RSS
wtorek, 29 maja 2012

Och, jakże bym chciała móc zapuszkować wiarę w siebie, zasłoikować ją na czarną godzinę!

I w ponurych chwilach, kiedy jest się nikim, kiedy nic nie pomaga, kiedy w dzień się warczy na rodzinę a w nocy przewraca z boku na bok rozmyślając o straconych szansach i nadciągającej starości, w takich chwilach móc wysmyknąć się na bosaka, po cichemu cichu skraść się do kuchni, delikatnie sięgnąć na najwyższą półkę, ostrożnie wybrać słoik z etykietką "środek maja, poczucie, że wszystko możesz", albo "styczeń, świat jest piękny", albo chociaż "marzec, dasz sobie radę" i wyjadać palcami.

22:33, inny_glos
Link Komentarze (5) »
czwartek, 24 maja 2012

Energia zagościła w moim ciele i umyśle, poproszę na dłużej.

Socjopatyczne spojrzenie na świat gdzieś się wyniosło. Oby na dłużej. 

Ostatnio nie mam problemów z zawieraniem nowych znajomości i odświeżaniem starych kontaktów. Piszę maile i smsy, umawiam się na lunch/kawkę/piwo. Mam w dupie, co o mnie pomyślą, tak w dupie, och, jak cudownie to brzmi: mieć w dupie co pomyślą, po długich okresach niewiary w siebie i cichego krytyka. A teraz proszę: mam w dupie. Przecież jestem fajna, nie?

Wyciągam macki, rozwijam sieci, próbuję coś złapać zawodowo, ale jak nie, to prywatnie też fajnie, jak nie to nie, nie rozdzieram szat, nie posypuję głowy popiołem i nie łkam w cichości. Do przodu! Do przodu! Może tak a może tak, jak nie drzwiami, to oknem, jak pomyślą, że wariatka , to może i pomyślą, że fajnie znać taką wariatkę. 

Nie rozważam po raz pięćsetny, że dlaczego nie mam etatu na najlepszej uczelni w kraju, nie mam to nie mam, nie dumam pod stołem, że mam już prawie cztery dychy, mam to mam, nie załamuję rąk, że nie pracuję przy żadnym dużym projekcie, nie pracuję, to sama go sobie wymyślę. Nie łkam żałośliwie, że grantów nie ma, nie ma to nie ma, to będę to robić bez grantów, na rowerze, na piechotę, w pojedynkę. Nie będę czekać na pociąg ni Godota, wyruszę już teraz, zawsze kogoś spotkam po drodze, prawda?

Wreszcie tłumaczę swoją pracę na angielski, walczę z napuszonym akademickim polskim, dźgam go sprytnymi angielskimi frazami, odcinam makaronizmy, nieustraszenie wycinam napuszone zdaniory, rany julek, skąd się tam tyle tego nabrało, czemu ten polski tak bardzo naukawy, te wszystkie "wydaje się, iż", "z uwagi na powyższe", "w kontekście niniejszych rozważań", "zupełnie mylne supozycje", na stos z takimi stwierdzakami, na pohybel!

Mam sto pomysłów, co robić, sto planów, co dalej, żaden nie zakłada jakiejś ogromnej zmiany, wszystkie zakładają sukces, krok po kroczku do przodu, tiptopkami, lilipucimi ścieżkami na uboczu, z dala od autostrady i tłumów.

Cieszą mnie rzeczy małe i niedoskonałe a biblioteki przestały mieszać mnie z błotem, upokarzać i udowadniać mi jak mało jeszcze wiem. 

00:59, inny_glos
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 21 maja 2012

Uff, urodzinowe przyjęcie Adka przeszło już do historii.

Gościliśmy ośmioro gości, ośmioro czternastolatków i choć byłam (psychicznie) przygotowana, że rozniosą dom, nic takiego nie nastąpiło. Do dziś nie mogę wyjść z zadziwienia, jak grzeczni byli, proszę, przepraszam, dziękuję, frezje w wazonie w dużym pokoju stoją jak stały, dywan czysty, NIC się nie rozlało, żadnych tostów za szafą i rzucania się pizzą, żadnej szyby zbitej piłką, ŻADNYCH strat. Może to cisza przed burzą, myślę sobie, przed szesnastką i pierwszymi próbami z alkoholem, przed wypraszaniem rodziców z domu na czas imprezy. Przypomina mi się, jak miałam 16 lat i na pierwszym wyjściowym sylwestrze wypiłam całą szklankę whiskey, pierwszy alkohol w życiu, i rzygałam przez okno i tak mnie rodzice zastali, kiedy przyszli mnie odebrać o 1 w nocy.

