RSS
wtorek, 24 czerwca 2014

Reisenfieber.

Kolanko mnie boli, wymyślam zwyrodnienie stawu kolanowego, któż by przypuszczał, że joga może człowieka tak załatwić, jak ćwiczyłam z dziadkiem nigdy mnie nie bolało, i jeszcze chrupie, zwyrodnienie jak nic, ja chcę dziadka!, włosy zafarbowane na marchewkę NIERÓWNO, ciemne placki niezafarbowanych wyłażą spod spodu, nawet się nie spakowałam, termin wysyłania projektu badań przesunęli o 3 tygodnie, widocznie było jak w moim śnie (gdzie dostałam pieniądze na badania, bo zgłoszono tylko 7 projektów na 10 stypendiów) ale to nie fair! bo ja już wysłałam! i teraz inni będą mieli więcej czasu i wyślą lepsze projekty i ja nie dostanę nic, nie mogę się już patrzeć na ryby, jak widzę rybę to mi się wszystko przewraca, kupiłam sobie w Lidlaku zapas łupaczów i pstrągów, i jeszcze śledzie w polskim sklepie i pastę z kraba, a teraz muszę to wszystko zjeść, bo trzeba rozmrozić lodówkę, 

jutro rano lecę do Polski.

A sąsiadka urodziła córkę w maju i dziś się dowiedziałam, że nazywa się Mia. Tak, jak nasza miała się nazywać. Gdyby się urodziła w maju. Tak jak miała. Więc wracam dziś od sąsiadki i mówię do M: UKRADLI NAM DZIECKO!

I jeszcze mojemu bratu się urodziło dziecko DZIŚ.

A ja mam reisenfieber.

22:19, inny_glos
Link Komentarze (4) »
niedziela, 22 czerwca 2014

Słońce, słońce, słońce.

Napisałam projekt badań, jeszcze tylko jeden ostatni rzut oka i wysyłam. Poczułam, że blokada na chwilecżkę została przerwana, że troszkę, troszeczkę łatwiej mi się pisało niż zwykle. Zamierzałam też - inaczej niż zwykle - nie katować się tym nadmiernie, stworzyć coś 'wystarczająco dobrego', przeczytać 3 razy i wysłać. Nie próbować stworzyć dzieła dla potomności, nie trzymać rozgrzebanego projektu przez wieczność na kompie, tak długo, aż stanie sie on zupełnie już nieaktualny. 

Na badania mogą mi dać 3 tys. euro, a mogą mi nic nie dać, ale i tak chcę to zrobić, nawet bez pieniędzy. 

W pracy cisza w eterze. Na mojego wojowniczego maila, krytykującego pomysł wprowadzenia jeszcze jednego przedmiotu z metod badawczych, tak, by moja szefowa i Waneska mogły sobie więcej zarobić bez konieczności wymyślania czegoś nowego, nie ma odpowiedzi.

(Metody badawcze, moi drodzy, to jest taki przedmiot, że wykładowca wchodzi na salę i prowadzi go z przysłowiowym palcem w d..., przedmiot prosty, logiczny, mało pamięciowy, w którym mało co się zmienia a generuje milion godzin wykładającemu - czyli przedmiot idealny dla szefowej i Waneski).

Podejrzewam, że mail niczego nie zmieni, ale musiałam go wysłać, żeby choć odnotowali, że ktoś ma inne zdanie i że być może nie jest to najszczęśliwszy pomysł wprowadzać studentom kolejny przedmiot badawczy z zaawansowanych technik w sytuacji, kiedy są  luki w programie i na przykład na migracje czasu nie starcza. A studenci piszą prace słabe jak herbatka dla niemowlaka nie dlatego, że nie znają metod badawczych, ale dlatego, że mają dziury w wiedzy teoretycznej (na przykład byłam promotorem prac o emigracji studentów, którzy w życiu się o tym na studiach nie uczyli). 

21:14, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 czerwca 2014

Czytam Eckharta Tolle polecanego przez Iksińska tu i ówdzie i cieszę się. A już ta wrzuta to mnie psychicznie rozmiękcza;) I choć nie umiem być w teraz, to trochę próbuję i jest fajnie. I to rzeczywiście ma sens, co mówi. 

