie przeciwną do galerii. Odpisuję, że to dość daleko, odpowiada, że możemy pojechać samochodem. 

Mija 40 minut.

Kwadrans po dwunastej piszę do niej esemesa 'to gdzie i o której'. Oddzwania po dziesięciu minutach i pyta się mnie, czy mogę do niej przyjść, czy nie jest to za dużo chodzenia dla mnie. Śmieję się, że mogę chodzić, bez przesady, jedyny problem stanowi to, że jak do niej podejdę będzie przed pierwszą, zanim pojedziemy do kawiarni, o której myślała, będzie po pierwszej, będziemy więc miały na pogadanie tylko 45 minut. Czy to ma sens. Chwila ciszy.

Czuję, że już jest trochę zła. Mówi, że w takim razie przyjedzie po mnie.

Zjawia się po dwudziestu minutach, przed pierwszą. Kiedy wsiadam do samochodu widzę, że jest naburmuszona, w tak zwanym swoim najgorszym wydaniu. You're bossy, aren't you, Anna?* mówi do mnie i jeszcze You like making people do things your way!*

Zatyka mnie. Wiele rzeczy można o mnie powiedzieć, ale nie to, że lubię się rządzić. Ale dla niej jestem osobą, która lubi narzucać innym swoją wolę. Jedziemy do kawiarni, na szczęście decyduje się na tą bliżej. Po drodze gadamy o tym i o owym, coś jej opowiadam, zaczyna się denerwować, że nie skręciła we właściwym momencie. To już nie będę cię rozpraszać - mówię trochę żartobliwym tonem, chcąc rozładować atmosferę. Wreszcie docieramy do kawiarni, chcąc zrobić dla niej coś miłego (widzę, że jest porozwalana na drobne kawałeczki) chcę jej postawić kawę i ciastko, pytam się zatem, co wybiera. Dopiero tutaj przyszłam, jeszcze nie wybrałam przecież! prawie na mnie krzyczy. Ok, kupuję sobie ciastko, MK wpatruje się w szklaną ladę. Wybiera. Kupuje. Decyduje, że nie chce siedzieć w kawiarni, jest za dużo ludzi i za głośno. Pójdziemy sobie do parku. Ok, mówię, choć wiem, że w pobliżu nie ma parku, a jedyny zielony stary cmentarz za kościołem jest zamknięty. Idziemy. Cmentarz jest oczywiście zamknięty.

Lądujemy na małym wyłysiałym skwerku, na środku którego stoi jedyna ławka i krzyż z Maryjką i kwiatami. Na ławce jest tabliczka Ku pamięci tych, co popełnili samobójstwo i siedem nazwisk. Siadamy, MK czyta tabliczkę, przycupuje na skrawku, waha się czy siadać. Myślisz, że możemy tu usiąść? pyta się. Myślę, że tak, nie jest to brak szacunku, skoro postawili ławkę to chyba po to, żeby ludzie mogli przysiąść, mogli postawić pomnik, gdyby ... Przerywa mi. Tak! Ja wiem, że cię to nie obchodzi!

I tak dalej. Po półtorej godziny spotkania jestem jak wymięta, spocona, skopana pościel, z czego nawet nie zdaję sobie sprawy zanim nie wrócę do domu. Na koniec MK mnie odwozi, chcę jej coś miłego powiedzieć na sam koniec, wiem, że już długo się z nią nie zobaczę. Nie dam rady i nie chodzi tu o małe dziecko. Obejmuję ją i mówię, że ją lubię, żeby pamiętała. Przepraszam, że byłam nieprzyjemna, odpowiada. Nie dbam o to mówię.

I dopiero w domu żałuję. Żałuję, że jej nie powiedziałam, że była. 

Bo był w tym wszystkim jakiś fałsz z moje strony, bo wiem, że już długo się z nią nie spotkam, że nie jestem Matką Teresą a ona nie jest niemowlęciem, któremu się wszystko wybacza.

 

 

I tak to stałam się osobą nieczułą z zapędami dyktatorskimi. W oczach Mary. Choć czułam się jak wymięte prześcieradło. Kopnięta Mary ma bowiem taki schemat świata i tak nieświadomie manipuluje, że ludzie grają odpowiednie role w jej prywatnym teatrze. A ona nigdy tego nie zobaczy sama z siebie, co do tego nie mam złudzeń.

 

 


* Lubisz się rządzić, nie? Lubisz, jak ludzie robią to, co ty chcesz.

23:34, inny_glos
Link Komentarze (6) »
piątek, 10 lipca 2015

No i wylądowałyśmy w czwartek w szpitalu.

