RSS
poniedziałek, 29 czerwca 2015

To się już kompletnie zamamowałam. Puszczam Morince Bolero Ravela na słuchawkach, muzyka klasyczna rozwija koordynacje ruchową. Niektórzy się śmieją, ale ja nie widzę w tym nic dziwnego - nie mówimy tu o ZARODKU, tylko o dziecku, które niedługo przyjdzie na świat. Za tydzień będzie już donoszone. Znany jest eksperyment puszczania muzyki klasycznej dzieciom w łonie i badaniu koordynacji ruchowej 6 miesięcy po narodzinach, mniej znane są na przykład takie badania, jak wpływ muzyki na morfologię mózgu u szczurów (więcej komórek w środkowej części mózgu, odpowiedzialnej za poczucie przestrzeni i przetwarzanie bodźców ruchowych: Neuroplasticity Changes of Rat Brain by Musical Stimuli during Fetal Period Siamak Sheikhi, Ehsan Saboory, 2014).

(No niestety, okazuje się, że cierpię na baby brain i przez następny miesiąc będziecie czytać tylko o dzieciach.

Żartowałam.)

Ale rzeczywiście jak na razie mnie to najbardziej fascynuje. 

Błogosławię internet, który w dobie braku babć i kół gospodyń miejskich pozwala na dzielenie się doświadczeniem i praktycznymi radami

(moje 5cio dniowe niemowlę właśnie spędza przy cycku siódmą godzinę, ratunku! czy to normalne? Może mam za mało mleka? - To zupełnie normalne, noworodek ma żołądek wielkości wiśni i właśnie teraz zamawia sobie dostawy mleka na pozostałe 6 miesięcy. Wytrzymaj jeszcze trochę, a będzie łatwiej - odpowiadają doświadczone matki karmiące.)

Dziękuję za wszystkie komplementy, tak, dobre geny to podstawa:D bo raczej mała w tym moja zasługa. Nie mam ani jednego siwego włosa, przytyłam 9 kilo, nie mam rozstępów (nie smaruję niczym brzucha specjalnie), wciąż z łatwością maluję paznokcie u stóp. Mam podejrzenie, że wyglądam młodo, bo jestem niedojrzała;)

16:12, inny_glos
Link Komentarze (2) »
sobota, 27 czerwca 2015

A tak wyglądam przebrana za biegacza w 9 miesiącu ciąży (35 tydzień):

A tutaj trochę bardziej saute:

20:42, inny_glos
Link Komentarze (4) »

Tydzień upłynął nam pod znakiem polowania na wózek. Nowe wózki kosztują tutaj bardzo dużo i nie widzę powodów, dlaczego musiałabym mieć taką właśnie nówkę nie śmiganą, od razu więc założyliśmy, że poszukamy czegoś używanego (nigdy nie miałam oporów przed recyklingiem jeszcze dobrych rzeczy). Widzieliśmy w sumie trzy (jeden śmierdzący papierosami i cały zażółcony w środku, a drugi ponad 4 letni polski x-lander wyraźnie wyglądający na zużyty) zanim udało się nam znaleźć śliczny, prawie-że-nowy i zupełnie Morinkowy wózek, o taki: 

 

Używany przez 7 miesięcy, czyściutki i niezniszczony. Za 160e. Lekki, wygodny, zwrotny, łatwy do składania i rozkładania. 

Jutro jedziemy po łóżeczko, też wypatrzone na gumtree za 10 euro. Jeszcze tylko parę nowych drobiazgów, materacyk, prześcieradła itd. i tyle. Może przychodzić na świat. 

Z pieluchami to mam taką jazdę ekologiczną, jawią mi się góry zużytych pampersów, których nie ma jak recyklingować. Jestem nieodrodną córką Romana, który nawet herbatę w torebkach używa do mycia naczyń (spróbujcie, idealnie myje nawet tłuste naczynia), który ściagał mnie zawsze za używanie płynu do naczyń w za dużych ilościach i wymienianie całkiem dobrych rzeczy. Poza tym jest to (podobno) tańsze i zdrowsze, bo szybciej się dziecko przebiera i pupa się nie odparza. I łatwiej nauczyć później sikania do nocnika, bo dzieciakowi jest mniej przyjemnie w pieluszce. I nie, syntetyk nie dotyka ciała, tylko pieluszka tetrowa, syntetyk jest na zewnątrz, żeby przeciekło na śpioszki.

