RSS
poniedziałek, 28 kwietnia 2014



Takie obrazki powodują, że nie chcę jeść już mięsa.

19:25, inny_glos
Link Komentarze (5) »
niedziela, 27 kwietnia 2014
Wieczorny bieg

Trochę tego nie widać, ale to jest już wieczór, tuż przed zachodem słońca. Nie jestem najlepszym fotografem (hmmm, to chyba mało powiedziane) a tu na dodatek BIEGŁAM przecież.

 

To jest taki mały, zapyziały park, że przez większą część roku nic, tylko usiąść i zapłakać.

Oprócz wiosny, kiedy zatyka dech.

 

Tutaj zaczynam nie móc, a M naśmiewa się i nazywa mnie Chrumcajsem.

Nie wiem dlaczego.

 

Tutaj M macha i wybiega do przodu, bo ja osłabiona śmiechem ledwo człapię. Ale jest bliżej niż dalej.

 

 

Mi triumfujący:

 

ale ja podziwiam widoki:

i się nie przejmuję.

Dziś 4.28 w 25 minut.

Jutro wielki dzień - w Lidlu rzucają dresy.

23:14, inny_glos
Link Komentarze (3) »

Moja szefowa mówi tak:



(szczególnie od 1.01)

Mój eks-landlord* mówi tak:



 

A sąsiedzi na dzielni, z którymi robię zakupy w Lidlu, tak:



Dlatego właśnie jak miałam tutaj załatwiać coś przez telefon, to robiłam zawsze tak:



 

Ale ostatnio coś się zmieniło i MOGĘ rozmawiać przez telefon. Proszę bardzo. Z każdym się dogadam. Wreszcie bowiem opanowałam trudną sztukę właściwego używania pauz i odpowiednich operatorów tekstu typu 'yyyyyy', 'well' i 'aaaalright'. Cała sztuka polega na tym, żeby celebrować przestoje myślowe i zawieszki umysłowe dając do zrozumienia interlokutorowi, że jego pytanie wymaga dogłębnego przemyślenia, które właśnie w tej chwili się dokonuje. Na jego oczach, to znaczy uszach, można by rzecz. A myśl będąca wynikiem owego dogłębnego przemyślenia zapewne wynagrodzi mu te minuty oczekiwania na nią. Rozmawiając więc co chwila z namaszczeniem cedzę 'yyyy', 'let mi think', 'I'm afraid thaaaat'. 

 

Poza tym znowu kąpaliśmy się w morzu. Tym razem pół godziny. Temperatura 10 stopni, słońce, wiatr, czułam się jak w kurorcie w ciepłym kraju, tylko, że nie było ciepło.

---------------------

* były właściciel mieszkania

20:01, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 kwietnia 2014

Dziś piję herbatkę z kurkumy (porządnie obrzydliwa, ale miód i cytryna i ujdzie), wcinam pokrzywę, a za pół godzinki glony na obiad. To znaczy glony i sfermentowana soja, czyli japońska zupa miso. Tylko z grzybami shitake. Zamierzam tak się żywić w ciąży, coby dobre nawyki wyrobić w dziecku, wszak wiadomo, że Japończycy żyją 100 lat. 

Niedługo kończę antybiotyki i choć są ludzie, którzy leczą się i trzy lata na chlamydię, a ja chrypkę nadal mam, to zdecydowałam, że to by było na tyle. Czuję się ogólnie bardzo dobrze, gorączki nie miałam od dwóch lat chyba, kąpię się w morzu, biegam, powinno wystarczyć, żeby moje ciało w końcu poradziło sobie z resztkami cholernej bakterii. Bo nie staję się młodsza, a myślę jeszcze o dziecku.

