RSS
środa, 29 maja 2013

10:44, inny_glos
Link Komentarze (3) »
sobota, 25 maja 2013

W maju zawsze dostaję kręćka: od zapachów, od jasności, od słońca, od energii.

Czuję, że żyję, że jeszcze, że teraz, że ja! ja! ja! JA! JESTEM! czyż to nie wspaniałe??

Biegamy już regularnie, co 2-3 dzień 35 minut, od czerwca będę próbować 40. Bieganie to zagadka, przez pierwsze 10 minut W KÓŁKO zadaję sobie pytanie: po co KURWA to robię?? (przekleństwo musi być, bez przekleństwa zdanie to nie oddaje stanu człowieka w czasie biegu), przez pierwsze 10 minut NIEUSTAJĄCO mam ochotę położyć się na chodniku i powiedzieć FUCK OFF.  Ale - nie wiadomo dlaczego, chyba z wrodzonej upartości - biegnę dalej i dalej i nagle jest 15 minut i wiem, że już połowa, czyli, że już niedługo, i mówię sobie w duchu moją mantrę (jestem twarda jak Roman Bratny), głupią mantrę która się przyplątała nie wiadomo skąd, ale jak to z mantrami bywa - działa, nie wiadomo dlaczego. Mantrując tak, na przemian z gapieniem się na chmury/dachy/słońce/wodę dociągam do 22 minuty, jeszcze 3 minuty i decyduję się biec dalej, wydłużyć trasę tak, aby biec 35 a nie 30 minut, dajesz radę, mówię sobie, dajesz, jesteś twarda jak Roman Bratny, ciśniesz wariatko, mówię do siebie, ale po cichu, bo nie mam siły na nic oprócz upartego stawiania stopy przed stopą. 

Na swoje nieszczęście namówiłam Mi na bieganie i kiedy zdycham, kiedy daję jak Roman Bratny, choć bolą mnie stopy, mięśnie ud i łydek, ścięgna przy kostkach razem z prawą ręką, Mi leciutko przyśpiesza i już po chwili wyprzedza mnie, śmiga do przodu, zawraca i kręci kółeczka wokół mnie. Motywacja momentalnie zaczyna szorować zębami po bruku, gubię tempo i ogarnia mnie natychmiastowe zniechęcenie, czuję się jak człowiek upośledzony ruchowo, kiedy każdy krok to walka ze sobą, a Mi biegnie wydawałoby się bez wysiłku, leciutko, zwiewnie przyśpiesza i odstawia mnie na 100 metrów. 

Ale się nie poddaję.

Groszki rosną, róża wypuściła pączki, USG płuc nie pokazało nic złego (to pewnie stara blizna, powiedział pan doktor), do biegania dołożyłam jogę (tak, wiem, że zaczynam brzmieć jak snobka z klasy średniej) a najważniejsze, że żyję! Żyję!

I mam nowy plan: będę morsem. Chcę wchodzić do morza w zimie! Irlandia się wspaniale do tego nadaje.

17:32, inny_glos
Link Komentarze (4) »
wtorek, 21 maja 2013

Przeczytałam, pomyślałam, szkoda mi się zrobiło dziewczyny, bo się naprawdę napracowała i jako dobra promotorka mówię jej dziewczyno! Ty mi, kurczę blade, nic nie wspomniałaś, że będziesz robić wywiady z kobietami z przyszpitalnej poradni alkoholowej! Bowiem jak byś mi była wspomniała, to bym ci powiedziała, że ABSOLUTNIE nie możesz badać takich osób, nie możesz robić z nimi wywiadów, nie możesz ich nękać, nie możesz ich wypytywać ile piją i dlaczego tak dużo, bo jesteś tylko studentką studiów licencjackich, nie masz uprawnień terapeuty ani nawet szkolenia psychologicznego, ani żadnego innego, jeśli już o tym mowa, i osoby z tak zwanych grup specjalnych, czyli małe dzieci, kobiety ze schronisk dla bezdomnych, narkomani, osoby chore psychicznie, bite kobiety, maltretowane dzieci i tak dalej, dla ciebie nie istnieją. Ale po tym, jak jej tak powiedziałam, to sobie myślę, że skoro dziewczyna ma zgodę szpitala, jak się zaklina i o czym pisze w pracy, to jesteśmy kryci - szpital się zgodził, kobiety też, mucha nie siada. No i mi się jej też szkoda zrobiło - zostały już tylko 2 tygodnie do ostatecznego terminu oddania pracy i mówię znowu kurczę blade, to zmień tytuł, powstawiaj coś o uzależnieniu tu i ówdzie w części teoretycznej, jakoś tę pracę obronimy. Zwłaszcza, że masz zgodę szpitala na zrobienie tych badań.