17:09, inny_glos
Link Komentarze (4) »
czwartek, 25 czerwca 2015

35 tydzień. Wczoraj Morinka wystrzeliła mnie w kosmos, kiedy się nie ruszała o swojej zwykłej porze, czyli przed północą. Mówiłam do niej, potrząsałam brzuchem, piłam zimną wodę z sokiem, a ta typiara nic. Przez półtorej godziny. W końcu takie delikatne przesuwania, łaskotania od niechcenia, w ogóle nie do porównania z jej zwykłym łobuzowaniem. Ale stwierdziłam, że żyje i poszłam spać. Kiedy się znowu obudziłam po drugiej, jeszcze nie całkiem przekonana i już już miałam wpadać w rozpacz, że jednak coś jest nie tak, zaczęła mnie tak kopać, że wszystko było jasne.

Ech, te dzieciaki.

Poza tym kupujemy wózek, jeździmy i oglądamy używane, bo w sumie nie widzę potrzeby wydawania 350 euro na nowy. Wyczaiłam łóżeczko na gumtree za 10 euro, odbieramy w sobotę, dokupię materacyk w Ikei i będzie dobrze. Z większych zakupów jeszcze tylko chusta do noszenia (zamierzamy nosić Morinkę wszędzie, dzieci nie lubią być same) i odetchnę. Zostaną takie drobiazgi jak wkładki laktacyjne, jakaś tam ewentualna butelka, koszula do porodu dla mnie. Pieluchy (zamierzamy używać tetrowe, zobaczymy jak bardzo upierdliwe to będzie). W ogóle plany mam, że hoho - karmienie piersią i naturalne pieluchy. Noszenie w chuście. Pewno życie zweryfikuje dobre chęci.

10:44, inny_glos
Link Komentarze (4) »
czwartek, 18 czerwca 2015

Ktoś mi wyłączył motorek. Śpię długo, z przerwami, a jak już się wyśpię to poleguję na kanapie. Pudła z papierzyskami patrzą się z wyrzutem i codziennie czekam na lepsze dni. Ale obawiam się, że lepsze dni już były. Ratuje mnie jedynie czytanie, kończę Winnicota, szukam czegoś równie fascynującego o psychice niemowlęcia.

Uaktywniam się jedynie na wieczór i nagle się okazuje, że wszystkie wieczory w tygodniu mam zajęte - bieganie, terapia, koncert, zebrania moich aktywistów, joga, spotkania. Staram się upchnąć życie towarzyskie w tych niewielu tygodniach, które mi zostały, wzmocnić stare przyjaźnie i znajomości, dopieścić nowe, nagadać się do wypęku, naoglądać świat różnymi oczami, nazbierać wrażeń, pootwierać nowe perspektywy i zrobić przeciąg. Wywiać zapyziałe sentymenty, nacieszyć się ludźmi, nawet tymi, z którymi mam kontakt urywany z różnych powodów, nawet takimi, jak koleżanka wpisana w telefonie jako Mary Kopnięta, najbardziej neurotyczna osoba jaką znam, którą jednakże lubię bardzo bardzo za niekonwencjonalne myślenie i świadomy brak uprzedzeń. Oraz czyste szaleństwo.

Instynktownie tworzę sobie grupę wsparcia na okres po porodzie, uciekam od zapomnienia, przygotowuję sobie grunt na czas, kiedy już zacznę wychodzić z tej obsesji niemowlęciem, która jest udziałem matki przez parę miesięcy po porodzie. Winnicot wręcz mówi o chorobie, która dopada świeżo upieczoną matkę, ale takiej najbardziej zdrowej, takiej, która jest koniecznie niezbędna noworodkowi i potem niemowlęciu. Zupełne oddanie matki jest podstawą do zbudowanie sobie stabilnego układu odniesienia i zaufania do świata, otwartości i tej nadziei tak niezbędnej do życia, bez której to życie po prostu nie ma sensu. (Przypominają mi się badania nad postrzeganiem świata osób z depresją - ich perspektywa była najbardziej realistyczna, ich ocena przyszłości najbardziej zbliżona do rzeczywistości, najmniejsza skłonność do łudzenia się i myślenia życzeniowego. Ale zatem myślenie życzeniowe to to, co jest nam bardzo potrzebne). 

