RSS
poniedziałek, 27 czerwca 2016
Brexit, parę uwag

No i wyszli z Europy, czego podobno nikt się nie spodziewał. Ale przecież już od dawna ta biedna część społeczeństwa angielskiego stawała się coraz biedniejsza, godne życie wywalczone po drugiej wojnie światowej było coraz mniej godne, rosła nierówność społeczna i różnice w dochodach. Na skargi klasy pracującej klasa średnia miała od dawna jedną receptę: mobilność społeczną, czyli tak naprawdę zlikwidowanie klasy pracującej.

Brexit dla mnie jest właśnie krzykiem tej pomijanej części społeczeństwa, tych wszystkich wkurwionych Jamesów i Nikoli, którzy zostali skutecznie wypchnięci z rynku pracy albo ich zarobki zostały skutecznie zamrożone od 10 lat dzięki Polakom. Nie, nie jestem przeciwko Polakom, a już w szczególności Polskim imigrantom, sytuacja jest bardziej skomplikowana. Brexit jest konsekwencją neoliberalnej polityki rozpoczętej w latach osiemdziesiątych przez Thatcher, a potem wesoło kontynuowanej nawet przez Blaira, który był politykiem partii pracy tylko z nazwy. Tak naprawdę Blair i jego Trzecia Droga umocniła ekonomiczny liberalizm, a Polacy tylko do tego byli potrzebni - do pracy za płacę minimaną albo za pieniądze niższe, niż Anglik by się zgodził. I jeszcze ta 'etyka pracy' z której polscy robotnicy są otwarcie dumni - ile razy słyszałam w UK (i tutaj również), że 'Angole (Irole etc.) są leniwi i pracować im się nie chce' nie to co nam - zmiana po 12 godzin i heja! bez żadnych przerw, na akord i w tempie sprintu. Takie nastawienie jest możliwe tylko u grup aspirujących, które poświęcają z trudem wywalczone prawa pracy tylko dlatego, że w tej sytuacji im się to opłaca, na krótką metę jest to dla nich korzystne, a dłuższą perspektywą nikt sobie głowy nie zawraca, zupełnie tak samo, jak dla partii rządzących horyzont zdarzeń kończy się na czterech latach. Niestety, na niższych kosztach pracy korzystają głównie elity i przedsiębiorcy, ale ci do momentu, kiedy imigranci zaczynają zakładać firmy i konkurować ceną usług, a że obcokrajowcom zwykle zajmuje parę lat oswojenie się z nowym krajem i rozeznanie się w przepisach i szansach, to okazuje się, że przedsiębiorcy popierają imigrację zwykle tylko przez parę lat po momencie najniższego bezrobocia i wpuszczeniu mas imigrantów. A zatem Brexit, nie oszukujmy się, jest wymierzony przeciwko nam, z Europy Wschodniej, to nie jest sprzeciw przeciw 'Pakim' ani 'ciapatym', bo oni mieszkają w UK od lat i to na zupełnie innych podstawach prawnych.

W Irlandii z reguły już po pierwszym zdaniu poznaję, kto zaraz wyrazi radość z tego, że mieszkam w jego kraju. Akcent interlokutora zdradza, czy jest to osoba dobrze wykształcona, zamożna i z dobrym zawodem, a dla takiej osoby jestem tylko zyskiem - dzięki imigrantom może korzystać z tańszych usług (fryzjer, pralnia, kawiarnie, restauracje, opieka nad dziećmi i staruszkami, sprzątanie - you name it), zarabiać na wynajmie mieszkania (większość wynajmujących to imigranci!) a konkurencją na rynku pracy dla tuziemców nie jesteśmy żadną, bo licencjat z Dublina jest zawsze więcej warty niż magisterka z Warszawy. Dla klasy pracującej, albo - jak się ich ostatnio nazywa - niepracującej - jesteśmy zagrożeniem, bo to 'dzięki' nam przedsiębiorca może powiedzieć 'na twoje miejsce mam stu innych' - Polaków. Stu Polaków. A zatem rasizm, czy też ksenofobia nie wynika z tego, że osoby niewykształcone są głupimi burakami, ale z konkretnej sytuacji ekonomicznej. To również tłumaczy, dlaczego Polacy z UK, którzy mają obywatelstwo brytyjskie często głosowali  za wyjściem z UE - dla nich nowi imigranci to więcej gęb do wspólnej michy. 

Ale niestety wynik referendum dał takie społeczne przyzwolenie na otwarcie rasistowskie i kswnofobiczne postawy, co wcześniej było nie do pomyślenia. Ale może kiedy Polacy sami będą ofiarami zmniejszy to ich rasizm, ksenofobię i nacjonalizm. Bo już naprawdę rzygać mi się chciało od czytania o 'ciapatych' i 'muslach'. Nosił wilk razy kilka ...

