RSS
czwartek, 28 maja 2015

Cały stres ostatnich dwóch, albo i trzech tygodni spłynął po mnie przedwczoraj, kiedy już z samego rana w rozmowie z M (który jest w Pl od tygodnia) popłakałam się, a potem jeszcze po południu płakałam i krzyczałam, właściwie to się darłam, że nie mam już siły, że mam dosyć, że nie mam ochoty na intelektualne dywagacje na temat rasizmu w amerykańskich filmach, bo wtedy mam poczucie winy, czuję się jak wstrętna nieczuła pipa, która ma w du.. cały świat i tylko zależy jej na własnej przyjemności i tak dalej i tym podobne i że jestem przeciążona, że się staram, że cały czas czytam jakieś prezentacje, artykuły, prace, eseje, nie mam już siły. Jak zatem widać atak spowodowały normalne uwagi M, choć wcale nie takie niewinne jak to M, uwagi jak zaproszenie do debaty, którą przeważnie lubię, ale nie teraz, ale nie w tym momencie, w tym momencie byłam jak przerażona, rozwałkowana kluska, rozłożona na łopatki, rozgotowany makaron, mazgaj mamałyga, wiktoriańska histeryczka. M się wycofał dopiero po jakiejś pół godzinie, bo on się rzadko w debatach poddaje, więc dopiero po pół godzinie zobaczył w jakim jestem stanie, normalnie jak nie ja, normalnie jak ingrediencja kuchenna.

Ale po ataku się uspokoiłam i mogłam porządnie się wyspać po raz pierwszy od tygodnia. Sytuacji wcale nie poprawia to, że muszę biegać po cichaczu, wymykać się z domu z duszą na ramieniu, przebierać się za kogoś innego, udawać, że to biega sąsiadka, czaić się, bać się i w ogóle być niepewnym przyszłości. Siedzę w domu i sprawdzam egzaminy i prace i czuję się, jakby mi całą radość z tej ciąży odebrali, czaję się, żeby pojechać nad morze, moją miłość, muszę być przygarbiona, przykucnięta, przyklapnięta, podczas gdy łożysko się nareszcie podniosło i mogłabym i chciałabym biegać i skakać i pójść na basen i na jogę i na spacer do parku i na rower i w ogóle.

09:36, inny_glos
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 25 maja 2015

Siedzę w domu, bo niby mam się oszczędzać i szlag mnie jasny trafia, energia roznosi, jak jej na czymś nie wyładuję, to nie mogę zasnąć do pierwszej. Czemu do cholery mam się oszczędzać właśnie teraz, jak mam tej energii morze, jak mnie nosi, jak wszystko kwitnie i pachnie, jak świat jest piękny, jak nareszcie mogę pojechać nad morze, no czemuż ach czemu, co niby mam tak oszczędzać, jak z tego oszczędzania tylko suszki kurz paprochy, wspomnienia dawnej młodości. Dlatego też cichcem czasem naciągam kaptur na głowę, koszulkę na barki, adidasy na stopi i biegam po tajniacku, sekretnie choć paranoicznie, ostatnio 3.5 km, ach, jak cudownie! Ach! W przerwach walczę, na razie tylko w myślach, w meilach i intelektualnie, ogłosili bowiem zwolnienia - jak dotąd tylko 11 osób z administracji, ale przyjdzie i czas na nas, myślę sobie, przyjdzie, bo czemu ma nie przyjść, jak zwolnili 2 z 5 osób z biura egzaminów, czyż bowiem nie oznacza to, że biuro egzaminów będzie miało dużo MNIEJ roboty? A kiedy jest mniej egzaminów? Kiedy jest mniej studentów, a więc i mniej wykładowców, trzymają nas zatem tylko do rad wydziału, cobyśmy grzecznie skończyli robotę, powpisywali oceny, przeczytali prace magisterskie i licencjackie i odwalili całą robotę końca roku akademickiego. Na ostatnim spotkaniu ogłosili, że nie przewidują zwalniania wykładowców, ale będą pewne ZMIANY, które zostaną ogłoszone za dwa tygodnie, ale ja im nie ufam, bo przecież firmy nie mają sumienia, niezależnie od tego, jak bardzo cię lubią czy nie lubią, zwolnią cię bez zmrużenia oka, bez drżenia ręki, bo nie mają rąk ni oczu przecież, jeśli tylko będzie to bardziej korzystne finansowo dla akcjonariuszy to zjedzą cię na lunch. Jeśliby tylko się nikt o tym nie dowiedział. Firmy bowiem nie mają duszy.