Ostatnio pracowaliśmy z panią nad moim poczuciem bycia nikim. Pani pokazała mi jak się bardzo surowo oceniam. Niby to wiedziałam, ale nie wiedziałam. Nie widzę tego w sytuacjach, kiedy one się dzieją. Dopiero kiedy już się nie dzieją czasem udaje mi się nabrać trochę dystansu i zauważyć, jak siebie łaję. Jakie okropne historie sama sobie opowiadam o sobie! Jakie niestworzone rzeczy wymyślam! Czasem to widzę, a jednak nie wierzę same sobie, albo szybko tracę wiarę, myślę sobie, że może trochę mam w tym rację. I tak się bujam sama ze sobą. Z panią jest łatwiej, bo tak jakby ona mi to sankcjonuje, popiera to moje widzenie, wierzę jej, kiedy mi to pokazuje. Czuję się mniej splątana.

Poczułam też ostatnio, że już za długo wątpiłam w siebie. Że jednak mam dużą profesjonalną wiedzę, że umiem pracować ze studentami, umiem oceniać, że to, co przywiozłam z Polski ma wartość. Parę sytuacji mi to pokazało. Byłam na przykład drugim egzaminatorem na Uniwerku w piątek i moje oceny pokrywały się z ocenami egzaminatora zewnętrznego. Moje uwagi na temat prac dyplomowych były bardzo podobne go jego uwag (Zielone - czytaj i pamiętaj, że promotorzy i oceniający też są oceniani i też się boją;). Czuję wyraźnie, że już za długo stałam w kącie, biczując się 'moim angielskim' i niepewnością. Tak naprawdę to 6 lat zabrało mi przekonanie się, że ja coś wiem, że tutaj żadnej Ameryki nie odkrywają, że praktyka i teoria są bardzo podobne, a ja jestem w tym dobra. (Choć Eckhart Tolle by powiedział, że równie dobrze mogę być beznadziejnym wykładowcą i to też nie ma znaczenia). 

Czuję też, że (niestety!) z nieba mi nic nie spadnie, jak nie zawalczę o swoje to nic nie dostanę. Banał taki, wszyscy o tym wiedzą, ja niby też, ale jakoś nie wcielałam tego w życie. Czekałam, aż odkryją jaki to ze mnie geniusz, że będą mnie samą przekonywać jaka to ja jestem świetna i jak bardzo chcą, żebym z nimi pracowała;D Ale tak to tylko w komediach romantycznych i serialach. I to polskich. W rzeczywistości jest tak, że musisz ludziom pokazać, że jesteś świetna, a żeby to pokazać trzeba samemu w to wierzyć. Bo jak się nie wierzy, to się po prostu nie ma tej energii, tej siły przebicia, tego optymizmu co przyciąga ludzi. Tej pomysłowości, tej odwagi do wymyślania nowych rzeczy.

Kiedyś taka pani mi powiedziała 'bądź jak poziomka, znajdą cię'. A to gówno prawda. Będziesz sobie siedzieć w tej trawie i czekać, przyjdzie lato i potem jesień i w końcu cała pomarszczona i wysuszona jak podeszwa, nieprzypominająca poziomki nawet zapachem, spadniesz z krzaczka i stwiedzisz, że trzeba było nie czekać. 