Adka koledzy tylko gadali do rana, już jasno było, jak obudziły mnie śmiechy z dołu, ale zaraz się cicho zrobiło, bo wszystkich wreszcie zmęczenie dopadło. I nic dziwnego, przyjęcie zaczęło się bowiem od wyjścia do Gravity, ścianki wspinaczkowej w Inchicore, które jest ostatnim przebojem wśród Adka kolegów. Taka fajna pasja, myślałam sobie kiedy fundowałam chłopakom półtorej godziny wspinania, taka zdrowa korba, myślałam i wpominałam mój jedyny bezpośredni kontakt ze wspinaniem, kiedy weszłam na tzw. wielbłąda i zjechałam na małpie i to by było na tyle, gdyż boję sie wysokości, a jeszcze bardziej boję się zaklinowania w jakiejś skalnej szczelinie. Wchodzenie do góry kominem to dla mnie jakaś wymyślna tortura, a takie coś



to ostatni krąg piekła. Pustka i przepaść.

Ale babki, babki w tym climbing centre były niesamowite, piękne, zgrabne, wysportowane, mogłabym się patrzeć godzinami jak zgrabnie robią przewieszki, trawersowania, przejścia, gdybym była facetem, tobym se wzięła babkę co się wspina;)

Chłopaki się zatem pogimnastykowały na ściankach, potem pograły w piłkę, zamiast oglądać finał Ligi Mistrzów (jaki wynik? słychać było co chwilę z podwórka), co też było lepsze od siedzenia na kanapie i śledzenia meczu, kiedy to się dzieje, myślałam sobie, kiedy następuje ta zmiana, że zamiast biegania z piłką po podwórku OGLĄDA się bieganie z piłką w telewizji, zamiast adrenaliny wyciśniętej z prób strzelenia gola, karmi się adrenaliną z oglądania prób strzelenia gola?

Urodziny były zatem udane, oprócz tortu malinowo-czekoladowego, który nasączyłam litrami zielonej herbaty i soku z cytryny i który rozpłynął się pod twardą czekoladową polewą, kiedy próbowałam go pokroić. Ale Adek orzekł, że jest to 'the best cake you've ever made' , więc skupiłam się na treści tortu i olałam formę i od razu poczułam się doceniona:) Bo jest naprawdę smaczny (ostatni kawałek czeka w lodówce).

A na koniec dodam, że po weekendowej diecie tortowo-tostowo-chipsowej ważę MNIEJ niż przed weekendem. WTF?

14:09, inny_glos
Link Komentarze (2) »

Czasem,

czasem cię znienacka ogarnia całkowity spokój i pewność, że wszystko będzie dobrze. 

Poczucie jak błogosławieństwo, jakbyś nagle i niespodziewanie dostał prezent. 

 

 

 

00:35, inny_glos
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 maja 2012

A w sobotę i niedzielę byłam na konferencji.

 

Pierwszego dnia miałam stan schizo-paranoidalny. 

Podczas przerwy na kawę siedziałam sama przy pustym stoliku i nawet wiersz o samotności napisałam;), co świadczy już o ciężkim zaburzeniu.

Ludzie się na mnie dziwnie patrzyli.

Polka, z którą gadałam, była nieprzyjemna.

Druga Polka w ogóle do mnie nie zagadała, choć z tą pierwszą gadała. A byłyśmy tylko trzema Polkami na konfie.

Jedna Irlandka, do której podeszłam na przerwie a propos jej prezentacji, nie zrozumiała sedna mojej myśli i się dziwnie popatrzyła. 

Kiedy zadawałam pytania podczas wystąpień robiłam się czerwona jak burak.

I spocona.

Ludzie na mnie dziwnie patrzyli.

Ja sama na siebie dziwnie patrzyłam: "Co ja tutaj robię? Ooo, co ja robię tu??".

Nikt mnie nie znał, ja nikogo nie znałam. 