I to był mój błąd.

Następnego dnia, a był to piątek, poszliśmy sobie z moimi pracowymi kolegami do knajpy. Bardzo z siebie zadowolona wypiłam sobie trzy piwa i opowiadam historię z moją studentką i jej pracą w roli głównej, szczodrze cytując co bardziej smakowite kawałki. Kiedy kończę i wszyscy się zaśmiewają zastępca szefowej mówi mi: powinnaś ją oblać.

No co wy, mówię, praca jest dobra, napracowała się, ma zgodę szpitala, jesteśmy kryci. Na moje oko powinnaś ją oblać z powodu kwestii etycznych. No i się zaczęło, jedni byli za, drudzi przeciw, wyciągano różne argumenty, a ja się bardzo bardzo zdziwiłam, że to jest aż tak poważna sprawa tutaj.  Oczywiście wszyscy mnie zaczęli zapewniać, że naprawdę to nie moja wina, że przecież mi nie powidziała i tak dalej, ale ja wiem swoje: mówią, że nie twoja wina, a po cichu komentują "jak mogła coś takiego przepuścić!". Na koniec przyszła szefowa, wysłuchała historii i 'o kurcze ale jaja' powiedziała i się zaśmiała. No to problem, jeszcze dodała. I tyle. Aż najfajniejsza pani doktor z naszego działu mówi mi nie martw się, sprawdź ją i daj mi ją do drugiego sprawdzania, jeśli praca jest dobra przepchniemy ją po cichu, ja ci ją podpiszę. Praca dyplomowa jest zawsze bowiem oceniana przez promotora i przez drugiego egzaminatora, w teorii powinni oni dojść do porozumienia co do finalnej oceny. Zatem A. mówi nie martw się, najwyżej nie damy pracy do biblioteki, utajnimy ją ze względu na poufne informacje przekazane przez respondentów, będzie dobrze.

No to super. Nawet kac następnego dnia nie zmącił mi dobrego humoru.

We wtorek rano przyszłam do pracy na szkolenie i zaraz po szkoleniu wpadłam na genialny pomysł. W sali została fajna pani doktor, szefowa, zastępca szefowej i pewna osoba, którą w dalszej części opowieści będziemy nazywali głupią szmatą, ale na razie wciąż jeszcze nazywa się Sandra. Dla przyjaciół też Sandra, lat 23 i 3/4, wykładowca nauk społecznych na pełnym etacie, absolwentka mojej szkoły, moja była studentka, która po 3 latach tutaj zrobiła rok magisterki na Uniwersytecie, wróciła do nas, pracowała przez rok i dostała etat. I pracuje tu drugi rok.

Podchodzę zatem do nich, Sandi właśnie perroruje, wykrzywia usteczka i opowiada o jakiś swoich studentach. Czekam 10 minut, historia się nie kończy i nie widać puenty, delikatnie zatem chcę przerwać, bo chodzi mi tylko o przyklepanie decyzji odnośnie studentki.

 

cdn.

(mąż mnie woła do łóżka, wiem, że zrozumiecie;)

23:55, inny_glos
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 maja 2013

Bardzo Państwa przepraszam, ale dziś jest tak pięknie, że to wygląda na to, że mamy lato.

A w takim razie MUSZĘ pojechać na rowery do parku. Bo jutro może się lato skończyć, o czym się już niejednokrotnie tutaj przekonałam. 

Ciąg dalszy zatem nie dziś.

17:01, inny_glos
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 maja 2013

Dziś odkryłam trzy delikatne pędy groszku - może się też reszta przebije. Na razie przed drzwiami stoją puste donice jak żywy dowód moich nieudaczności ogrodniczych. Za to mamy z ojcem wspólny temat - co urosło i dlaczego tak mało. Adek się dziwi, że grzebię w ziemi, a na działkę z dziadkiem to nie lubiłam jeździć. Trudno mu wytłumaczyć, że to jest coś ZUPEŁNIE innego, kiedy sam sobie rzepkę siejesz i kiedy ktoś inny zabiera cię siłą na działkę, na już posianą rzepkę, gdzie pokrzykuje na ciebie i zmusza cię do wyrywania chwastów i przebywania ze sobą parę godzin. Chyba chodzi o to zmuszanie: to całkiem jak z bieganiem - na wuefie to całkiem wymyślna tortura (10 okrążeń wokół górki, brrr, do dziś pamiętam krycie się w krzakach i potajemne papierosy, żeby czym prędzej zniwelować efekty biegania), bieganie dobrowolne jest jedną z najbardziej cudownych czynności jakie dane mi było odkryć.