I jeszcze tak upamiętnię moję ostatnie olśnienie. Kiedyś wam tu pisałam, jak to etat dostała moja była studentka, Waneska. Czy Angelika, nie wiem już jak ją tam nazwałam. Ale nie wiem, czy pisałam, jakim było to dla mnie policzkiem i jak bardzo zachwiało to moją wiarą w siebie. No wiecie - ja się uczyłam 10 lat, mam doktorat, a Waneska skończyła studia czyli 4 lata w sumie, o doktoracie to może dopiero myśli  leniwie przed zaśnięciem jak ją chłopak zagada i ona dostała etat. Nie chodziło w sumie o nią, tylko o to jak bardzo mnie nisko oceniają, jeśli przegrywam z Waneską. I dziś, po paru ostatnich historiach (opowiem, opowiem) mnie oświeciło. Waneska przyszła do tej pracy z polecenia. Waneska przyszła do pracy, która na nią czekała. Rewizja programu była w czasie, kiedy ona studiowała, wtedy też wprowadzili mnóstwo godzin z polityki społecznej. Waneska zrobiła w roczek na uniwerku magisterkę z polityki społecznej i jak do nas przyszła naturalną koleją rzeczy dostała czekające na nią godziny. Ja w tym czasie szarpałam się z 4 przedmiotami ze starego programu, które były wygaszane, miałam 2x więcej roboty tamtego roku (wszystkie przedmioty nowe), a Waneska cisnęła politykę społeczną, którą do dzisiaj sobie rzeźbi. Ja w sumie wykładałam 8 nowych przedmiotów, naszarpałam się jak wariatka, od Sasa do Lasa, do koloru do wyboru, migracje, socjologię miasta, mniejszości i wykluczenie, ubóstwo, przemoc, kryminologię, learning lab, rozwój dzieci i młodzieży. Zarobiona po uszy, jechane, co rok nowe, kończące się po roku. To wysoce nieprawdopodobne, żeby to był przypadek. Ona miała dostać tą robotę, proste. A mi to siadło na psychice i się tym gryzłam przez tyle czasu! I oceniałam siebie jej miarką. I dotarło do mnie, że często nie wiemy dlaczego coś się dzieje tak a nie inaczej i gryziemy się tym niemożebnie. No i oczywiście bardzo trudno jest zachować wiarę w siebie kiedy przez niesprzyjające okoliczności zewnętrzne jest ona ciągle podważana. A co najdziwniejsze wiara w siebie niekoniecznie musi opierać się na aktualnych możliwościach czy dokonaniach. Też to ostatnio odkryłam. Można wierzyć w potencjalnego siebie, wierzyć w swoje możliwości, wierzyć, że choć upadamy teraz to kiedyś się nauczymy chodzić. 

Pamiętaj Aniu, nie wolno siebie oceniać czyjąś miarką. No. Żeby mi było to ostatni raz!

23:52, inny_glos
Link Komentarze (3) »
środa, 18 czerwca 2014

Jestem. Trochę pracuję, trochę odpoczywam (oczywiście gnębię się, że za dużo odpoczywam). Adek skończył egzaminy, jeszcze tydzień i do Polski. Jedziemy oboje. 

Słońce, ciepło, czerwiec. W mojej pracy przygotowania do rewizji programów (standardowo co 5 lat). Wczoraj roczna ocena, rozmowa z moją szefową wyższą (a nie bezpośrednią). Jest ze mnie bardzo zadowolona, same dobre oceny mi wystawiła. Zagadałam o etat. Jak będę miała godziny, będę miała etat. Poradziła mi, żebym brała udział w rewizji programu i wcisnęła jakiś swój przedmiot. Postanowiłam być bardziej do przodu i coś wykombinować. Wymyślić łatwo, ciężej przepchnąć z moją bezpośrednią szefową. Której nie lubię, w sumie jak tak myślę to nic do niej nie mam jako do człowieka, ale jako szefowa jest nie bardzo. Bardzo niebardzo.

09:45, inny_glos
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 czerwca 2014

" Play can be seen as the main opportunity to take risks without fear of failure. Creativity and play activities are closely related. That is, if children explore and experiment in their play, the possibilities for creative outcomes are greatly enhanced without the fear of failure."

czyli 

Zabawa może być postrzegana jako główna okazja do podejmowania ryzyka bez strachu przed porażką. Kreatywność i zabawa są ściśle związane. Oznacza to, że jeśli dzieci odkrywają i eksperymentują w zabawie, możliwości twórczych efektow są znacznie zwiększone bez strachu przed porażką.

 

 

Ja też chcę się bawić!