Nikt nie wiedział, skąd się wzięłam, bo sobie nazwy szkoły na wizytówce nie wpisałam (jeszcze nie mam odpowiedzi, czy mi zasponsoruje mi konfę, więc wykupiłam wejście najtańsze, jako bezrobotna;)

Czułam się okropnie. Z przerwami, kiedy siedziałam w sali i słuchałam prezentacji. Wtedy było mi wszystko jedno jak wyglądam i jak mnie oceniają, bo najbardziej mnie ciekawiły wystąpienia. 

Strasznie zazdrościłam wszystkim, że takie fajne badania robią. 

Czułam się jak głupek.

Spocony, czerwony głupek. Z Polski.

Ludzie się dziwnie patrzyli.

Oficjalny obiad odpuściłam sobie.

 

Tak, pierwszy dzień był koszmarem.

09:40, inny_glos
Link Komentarze (2) »
runda czwarta

Wygrana! Jupi!

Dzwoni do mnie D., księgowa, i mówi, żebym szybciutko wysłała formularz zapłaty do mojej szefowej, to mi zapłacą dokładnie tak, jak chcę.

A nie mówiłam, że mam rację?!

A dlaczego mi tak na tym zależało? Bo tutaj do różnych rzeczy ma się prawo zależnie od ilości przepracowanych tygodni w roku. Zasiłek dla bezrobotnych - 39 tygodni ubezpieczonych w danym roku, zasiłek macierzyński i chorobowy tak samo, poza tym wszystko to liczy się do emerytury. Kasę na tzw. PRSI czyli ubezpieczenie i tak mi odciągają z pensji, niezależnie od tego, czy dostaję 6 tysięcy e miesięcznie (jak mi się zadarzyło) czy 40 e (jak będzie teraz). 

09:08, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 maja 2012
runda trzecia

A zatem byłam dziś u pani księgowej i oczywiście, tylko co zdążyłam przekroczyć próg księgowości, wymienić pozdrowienia i zacząć "mam do pani taką prośbę", do pokoju wmaszerowała pani kadrowa. Właśnie ta od odmownego załatwienia sprawy. Wyszeptałam więc tylko "ale chciałabym opowiedzieć o tym na osobności, to w sumie taka delikatna sprawa" i wyciągnęłam księgową na kawkę. Na całe szczęście księgowa jest młodą, fajną dziewczyną z Bułgarii, więc założyłam, że zrozumie, i rzeczywiście - wzięła tylko torebkę i wyszłyśmy. Z braku kawiarni usiadłyśmy w klasie i wyłuszczyłam swoją prośbę. G. była bardzo przychylnie nastawiona, stwierdziła, że oczywiście może mi tak rozliczyć te miesiące, zwłaszcza, że można to interpretować tak, że szkoła zapłaciła mi z góry. Tylko zapyta się kadr, żeby być kryta.

- I tu jest pies pogrzebany - odrzekłam - pytałam się już kadr i powiedziały, że nie.

- Nie? Ale dlaczego?

No nie bo nie, wiadomo dlaczego się mówi nie. D. wymyśliła zatem, że zapyta się swojego szefa, odpowiednio naświetli mu całą sprawę i gdy on powie, że tak, to już nie musimy pytać się kadr. Bo on jest wyżej. No i na to liczę, oczywiście nic nie jest pewne.

- A na przyszłość - powiedziała mi D. - na przyszłość radzę ci zapomnieć o paru godzinach w co jakiś czas. I rozliczyć je, jak będzie ci to potrzebne. Ja bym tak zrobiła - dodała.

No to już wiem. Że tutaj nic oficjalnie, wszystko bocznymi ścieżkami, drobnymi sztuczkami naginającymi rzeczywistość do twojej perspektywy.

Kiedyś coś takiego powiedział mi kolega Irlandczyk. Że tutaj, w Irlandii ludzie mają dosyć wyluzowany stosunek do norm i regulacji. Do momentu, kiedy nie wyskoczysz z czymś oficjalnie, służbowo, na piśmie. Kiedy chce się coś załatwić, trzeba rozmawiać z panią Zosią po bratersku, nieoficjalnie, na boku, czy by nie dało się jeszcze wcisnąć na ten kurs, choć wszystkie miejsca już dawno są zajęte, czy nie możnaby było przesunąć spotkania, bo twoje dziecko ma akurat teatrzyk szkolny, czy mógłbyś te pieniądze wyjątkowo dostać na konto, bo właśnie jedziesz z chorą babcią na operację do Cork. Wystarczy jednak tylko wystosować oficjalne pismo, by nic się nie dało załatwić.