A jeśli chodzi o potencjalne dziecko to niestety rozsądnie by było go nie mieć. Mi nadal nie ma pracy i myśli jeszcze o studiach (promotorka zaproponowała mu doktoranckie), ja nadal nie mam etatu, budżet ledwo ledwo nam się dopina. No, ale od kiedy mieć dzieci jest w ogóle rozsądne, od kiedy ja jestem rozsądna, powiem wam, od nigdy, i myślę sobie (ale marnym jestem człowiekiem!) myślę sobie, że państwo irlandzkie nam pomoże jakby co, nie da nam umrzeć z głodu i zginąć na ulicy i w razie czego wystąpię o wszystkie zasiłki świata i w nosie mam opinie przemądrzałych o 'beneficiarach', bo ta siatka bezpieczeństwa to jest coś, co bardzo cenię w tutejszym państwie i nie ma co się oszukiwać, Irl jest państwem opiekuńczym w tym względzie, w jakim Polska nie jest i dlatego w Irl dzietność wynosi 2.1 a w Polsce 1.32. W Irl jeśli ja stracę pracę i Mi nie będzie miał pracy dostaniemy zasiłek wystarczający na przeżycie (188 euro na mnie + 124 na Mi + 40 na Adka na tydzień) i jeszcze dostaniemy dopłatę do czynszu. Wszystko to wymaga oczywiście tony papieru i mnóstwo czasu załatwiania i udowadniania, że się nie jest łosiem, ale czasu i umiejętności udowadniania to akurat mam pod dostatkiem.

A polskie mamy w parku, takie, co wszystko wiedzą najlepiej, takie, co maja ledwie trzydziestkę i góra dwójkę dzieci, ale poza tym wszystkie rozumy już dawno pozjadały, i wiedzą, co i jak należy robić w życiu, co wypada, a co nie wypada, jak dzieci ubierać, karmić, przewijać i jaki rodzaj życia jest najlepszy i dlaczego właśnie ich, te mamy cedzące codzienne plotki jak dobrą nowinę, oddzielające ziarno (one i ich mężowie i ich dzieci) od plew (cała reszta ludzkości) te właśnie mamy, których cała masa żeruje na polskich forach, karmi się codzienną porcją jadu i oceniania innych, te mamy święcie przekonane, że dzieci powinno się mieć do 30, no - góra - do 35 roku życia, te mamy pełne mniemań i opini, których uporczywe wypowiadanie kusi mnie by każdą z nich opatrzyć przypisem 'supporting evidence needed, otherwise just speculation', jak to robię ze słabymi studenckimi esejami, te mamy nie zostaną moimi przyjaciółkami. No cóż.

16:38, inny_glos
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Święta upłynęły pod znakiem oszczędzania.

W wielki piątek zorientowałam się bowiem, że na święta zostało nam 20 euro, a tu zakupy nie zrobione, ciasta nie upieczone, mięsiwa nie nastawione, majonezy nie ukręcone, żur nie zakwaszony i tak dalej. Poszłam do sklepu wyliczając zatem wszystko co do centa, choć nie pierwszy raz chodziłam z kalkuratorem, pierwszy raz robiłam to starając się uwzględnić świąteczne menu. Najdroższą pozycją okazał się majonez (innego niż Hellmanz nie jadam), ale przekonałam się, że można wykreślić prawie wszystko i nie ma tragedii. Zostały jaja, szynka i zakwas na zupę. Żałowałam jedynie owoców, bo ostatnio się rozszalałam i starając się wcisnąć siedem porcji owoców i warzyw, zgodnie z najnowszymi zaleceniami, kupuję sobie a to czarne jagody a to truskaweczki (wiem, sztuczne i nie pora, ale co ja zrobię, że lubię) a to inne kiwi. Także wielkanocny stół był bardzo skromny, no ale z mężem weganinem się nie poszaleje na Wielkanoc - ani jajeczka, ani szyneczki, ani majoneziku, bab drożdżowych znowu ja nie lubię, także z całego świątecznego wyszynku to nam obojgu najbardziej  pasuje rzeżucha. Której akurat nie było. Zgotowałam zatem w cebuli po 2 jaja dla siebie i Adziarza, wyłożyłam na talerz te 10 plastów szynki, zrobiłam sos do jajek, pokroiłam szczypiorek i te warzywa, które akurat były w Lidlu w promocji i gites. Pięć plastrów szynki zostało do dzisiaj. Dziś powyciągałam co tam miałam pochowane w szafkach kuchennych i tak wyszła mi sałatka z ciecierzycy z pesto i resztka wczorajszego żurku, a jutro będzie zupa japońska, bo tylko miso, glonów i ryżu w tym domu nie brakuje.

A dziś z powodu obscenicznego wręcz słońca wybraliśmy się na przejażdżkę do Phoenix parku i zerwałam całe cudowne naręcze pokrzyw. Które już umyłam i zgotowałam - nie są powalające, ale z acetto balsamico i solą są w miarę. Mężowi też smakują, a Adziarz jak zwykle się z nas naśmiewa. Ale jak wiemy nastolatki tak mają. 