17:39, inny_glos
Link Komentarze (3) »
niedziela, 08 czerwca 2014

Dziś praca. Dwie moje studentki niestety bardzo bardzo bardzo słabo napisały dyplomy i mam zagwozdkę czy powinny zdać. Jedną wybroniłam u drugiego egzaminatora ale z drugą mam poważny problem - sama wiem, że nic nie starała, na chybcika złożyła do kupy coś, co jest beznadziejne.

5 km bieg w 32 min, ostatni raz biegłam w poniedziałek i po raz kolejny się przekonuję, że przerwy powinny być nie dłuższe niż 2-3 dni, bo po tygodniu wraca się do kondycji wyjściowej.

Rozmawiałyśmy z panią o moje blokadzie z pisaniem i radości z uczenia. Zasugerowała, żebym podeszła do pisania jak do uczenia i skupiła się na odbiorcach, tak, jak w klasie na studentach. Ja jestem tylko tłem, narzędziem do przekazania wiedzy, tak samo mój artykuł nie liczy się sam w sobie, nie musi być bardzo dobrze napisany, jedynie powinien przekazać to, co chcę powiedzieć. Do czego chcę czytelników przekonać. Nie powinnam się zatem za bardzo skupiać na formie i fajerwerkach erudycji i pokazywać jaka to jestem mądra, ale na tym, co chcę, żeby słuchacze/czytelnicy się dowiedzieli. Jest to bardzo subtelna, ale równocześnie zasadnicza różnica - artykuł ma być tylko narzędziem, nie celem - ale jak łatwo się w tej subtelności zaplątać! Zauważyłam, że praca naukowa jest dla mnie tą Prawdziwą Pracą, na podstawie której ludzie oceniają moją Wartość, jest zatem śmiertelnie Poważna i Istotna. I powinna być Bardzo Dobrze Wykonana. Nie daję sobie zatem pola manewru, pozwolenia na próby i błędy, pozwolenia na nieperfekcyjność. Nauczanie ma dla mnie mniejszą wartość, a zatem mogę się nim bawić, mogę probować i eksperymentować, moge się mylić.

23:02, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 czerwca 2014

Mam zakwasy od jogi! Okazuje się, że to możliwe.

Bardzo, bardzo mi się podoba, ale nic nie przebije dziadka z kursu za grosze w Teacher's Club, któremu się wierzy, jak opowiada, że jak medytuje to owady do niego przylatują. Dziadek to po prostu mistrz, raz, jak dziadka nie było a przyszła na zastępstwo pani, która, jak się teraz przekonałam, prowadzi zajęcia na takim standardowym jogowym Dublińskim poziomie, to M przez całe zajęcia przesylał mi bezgłośne miny 'gdzie jest DZIADEK?? ja chcę DZIADKA!!', bo dziadek ma w sobie coś takiego, coś takiego, że się wierzy, że człowiek może być tak po prostu szczęśliwy, że żyje, i nie spotkałam takiego czegoś u żadnego innego nauczyciela/trenera czy jak tam się nazywa uczących jogę. Dziadek zawsze nam mówił, że nie można się za bardzo starać, że generalnie podstawowym błędem nie jest nie staranie się wystarczające, ale staranie się za bardzo, napięcie i walka są podstawowym błędem, z tego biorą się wszystkie zła świata - z napięcia, ze stawania na palcach, ze zmuszania się i z chęci udowodnienia sobie i innym. Pamiętam, jak śmiał się opowiadając nam jak raz robił masaż facetowi, który nie mógł się ruszać, bo poprzedniego dnia zrobił setki Sun Salutation, dziadek opowiadał o tym i śmiał się w głos i mówił 'kiedyś też taki byłem, ale nie róbcie tego, to podstawowy błąd' i dawał nam przestrzeń i oddech i przerwę od ciągłej presji i wewnętrznego napięcia.

Na terapii zaczęło się ciężej, wcześniej wszystko szło gładko i lekko, było oczywiście trochę emocji, ale bardziej oczyszczających, a teraz trudniej mi się mówi, trudniej zanurza w tym wszystkim, w tych nieprzyjemnych myślach i odczuciach, może oznacza to, że dotknęłam naprawdę takich rzeczy, których wcale nie chcę dotykać ani o nich wiedzieć. Ale cieszę się, że to zaczęłam, że mam jeszcze szansę przeżyć resztę życia w większym spokoju i z większą radością.

