RSS
sobota, 25 kwietnia 2015

Rozpoczęłam 7 miesiąc i wczoraj uczciłam to biegiem na 3.5 km, tzn. truchtem oczywiście.

Dalej jeżdżę na rowerze, wręcz wygodniej mi się przemieszczać na rowerze niż piechotą. Nie jeżdżę tylko w nocy i deszczu. Jeżdżę wolno, nie przepycham się, raczej przepuszczam niż szarżuję. Jak się boję, to jeżdżę po chodniku. Jeżdżę zawsze w kamizelce odblaskowej.

Codziennie biorę lodowaty prysznic. Zaczęłam tak z 2 lata temu i nie widziałam powodu, by przestać robić to w ciąży. Dalej nie widzę.

Zamierzam się jeszcze w ciąży wykąpać w morzu - może w przyszłym tygodniu, może nie, zobaczymy.

Oprócz tego jestem wegetarianką. Zaczęłam ponad rok temu, przed samą ciążą miałam dość niski poziom żelaza, więc zaczęłam brać tabletki, dalej je biorę, wyniki badań mam w normie.

Więcej grzechów nie pamiętam;)

Rozśmieszył mnie komentarz Moon sugerujący, że brakuje mi rozsądku - jak dla mnie jestem jedną z najbardziej rozsądnych osób jakie znam;) Dzięki temu czuję się w tej ciąży świetnie, nie mam żadnych, absolutnie żadnych dolegliwości od kiedy minął pierwszy semestr, mam dużo energii i bardzo dużo pracowałam przez cały drugi semestr, nie czuję się ociężała, nic mi nie puchnie (oprócz brzucha;), nie wiem, co to bóle kręgosłupa, nie mam rozstępów, bo przytyłam jak na razie 6 kg, czyli w dolnej granicy normy, czuję się bezpieczniej, bo jestem bardziej chroniona przed cukrzycą ciążową i nadciśnieniem niż większość kobiet (aktywność fizyczna zmniejsza prawdopodobnieństwo jednego i drugiego), a obie te dolegliwości mogą prowadzić do poważnych powikłań u matki i dziecka. Mam również mniejsze prawdopodobnieństwo zachorowania na zakrzepicę żył głębokich, powikłanie częste u matek leżących albo mało ruszających się. A do tego mam 40 lat i Moirin rozwija się, jak na razie, książkowo. 

Mam oczywiście też nisko łożysko, jak dotąd na szczęście asymptomatyczne (odpukać) i zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństw. Które jednak wcale nie muszą wystąpić - badania wskazują, że tylko 17% niecałkowitych łożysk przodujących powoduje krwawienia. Krwawienia takie nie są spowodowane aktywnością w ciąży, ale kiedy już wystąpią należy oczywiście aktywności ograniczyć. 

Wszystkie swoje decyzje konsultuję z lekarzami - ginekologami i moim rodzinnym, oprócz tego czytam artykuły medyczne z czasopism naukowych i staram się nie sugerować tym, co piszą w popularnych poradnikach, bo tam jest dużo wiedzy, delikatnie mówiąc, zwietrzałej, albo po prostu bzdur. Dziś mnie na przykład rozśmieszyło jak powinnam się czuć w tym tygodniu: Kiedy zaczynasz trzeci trymestr, skończyły się czasy, kiedy mogłaś powiedzieć, że w ciąży czujesz się wygodnie. Twoje dziecko kopie, masz spuchnięte nogi, jesteś zmęczona i boli cię kręgosłupDalej można wyczytać, że mąż powinien mi POMÓC sprzątać toaletę, bo jestem już wielorybem któremu trudno się schylać. Ja wciąż dotykam dłońmi podłogi bez zginania nóg i spokojnie zrobię 10 przysiadów bez utraty równowagi. Ciężko mi jedynie się podnieść z zapadającej się sofy, bo nie mogę już używać mięśni brzucha.