Jak już piszę o naszym nastolatku, to muszę muszę wpomnieć , że Adziarz zaczął rosnąć. W ostatnim miesiącu urósł 2 centymetry i oto na swoje 15 urodziny będzie miał pewno już z 168 cm. Wszystkie spodnie są za krótkie, a dobre są za duże. To znaczy te na jego wzrost to są na takich chłopaków trochę bardziej zbudowanych, a Adziarz to jeszcze ma długie i chude ręce i nogi, tak, że nic na niego nie pasuje. Bardzo się z tego cieszę.

No to idę po dokładkę pokrzyw.

23:21, inny_glos
Link Komentarze (4) »
wtorek, 15 kwietnia 2014

Byłam na tym



(niestety, kwiecień miesiącem sprawdzania prac i mogłam sobie pozwolić tylko na jeden wykład, wybrałam Anarchism, Punk, Cultures of Resistance & that ‘lifestyle’ V ‘social anarchism' debate)

ale kupiłam to:





Polak w Irlandii piszący po angielsku, tytuł chwytliwie przypominający Joyce'a.

(pierwsze wrażenia: James Joyce to nie jest, jak na razie przyjemne czytadło w którym akurat rozpoznaję wszystkie lokalne smaczki).

Dla ciekawych.

i zestaw dwóch koszulek: jedną pro-choice a drugą mojej ulubionej Seomry.

Jak mi odbije to wrzucę zdjęcia siebie w koszulkach na rowerze czytającą książkę. A w tle tulipany, które przekwitają właśnie bez ani jednej fotki na blogu!

Poza tym praca praca praca. 

14:01, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 kwietnia 2014

I jeszcze nie ma tego złego, co się straci, to się zyska, tylko w innym kolorze, w innym rozmiarze, w innym wymiarze.

Tydzień temu w sobotę po pracy zostawiłam rower koło lidla, w poniedziałek rano kwestia zostawienia roweru przebiła się do mojej świadomości, kiedy to okazało się, że nie za bardzo mam czym pojechać do pracy, roweru oczywiście nie było pod sklepem, no ale naprawdę prosiłam się już tych złodziei na kolanach przecież. O zabranie. 

I teraz mam nowy najbardziej fantastyczny na świecie, na którym czuję się jak w jakimś krążowniku szos, wyprostowana i z wysoka spoglądająca na przechodniów, sunę bez żadnego rzężenia, charczenia i skrzypienia, płynę nierealnie leciutko nad ziemią, przyjemność ta kosztowała 260euro i była najtańszą przyjemnością w całym sklepie i mówię wam warto było, warto było jak cholera, ech poczekajcie trochę, to może oszaleję i sobie fotkę strzelę na moim krążowniku szos.

20:55, inny_glos
Link Komentarze (3) »

Dużo pracy, mało kasy, ale staram się mieć na uwadze, że to moje życie i nie może sobie tak po prostu minąć w zagonieniu.

Ostatnio po terapii naszła mnie myśl, że zasługuję na najlepsze, tak po prostu, tylko dlatego, że jestem, zasługuję na najlepsze, na dobro i na miłość, i nie, że inni zasługują na gorsze, ale po prostu każdy w swojej głowie powinien zasługiwać na najlepsze i wbrew pozorom nie równa się to dążeniu po trupach do celu, bo trupy na drodze wykluczają to najlepsze właśnie, na które zasługujemy.

Dlatego też myślę sobie, co bym jeszcze chciała spróbować, co bym chciała zrobić, przeżyć, posmakować, tak po prostu, tylko dlatego, że to jest i że nie można ciągle wkładać do skarpety te 5 euro, tak nieustannie oszczędzać i pomijać takie fantazyjne sprawy, jak wybranie się na stand up comedy, tylko dlatego, że są fantazyjne czyli niekonieczne.

A więc chciałabym wybrać się na stand up comedy, usiąść przy małym stoliczku i pić Guinessa przez słomkę (swego czasu jak zobaczyli to Irlandczycy z pracy, to kazali mi to opatentować i napisać do Guinessa, że wymyśliłam nową strategię marketingową, bo na picie black stuff przez słomkę nie wpadłby żaden Irlandczyk). 

Chciałabym również spróbować ostryg, tak po prostu, nie, że jakoś tam koniecznie muszę, ale tak po prostu - chciałabym, więc dlaczego nie. 