14:54, inny_glos
Link Komentarze (4) »
środa, 04 czerwca 2014

Adziarzowi zaczął się Junior Certificate, czyli taka mała matura. Od dużej i egzaminu gimnazjalnego różni się tym, że kompletnie nie ma na nic wpływu - uczeń ani nie zmienia szkoły, ani nie liczy mu się to później przy zdawaniu na studia. To jest bardziej taki test, jak dziecko zdaje egzaminy, taki trochę trening, jak to wszystko wygląda i jak można sobie z tym radzić. Zdaje się 9 przedmiotów, każdy z nich można zdawać na jednym z dwóch poziomów, przedmioty obowiązkowe (angielski, irlandzki i matematykę) na jednym z trzech. Cały egzamin trwa ponad dwa tygodnie, czasem z dwoma-trzema dniami przerwy pomiędzy poszczególnymi przedmiotami, jest bardzo stresujący i wyczerpujący psychicznie i fizycznie. Adziarz miał się cały rok przygotowywać oczywiście i codziennie mu przypominaliśmy o 20 minutach nauki na Junior Cert, ale jak to naprawdę wyglądało wie zapewne każdy rodzic dziecka w wieku gimnazjalnym. Czasem się uczył, a czasem nie, częściej się uczył tego, co łatwe dla niego (matma, hiszpański, science), trudniejsze odkładał na świętego Nigdy, angielski zatem istniał w wiecznym 'jutro'. Muszę przyznać, że za bardzo go nie zmuszałam do nauki, bo po pierwsze - sam jest dość ambitny, po drugie - sama się nauczyłam, że pewne rzeczy, które człowieka nie kręcą lepiej odpuścić, niż się nimi katować, i tak pisarzem pewno nie zostanie, ani humanistą (i całe szczęście;), więc nie stałam mu nad głową z Szekspirem i staroangielskim. Nie to nie. A po trzecie, trochę chcę zobaczyć na co go stać bez żadnego przymuszania i marudzenia, jeśli coś obleje przekona się, że jednak trzeba się trochę uczyć, jeśli będzie miał słabe oceny będzie go to gryzło, bo jest ambitny. 

Wczoraj się bardzo zestresował, bo na egzamin z science (to taka fizyka i chemia w jednym) mieli przygotować projekt przez cały rok, Adek go jeszcze w ostatniej chwili dokańczał i, jak się okazało, nie oddał pani przed egzaminem. Bardzo się tym zdenerwował i prawie płakał, kazałam mu wczoraj iść do szkoły ('a co jak będzie zamknięta?') i wybłagać panią, żeby jeszcze ten projekt mu dołączyła do papierów egzaminacyjnych, szkoła była otwarta i pani sekretarka wzięła od niego pracę i włożyła do szuflady pani od science, nie ma więc pewności żadnej, że projekt będzie mu zaliczony. Nie ingeruję jednak, bo chcę, żeby się sam nauczył dbać o swoje sprawy i pamiętać o rzeczach ważnych. Zobaczymy. 

Ja za to wykupiłam sobie na gruponie 'nielimitowane zajęcia z jogi' przez miesiąc, byłam wczoraj, idę dziś i jutro, w piątek biegam. Taki mam plan odnowy biologicznej na czerwiec.

Skończyły się egzaminy i prace licencjackie (no, prawie, jeszcze mam 2, ale już nie mogę;) nie mam więc wymówki, wzięłam się zatem za swój projekt/artykuł/badanie i choć cieszę się, że coś zaczęłam, czuję, jak wielką mam blokadę i jak bardzo mieszane uczucia z tym związane. Kocham swoją dziedzinę i chyba naprawdę się na tym znam, ale gdy tylko coś chcę robię w tym kierunku (oprócz nauczania oczywiście) zaczynam świrować. Jak tylko zaczynam czytać do artykułu to ogarnia mnie autentyczna panika, poczucie bycia nikim i pustka w głowie. Mogę doradzać studentom, mogę dyskutować na konferencji, mogę czytać prace M i z zaangażowaniem krytykować i poprawiać nieścisłości, ale jak tylko zaczynam coś robić dla siebie czuję się jak świnka morska spoglądająca w dół wodospadu Niagara. Nic to, w końcu rozkminię o co w tym chodzi. Moja szkoła wymyśliła stypenia badawcze w ilości 1500e rocznie (hehehe, to jest potwornie mało jak na badania, jeśli ktoś nie wie), myślę o tym, żeby aplikować, to może mi to jakoś ustrukturyzuje działania.