Ale zimno jak w marcu, w nocy było podobno minus 2 stopnie i obudziłam się ze zmarzniętym nosem. Obudził mnie znajomy ścisk w żołądku i uczucie, że czas mija, a ja stoję w miejscu. O co chodzi temu uczuciu?? ja się pytam. W jakim miejscu?? No tak, chora nie jestem, to czas się podręczyć. Uspokoiło mnie dopiero Życie w lasach Walden, kupiłam sobie cudowną lampkę i mogę czytać pod kołdrą, na kołdrze, pod łóżkiem, na szafie nawet, jakbym miałą taką fantazję, nie budząc Mi. Thoreau to jedna z tych książek, które zawsze chciałam przeczytać, ale które dzieją się zbyt powolnie jak na moje dzienne czytanie, został więc czytaniem nocnym. 

W pracy spokój,  nie muszę tam jeździć i nie widuję się z nikim, sprawdzam sobie w domu, a raczej nie sprawdzam, bo dotychczas się - szczerze mówiąc - kompletnie obijałam. Czas zakasać rękawy, powiedziała królewna do wariata w kaftanie bezpieczeństwa.

 

Historia z kłamstwem, awanturą i kryminałem zaczęła się bardzo zwyczajnie. Mam co roku studentów, którym jestem promotorem, co oznacza, że spotykam się z nimi i usiłuję wybić z głowy głupie pomysły, a potem czytam, co napisali i usiłuję wyłowić sens. Czasem tego sensu jest dużo, a czasem mniej, jak to w życiu. No i w tym roku miałam ci jak sobie 4 studentki, wszystkie z Afryki. Każda miała jakiś tam pomysł mniej lub bardziej sensowny na zrobienie badań i ich opisanie, a jedna z nich miała taki pomysł, że będzie pisać na temat palenia i picia w czasie ciąży. Dobrze, powiedziałam studentce, palenie i picie, ale gdzie jest problem? No ile palą i piją. Dobrze, powiedziałam, ale gdzie jest problem? Jak się zapytasz dziesięciu kobiet ile palą i piją, to co możesz na podstawie tego wnioskować? Jedna pali mało, druga dużo, trzecia jest abstynentką, a czwarta piła, bo nie wiedziała, że jest w ciąży. Gdzie tu jest teoria, gdzie tu problem, gdzie tu coś, co jest ciekawe? I tak sobie rozmawiałyśmy i rozmawiałyśmy, minęło czasu mało wiele i studentka wysłała mi część teoretyczną (Wina i samousprawiedliwianie a palenie i picie w czasie ciąży) i wszystko było mniej lub bardziej dobrze. Myślałam sobie - studentka zrobi wywiady, kobiety jej opowiedzą jak to pozwalają sobie na jedną-dwie lampki wina tygodniowo, może pół butelki na początku ciąży, parę papierosków tu i ówdzie, bo tak trudno rzucić, ale dziecko nie powinno przecież wdychać dymu, no kurcze, ale też nie powinnam się denerwować, stres też jest szkodliwy przecież - takie tam historie, wiecie o co chodzi. Aż tu w końcu, na dwa tygodnie przed ostatecznym terminem złożenia pracy, Wiktoria (tak jej na imię) przesyła mi metodologię, wyniki i dyskusję, wszytko za jednym zamachem, czytam i czytam i oczy mi wychodzą na wierzch. Wiktoria bowiem zrobiła wywiady z dziesięcioma silnie uzależnionymi kobietami w ciąży, które uczęszczają na szpitalną terapię z powodu swojego uzależnienia. Jedna pani opowiada, że stara się ograniczyć picie do dziesięciu drinków DZIENNIE, to znaczy rano wstaje, odprowadza swoich pięcioro dzieci do szkoły, wraca do domu, wali 5 drinków, idzie spać, wstaje, idzie po dzieci, robi obiad, kładzie dzieci i wali dalsze 5 drinków. Albo i dziesięć, jak ma słabszy dzień. Druga pani na pytanie o stresy w czasie ciąży opowiada, że najciężej to było jak ją partner napierdalał i musiała uciekać z domu i nie miała gdzie mieszkać. Trzecia zwierza się, że trudno jej nie pić, jak koleżanki codziennie wpadają z flaszka i mówią, że jest jakaś drętwa, jak nie pije. No czujecie takie historie.

 

Cdn.

23:12, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 10 maja 2013

Groszek pachnący posiałam, nie chce wzejść. Czekam.

Orchidea lada moment będzie kwitła. Codziennie oglądam pączki i zachwycam się cudem natury. Orchidee podobno kwitną w lutym, no, ale to Irlandia - w maju temperatura lutowa.