20:33, inny_glos
Link Komentarze (3) »
wtorek, 12 maja 2015
Różnica między Irlandią a Polską

W skrócie.

Dwie identyczne sytuacje - noworodek znaleziony w papierowej torbie. Coś, co nigdy nie powinno się zdarzyć, coś, co jest potępiane w każdym zakątku świata.

Co się robi w Irlandii? http://www.irishtimes.com/news/social-affairs/garda%C3%AD-due-to-make-fresh-appeal-to-mother-of-abandoned-baby-1.2207692

Apeluje do matki o ujawnienie się, podkreślając, że nie jest wobec niej prowadzone żadne postępowanie i nie jest o nic oskarżona. Policja OBAWIA się, że matka rodziła sama i że potrzebuje natychmiastowej pomocy medycznej. Martwią się o jej zdrowie, w tym też psychiczne. Myślą, że to mogła być młoda dziewczyna, która obecnie jest bardzo przerażona i może cierpieć fizycznie, podkreślają, że chcą jej pomóc szanując jej prawa i chęć zachowania anonimowości.

W Polsce?

Najpierw 'trwały poszukiwania matki'. Potem została zatrzymana i przewieziona do szpitala. O dalszym losie zadecyduje sąd.

http://bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,35241,17897609,Matka_porzucila_noworodka_w_torbie_na_ulicy__Zatrzymano.html

Niby to samo, niby podobne sytuacje, niby podobnie opisane, a jednak.

Różnica pomiędzy ludzkim traktowaniem, a polskim.

 

13:06, inny_glos
Link Komentarze (12) »
sobota, 09 maja 2015

Już od dawna wiadomo, że życie jest przewrotne i złośliwe i chodzi swoimi drogami, jak koty, i jak coś się komuś przydarza to jak w tej buddyjskiej opowiastce o chińskim wieśniaku, koniu, synu i przypadkach życiowych.

W mojej pracy się zrobiło bardzo nieciekawie, nic jeszcze oficjalnie nie wiadomo, ale nieoficjalnie się dowiedziałam o bardzo prawdopodobnych zwolnieniach które mają zostać ogłoszone w przyszłym tygodniu.

Bardzo, bardzo mnie to zaniepokoiło, a raczej szczerze mówiąc wyrzuciło mnie w kosmos, bo oto proszę bardzo, bach! i będziemy jak ta przysłowiowa rodzina patologiczna - oboje bez pracy, z dzieckiem i drugim w drodze. A Irl nie jest jednak takim welfare state, jak się niektórym ludziom wydaje, owszem, można wyżyć z zasiłku, to znaczy po prostu nie umrzeć z głodu, bo już na mieszkanie w którym mieszkamy 4 lata nie byłoby nas stać wcale i z dwójką dzieci do jednopokojowego musielibyśmy się przeprowadzać. Jeślibyśmy chcieli zostać w Dub. W którym jednak o pracę łatwiej. Ale na razie wiem, że nic nie wiem, nie wiem czy dotyczy to w ogóle mojego działu, czy pokrewnego, czy mnie, czy nie itd itp, niemniej jednak osoba poinformowana a dobrze mi życząca kazała mi wziąć dupę w troki i pozałatwiać formalnie różne rzeczy, które oczywiście odkładałam i odkładałam. Jak na przykład przynieść do pracy oficjalne zaświadczenie o ciąży, zawiadomić, że będę chciała iść na macierzyński i tak dalej. I skonsultować się z prawnikiem. I w sumie byłam dość spokojna przez dwa dni, dopóki nie spotkałam się właśnie z taką życzliwą mi wykładowczynią prawa pracy z mojej szkoły, która też kazała mi na-ten-tychmiast załatwiać różne papiery, tak w razie czego, żeby być ubezpieczonym w godzinie zero. Bo sądy lubią papierki. I tu mnie przestraszyła. Zapytała się na przykład wprost, czy nie mam jakiś dolegliwości ciążowych, czegokolwiek, co mogłabym wykorzystać na tzw. zdrowotne zwolnienie (nie jest to dokładnie to samo co chorobowe, bo jest to możliwe tylko w ciąży, kiedy nie możesz wykonywać pewnych czynności z powodu stanu odmiennego). I tak oto niskie łożysko zostało moim przyjacielem. 