Oczywiście, gdzieś tam jestem podszyta strachem, gdzieś tam ten niepokój jest, że coś się złego stanie, bo wtedy to będzie  moja i tylko moja odpowiedzialność. Bo podejmuję decyzje mało popularnie wśród większości populacji. Ale czy większość populacji żyje mądrze? Rozsądnie? Zdrowo? Dobrze? Większość populacji w ogóle mało się rusza, godzinami siedzi przed telewizorem, objada się mięsem, w ogóle je tłusto i mączyście, mało warzyw i owoców, uważa, że kiełbasa jest zdrowa, tak samo jak jogurciki owocowe dla dzieci, sądzi, że marihuana to ZUO w przeciwieństwie do alkoholu, w niedzielę rano chodzi do kościoła, a potem do galerii handlowych

(i nie, nie mam nic przeciwko prawdziwej wierze), jeździ do pracy samochodem, odwozi dziecko do szkoły też samochodem, który parkuje na chodniku, bo nigdzie już nie ma miejsca, godzinami stoi w korkach, jest niewyspana, zestresowana i przepracowana.

Kiedy coś złego się stanie osobie, która przyczepia czerwoną wstążkę do wózka przed złym okiem a przez całą ciążę jest na zwolnieniu, to ogół ją rozgrzesza, że zrobiła wszystko, co w jej mocy i widocznie Bóg tak chciał. Jeśli mi by się coś przytrafiło, to większość pomyślałaby 'sama się o to prosiła'. Bo tak się ocenia ludzi, którzy nie płyną z prądem. Nawet, jeśli ten prąd leży na kanapie, ogląda telewizję i obżera się słodyczami.

Więc tak: boję się, oczywiście, boję się jak jasna cholera i dlatego właśnie będę robić to, co mi literatura medyczna i własny zdrowy rozsądek podpowiada. Kiedyś, jeszcze z dziesięć, nawet może pięć lat temu podporządkowałabym się ogółowi, ale teraz już wiem, że to jest moja decyzja, nawet wtedy, kiedy słucham innych, bowiem decyzja płynięcia z prądęm też jest wyborem, łatwiejszym co nieco, ale też jakimś. A zatem muszę opierać się na moim zdaniu, bo konsekwencje będą dotyczyć mnie i mojego dziecka. A nikt nie ma takiego wglądu w moje życie, aby być w stanie lepiej to ocenić ode mnie.

W następnym odcinku kontrowersyjne decyzje dotyczące wychowania i pięlęgnacji niemowlęcia, zapraszam;)

I dalej jestem ciekawa, co podarowałybyście dziecku, gdybyście były wróżkami nad kołyską nowonarodznego.

14:05, inny_glos
Link Komentarze (6) »

Jeśli mogłybyście podarować trzy dary swojemu nienarodzonemu dziecku, to co by to było?

A jakby to była dziewczynka? 

 

Co jest najważniejsze w życiu?

00:16, inny_glos
Link Komentarze (2) »
wtorek, 21 kwietnia 2015

- A co pani zrobi, jak łożysko dalej będzie nisko? - zapytała pani doktor.

- Nie polecę. 

A zatem nie lecę do Polski. NIe zobaczę rodziców teraz, nie będę na chrzcie bratanka, nie pójdę do dentysty (hehe, lubię), nie powącham majowego Wrocławia, nie wkroczę w ten obłęd kwiatów, zapachów, kolorów i balsamicznego powietrza. Smutno, trudno, nie mogę ryzykować. Nie mam żadnych objawów niepokojących - nie plamię, nie krawię, nie mam żadnych skurczy, ale rada pani doktor była bardzo jasna: nie lecieć. Bo jakby co. To.

Jeśli łożysko się nie podniesie pod koniec ciąży awansuje na tzw łożysko  przodujące (a tego bardzo bym nie chciała) - kiedyś najczęstsza przyczyna śmierci przy porodzie z powodu krwotoku. Teraz standardowo robi się cesarkę w takim przypadku, więc AŻ takiego zagrożenia nie ma. Oprócz nagłych, bezbolesnych krwotoków w 2 i 3 trymestrze, które w dodatku nie wiadomo czym są prowokowane. Dlatego lekarka odradzała lot. Ale oprócz tego zakazu nie dostałam żadnych zaleceń - bieganie (hehe, jakie tam bieganie, bieganie brzmi dumnie, a tu trucht w tempie 7.30 na kilometr) - można, jazda na rowerze - proszę bardzo, ćwiczenia - jak najbardziej, o seks się nie zapytałam;) Z różnych polskich forów wiem, że lekarze często zalecają leżenie plackiem, albo chociaż oszczędzanie się - żadnych długich marszy! żadnego chodzenia do sklepu! A tu nic. Polskie fora pełne są krwawych historii grozy i nagłych cudownych przywróceń życiu. Staram się w tym wszystkim jakoś nie nakręcać sobie hipochondrii, nie zgadzam się na paranoję, odmawiam życia w strachu, postanowiłam słuchać lekarzy i swojego ciała i mieć Evidence Based Pregnancy, czyli ciążę opartą o dowody naukowe;) Przegrzebałam zatem pubmed i okazało się, że lekarze rzeczywiście nie wiedzą, co prowokuje krwotoki i w dodatku nie ma żadnych dowodów, że leżenie im zapobiega. A zatem będę prowadzić normalne życie ufność pokładając w tym, że mieszkam 2 minuty od najlepszego szpitala położniczego w kraju. Jakby co.

