RSS
środa, 30 lipca 2014

Chyba jesteśmy nieuleczalnymi wariatami.

Mi dostał się na studia doktoranckie.

Na dobrym uniwersytecie. Takie studia kosztują 6 tys. euro na rok, a przez kryzys większość pieniędzy na stypendia i badania pokończyła się.

Ale promotorka tak go chce, że załatwia mu różne granty, można jeszcze dostać pieniądze z różnych dziwnych pul. Nie są to duże kwoty, w sumie może się uzbiera na opłaty za studia.

A co z życiem?

 

Ja na razie dostałam godziny wystarczające na goły czynsz.

Rośnie mi gula w gardle, tak się boję, że ojaciepierdolę.

(Ale na szczęście czuję, że się boję i nie mam raka w płucu tym razem).

Trzymajcie kciuki.

00:52, inny_glos
Link Komentarze (2) »
wtorek, 29 lipca 2014

Cholera, nie wyobrażam sobie nie mieć na protezę, która pękła. Żaboćka znam chyba od stu lat.

Inni mają gorzej, to taki banał. Po tygodniu unieruchomienia nie wyobrażam sobie nie móc biegać. W ogóle.

11:30, inny_glos
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 lipca 2014
Jak powstaje człowiek.

Książkę przeczytałam jednym tchem, to znaczy dokładnie w pół dnia (uroki bycia unieruchomioną w domu:). Jeśli ktoś czytał wywiad z profesorem, to dokładnie wie, o czym jest książka. Nie jestem pewna, czy każda kobieta w ciąży/przygotowująca się do ciąży powinna czytać, ale ja lubię wiedzieć co, jak i dlaczego. I że są takie wady, że dziecko męczy się bardziej umierając po porodzie niż w trakcie aborcji. I że według profesora, który przeprowadza aborcje, życie ludzkie zaczyna się od momentu poczęcia, choć przez pierwsze 4 dni rozwija się tylko z komórek matki. I że nawet 80% ciąż się nie zagnieżdża, więc kończy się na bardzo wczesnym etapie. I my o tym nie wiemy, bo po prostu zanim się nie zagnieździ nie wydziela się hormon gonadotropiny kosmówkowej, który jest wykrywany testami. Czyli 80% żyć umiera na najwcześniejszym etapie, a my nie wiedząc o tym - nie rozpaczamy.

I tak sobie myślę - co nam dała ta wiedza? Co nam dało, że wiemy, że jesteśmy w ciąży, by parę godzin, dni czy tygodni później dowiedzieć się, że nie jesteśmy? Może powinniśmy to zostawić losowi, tak, jak to było dotychczas - nie wiedzieć, dopóki największe niebezpieczeństwo minie.

Byłam w ciąży potwierdzonej testami 3 razy - raz przez 9 miesięcy, raz przez 10 tygodni (5 świadomych tygodni) i raz przez 4 tygodnie (jeden dzień świadomy).

Dziewięć miesięcy zmieniło całe moje życie:)

Dziesięć tygodni dało mi potwornie po głowie, skończyło się krótkim epizodem depresji (właśnie nie żałoby, ale depresji), choć z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że właściwie skończyło się dobrze, bo rozpoczęciem terapii.

Cztery tygodnie, a właściwie jeden dzień - nic nie zmieniły w moim życiu. Ten dzień nie wpłynął na mnie WCALE.

Czyli - jaka jest różnica? Długości czasu przyzwyczajania się, że będzie się mamą? Czyli im dłużej żyjemy FANTAZJĄ, tym gorzej dla nas? A może ta fantazja jest potrzebna do psychicznej przemiany w mamę, może jest częścią procesu niezbędnego do późniejszego bycia dobrym rodzicem? (Bo przecież nie dotyczy jedynie matek).

Czy jest to 'tylko' w naszej głowie?

Dla niektórych kobiet tragedią jest przyjście okresu, dla innych - jego nie nadejście. 

Jedne kobiety leżą od drugiego tygodnia ciąży, od dnia transferu, od zrobienia testu, inne wkładają sobie druty i łykają tabletki na wrzody żołądka (też takie łykałam, dostałam je jako najbezpieczniejszy sposób usunięcia martwego płodu, alternatywą było łyżeczkowanie - droższe i bardziej niebezpieczne). 

Mam koleżankę, która rozpaczała jeszcze w piątym miesiącu, kiedy się okazało, że na zabieg za późno. Wściekła lekarka wywaliła ją z prywatnego gabinetu.

16 lat później koleżanka powiedziała mi, że córka jest światłem w jej życiu. Że nic się jej tak nie udało, jak dziecko.

Rok później odebrano jej prawa rodzicielskie, córka mieszka z ojcem, koleżanka podobno pije - podobno, bo jej nie widziałam, nie chce się ze mną spotykać od 2 lat.

Mam koleżankę, która usunęła ciążę jak miała 17 lat. Pojechałam z nią na zabieg. Nigdy go nie żałowała, rozmawiałyśmy o tym może ze 3 razy w ciągu ponad dwudziestoletniej przyjaźni. Do dziś jest pewna - to nie był ten czas i nie był ten facet, choć zarodek (??) był prawdopodobnie zdrowy.