Róża wypuściła listki i od razu mnóstwo mszyc się pojawiło, spryskałam jakimś cholerstwem, mszyc nie ma, ale listeczki jakby poparzone leciutko, zobaczymy.

Zrobiłam powtórkę RTG płuc i zaraz następnego dnia rano zadzwonił lekarz, że dalej coś jest widoczne na zdjęciu i mam czekać na skierowanie na USG.

Płakałam cały dzień i już wybierałam się do grobu, aż w końcu po paru dniach mama zadzwoniła (nie chciałam jej nic mówić, siostra musiała wypaplać) i ustawiła mnie do pionu. Podobno zawsze mi na RTG takie coś wychodzi po operacji w dzieciństwie. Podobno jak zdawałam na studia, to coś podobnego im wyskoczyło na zdjeciu i mama dopiero musiała donieść moje stare RTG płuc, żeby sobie lekarze porównali. Dziwne - ja niczego nie pamiętałam. Wygląda na to, że mamy takie rzeczy pamiętają. Dobrze mieć mamę.

W pracy zadyma na trzy fajerki, fałszerstwo, kłamstwo i po trupach do celu. Historia ciekawa, ale nie mam dziś werwy do opisywania. Historia na razie skończona, ale otworzyła mi oczy i przejaśniła w głowie, zrozumiałam motywy paru osób, z którymi pracuję. Niesamowite, jak bardzo język jest zwiazany z rozumieniem świata ludzkiego - pracuję tam pięć lat i dopiero niedawno zaczęłam zauważać smaczki, gierki i sugestie, przez pierwsze parę lat chodziłam po biurze jak uśmiechnięty głupol, taki, co to wszystko bierze za dobrą monetę, we wszystko wierzy i wszystkiemu się dziwi. Taki, któremu można wszystko wmówić.

Od trzech tygodni odpoczywam. Mam jakieś michałki do sprawdzania, ostatnie prace, zaliczenia, jakieś zaległe licencjaty i maile, ale tak naprawdę większość dnia spędzam na czytaniu. Przypomniały mi się stare podstawówkowe czasy, kiedy niekonieczne i niepotrzebne czynności - zwane życiem - opędzałam w pośpiechu pomiędzy jedną książką a drugą. Nawet przerwy w szkole spędzałam na czytaniu w czym mi nie przeszkodził idiotyczny wymóg chodzenia po korytarzu w kółko w jedną stronę - szłam i czytałam. Swoją drogą ciekawe, czy dalej dzieciaki są zmuszane do chodzenia w kółko przez piętnaście minut. Wydaje mi się to teraz nadzwyczaj idiotyczne, ale wtedy było normalne - większość rzeczy wymyślanych przez dorosłych była idiotyczna z mojego punktu widzenia, chodzenie w kółko po korytarzu wcale nie było najgorszą z nich. Z jakimś takim spokojem człowiek się godził z tym, że świat jest po prostu źle urządzony, pełen głupich zasad, wymyślnych kar, nudnych obowiązków i bezsensownych wymogów. 

Wyrzuty sumienia z powodu czytania uciszam tym, że to po angielsku. Że muszę po angielsku. I to jest prawda - zauważyłam, że powoli wchodzi mi do głowy składnia, szyk i rytm zdań, zaczęłam nawet 'a' wstawiać albo wyrzucać na wyczucie i kiedy potem  sprawdzam, okazuje się, że przeważnie mam rację. Muszę połknąć ten język, wciągnąć go w swój świat wewnętrzny, zaprzyjaźnić się z nim, bo wciąż czuję się z nim jak z brykającym zwierzakiem - czasem idzie posłusznie przy nodze, ale nigdy nie wiem, kiedy coś mu odbije i pobiegnie gdzieś sobie i zostawi mnie bezsłowną w środku spotkania. Ostatnio zapomniałam słówka 'double', a było to w środku bardzo ważnej dyskusji, żeby nie powiedzieć kłótni, i tylko stałam i yyy ...yyy.. 'twice' wyjąkałam, co nie było odpowiednim precyzyjnym daniem rzeczy słowa i brzmiało bardzo nieprofesjonalnie. Ale to długa historia, o trupach do celu, kłamstwie, fałszerstwie i pokazywaniu prawdziwego oblicza, a więc nie na dziś.

Jeszcze tylko chcę sobie napisać, coś, co sobie myślę.

Wydaje mi się, że aby żyć, trzeba zapomnieć o grozie wszechświata.

Nie da się żyć, jak się o niej cały czas pamięta.

21:59, inny_glos
Link Komentarze (4) »
stat4u