W piątek skończyły się wykłady. Przeżyłam, dałam radę, czuję wielką ulgę. Było naprawdę ciężko pod koniec - studenci z pracami licencjackimi, co się właśnie obudzili i zobaczyli, że mają problemy ze statystyką, 150 esejów do sprawdzenia, czyli jakieś 300 000 słów, czyli ponad 1000 stronicowa książka do poprawy, napisana przeważnie takim stylem, że aż bolą zęby, do tego wykłady, wykłady online, maile i tysiące drobnych spraw, jak na przykład pytanie egzaminacyjne Żmijessy, na które odpowiedzi szukałam w bibliotece pół soboty. I nie znalazłam. Byłam tak zmęczona, że we wtorek, kiedy spałam tylko 4 godziny a o 9.30 wieczorem skończyłam wykład przez Internet (półtorej godziny mówienia do czarnej dziury) i poszłam do kuchni zrobić sobie herbatę, zrobiło mi się słabo i zaczęło mi się kręcić w głowie. Położyłam się, zjadłam łyżkę miodu, ale kręciło mi się jeszcze dobre dwie godziny. Wtedy się naprawdę przestraszyłam i przez chwilkę, chwileczkę miałam krótki atak paniki, że może to jednak coś poważniejszego niż przemęczenie, ale szybko siebie wyśmiałam za takie myśli, moja droga głupiutka nie_ty, spałaś 4 godziny, nie jadłaś nic od godzin 5ciu, pracujesz od 11stu i jesteś w 6tym miesiącu ciąży i postanowiłam, że nie ma tak, Morinka jest najważniejsza, najwyższy czas ustawić sobie priorytety. I ustawiłam. I myślę sobie, że gdyby nie joga, jazda na rowerze, medytacja i takie inne, to naprawdę bym siebie zajechała, bo mam do tego tendencje. 

A Morinka w najlepszym porządku, brykała sobie na USG, kiedy pani doktor starała się dostrzec moją szyjkę macicy. Kopie, chyba zaczyna mieć czkawkę, bo czuję czasem takie regularne postukiwania. Rośnie. Ma już prawie kilogram. Rozmawiam z nią, podobno już słyszy, widzi i czuje smaki tego, co jem w ciąży. Pełen odjazd! Uczy się rozpoznawać mój głos, głos Mi i Adziarza. Fałduje sobie mózg, więc zaczęłam znowu jeść tran, coby dostarczyć jej DHA. Spędza kilkanaście godzin na dobę w fazie REM - kiedyś myślano, że dziecko w brzuchu śpi snem wolnofalowym, tym najgłębszym regenerującym, a tu niespodzianka - nienarodzone dziecko spędza najwięcej czasu śniąc. Ciekawe o czym?

Zaczynam siódmy miesiąc dzisiaj. Ze smakiem powoli obkładam się literaturą na temat wychowania dzieci. 

10:42, inny_glos
Link Komentarze (3) »
niedziela, 12 kwietnia 2015
Morska terrorystka

Pojechałam wczoraj nad morze. 

Było cudownie - wiało, że aż głowę urywało i było zimno (czyli jednym słowem piździało i nie znam lepszego określenia), ale świeciło słońce i nie padało. Cudowny dzień! Cudowne morze! Nieskończony horyzont! Słona woda! Zapach ryb i soli! 