Teraz ma jedno dziecko. Jest jedną z najlepszych, najbardziej czułych matek, jakie znam. Jest wręcz 'helicopter mother', 'krąży' nad dzieckiem dzień i noc, podporządkowuje jemu całe swoje życie (ale to już inna historia).

Czy wszystko to - 'ciąża', 'aborcja', 'poronienie', 'urodzenie', 'płód', 'dziecko', 'zarodek' - to tylko etykietki, nazwy, które utrudniają nam życie tym, co pojawia się w 'teraz'? Mądrzy ludzie mówią o akceptacji chwili obecnej, ale jak zaakceptować wszystko? Jak pozwolić temu być, nie uciekając i nie zmieniając tego na siłę? Jak być z akceptacją w rozpaczy, depresji, smutku? Jak zauważyć, że te uczucia wynikają z naszego 'przywiązywania' się do nazw?

Czy powinniśmy zamykać oczy czy je na siłę otwierać? 

A poza tym - coś dla nie wierzących w przewagę ducha nad ciałem:

W piątek pływałam w morzu i zamierzam to robić dalej. Mam tylko nadzieję, że mi orteza nie zgnije (bardzo jest upierdliwe ściąganie, płukanie i suszenie ortezy, tym bardziej, że trzeba to robić trzymając cały czas nogę prosto).

17:07, inny_glos
Link Komentarze (4) »
niedziela, 27 lipca 2014

Noga prawie wcale nie bolała, można by rzec - wręcz przeciwnie, przyniosła A. spokój i ukojenie, zatrzymanie w tym potwornym pędzie, uspokojenie w chaosie, zawieszenie w środku następujących zmian. Zanim zrozumiała, z jak wieloma ograniczeniami będzie się od teraz zmagać, wyraźnie odczuła ulgę. A więc tak. Nic teraz nie muszę, pomyślała sobie. Mogę się wreszcie zatrzymać i porozmawiać sama ze sobą.

Inne znaczenia unieruchomionej nogi trochę ją przerażały. - Czyli, że nie chcę odejść, nie chcę móc odejść od M., choć byłam taka zła na niego, myślała sobie. Sama się przestraszyłam tej możliwości. - Albo nie mogę uciekać. Może nie mogę już uciekać, może najwyższy czas stanąć twarzą w twarz z lękami i nie zginać kolan.

I tak się skończyło dobrze, zrozumiała już po chwili. I tak się skończyło dobrze, bo gdyby na tym motorze, i nie, nie była to szaleńcza jazda, i nie, kierowca nie był pijany ani nawet niedoświadczony, ale sam fakt, że wsiadła na motor powinien jej był dać do myślenia. Dużo wcześniej dać jej do myślenia.

Uświadomiła sobie, że dojmujące emocje w jej życiu to lęk i radość. Tak, jak inni są wkurwieni albo źli, smutni, rozczarowani bądź przekonani o własnej wyższości, ona jest lękliwa. A kiedy nie jest lękliwa, jest radosna. Nie -  pełna miłości czy dobra, czy nawet wesoła, bo wesołość już w sobie zawiera jakąś substancję, jakiś ciężar gatunkowy, wesołość może być masywna, rubaszna i mówić basem, ale właśnie radosna radością lekką i iskrzącą się, radościa jak koronkowa fala morkska (a taka radość też jest formą miłości, jeśli wiecie co chcę powiedzieć).

To było długie, gorące lato, pomyślała sobie. To było długie, gorące lato i nigdy wcześniej by nie powiedziała, że zwykłe lato w Polsce może człowieka tak zeszmacić. Nie miesiąc na Saharze, rajd Enduro, ultrabieg w Dolinie Śmierci, ale zwykłe, upalne lato w Polsce może zmielić, zgnieść, przecisnąć przez praskę, wyprażyć na wiór. Wysuszyć. Wyzuć człowieka z samego siebie. I nie jest to jednoznacznie negatywnym doświadczeniem, jeśli wiecie, co chcę powiedzieć. 

Jeśli ktoś jest z piany morskiej to co z niego zostaje po wysuszeniu? Noga w ortezie.

13:39, inny_glos
Link Komentarze (8) »
czwartek, 24 lipca 2014

Zaciągnęłam się powietrzem na lotnisku. Ciepłe, lekko ostre. Nie tak jak w Polsce, gdzie ma słodki smak. Łagodnie wygięta kopuła nowego terminalu lśniła w słońcu. Poczułam spokój. Poczułam, że nareszcie jestem w domu.

22:09, inny_glos
Link Komentarze (2) »
wtorek, 22 lipca 2014

Nie ma mnie. Ale będę. Jak nie tu to gdzie indziej.

Jeszcze się tylko pozbieram, poskładam, ułożę, przyklepię, skoncentruję, włożę w jakąś formę. Jakąkolwiek. 

10:14, inny_glos
Link Komentarze (6) »
stat4u