Ale w lekką paranoję wpadłam dopiero, jak poszłam złożyć zaświadczenie o byciu w stanie odmiennym i okazało się, że akurat wszyscy pracownicy działu HR są na urlopach/zwolnieniach/wyjeździe. Serio? Tak się po prostu złożyło? W 300 osobowej firmie? Więc biegiem do prawniczki po radę, a ona mi każe napisać formalnego maila do głownego managera i zostawić dokumenty u niego z adnotacją 'w związku z absencją działu HR...'. Manager był bardzo miły, uśmiechał się do mnie i zapewniał, że przecież nie ma pośpiechu, dziewczyny z HR będą w przyszłym tygodniu. Prawie mnie przekonał;) Ale jak wiecie mam 40 lat i już nie ze mną te numery, więc też zaczęłam swoje opowieści, żeby go trochę przygotować - że mam nisko łożysko, że to jest związane z krwotokami i różnymi zagrożeniami i że moi lekarze nie są zbyt zadowoleni ze mnie biegającej do pracy i jutro mam wizytę u lekarza specjalisty i wtedy będę wiedziała więcej. Tak go chciałam przygotować na różne ewentualności, a on bardzo mi współczuł i tak oboje wymienialiśmy fałszywe uśmiechy.

W piątek rano pobiegłam do szpitala i bardzo miła (młoda i ładna na dodatek, czasem los nie ma litości) lekarka dała mi zwolnienie. Właściwie nie jest to zwolnienie, tylko zalecenie lekarskie siedzenia w domu ze względu na komplikacje medyczne, na podstawie którego chcę wystąpić o  zwolnienie z obowiązku chodzenia do szkoły, nadal mogąc sprawdzać egzaminy i inne rzeczy w domu. Nie chroni mnie to przed utratą pracy, ale poważnie utrudnia sytuację pracodawcy w razie czego, bo sądy pracy są bardzo przychylne kobietom w ciąży i nie lubią, jak się je zwalnia zaraz jak dostarczą zaświadczenie o komplikacjach. A ja jestem bardzo bojowa i będę się sądzić do ostatniej kropli krwi. Ich. Kiedy rozpocznę macierzyński, to jestem już zupełnie chroniona, bo na macierzyńskim nie można zwalniać. Oczywiście mogą się mnie pozbyć zaraz potem, no ale zawsze będę miała te 6 miesięcy względnego spokoju. Zobaczymy. 

A najlepsze jest to, że lekarka była tak bardzo miła, że wysłała mnie na dokładne USG i okazało się, że to CHOLERNE ŁOŻYSKO się podniosło i nie stanowi już żadnego zagrożenia! Do tego stopnia, że nie muszę już tego kontrolować za 6 tygodni i nie będę potrzebować cesarki. Mogę teraz biegać, latać, pływać i cholera wie co jeszcze i tak oto złośliwy los zadrwił ze mnie, bo oczywiście TERAZ powinnam raczej trochę spokojniejszy tryb prowadzić, skoro mam zalecenie siedzenia w domu. (Mam obawy, że będę biegać, a firma wynajmie kogoś, kto mi zrobi zdjęcie i wykorzysta to w sądzie podczas procesu;) Ale lekarka nie napisała jakiego rodzaju są to komplikacje medyczne, a stres w ciąży też jest niewskazany (opowiedziałam jej, jak to całą noc nie mogłam spać ze strachu).

U Morinki dobrze, wszystkie wymiary i rozmiary w absolutnym porządeczku. Mam jej najnowsze zdjęcia i jest coraz bardziej podobna do mnie - na pewno będzie miała mojego okropnego nochala z powodu którego miałam kompleksy w podstawówce. M mówi, że w takim razie będzie śliczna. Mam nadzieję. Zestaw podtrzymujący ją przy życiu też super, pępowina w najlepszym gatunku, łożysko nie wygląda na swój wiek, wody płodowe w idealnej ilości. I jeszcze lekarka powiedziała, że tak dobrze się trzymam dzięki temu, że jestem aktywna, więc samej sobie przybijam piątkę. O.