Wracają do mnie wspomnienia pierwszych miesięcy Adziarza. Pamiętam, że choć ciąża przebiegała równie bezproblemowo jak obecna, a może nawet bardziej, bo byłam zupełnie nieświadoma zagrożeń, połóg wystrzelił mnie w kosmos. Leżałam w szpitalu przez miesiąc i przez miesiąc nie mogłam chodzić ani siedzieć bez bólu i krwawienia, kiedy się wypisałam po dwóch tygodniach, bo Adziarzowi nareszcie minęła infekcja, przy wyjściu ze szpitala dostałam krwotoku, osunęłam się na kamienną posadzkę i cud, że nie upuściłam dziecka. Transfuzja i powrót na oddział i nie miałam już siły protestować. Pamiętam, jak leżałam na sali matek, a za ścianą jakieś dziecko zanosiło się okropnym płaczem i wypierałam myśl, że to może być Adek i tylko na usilne prośby mojej mamy, która akurat przyszła mnie odwiedzić, pokuśtykałam do sali noworodków, przejście 20 metrów trwało 20 minut a kiedy tam dotarłam zobaczyłam żałosnego, wyziębionego, wydzierającego się w niebogłosy Adziarza w inkubatorze, który pielęgniarka zapomniała włączyć.

W domu było tylko trochę lepiej, karmienie piersią było nieustającym bólem, walką i zamartwianiem się, czy zjadł wystarczająco dużo, a noce wypełnione były parogodzinnym płaczem, nieustannym noszeniem na rączkach i zgadywaniem, co tym razem się dzieje temu bezbronnemu, przesłodkiemu maleństwu, które ma się ochotę zabić.

Wracają wspomnienia, do których nie zaglądałam od wielu lat i które najchętniej pozostawiłabym w spokoju. Ale muszę się choć trochę psychicznie przygotować na przyjście Morinki i pamiętać, że ma prawo płakać przez 6 godzin i marudzić i nie spać, i że będzie mnie boleć i że będzie smutno i że będę jak zombie na ostatnich nogach, ale warto. Warto warto warto.

Bo życie to cud. Więc warto wszystko.

O, już szósta. To idę spać.

07:00, inny_glos
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 15 czerwca 2015

Jutro kończymy 34 tydzień. Nadal czuję się świetnie, choć zaczęłam mieć problemy jedzeniem dużych porcji, bo Morinio siedzi mi na żołądku. Przestawił mi się cykl dobowy i budzę sie prawie codziennie koło 5, nie śpię przez jakieś dwie godziny i dosypiam do 10. A co! Kto niepracującemu zabroni. Zamierzam się wyspać za wszystkie czasy, narobić zapasów na następne pół roku niespania. Trochę nieśmiało znowu jeżdżę na rowerze, ale tylko po ścieżkach rowerowych, nadal bardzo pewnie się czuję na moim krążowniku szos. Biegam, choć w sumie trudno to nazwać biegiem - 8m/km sapiąc jak lokomotywa. Choć czuję, że robi mi to dobrze, zawsze gdzieś jakiś strach z tyłu głowy jest i wieczorem po biegu wyczekuję kopów Morinki dających znać, że wszystko dobrze. W zeszłą niedzielę kąpałyśmy się w morzu (10.8 stopni morze, 13 temp. powietrza), było naprawdę bosko! Chodzę na jogę, choć jaka to joga - leżenie na ziemi i kręcenie głową albo nogą;)

W pracy spokój. Semestr pokończony, zostały pojedyncze michałki, spóźnialscy studenci, resztki papierkowej roboty. Dokumenty na macierzyński wysłane. Porządkuję papiery. 