 

23:59, inny_glos
Link Komentarze (4) »
sobota, 25 czerwca 2016

Lato nas w Irlandii porozpieszczało przez tydzień, siedem długich dni słońce, słońce, słońce, pakowałam nas zatem z Moriniakiem po pierwszym spaniu (moim i jej, przeważnie) i pierwszej kawie do parku, najpierw tego koło katedry

którego w sumie za bardzo nie lubię, bo tam tylko trawa, potem drugiego, większego, gdzie jest woda i kaczki i fontanna i kwiatki i drzewa. Plac zabaw, trawnik, kocyk, piłeczka, inne dzieci, zjeżdżanie ze zjeżdżalni, huśtawki, zwykły placyk wysypany wiórami (o piaskownice tutaj niestety trudno), na którym Mo zwykle spędza co najmniej godzinę grzebiąc w poszyciu.

I walki jaszczurów w słońcu.

Po drodze gdzieś druga kawa, u Butlersa, jeśli odżałuję trzy euro, albo w jednej z tysiąca kafejek w centrum Dublina, w międzyczasie przeważnie jakiś sklep, tak na szybko, 15 minut i wyjazd, bo dziewczynka nie lubi, zresztą kto by lubił - duszno, tłoczno, głośno, krzykliwie i zamiast dzieci rzędy bluzek, nie to, co na placu zabaw - głośno, krzykliwie, tłoczno, ale wesoło, można do kogoś zagadać, można się z kimś zaprzyjaźnić, można się na kogoś zapatrzyć, można po prostu całą sobą chłonąć ten rwetes.

Lato w Irlandii.

Jej skóra nabrała złocistego odcienia, ma włosy koloru miodu, pachnie wiatrem, słońcem, potem, tym niezapomnianym zapachem dziecka w lecie. A potem kiedy wracamy do domu późnym popołudniem dzwonimy do M, który nas gdzieś spotyka w połowie drogi, koło starego drewnianego pubu Fallona, Mo już pada ze zmęczenia, więc M ją bierze na rączki, ja prowadzę rower, czasem Mo podczas tej drogi zasypia, jeśli nie zrobiła tego już wcześniej, w parku.

Wracamy jak z wyprawy.

Narzekałam na moją pracę, ale ostatnio uświadomiłam sobie, że mam wielkie szczęście, że mogę tak pracować. Dziękuję losowi, że nie muszę spędzać w biurze codziennie ośmiu godzin i zostawiać dziecka w żłobku na całe dnie, że zarabiając rocznie nieco poniżej średniej krajowej pracuję praktycznie tylko przez pół roku, w tym nie więcej niż 12 godzin na tydzień poza domem. Jest to czasami ciężkie, przez parę miesięcy nie ma się żadnych wolnych wieczorów ani chwili dla siebie, ale mam poczucie, że moja córeczka jest zadbana, doglądnięta, dopieszczona. Codziennie jestem za to wdzięczna. 

19:56, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 czerwca 2016

 

Staje! Staje! Od dziesięciu dni. Trzyma się stołu, kanapy, fotela, nóżki się jeszcze bujają w różne strony, ale świat wygląda zupełnie inaczej z tej perspektywy. Mówi 'tata' i wydaje się, że trochę świadomie, na prośbę o 'mama' wydyma buziaka i bardzo pociesznie mówi 'bamba' albo nawet 'mamba' z takim b na granicy m. Śpi dwa razy dziennie, w nocy budzi się ze cztery razy, nie wiem nawet ile, bo jestem na granicy snu i jawy, szuszam jej tylko trochę szszszszsz..., przystawiam do cycka oczywiście i zasypia.

I pachnie, cudownie, oszałamiająco, dziecięco, karmelowo, słono i słodko równocześnie, pachnie, sztacham się do upojenia kiedy ją usypiam. Je różne rzeczy, ale nadal jest największą amatorką cycka, cycek to w ogóle zasługuje na poemat czy wręcz epopeję, cycek jest bazą, ugruntowaniem, ziemią, podstawą. W Polsce zauważyłam, że w nowych sytuacjach, kiedy jest niepewna, zmęczona, przestraszona domaga się piersi, bardziej się poprzytula niż zjada, ale po pięciu minutach jest gotowa stawić czoło całemu światu, tramwajowi, hałasowi, dużemu miastu, obcym dzieciom, psom i w ogóle wszekim głośnym i przerażającym objawom życia. W tym wszystkim jest dość odważna, rwie się do inych dzieci, wyciąga rączki, jest ciekawska i zainteresowana światem.

A łatwość karmienia piersią sprawia, że w bardzo zagonionych dniach czasem gdzieś mi z głowy i planu wyleci kaszka albo zupka i dopiero wieczorem orientuję się, że cały dzień była prawie tylko na piersi. Ale już takich dni ma coraz mniej, zawsze staram się jakąś jaglankę lub owsiankę rano i zupkę po południu, pomiędzy jabłuszko i trochę wszystkiego tego, co my jemy. Nie lubi za bardzo pakować jedzenia do buzi sama - jak jej daję jabłko tak śmiesznie nachyba się samym buziakiem z rączkami za plecami.

