RSS
czwartek, 29 czerwca 2017

Domy. Domy, domy, domy. Wiemy nareszcie czego nie chcemy, coraz bardziej precyzyjnie wiemy też, co chcemy. Oczywiście w kontekście tego, co możemy. A więc: skoro dom, to ogród, skoro ogród, to od południowej/południowo zachodniej strony. Nasz pierwszy obejrzany dom w 'lepszej dzielnicy' (wielu Irlandczyków by się tutaj zaśmiało, bo co to za lepsza dzielnica, ten Crumlin), ale taki, na który byłoby nas jeszcze stać, miał północny ogród. Dom niezbyt duży (85 m2), ale i nie za mały (domki w standardzie mają 65 m2), z dużą, w miarę przyjemną dla oka dobudowaną kuchnią ze stołem, dużym stołem w kuchni, rozumiecie - DUŻY, DREWNIANY STÓŁ W KUCHNI! I dalej typowo - dwie sypialnie na górze, plus łazienka, ale z wanną, sanitariaty akurat do wymiany, malutki pokój na dole i do tego dość duży salon, nie ogromny, ale nie malutki, niestety -  ciemny jak umysł J.Kaczyńskiego, bo bez żadnego okna na świat, właśnie przez tę dobudowaną kuchnię od strony ogrodu. Wszystko oczywiście stare, ale nie koniecznie od razu do wymiany, coś jak u ciotki, u której nie było remontu od lat dwudziestu, ale można tam mieszkać jeszcze i przez dziesięć - ściany lekko przybrudzone, tapety się w paru miejscach odklejają, drzwiczki szafek w kuchni trochę odpadają, pachnie wilgocią i roztoczami, ale można przeżyć dopóki się nie zbierze na remont. Dom frontem do południowego wschodu, a raczej południa bardziej, czyli ogrodem do północy, ale ogrodem dość dużym, pozarastanym, z jakimiś trawiszczami, krzaczorami i w ogóle przygodą. Było późne majowe popołudnie i niskie słońce cudownie oświetlało teren wpadając przez kuchenne okno kładło się promieniami na tym stole... Dzielnica niby ta lepsza, okolica w porządku, biegające kilkuletnie dzieciaki zaciekawione co się dzieje i czy będziemy ten dom kupować. 'Ja tu mogę mieszkać' powiedziałam do M wychodząc, bo już widziałam Morniaka znikającego ze swoim wózeczkiem i okoliczną bandą za rogiem. Ale. Zanim zadzwonilśmy, żeby złożyć ofertę (jak to się robi w Irl, o czym później), porozmawiałam z moim młodszym bratem. I nie. Nie-nie-nie-nie-nie, ogród od północy to zimna ściana, mech, wilgoć, grzyb, brak słońca w miesiące zimowe, właśnie wtedy, kiedy jest towarem deficytowym, wyjście z kawką na ogród od października do kwietnia odpada zupełnie, ciemno, zimno i piździ i w ogóle depresja kliniczna. A ta piękna kuchnia, co mi się tak podobała, to przez pół roku zmienia się w zimną, ciemną pieczarę, bo słońce bywa w niej tylko wieczorami w miesiącach letnich. No i odpadła 'lepsza dzielnica', dom dwa tygodnie później został sprzedany za cenę na granicy naszych możliwości.

15:25, inny_glos
Link Komentarze (3) »
sobota, 24 czerwca 2017

Pogoda w tym roku oszalała, skwar w Irlandii! przez trzy dni wprawdzie, ale się liczy. Wykorzystaliśmy to zatem i byliśmy dwa razy nad morzem. Ta bliskość morza, to jedna z rzeczy, które sobie bardzo tutaj cenię, autobus, kolejka i jesteśmy na plaży w ciągu trochę ponad godziny. Zawsze chciałam mieszkać blisko morza, niestety, raczej nie w tym życiu, bo blisko morza w Dubinie znajdują się tak zwane dobre dzielnice z domami za (średnio) 500 tysięcy. A my będziemy się przeprowadzać jeszcze bardziej na zachód niż nasze obecna miejscówa, czyli jeszcze dalej od morza, no cóż, ale za to blisko parku.

A to Moriniak niedawny.

mo1

21:40, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 czerwca 2017
 Sytuacji nie poprawiły nerwowe działania rządu irlandzkiego, kiedy w 2015 roku wobec niemożliwie rosnących czynszów i zagrożenia wielu rodzin bezdomnością wprowadzono malutką kontrolę cen wynajmu pozwalając właścicielom na podwyżkę nie częściej, niż co dwa lata. Bardzo szybko okazało się, że wynajmujący odbili sobie to ograniczenie z nawiązką, podwyższając czynsz o taką sumę, by pokryć dwa lata za jednym zamachem i my też zaczęliśmy wyczekiwać nowej umowy na dużo większą kwotę.