Pojechałam z Adziarzem i koleżanką z synkiem. Fajną koleżanką, żeby nie było. Koleżanka wybrała się w cichobiegach (takie niby balerinki), bez skarpetek. Weszliśmy na plażę, było dużo kamieni i koleżanka stwierdziła, że nie może chodzić. No racja, ciężko chodzić w balerinkach po kamolcach. Usiadłyśmy więc. Wiał wiatr, świeciło słońce, było cudownie. Założyłam rękawiczki i czapkę, patrzyłam się na morze i rozpływałam się w słonej nieskończoności. Koleżanka nie miała skarpetek, czapki ani rękawiczek. Koleżance było zimno. Adkowi było nudno. Nuda, nuda, nuda, nuda i nuda. Nie ma żadnej wycieczki, siedzimy na plaży i co on ma robić? Co za idiotyczna wycieczka! Mi było cudownie. Ściągnęłam spodnie, zaczęłam żałować, że nie wzięłam stroju. Podeszłam do brzegu i nie mogłam się oprzeć, wlazłam, aż sobie maciochy zmoczyłam. Woda była cudowna, zimna jak cholera, wiał wiatr, świeciło słońce. Zostałabym tam na zawsze. A przynajmniej na następne parę godzin. Czułam się jak na Riwierze. Morinka chciała do morza, jest przecież morską wróżką. Synek stał na brzegu i wrzucał kamienie. Synkowi się podobało. Mi się podobało. Synek kopał butem w mokrym piachu. Koleżance się to nie podobało. Piach jest mokry i buty będą brudne. Adkowi było nudno. I zimno. Koleżance było zimno. Bolała ją głowa od wiatru. Koleżanka mieszka 10 lat w Irlandii, ale wiatru nad morzem się nie spodziewała (tygrys w Afryce?? Pewno uciekł z zoo!). Musieliśmy wracać do domu. Byliśmy na plaży 45 minut.  

Tak, jestem morską terrorystką i nie biorę pod uwagę, że ktoś może nie lubić morza, wiatru, zimna i tak zwanego ogólnego wypizdowa. Od dzisiaj nad morze jeżdżę SAMA. No, ewentualnie z synkiem koleżanki.

15:43, inny_glos
Link Komentarze (5) »
czwartek, 09 kwietnia 2015

W szkole ostatnia prosta w przyszlym tygodniu, jeszcze sie klade na zakretach, jeszcze nie wyrabiam, ale juz wyraznie widac koniec. Za oknem 17 stopni, slonce wali w zaluzje, a ja wlasnie siedze na zastepstwie i ogladam Midwives na komorce, zaden student nie przyszedl. Tez bym nie przyszla w taka pogode. Na cale szczescie dla mnie, ze nie przyszli, bo mam wolne a i tak mi zaplaca - kocham te chwile, kiedy mi placa za ogladanie filmikow na youtubie. W klasie wiruje kurz i pachnie troche szpitalem a troche szkola, za ognem buzuje Dublinskie zycie, Morinka kopie czy tez tam sie przewraca z plecy na brzuch i z powrotem. Jeszcze nie moge tego ogarna, ze bedzie. 

15:38, inny_glos
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 06 kwietnia 2015

Dziś rocznica urodzin mojej ulubionej Leonory Carrington:







Kobiety, która przeżyła wojnę, pobyt w szpitalu dla umysłowo chorych, emigrację i dożyła 94 lat tworząc takie rzeczy.

13:57, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 kwietnia 2015

Wczoraj jeszcze szybko okna pach i pach, wszystkie na raz, jeśli chodzi o okna to tu jest łatwiej, bo myjemy tylko z wewnątrz, albo trudniej - zależy od perspektywy, bo z zewnątrz to musi taki specjalny pan przyjechać z myjką na drabinie, bo tutaj okna są na taki patent, że zawiasy tylko poziomo, co oznacza, że się leciutko uchylają na zewnątrz i tyle, ale ich umyć od tamtej drugiej strony to się nie da . Ale jak się nie da, to się tym nie kłopoczę i już! I dzięki temu mam wszystkie umyte, choć ostatni raz jak miałam umyte, to Kasia siedząc u mnie późnym wieczorem zapytała się, czy śnieg pada. Ale tam. Więc, wracając do tematu, więc wczoraj szybko okna, paszetety dwa, kuchnię ogarnąć i cztery prace do sprawdzenia. Tylko cztery. Za to bardzo długie. I dziś też tylko cztery, ale TAK MI SIĘ NIE CHCE, o radości, jak bardzo mi się nie chce, chcę mieć WOLNY dzień, przez kałuże iść godzinę albo dłużej, trzy godziny lizać lody, gapić się na samochody, cały dzień się w wanne chlapać (o to totototo!) i tak dalej, tak mi się kompletnie nie chce, już po dziurki w nosie, po uszy, po szyję, tak okropnie, tak okropnie mi się nie chce, że chyba zaraz je machnę, bo jutro to już pewno będę miała wstręt organiczny i spazmy na widok esejów. 