Kiedyś chciałam się kąpać w morzu w zimie, ale dziś nawet nie dopisuję tego do listy fantazji, tylko do rzeczy naturalnych, tak, będę się kąpać w morzu w zimie, nie muszę sobie tego postanawiać, bo jest to we mnie niczym marchewka w zupie. 

Czasem kiedy wracam na rowerze po terapii świat mi się wydaje taki trójwymiarowy na powrót, ścieżka jest, drzewa są, woda jest, rower jest, ja jestem i przesuwam się w tym trójwymiarowym świecie, gdzieś pędzę właśnie tej chwili, zupełnie jak ten elektron, który jest pędęm albo elekronem i przez chwilę nie muszę żyć w swojej głowie otoczona przez kręcące się myśli, przez chwilę jestem na zewnątrz, jestem niczym nie ograniczonym pędęm rowerowym, wiatrem, wodą, liśćmi, powietrzem.

19:21, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 kwietnia 2014
Fotorelacja

Człowiek zmarznięty:

Mors galopujący:

Morsy w ich naturalnym habitacie:

Mors kwietnia:

13:54, inny_glos
Link Komentarze (2) »
niedziela, 06 kwietnia 2014

Oto sezon oficjalnie otwarty!

Dziś pierwszy raz w tym roku kąpaliśmy się  w morzu. Nie będę się rozpisywać o cudowności pływania w wodzie o temperaturze 10 stopni Celsjusza, ale na samo wspomnienie robi mi się gorąco. Najgorsze jest wejście, a potem już sama błogość- igiełki w paluszkach, masaż całego ciała, morska bryza, fale, słońce, zimno skutecznie wywiewające człowiekowi z głowy wszystkie myśli. Wszystkie. Morska szczepionka. Polarna nirwana. Słona słodka przyjemność.

Bo wcześniej stres. Ucisk w dołku, napięcie, ciągłe poczucie muszęcośzarazzrobić i znowuniezdążyłam.

Poniedziałek - ostatecznie decyduję się zrezygnować z kursu, piszę do opiekuna.

Czwartek - w szkole specjalna komisja decydująca czy możemy nadal prowadzić program studiów policealnych. Ułożone gładkie włosy, umalowane usta, marynarki, krawaty, białe koszule, prawie okrągły stół i pytania. Stres. Umysł pusty, angielskie oficjalne słówka dawno uciekły w popłochu, im bardziej siedzę i nic nie mówię, tym bardziej nic nie mówię i siedzę. Przełamuję się na siłę, właściwie tylko po to, by nie być jedyną milczącą osobą przy stole i zmniejszyć prawdopodobieństwo, że szacowna komisja skieruje swoje najtrudniejsze pytanie w moją stronę. Zaczynam mówić i się uspokajam, wszyscy się na mnie patrzą a ja ciągnę i po chwili się orientuję, że nie jest najgorzej. I kiedy komisja zadaje kolejne pytanie, tym razem podchwytliwe i widzę, że główny szef zaczyna odpowiadać i nagle się tłumaczy i poci, wcinam mu się w słowo i aż sama siebie zadziwiam. Kiedy już jestem w domu dzwoni do mnie szef programu i dziękuje mi za uratowanie sytuacji.

Sobota - wykład na uniwerku, 3 godziny 30 nazwisk, 20 teorii. Nie do końca mój temat. Bardzo ogólnie i bardzo szczegółowo równocześnie,  rajd po 150 latach i 3 kontynentach, koncentrat z wiedzy. Intelektualny mecz pierwszej ligii. Bardzo bardzo męcząco. Nie jestem z siebie zadowolona, boleśnie kłują mnie w oczy moje niedociągnięcia. Wiem, że to wyjątkowo trudna forma - ni to powtórka z wszystkiego, ni to wykład - ale tak nie lubię.

W międzyczasie rodzina Mi. Ja cały czas zajęta, pomiędzy wykładem, spotkaniem a terapią, urywam chwile na pogadanie, a potem ścigają mnie wyrzuty sumienia, że nie przejrzałam tego i tamtego, że nie doczytałam i nie sprawdziłam.

Ale dzisiaj morze! MORZE! MORZE! Słońce, wiatr, fakir zawieszony pomiędzy niebem a ziemią, pieszczota drobniutkich szpileczek zimna. 

Wyobrażam sobie, że kiedy już będziemy staruszkami kupimy sobie dom nad morzem i będziemy się codzienne kąpać. Tak sobie wyobrażam niebo.

23:23, inny_glos
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
stat4u