Nie, nie przez bieganie ani jazdę na rowerze, przez coś znacznie przyjemniejszego, w szczegóły nie będę się zagłębiać. W sumie byłyśmy tylko dobę na obserwacji. Chyba nigdy w życiu nie byłam tak spokojna w szpitalu, WIEDZIAŁAM, że wszystko jest dobrze, co się potwierdzało z każdym następnym badaniem. Widziałam Morinkę, nie będzie dużym dzieckiem, aktualnie waży 2800, ale przecież ja też jestem szczupła. M się ze mnie śmieje, że biorę udział w zawodach 'kto urośnie większe dziecko' i że jakoś mi to na ambicję wjeżdża, bo zarządziłam tuczenie Moriniaka i siedzę i jem.

Ale nie o tym chciałam, tylko o szpitalu. Na tutejszych forach wiele Polek narzeka, że w Irl się ciążą tak nie przejmują. Może się nie przejmują, jak wszystko jest dobrze, ale jak tylko mają cień podejrzenia, to reagują natychmiast i traktują to bardzo poważnie. Poszłam na wizytę, bo kazali mi zgłaszać niepokojące mnie rzeczy, poszłam właściwie na luzie, czekając tylko na zapewnienie, że wszystko dobrze, a tu szast prast i zostawiamy panią na oddziale na obserwację, bo już niedaleko do porodu i zaraz tu KTG podłączać, badanie szyjki robić, krew, mocz, temperatura, usg, pełen zestaw. Bardzo się zdziwiłam, naprawdę czułam, że wszystko jest dobrze, a przyczyna niepokoju banalna. Ale położne nie pozwoliły mi już wyjść ze szpitala, skierowały mnie na oddział, dostałam łóżko, parawanik i co dwugodzinne słuchanie Moriniaka. Dobrze, że mieszkamy blisko, to zaraz mi M przyniósł rzeczy. Trafiłam na salę przedporodową, gdzie były mamy czekające na poród albo na diagnozę, sala na 4 łóżka i kobiety przywożone na chwilę i zawożone na porodówkę już z bólami.

Ale nie o tym chciałam.

Ale fajnie w tym szpitalu! Miłe położne, dobre jedzenie, CZYSTO, parawaniki, jednorazowe maty pod prysznic, na których się stoi, papier, ręczniki, ręczniczki, mydło, odkażacz do rąk, codziennie świeża woda do picia przynoszona przez salową i tak dalej. CZYSTO. Czyściutkie łazienki, prysznice, BIAŁA pachnąca pościel. Pewno w polskich szpitalach też już jest lepiej, niż w moich wspomnieniach sprzed 16 lat, kiedy rodziłam Adziarza, ale wtedy w pamięć wrył mi się horror - naprawdę brudne łazienki, toalety, prysznice, brak podstawowych artykułów higienicznych itp itd. W największym szpitalu we Wrocławiu. I niemiłe położne, niektóre opryskliwe, a niektóre po prostu zmęczone i zabiegane. I Adziarz przynoszony do karmienia co 3 godziny, ja przerażona i kompletnie zielona w kwestii karmienia i położne przystawiające Adziarza do piersi, co wyglądało jak atak piersi na główkę dziecka, dziesięciominutowa szarpanina, a kiedy w końcu zaczynał trochę ssać, to był zabierany po pół godzinie, bo 'dziecko ma jeść a nie zasypiać". I dokarmianie butelką, z którego byłam zadowolona, bo przecież 'się nie najada piersią'. I to zwracanie się w trzeciej osobie - do końca życia zapamiętam 'a mama co tak leży??' i siebie rozglądającą się po sali o kim jest mowa.

Tutaj - miłe położne, pamiętające cały czas o zapewnieniu intymności możliwej w danych warunkach - na przykład parawaniki byly zaciągane do KAŻDEGO badania, nawet do macania brzucha i KTG.

Cały czas czułam się tam jak człowiek, a nie niedorozwinięta umysłowo położnica.

22:12, inny_glos
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 lipca 2015

Morinka oto dziś została dzieckiem donoszonym. 37 tydzień, brzuch duży, okrągły jak piłka, a poza tym nic. 9 kg i ani grama więcej, czyli 2 litry dodatkowej krwi, łożysko, 3 kg dziecka, wody płodowe i większa macica. I cycki. Ani spuchniętych nóg, ani dodatkowych boczków, ani nic.

A może ja się minęłam z powołaniem? Może powinnam zostać surogatką? Tak mi ta ciąża nie ciąży. Choć przyznać muszę, że schylanie trochę trudne no i zaczęłam się kolebać jak idę. No i mi ciągle gorąco a czasami duszno, w kółko otwieram okna i robię przeciągi. 