No to zobaczymy.

00:01, inny_glos
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 14 maja 2012
wieści z frontu

 

Obraziłam się na moją szkołę od piątku.

Żebyście wiedziały, że to nie tak słodko to wszystko wygląda.

Ogólnie sytuacja jest taka: od trzech lat pracuję na kontrakcie. No i wiadomo, bardzo się cieszę, była to wielka szansa i w ogóle dało mi to jakieś możliwości. Ale prawda jest taka, że szkoła też na mnie zyskuje. I jest im wygodnie mieć mnie na takim podorędziu, kiedy dają mi przedmioty jakie akurat mają na zbytku, a żadnych zobowiązań wobec mnie nie mają. Majstrują więc przy kontraktach, bo pomimo, że pracuję tam 3.5 roku, nie mam tzw. ciągłości pracy i nie nabywam praw pracowniczych. To jak z umową na czas określony w Polsce. Dodatkowo mam kontrakt od września do sierpnia, z miesięczną przerwą. Ale tak naprawdę płacą mi za ilość przeprowadzonych godzin, więc jak na przykład w tym roku nie dopisali studenci i jeden kurs, na którym miałam uczyć do lipca, został odwołany, to już od maja nie mam (prawie) żadnych zarobków. Mimo, że faktycznie pracuję do sierpnia - cały czas są jakieś zaległe zaliczenia, Spotkania programowe odnośnie przyszłego roku czy ocen studentów, dodatkowo egzaminy poprawkowe w sierpniu, które muszę sprawdzić i ocenić.

Piszę, że prawie nie mam żadnych zarobków, bo tak naprawdę to miałam jeszcze parę michałków: prowadzenie studentów dyplomowych, za co należy mi się 300 euro za każdą osobę, który zda, bycie referentem (nie ja prowadzę studenta, ale oceniam pracę), za które dostaję dodatkowo 40 euro. Jak zatem widzicie nie są to w sumie duże pieniądze. W tym roku miałam 4 studentów dyplomowych, z czego jedna osoba się obroniła, pozostałe kiepsko widzę. I jak to zwykle bywa właśnie ci pozostali przemielili mnie jak zboże - spotykałam się z nimi, prowadziłam upiorną korespondencję, godzinami ślęczałam nad pracami poprawiając gramatykę, styl, interpunkcję (co nie leży w moich obowiązkach, ale jak zdanie nie ma orzeczenia, to naprawdę trudno się sensu doszukać, a o sens tu przecież chodzi) i oczywiście doradzałam w sprawach merytorycznych. 

No i teraz mam dodatkowo 4 prace do recenzji. Czyli razem 120 euro. I to wszystko, aż do października. A kontrakt mam, jak pisałam, do sierpnia.

Zapytałam się zatem uprzejmie mojej szefowej, czy bym nie mogła za każdą pracę dostać pieniędzy w kolejnym miesiącu. Żeby przez te 4 miesiące mieć choćby ubezpieczenie społeczne płacone, co może mi się przydać, jakbym musiała starać się o zasiłek w przyszłym roku - jak wiadomo sytuacja w Irl jest niepewna, kryzys zamiast sobie pójść gryzie coraz bardziej. W mojej szkole z powodu braku studentów zlikwidowali już jeden kierunek, i to właśnie ten, na którym miałam parę godzin fajnych wykładów.

Szefowa przesłała maila do jeszcze główniejszej szefowej, ta do kadr, a ciumcia z kadr odpowiedziała, że nie. 

Nie, bo nie. Bo wykładowcy muszą mieć płacone w danym miesiącu za godziny, które w nim przepracowali. Oczywiście tak naprawdę to nigdy tak nie było, czasem dostawałam zastępstwa już po rozliczeniu danego miesiąca, czasem wykładowcy w ogóle nie rozliczają jakiś swoich michałków aż do września.

Wychodzi na to, że faktycznie pracuję, ale formalnie nie pracuję, nie jestem ubezpieczona i nie liczy mi się ten czas do emerytury. Pomimo, że jestem w szkole 2 razy w tygodniu, siedzę w domu nad pracami, programami, sylabusami, pomysłami, poprawkami itd itp.

Szkoła, rozkładając mi płatność na raty, nie wydaje więcej, niż płacąc mi jednorazowo. Przepraszam - może wydaje. Jakieś 5 euro miesięcznie. 