19:32, inny_glos
Link Komentarze (2) »

Czy niewierzący weganie mają prawo obchodzić święta Wielkanocne? I nawet jeśli tak, to jak?

Ja od lat święcę odrodzenie się świata po zimie, pod tym względem jestem prawdziwie pogańska, Światowid ze Śwarożycem, Trzygłowem i Dadźbogiem się cieszą wiosną, a ja razem z nimi.  Przyroda się odradza, rodzi się nowe, wszystko pęcznieje i puchnie, ciekną lepkie soki, buzują pod powierzchnią, wzrastanie, obfitość, świeżość, nowe życie.

W tej radości nie zamierzam żadnego życia zjadać, a zatem w tym roku zrobiłam  paszety wegańskie. One są tak PYSZNE że trudno to sobie wyobrazić, jakoś tak do tej pory nie wierzyłam za bardzo w talent kulinarny, hehe, myślałam se, jak mam czas i chęć to też mam TALENT KULINARNY, powinniście spróbować moich zup.

A jednak. Wegańskie potrawy to coś zupełnie innego, każdy głupi potrafi wrzucić karkówkę w przyprawach do pieca, a spróbujcie sobie wymyśleć taki paszetet wegański! Pasztet bez jajek i śmietany, masła i mleka i oczywiście bez jakiegokolwiek mięsiwa. Pasztet pełen smaku z samych warzyw, orzechów i kasz. A przy tym nie smakujący kaszą (tak tak, znam na przykład kotlety z kaszy gryczanej, ale one po prostu smakują kaszą, a nie kotletami). Prawdę mówiąc myślałam, że coś takiego jest niemożliwe, dopóki nie trafiłam na stronę. Ta dziewczyna jest GENIALNA! Dziś zrobiłam już kolejny jej pasztet i jest jeszcze lepszy niż wcześniejsze, choć po każdym myślałam, że to niemożliwe! Jeśli chcecie rodzinę przekonać do zdrowszego roślinnego jedzenia, to jej przepisy to zestaw obowiązkowy.

Mi już pożarł połowę pierwszego pasztetu, dlatego upieczenie drugiego odłożyłam do jutra. A poza tym będzie żurek (bez mięsą, ale ja jajka sobie jednak nie odmówię), ziemniaki z wegańskim sosem gravy (kolejne odkrycie), szarlotka, sernik z mascarpone, no i nie wiem co w sumie jeszcze, bo jakoś tak nie zamierzam się skupiać na jedzeniu. Ważniejszy jest spacer.

00:07, inny_glos
Link Komentarze (2) »
czwartek, 02 kwietnia 2015

A w piątek nagle bach! Adek 40 stopni gorączki, ach te wyłażenia z mokrą głową, bez rękawiczek, bez podkoszulki, ach te niejedzenie ciepłego obiadu i kupowanie sobie czipsów i słodyczy, ach te unikanie warzyw i owoców, "brokuły - nie lubię, kalafior - nie lubię, buraki - bleeee", i nagle znowu jest malutkim dzieckiem i znowu "mamusiu, a przyniesiesz mi picie? Mamusiu a to nic poważnego? Mamusiu, nie mogę oglądać, spać ani czytać'.

W piątek bach! Mi 38 stopni, i katar i kaszel i ogólny marazm.

A ja? Super zdrowa. Błogosławię szczepionki, cudowny wynalazek ludzkości, jakimś przebłyskiem geniuszu zaszczepiłam się na grypę przed ciążą, moja szkoła funduje każdemu chcącemu takie coś, poszłam oczywiście lekko z duszą na ramieniu - a co jak dostanę autyzmu? Ale na szczęście moje możliwości poznawsze i kontaktu ze światem nie zostały zaburzone, a zastrzyk prawdopodobnie mnie uchronił od maligny 40 stopni. I pozwolił zarobić dodatkowe 160 euro, kiedy wzięłam zastępstwo za kolegę.

A zatem żyję, Morinka żyje, żyje-my, żyjemy, cóż za cudowne uczucie! Life is precious.

10:16, inny_glos
Link Komentarze (2) »
stat4u