17:35, inny_glos
Link Komentarze (1) »
niedziela, 01 czerwca 2014

W pracy przerwa, ostatnie egzaminy sprawdzone, cisza i spokój i tylko smutno mi, bo moja bratnia dusza wyjeżdża do Pl, tym razem zdecydowała już na pewno, rozstaje się z chłopakiem i ma propozycję pracy w Pl, więc wyjeżdża i nie wraca. Smutno mi bardzo, to jest jedyna osoba, której mogłam powiedzieć wszystko o pracy i która nigdy by tego nie puściła dalej, to jest jedyna osoba, z którą nie jeden raz chichrałyśmy się z takich sytuacji, gdy tylko już śmiech pozostał bo inaczej mogłabym tylko płakać z upokorzenia. Będzie mi bardzo brakowało jej pozytywnej energii i lojaności, a pomyśleć że cztery lata temu byłam bardzo bardzo zazdrosna, że ona TEŻ dostała wykłady mimo, że nie ma doktoratu. Ech.

Sytuacja z pracą M, a raczej jej brakiem, daje nam się obojgu weznaki, on po sobie tego nie pokazuje, ale bardzo go to przygniata, ja też w to trochę nie mogę uwierzyć, wiem, że jest jedną ze zdolniejszych osób, które znam, dałby sobie radę na wszystkich stanowiskach na które aplikuje, tylko pracodawcy tego nie wiedzą i nie wiemy, jak ich przekonać. Ma 40 lat i dotychczas tutaj pracował tylko w fabrykach, więc co z tego, że miał najwyższą średnią na roku na tutejszym uniwerku.

A u mnie w pracy powinnam zacząć walkę, na razie się rozglądam, zbieram siły i informacje, nie wiem czy to ma sens, przemyśliwuję, boję się jak jasna cholera, bo jestem 'jedynym żywicielem rodziny' przecież, co zrobię, jak mnie wywalą? Dowiedziałam się ostatnio, że moja forma zatrudnienia jest prawdopodobnie nielegalna - nie mogą mi odnawiać kontraktu więcej niż przez 4 lata, po tym czasie powinnam mieć umowę na stałe. Przemyśliwuję zatem i się rozglądam, na pewno niczego nie zacznę przed podpisaniem nowej umowy, czyli przed wrześniem, ale czuję, że nie mogę chyba tego tak przepuścić, czuję się wykorzystywana. Postanawiam się zapisać do związków zawodowych (buziaki Ake!) i dowiedzieć czegoś więcej i przynajmniej nie będę w tym sama. Problemem może być to, że ja mam zawsze mniej godzin niż cały etat, może w takiej sytuacji ta ustawa nie działa? Ale wpienia mnie to wszystko, wpienia mnie, że ci co mają najgorzej mają zawsze najtrudniej, gdybym była bogata, to jeszcze dobry prawnik wygrałby dla mnie kupę kasy pewnie. Ale nie mam nawet na opłacenie go.

Ale na razie siedzę cicho i się przygotowuję, bo przecież "wojna to sztuka wprowadzania w błąd".

A chłopaki się pogodzili, wyszłam wczoraj na pół dnia i okazało się, że tego im było trzeba. Przeprosili się nawzajem, rozmawiałam jeszcze z M i umówiliśmy się, że następnym razem w takiej sytuacji wyjdzie z siebie i stanie obok, a potem pójdzie pobiegać albo coś. Myślimy także nad takim bokserskim workiem treningowym, Adek już od dawna prosi, bo musi ćwiczyć na kickboxing.

14:30, inny_glos
Link Komentarze (3) »
stat4u