Wkurzyłam się tak bardzo, że wysmażyłam drugi list do pani z kadr i moich dwóch szefowych. Mam już gotowy kolejny list to głównej kadrowej. Jutro idę do pani z księgowości, która rozlicza mi płace. Jestem w takim nastroju, że jak trzeba, to pójdę do głównego szefa.

Oczywiście wszystko grzecznie, uprzejmie i bez zaperzania się.

Poza tym mam zamiar skontaktować się ze związkami zawodowymi. 

Będę upierdliwa na maksa.

Nie będą mi świniaki pluć w twarz.


18:08, inny_glos
Link Komentarze (9) »
czwartek, 10 maja 2012

Zaprawdę powiadam wam, trzymam się pazurami stołu i piętami podłogi, aby nie wkleić wam tu fragmentów z pracy, którą właśnie sprawdzam. Albowiem byłoby to nauczycielskim grzechem śmiertelnym. Ale paluchy mnie świerzbią.

I tylko ta piosenka chroni mnie dziś przed totalnym szaleństwem:



Szczególnie zaś whack follol de rah pod koniec każdej zwrotki, czyli 

 "the nonsense syllables which seem to burst out to express some sort of undefinable triumphant intensity of living".

(nonsensowne sylaby, wykrzyczane, aby wyrazić jakiś rodzaj niezdefiniowanej, triumfalnej intensywności życia)

 

Więc, whatever, whack follol de rah!

23:09, inny_glos
Link Dodaj komentarz »

- To poproszę 5 tych cienkich cielęcych i 5 tych wiedeńskich. I jeszcze tą kruchą kiełbaskę. I pasztet może. No tak troszkę, no tyle, ooo tak. 

I teraz kurcgalopkiem do domu, szybko, szybko, nastawić wodę, muszta jest, keczup jest, chrzan jest, to jeszcze trzy kromale buły, wyciągnąć parówy z wody i aaaaach!

Co robi żona wegetarianina jak męża nie ma w domu? Właśnie wtrąbuje (?? wtrąbia?) 10 parówek. 

 

Życie mnie bowiem od wczoraj przerasta, albo ja przerastam życie. Czasami mam wrażenie, że moja rzeczywistość wewnętrzna rozlewa się na tę zewnętrzną. Kiedy wczoraj w końcu wyszłam z pracy po 5 godzinach (a wpadłam tylko na godzinkę oczywiście), podeszłam do mojego roweru zaparkowanego nieopodal, włożyłam wszytkie papierzyska i torebkę do koszyka, nagle zauważyłam, że KTOŚ przypiął mi rower swoim zamkiem. Do słupa. MÓJ ROWER. PRZYPIĘTY. NA AMEN.

I co mam teraz zrobić?? Czekać przy rowerze, aż szanowny pan/pani zorientuje się, że KURWA MAĆ SKAZAŁ MNIE NA CZEKANIE W DESZCZU?? A może usiąść w kawiarni na przeciwko i przy stygnącej herbacie godzinami wbijać wzrok w cholerny słup i rower??

Wkurzyłam się tak, że zaczęłam kopać słup i rower i przeklinać w obu znanych mi językach. W trakcie dziesiątej KUR... słowo zamarło mi na ustach, albowiem dotarło do mnie, że TO NIE MÓJ ROWER. 

 

O_O

 

Nie ten rower, nie ten słup, nie ten zamek.

 

 

O tym, że w pracy zostawiłam kask, a kurtkę zgubiłam po drodze dowiedziałam się dopiero po paru godzinach, u koleżanki. Żeby wszelkie wątpliwości rozwiać delikatnym podmuchem zefirka dodam jeszcze, że nie, nie spożywałam wczoraj napojów wyskokowych, ani nie paliłam żadnych ziół.

Sprawdzałam egzaminy. Byłam wrakiem człowieka.

Wracałam od koleżanki, a strumienie deszczu płynęły po obu stronach mego lica, wpływały mi za kołnierz i wypływały pod spódnicą, by wchlupać się po rajtuzkach do kozaczków. Prace dyplomowe powoli pokrywały się pleśnią w koszyku. Kurtki nie było. Kasku nie było. Szczerze mówiąc niczego nie było, bo widziałam tylko krople deszczu i mgłę na okularach.

 

Ale na szczęście było to 10 parówek temu.

21:24, inny_glos
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
stat4u