W międzyczasie zaczęłam zbierać dokumenty, aby starać się o kredyt mieszkaniowy, zdawałam sobie jednak sprawę, że będzie to trudne, z uwagi na to, że ja mam pracę na kontrakt, a M - od kiedy zdecydowaliśmy się wyrwać go z fabryki - dołączył do szeregów prekariatu, pracując najpierw w community employment scheme, czyli programie dla bezrobotnych sponsorowanym przez rząd, a później parę godzin w mojej szkole. Taka praca bardzo nam obecnie odpowiada ze względu na zdobywanie doświadczenia i równoczesną możliwość opieki nad Mo,której dobrobyt jest dla mnie najważniejszy - możemy bez problemu wymieniać się maleńtasem zatrudniając opiekunkę tylko na parę godzin tygodniowo i nie musimy oddawać jej do żłobka, ale z punktu widzenia banku jest bezwartościowa. W sierpniu zeszłego roku powiedziano nam, że możemy starać się o kredyt, jak M podpisze ze szkołą kolejną umowę na więcej godzin i kiedy moja menagerka zgodziła się, by przejął jedną moją grupę studentów od stycznia, złożyliśmy wniosek. W  międzyczasie dostaliśmy list z podwyżką czynszu o 25%, 250 euro więcej na miesiąc, ale też w końcu udało się nam odzyskać spadek M z Polski, który akurat wystarczył na depozyt i jeszcze trochę, wyglądało więc, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Papiery zostały wypełnione i złożone, a ja zajmowałam się śledzeniem nieruchomości na necie. Aż tu nagle, po dwóch miesiącach czekania, dostaliśmy odpowiedź odmowną. Bank nie bierze pod uwagę zarobków M, a tak w ogóle, to według bankowych wytycznych z dwójką dzieci, po odliczeniu raty kredytu, musimy mieć 2250 euro na życie i nie przekonały ich żadne argumenty, że na przykład w chwili obecnej płacimy ponad dwa razy więcej za wynajem, niż by wynosiła rata kredytu, więc od lat dajemy sobie dobrze radę z naszymi finansami. Byliśmy w dwóch bankach i w każdym powiedziano nam to samo, zupełnie nie biorąc pod uwagę tego, że mamy własny wkład na 1/3 mieszkania. Wizja bezdomności znowu zaczęła mnie straszyć, a rosnąca histeria w mediach nie pomagała (klik - o rodzinach z dziećmi, które zgłosiły się na posterunek policji, by móc spędzić noc w areszcie, by mieć jakiś dach nad głową).

W Irlandii, a szczególnie w Dublinie, sytuacja rodzin takich jak my - z małym finansami, coraz częściej pracujących na kontrakt, a nie na umowę o pracę, z małymi dziećmi -  jest zła. Galopujące ceny nieruchomości w dużym mieście powodują, że wiele rodzin, a szczególnie imigranckich, jest w pułapce: płacąc niebotyczne czynsze nie spełniają warunków, aby dostać kredyt mieszkaniowy. Jendym z podstawowych warunków jest bowiem zatrudnienie obojga partnerów, a w Irlandii normą jest, że mama zostaje w domu z dziećmi, żłobki i przedszkola są najdroższe w Europie i przy dwójce dzieciaków naprawdę nie opłaca się pracować (średni koszt całodziennego żłobka/przedszkola w Dublinie to 900 euro/miesiąc). Wiele osób latami czeka na mieszkanie komunalne bez żadnych szans na własne, co miesiąc płacąc ogromne pieniądze za wynajem, albo bojąc się podjąć jakąkolwiek dodatkową pracę, by nie stracić tzw. dopłaty do czynszu. Bo praca często jest niepewna, czasowa, nie poprawiająca za bardzo ich ogólnej sytuacji materialnej, albo wręcz pogarszająca, kiedy jej konsekwencją jest odebranie różnych zasiłków. A kiedy na pracy nie można polegać, ludzie -niestety - wolą mniejsze, ale pewne pieniądze od państwa. 

Nasza sytuacja na szczęście rozwiązała i w końcu, po wielu perypetiach, pożyczkę dostaliśmy.