Wyrzucam stare, żeby zrobić miejsce na nowe. Do śmieci karteluszki i kartki, niepotrzebne dokumenty, raporty i całe kilogramy papieru. Czuję silną wewnętrzną potrzebę pozbycia się nieużywanych szpargałów, niezauważalnie życie nam się rozrosło, rozdęło ciuchami, pamiątkami, papierami, sprzętami, buteleczkami, kosmetykami, kocykami, butami i w ogóle wszystkim. Zupełnie nie wiem jak to się dzieje, że rzeczy się mnożą, dopiero co wyszliśmy z zadziwienia, że ludzie się mnożą, powstają z mgły i romantycznej kolacji, zapomnienia, rozmarzenia, nadziei, a tu jeszcze się okazuje, że przedmioty też mają tę właściwość. I jak to w ogóle możliwe? ja się pytam?? Jak to się dzieje, że przyjechaliśmy tu 7 lat temu z dwoma walizkami a teraz całe 70m2 zamieszkane rzeczami martwymi i żywymi istotami.

17:24, inny_glos
Link Komentarze (6) »
czwartek, 11 czerwca 2015

Jupi!

Wczoraj dostałam maila z Uni z zapytaniem kiedy zamierzam wrócić do pracy i zaraz następnego, że w takim razie wykład 7 stycznia będę już prowadziła ja.

Czyli zwycięstwo! nawet bez odwoływania się do sądów;) 

Tak sobie właśnie myślałam, że raczej to była inicjatywa pani pracującej w biurze, której się nie chciało wypełniać dokumentów, układać planów pode mnie i szukać kogoś na zastępstwo na 3 miesiące. Ale gdybym nie była bardziej dociekliwa to łyknęłabym to bez żadnego sprzeciwu. No i zawsze warto ich postraszyć - Uniwerek raczej nie lubi być posądzany o dyskryminację i unika złej sławy. Ale zawsze trzeba być zdecydowanym iśc do sądu jakby co.

No to wielkie uff.

16:27, inny_glos
Link Komentarze (1) »
środa, 10 czerwca 2015

Ósmy miesiąc jak Teatr Ósmego Dnia - codziennie dramat. Skalę wzruszenia od 0 do 100 przemierzam w 10 sekund, ale jak tu nie być emocjonalną, jak wciąż się czuję jak żołnierz na froncie. A już bym sobie usiadła przy ognisku , zzuła onuce i walnęła setę;)

A tu ciągle płaczę i płaczę!

W zeszłą środę dowiedziałam się, że nie dostanę kontraktu na Uni (moja druga, dodatkowa praca) na przyszły rok ze względu na to, że jestem w ciąży. Cudowna wiadomość po miesiącu stresu i obaw o moją pierwszą pracę! Najlepsze jest w tym wszystkim to, że mi ją już zaoferowali, a ja grzeczna i uczciwa zanim podpisałam kontrakt (który zawsze wysyłają mi pocztą) napisałam do nich, że jestem w ciąży. No to oni, że bardzo im przykro, ale nie mogą dać mi godzin, mogę się zapytać w przyszłym roku w maju. No to ja, że trudno, że rozumiem. Taka grzeczna dziewczynka ze mnie. Ale minęło czasu mało-wiele, poszłam na moje codwutygodniowe spotkania aktywistów, a tam dziewczyny mówią, że to jest czysty przypadek dyskryminacji i w ogóle, powinnam być oburzona i walczyć i nie łykać wszystkiego jak pelikan. 