19:38, inny_glos
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 maja 2015

Piszę i opisuję i chwalę się i podbijam ten swój bębenek, ale tak naprawdę to to jest nic, NIC, nic to nie zmienia,

zwieść cię może pędzący ulicami tłum,

wódka w parku wypita albo zachód słońca,

lecz pamiętaj naprawdę nie dzieje się NIC ...

I tak to właśnie jest, nie dzieje się NIC i niczego to nie zmienia, M będzie musiał przerwać studia, co z tego, że dostał się na konferencję, co z tego, że dostał kasę na wyjazd, stypendium, co z tego, że jest dobry, nic to nie zmienia, jeden rok kosztuje 6 tysięcy euro i nawet jakby znowu wygrał konkurs i jako jedyny dostał 2 tys, to i tak nas nie stać na kontynuowanie, bo jeszcze życie, gdzie jeszcze życie?

Mój wywiad w radio też niczego nie zmienia, NICZEGO, nie łudzę się, jesteśmy jak małe podskakujące mróweczki, które wielcy tego świata zgniatają nawet nie obcasem, ale kciukiem, palcem, dłonią, niezauważając nawet naszego istnienia, pragnień, cierpienia, czy czego tam jeszcze, co nam się wydaje takie ważne i co jest całym naszym życiem, moi drodzy, ja już dawno się nie łudzę, tylko jeszcze nie mam tego w dupie i jak mówię fak ju pipl, fak ju, jak bluzgam na okrągło, to dlatego, że kocham to cholerne życie i ciągle wstaję i ciągle jeszcze mam nadzieję. Ale wiem, wiem to doskonale, że jestem malutką mróweczką, nieważną i niezauważalną, choć nie znaczy to, że nie będę krzyczeć ile mi sił starczy, że nie będę mieszać i włazić im do posłodzonej herbaty i zepsuć ją trochę swoim kwasem mrówkowym, bo tylko to jedno mogę zrobić.

Wczoraj się dowiedziałam, że w mojej szkole będą masowe zwolnienia i tak oto być może oboje nie mamy pracy z dzieckiem w drodze.

Ale czy żałuję, że jest Morinka? Nigdy w życiu! Nigdy!

I dlatego właśnie mówię fak ju pipl, fak ju, fak ju bogaci, syci, bezpieczni, fak ju tym, co zatrudniają na umowę zlecenie, a media ich pokazują jako nowych bożków sukcesu, a przecież są odpowiedzialni za tysiące rodzin nie mogących związać końca z końcem, tysiące dzieci żyjących w biedzie i bez perspektyw, fak ju tym, co myślą, że nic złego nie robią, bo tylko zarabiają pieniądze dla akcjonariuszy, tylko wykonują rozkazy, tylko się podporządkowali systemowi, fak ju tym, co myślą, że biedni są biedni bo są głupi, albo słabi albo leniwi albo po prostu nieudani, fak ju tym, co nie wiedzą co zrobić z pieniędzmi i dla poprawienia sobie mniemania o sobie po tym jak niezauważyli nawet, że zgnietli tysiące mrówek bawią się w dobroczynność i z fanfarami i rozgłosem jadą do Afryki i przytulają do serca małe czarne mrówcze dzieci i jedną ręką fundują dwa stypendia dla zdolnych faraonek, właśnie w tym samym momencie, w którym drugą ręką zgniatają tysiące mrówek obcinając im etaty, zatrudniając ich na umowy zlecenie, wyrzucając ich z pracy, płacąc swoim prawnikom, by wykończyć w nierównym procesie sądowym te nieliczne odważne owady, które zdecydowały się walczyć. By inne mrówki widziały i nie podskakiwały. Już nigdy więcej. 

Więc fak ju pipl.