14:39, inny_glos
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 czerwca 2017

I nieodmiennie co roku przychodził. Kiedy urodziła się Morinka na owe lęki nałożył się dodatkowo taki pierwotny strach przeżywany przez każdą matkę noworodka, spotęgowany przez koszmarne niewyspanie, ból, hormonalną rewolucję skutkującą emocjonalną karuzelą i ogólne wyczerpanie organizmu. W efekcie czego karmiąc małego ssaka gdzieś koło trzeciej nad ranem zaczynałam opłakiwać swoją przyszłą bezdomność. Nastroju nie poprawiały historie co jakiś czas ukazujące się w mediach- a to o kobiecie z trójką dzieci śpiącą w samochodzie, a to rekordowo wysokiej liczbie bezdomnych w Irlandii, a to o braku miejsc w schroniskach czy też opłatach za wynajem osiągających niewidziane wcześniej kwoty. Takie samo mieszkanie jak nasze wrzucono na stronę internetową za 1800 euro/mies, ceny za zwykłe, dwusypialniane mieszkania zaczły przekraczać 2000 euro.

15:32, inny_glos
Link Komentarze (2) »
środa, 14 czerwca 2017

Dom był takim odwiecznym nieosiągalnym marzeniem, bo choć zawsze wiedziałam, że jak już będę dorosła, to kupię sobie dom, nigdy wcześniej nie byłam wystarczająco dorosła. W 2008 w Irl  okazało się, że muszę być jeszcze bardziej dorosła niż w Pl, bo ceny domów były niebotyczne. I choć później dość drastycznie spadły, wciaz nie mieliśmy szans na kredyt - M firma została sprzedana, a my wymyśliliśmy jeszcze jedne studia, zeby nie musiał pracować w fabryce do końca życia. Ale cały czas śledziłam ceny nieruchomości, a one jeszcze przez jakiś czas dawały nadzieję. Gdzieś tak koło 2012 zaczęły się odbijać od dna i rosnąć, przez jakiś czas ciągle jednak jeszcze wydając się w zasięgu ręki, tylko, że ręce trzeba było mieć coraz dłuższe. Gdzieś tam na dnie mojego jestestwa dokarmiałam nadzieję, że kiedyś, że w końcu, że przecież nie może być inaczej. Nadzieja ta stała się palącą żywym ogniem potrzebą kiedy zaszłam w ciążę, a koszty wynajmu zaczęły rosnąć niemożliwie. Co roku z początkiem stycznia zaczynałam nerwowo wyglądać maila o podwyżce czynszu...

 

 

00:54, inny_glos
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 czerwca 2017

Wróciłyśmy do Dublina z pewną ulgą, upał i chaos mojego domu rodzinnego troszkę już nas obie zmęczył. Morinkę pewnie bardziej skwar, do którego nie jest przyzwyczajona, bo słońce w Polsce praży niemiłosiernie i tak, jak w Dublinie mam odruch wystawiania się na nie kiedy tylko na chwilkę się pokaże, tak we Wrocławiu robiłam wszystko, by schować się przed jego palącymi promieniami. Było gorąco codziennie, a ostatnie parę dni również duszno i burzowo. Mo jest prawdziwą Irlandką pod tym względem i choć upały nie wpływały na jej żywotność - codziennie biegała po parku spocona, czerwona i zakurzona - to kiedy spadł w końcu deszcz zamiast, jak inne dzieci chować się w parkowej restauracji i ze strachem spoglądać na popis natury, wybiegała na zewnątrz i śmiała się na głos: Leje! Pada! Des! Mama - leje! Des! Obie - ja i ona - z radością przyjęłyśmy ochłodzenie, oddalenie od ciepłej, ciasnej, dusznej atmosfery miejsca, gdzie moi rodzice niestrudzenie wciąz gromadzą góry rzeczy, które się mogą przydać. Choć rozumiem taką zapobiegliwość, czy wręcz jawny bunt wobec konsumpcjonizmu, który nakazuje kupować wciąż NOWE i NOWE, choć popieram w pryncypiach, w praktyce mieszkanie z milionem starych niepotrzebnych rzeczy jest bardzo upierdliwe i męczące. Po paru dniach dostaję uczulenia na wszystko, pierze i roztocza w pościeli, kurz w starych wykładzinach i stosach starych gazet i mam ochotę na chłód, przestrzeń i oddalenie.

A zatem jesteśmy z powrotem. Szkoła się skończyła, powoli kończymy jakieś ogryzki pracy, jakieś poprawianie esejów czy korekty za dodatkowe pieniądze. A pieniądze się przydadzą, bo chcemy kupić dom.

23:33, inny_glos
Link Komentarze (4) »
stat4u