Dziecko donoszone. Dobujane, dobiegane, dowiezione na rowerze. Wcinam śledzie z jabłkiem i śmietaną i uśmiecham się na samą myśl, że już mogłaby się bezpiecznie urodzić. Bezpieczniej nie będzie. Moja Morinka, morska dziewczynka, z którą cały czas jest wszystko dobrze. Od samego początku Morinek idealny - ja pełna strachów, katastroficznych wizji, niepewności, niepokoju, obaw. Oczyma duszy widząca brak bicia serca w siódmym tygodniu, poronienie, krwiaka, siebie w klinice aborcyjnej w Londynie, bo dziecko ma poważną wadę genetyczną uniemożliwiającą życie, albo wiezioną do szpitala z powodu krwawienia w 23 tygodniu. Przedwczesne odejście wód płodowych, krwotoki, zatrucie ciążowe, cukrzycę. Wizje i strachy. Katastrofy. Czarnowidztwo. Smutny zwierz urwał się z uwięzi i wyje. I wbrew temu wszystkiemu najzdrowsza ciąża, jaką znam, zdrowa Morinka, wyniki książkowe. Morinka nawet już się ustawiła głową w dół, szykując się do skoku. Jak zwykle bezproblemowo. Nawet łożysko się podniosło i zostało to przypieczętowane przeniesieniem do kliniki niskiego ryzyka, pomimo 40 lat. 

Moja Morinka. Zdrowa, niekłopotliwa, ruchliwa w sam raz. Śpi jak biegam, tańczy jak słuchamy muzyczki. Ostatnio lubi śledzie, nic mi tak nie smakuje jak właśnie one, kupuję matjasy co dwa dni i na przemian z jabłkiem i śmietaną albo przecierem pomidorowym i rodzynkami. A w mądrych książkach czytam "pod koniec ciąży następuje intensywny rozwój mózgu i kształtowanie się kory mózgowej", czyli dziecko potrzebuje Omega 3, którego śledzie są najlepszym źródłem. No i proszę, jak to Morinka - żąda śledzi, bo sobie rozwija mózg. Mądrala. 

Na weekend miałam wakacje. Byliśmy u znanych skądinąd dobrych ludzi F, nad morzem oczywiście. Dwa dni byczenia się w ogródku, nad morzem, oglądania natury i gadania. I mamy przepiękną chustę do noszenia! Tego mi było trzeba. A kiedy przyjechałam do D smutek mnie okropny dopadł i dół, że jak to tak, że to kompletnie niesprawiedliwe, że jak zwykle dobrzy ludzie dostają po dupie od systemu, od świata, od rzeczywistości. I w poniedziałek jeszcze szlochałam, tym razem nad losem swoim i brakiem perspektyw, bo jakoś tak mnie dopadło, że gdziekolwiek się obrócę, to dupa zawsze z tyłu, nie mamy szans na własny dom, choćbyśmy nie wiem jak bardzo stawali na głowie. Taka to pułapka biedy - ponieważ jesteśmy za biedni na kredyt, płacimy dwa razy więcej za wynajem. 

Ale już w poniedziałek inne idee zaczeły się wyłaniać, kiełkować i rosnąć i zaprawdę powiadam wam, kiedy drzwi zamknięte to trzeba oknem, kiedy standardowe rozwiązania zawiązane, to pojawia się coś niestandardowego, prawdziwa kreatywność dopiero wtedy się ujawnia, kiedy jesteśmy przyparci do muru i wydaje się nam, że nie ma wyjścia.

Tiny house, malutki domek, bo przecież i tak tyle mej ziemi ile jej stopą mą pokrywam.


Tiny house, w którym z konieczności będziesz miał tylko rzeczy koniecznie niezbędne.

Tiny house jako przedłużenie idei nie obciążania się niepotrzebnymi rzeczami, myślami i kredytami, zobowiązaniami, na które trzeba więcej i więcej pracować w nieustającym kieracie korporacji. Miejsce pomagające w walce z zachłannością i nadmiernym konsumpcjonizmem, przestrzeń zewnętrzna kształtująca wewnętrzną dyscyplinę i wolność. Nie bez powodu zen powstał w Japonii, krainie małej przestrzeni.

 Tiny house nie musi być nawet taki tiny, tu proszę irlandzka firma stawia 55m2 za 60 tysięcy euro:

Dwa razy droższy niż tiny house, dwa razy tańszy niż normalny dom. Do tego tylko mały kawałek ziemi (w Dub to 80 tysięcy) i mielibyśmy kawałek swojego świata z przyrodą za cenę jednopokojowego mieszkania. Malutkie, ale na naszą miarę, z ewentualnym kredytem na 300 euro miesięcznie. Czyli mniej, niż płaci się obecnie w D za pokój. Dzielony z inną osobą. Albo bez kredytu - po prostu tiny house. Malutki. Jak Adek będzie chciał, to za jakiś czas dokupimy mu drugi domek obok nas. Też za 15 tysięcy. Malutki. Ale za cenę rocznego czynszu. A jak Morinka dorośnie - trzeci.

18:56, inny_glos
Link Komentarze (5) »
stat4u