 

11:51, inny_glos
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 04 maja 2015

Semestr się skończył dwa tygodnie temu a ja dalej jak w kolejce górskiej. Zaczęło się od tego, że M wysłał abstrakt na międzynarodową konferencję i złożył podanie o dofinansowanie tejże, za bardzo jednak nie licząc na nic, tym bardziej, że konf bardzo droga (sama opłata 450 euro, a jeszcze noclegi, przeloty, życie). Więc się nie nastawiał. No i okazało się, że i zakwalifikowali go do wystąpienia i wydział przyznał mu kasę. Ale tylko na 1/3 kosztów. Ale za to jako jednej z dwóch osób w całej szkole, a drugi koleś jest na trzecim roku i jedzie do Harvardu. Ale jedna trzecia to za mało, więc nie jedzie. Ale szkoła mu odpisuje, ze mu dołoży jeszcze trochę. Ale nie wysłał jeszcze papieru, a termin minał, więc nie jedzie. Ale organizatorzy odpisują, że może wysłać dopiero przed samą konf. Ale nadal nie ma całej sumy, więc nie jedzie. Ale nagle sprawdzamy jeszcze raz bilety i okazuje się, że potaniały. I jeszcze szkoła mu ostatecznie dorzuca jeszcze troche kasy. No wrzechświat go zmusił, żeby jechał. I koniec końców zostało mu dwa tygodnie na napisanie dwóch esejów do szkoły i artykułu na konferencję. No i za mało czasu no i nie jedzie. Każę mu napisać do jednej wykładowczyni z prośbą o przedłużenie terminu z wiadomych powodów. I oczywiście babka się zgadza. No i musi teraz jechać. Siedzi więc w domu, pisze, marudzi, panikuje, ja mu w kółko czytam i krytukuję, poprawiam, doradzam, a on pisze i panikuje;)

A konferencja jest tu: 

(Kto zgadnie gdzie?)

Pięć dni. W maju. W takim miejscu. Wszystko opłacone przez szkołę.

No i tak oczywiście cholernie mu zazdroszczę, ale powiem wam szczerze, że mu tego stresu nie zazdroszczę i wiem, że jak mówi, że by się chętnie ze mną zamienił, to jest to prawda.

I w tym wszystkim ja nagle dostaję z rana telefon, że jesteśmy zaproszeni do radia. My, czyli taka społeczna organizacja, w której się ostatnio udzielam. Organizacja walcząca przeciwko komercjalizacji uniwersytetów i coraz powszechniejszej praktyce zatrudniania wykładowców akademickich na godziny tylko. Organizacja walcząca z rosnącą niepewnością pracy i traktowaniu uczelni wyższej tylko w kategoriach biznesu. I właśnie oto jesteśmy zaproszeni. Do ogólnoirlandzkiej stacji radiowej. I czy ja chcę wystąpić. W radio. Po angielsku. Jutro. Bo jestem główną organizatorką takiej jednej akcji. I że mam dać odpowiedź w ciągu pół godziny. Rozłączam się i myślę. W międzyczasie trwa wymiana maili z asystentką, przedstawiamy swoje warunki. Po pierwsze kompletna anonimowość, nawet nazwy szkół w których pracujemy nie mogą być wymienione. Występujemy tylko pod imionami. Podajemy listę tematów, o których nie będziemy rozmawiać. Zgadzają się na wszystko, a ja zgadzam się wystąpić. Opuszczam na chwilę mojego męża i jego referat i spotykam się z dziewczynami na szybkim szkoleniu medialnym ze znajomym dziennikarzem. Siedzimy do wpół do dwunastej, wydaje mi się, że nie jestem zdenerwowana. Wracam do domu i nie mogę spać całą noc. Morinka szaleje po takim zastrzyku adrenaliny, ja się besztam, że zachciało mi się być rewolucjonistką. Rano po nieprzespanej nocy jadę do redakcji, wywiad wychodzi całkiem w porządku, mówimy, co mamy do powiedzenia. Na koniec robimy sobie zdjęcie: 

Wychodzimy jak uniwersytecki Pussy Riot;)

(Kto mnie pozna?)

Potem wykończone jedziemy na akcję. A następnego dnia 1-szy maja i bierzemy udział w pochodzie oczywiście, jak przedstawiciele prekariatu akademickiego: 

I w takim pędzie, w takiej kolejce górskiej z Morinką jesteśmy właśnie.

Ale to nawet nie wszystko.

22:45, inny_glos
Link Komentarze (5) »
stat4u