Jeszcze miałam ostatnie papiery pracowe na głowie, właśnie niestety do Uni, które mi szły jak krew z nosa, a po takiej wiadomości to już w ogóle obrzydzeniem mnie napawały i nie mogłam ich skończyć. Alem już się wewnętrznie przygotowała na walkę - ach znowu! nie czas odpoczywać przy ognisku! - i zaraz w poniedziałek rano, jak tylko ostatnią robotę wysłałam, napisałam parę maili do polecanej osoby ze związków (pozdrawiam serdecznie Ake!), w których nota bene nie jestem, do koleżanki, która MA KONTAKTY, wyguglałam parę rzeczy i oto oczywiście voila! okazało się, że HUJE JEDNE JEBANE (przepraszam, że przeklinam, ale za to ortograficznie) nie mają racji, bo jak mi już zaproponowali kontrakt, to nie mogą go cofnąć tylko dlatego, że jestem w ciąży, bo to DYSKRYMINACJA ZE WZGLĘDU NA PŁEĆ, proszę bardzo! wiedziałyście? ja też nie. Do czasu. A zatem walnęłam im maila, że właśnie w tej sytuacji obawiam się, iż nastąpił przypadek dyskryminacji ze względu na płeć, albowiem pracodawca nie może wycofać się z oferowania pracy osobie, którą był uznał już za nadającą się na to stanowisko i której już był zaproponował pracę, nie może zatem wycofać swojej oferty tylko dlatego, że mogłyby go spotkać niekorzystne konsekwencje wynikające z tego, iż osoba ta jest w ciąży. O czym pracodawcę poinformowała w dobrej wierze przed podpisaniem kontraktu ale już po przyjęciu proponowanego stanowiska. A zatem bardzo uprzejmie proszę o ponowne rozważenie swojego stanowiska w tej sprawie, bowiem byłabym bardzo szczęśliwa mogąc kontynuować moją pracę dla waszej szacownej instytucji. Takiego im właśnie maila wysmażyłam, trochę na wyrost i na postraszenie, bo przecież dyskryminację to trzeba jeszcze UDOWODNIĆ przed sądem, ale liczyłam na to, że będą się bali złej sławy i szalonej kobiety w ciąży, która wiadomo - może posunąć się do wszystkiego - i cofną swoją nieprzemyślaną decyzję.

I może ktoś się zaraz oburzy, że z punktu widzenia pracodawcy to chamstwo jest i bezczelność, ale przepraszam bardzo, macierzyński matce się należy jak psu buda, jak wakacje pierwszakom, jak deputat węglowy górnikom, jak sesje u psychologa strażnikom więziennym, jak AA alkoholikom, jak mundur żołnierzom, jak czepek pielęgniarkom, jak sen dzieciom i należy tak sobie zorganizować pracę, jak się jest pracodawcą, żeby móc tej kobiecie dać wolne na pół roku. Czy ile tam potrzeba. A potem przyjąć ją z powrotem, jeśłi by taka była jej wola. I nie jest to żadna łaska, ale jej PRAWO. I sprawiedliwość, jeśli już o to chodzi. Jeślibym była bowiem zatrudniona na etat, to w ogóle żadnego problemu by nie było, cienia problemu, nikt by nawet nie kwestionował moich praw w tym względzie, a ta głupia baba, co to wycofała mój kontrakt, to na pewno nawet nie pomyślała, że JEJ by się macierzyński mógł nie należeć. No bo przecież. Ale nie ze mną takie numery, Bruner! (Stałam się wyjątkowo waleczna w tej ciąży, czuję się jak niedźwiedzica i będę gryzli!).

 

 

Mam wrażenie, że końcówkę tej ciąży mam wyjątkowo pełną wyzwań, na szczęście z Morinką wszystko dobrze, kopie, bryka, serduszko jej bije, puszczam jej Bolero Ravela w wykonaniu Wiedeńskiej Orkiestry Symfonicznej (dzieci które słuchały muzyki klasycznej w łonie matki w wieku 6 miesięcy miały lepszą koordynację motoryczną), czytam jej wierszyki Tuwima, biegamy raz-dwa razy w tygodniu (oj, dziś było 3.5 km w zawrotnym tempie 8 minut/km), choć przyznam się, że już sapię jak ta lokomotywa, brzuch mam jak piłka, ale lekarska;) przytyłam od początku 8 kg. Rano ćwiczymy jogę, ale czasem nie możemy spać, tak, jak dziś. Za dużo emocji, Morinka, nie?

03:38, inny_glos
Link Komentarze (3) »
stat4u