00:19, inny_glos
Link Komentarze (2) »
niedziela, 12 czerwca 2016

Przyjemność pieczenia to przyjemność ciała, rąk ugniatających kulę ciasta, palców obklejających blachę miękkim, plastycznym tworzywem, toczących zgrabne i mniej zgrabne wałeczki z kurczakowo żółtej, lepkiej substancji.

To pomost pomiędzy plastolinowym dzieciństwem a zaganianym macierzyństwem, chwila oddechu od galopujących myśli, medytacja matki idealna w swej istocie, bo łącząca przyjemność chwili z pożytkiem w przyszłości, a w dodatku z karmieniem w poddtekście.

I to cudowne połączenie zabawy z karmieniem sprawia, że mając wczoraj wolną godzinę rzuciłam się na robienie szarlotki - tym razem kruche ciasto, gruszki i jabłka. I cynamon. 

19:29, inny_glos
Link Komentarze (4) »
sobota, 11 czerwca 2016

Byłyśmy w Polsce. 

W teatrze

na działce

w parku

w domu

W Polsce zawsze zachwyca mnie balsamiczne powietrze, każdy oddech jest przesycony bzem i akacjami, trawą, pokrzywą, lipą i tysiącem innych zapachów unoszących się w powietrzu i opływających całego człowieka. Uwielbiam, zawsze kiedy jestem we W. wdycham i wącham i nacieszyć się nie mogę tą delikatnością i głębią woni. W Irlandii zwykle dominuje ostry zapach morza, ryb, glonów, wodorostów i soli, taki, że aż w nosie kręci. Też lubię i z lubościa wwąchuję się w zielone stwory znalezione na plaży, ale to zupełnie co innego. W Polsce czuję, jakbym cała weszła do amfory, zanurzyła się w wonnej kąpieli różano-akacjowo-trawiastej, słodkiej i łagodnej.

Było cudnie. Gorąco i ludnie, dokładnie tak, jak powinno być na wakacjach.

Morinka ma silną więź z moją mamą, wdrapuje jej się na kolana i buja się do melodii nuconych przez babcię, potrafią tak kiwać się godzinami, aż w końcu Morinek zasypia zmęczony. Pierwszy raz widzę takiego malucha, który po prostu uwielbia muzykę i jest dla mnie dość egzotyczne, jako że mnie słoń na ucho nadepnął. Byłyśmy zupełnym przypadkiem na operze dla dzieci, a właściwie próbie generalnej, miałyśmy tylko zobaczyć i wyjść, ale Mo najpierw zasnęła, potem podjadła (co widać na drugim zdjęciu) potem zaczęła się bujać do muzyki, a na końcu próbowała śpiewać i tak dopiero to wygoniło nas po godzinie z przedstawienia.  

A poza tym powinno się zakazać przyjeżdżania do Polski w maju i czerwcu, bo miesiące te są tak upojne, że człowiek nie chce już być emigrantem.

00:16, inny_glos
Link Komentarze (4) »
czwartek, 09 czerwca 2016

Muszę, choć się nie składa, choć nie mam czasu, choć słowa nie chcą się układać w zdania i w zgrabne historyjki, kiedy już cały dzień ogarnę i obiad i pranie i zakupy i spacer i drzemki i wszystko, mam w głowie pustkę i chcę tylko powgapiać się w ekran przez pół godziny urywając kolejny kawałek serialu. Ale muszę, bo przecież ADEK ZDAJE MATURĘ.

Zaczął wczoraj angielskim. Dziś druga część angielskiego (co ciekawe był akcent polski - interpretacja wiersza Miłosza And yet the books), jutro pierwsza część matmy. Potem tylko jeszcze matematyka stosowana, księgowość, business, fizyka i polski. Wszystko rozszerzone, czyli tutejszy higher level (jest jeszcze ordinary i foundation, taka zupełna podstawa). Z irladzkiego obowiązkowego jest zwolniony (ma szczęście, bo to ponoć jeden z trudnieszych przedmiotów, bardzo nie lubiany przez większość maturzystów), a polski zdaje jako język obcy, co oznacza, że będzie musiał napisać wypracowanie na ... 300 słów. Mam nadzieję, że śmiech na sali;) Jak ktoś jest ciekawy jak wygląda matura z polskiego w Irlandii tutaj może znaleźć przykłady z lat poprzednich. W sumie to się nie denerwuję, chyba nie mam czym. Choć tfu tfu na psa urok, jakby co.

Moriniak będzie jutro, bo dziś dzień Adka.

23:14, inny_glos
Link Komentarze (4) »
stat4u