RSS
sobota, 28 kwietnia 2012

\

Lato już było.

Od miesiąca wieje i leje i grad i piździ po prostu, nie bójmy się tego słowa, piździ i wieje i leje i tak w kółko. Normalnie nie przeszkadza mi taka pogoda, tak już tutaj jest, już się przyzwyczaiłam, nie rwę włosów z głowy i nie kupuję ubrań na lato, nie zbieram bluzeczek na ramiączkach i sandałów, nie wychodzę z domu bez parasola i nie liczę na to, że wyskoczę w krótkim rękawku mojej najnowszej kreacji. Pamiętam nasze pierwsze lato tutaj, kiedy siedzieliśmy w domu cały lipiec i sierpień patrzyliśmy na stugi deszczu spływające po szybie na całą ścianę, poczucie jesieni i zagłady nas nie odstępowało. Ale przecież ostatnio tak nie było, ostatnio dawałam sobie radę, pada deszcz, myślałam, po to, żeby do pubu bez wyrzutów sumienia pójść, żeby przy kominku posiedzieć, książkę poczytać bez uczucia straty czasu, zakopać się w kocach i poduchach, parzyć lipową herbatę z malinowym syropem przez cały rok na okrągło. 

A teraz coś mnie dopadło. Smutek jesieni, nostalgia herbacianych róż, poczucie końca, starości, nieuchronności, braku szans, braku odwagi, braku wiary w siebie.

Może przeżywam trzydziestkę, symboliczną granicę końca młodości i końca poczucia "jeszcze wszytko mogę", spóźnioną o siedem lat. A może brak pracy mnie dopadł, z mnóstwa spraw jak zwykle na wczoraj, przyśpieszonej nauki tematów, o których miałam blade pojęcie mówiąc delikatnie, wpadłam nagle w pustkę braku konieczności, niesłychanie rozciągniętą przestrzeń możliwości, interregnum, bez-władzie, kiedy imperatyw zewnętrzny "na wczoraj" stracił nagle władzę, a imperatyw wewnętrzny jeszcze sobie śpi, choć słyszę już jak się przewraca i krzyczy przez sen. O tym, że jestem nikim.

Jest tyle rzeczy, które powinnam robić, które wręcz czekają, aż je zrobię, które nie zaistnieją bez mojej pomocy, nie zostaną powołane do życia, nikt się o nich nie dowie i na zawsze znikną bez pamięci, bez tego choćby mimalnego szacunku pamięci, jaki przysługuje rzeczom niedokończonym, aczkolwiek zaistniałym, porzuconym, ale przynajmniej zaczętym. Ale coś mnie powstrzymuje, krępuje mi wolę i ruchy, uciska tchawicę, wypompowuje energię i dusi. Moje własne tchórzostwo i lenistwo, strach przed staniem się, przed uzurpacją rzeczywistości do której nie mam prawa.

Z tego wszystkiego strasznie się upiłam ostatnio, ale to, zamiast przynieść ukojenie, tylko jeszcze większe lęki przyniosło, dżn uwolniony z butelki okrutnie się zemścił i spełniwszy obiecane jedno życzenie próbował mnie zabić dnia następnego i nękał przez kolejne parę dni w postaci pewnego biblijnego króla znanego ze swej sprawiedliwości, szczegóły do wiadomości redakcji.

A teraz idę na Street Party, może nie będę dancing in the rain.

15:09, inny_glos
Link Komentarze (6) »
sobota, 21 kwietnia 2012

Zgadzam się z taką jedną, ale nie wierzę w możliwość zmiany. 

12:34, inny_glos
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 kwietnia 2012

No u nas nic, no nic takiego się nie dzieje, tak tak, wszystko po staremu, no wiesz jak jest, albo po nowemu, zależy jak na to patrzeć, nie? No u mnie żadnych zmian, szkoła mi się skończyła na razie, no wiesz, niby się skończyła, a w sumie ciągle coś - prace dyplomowe, jakieś zaległe zaliczenia, plany nowych przedmiotów, jakieś treningi, spotkania, warsztaty badawcze, niby nic takiego, takie trochę michałki na koniec, za większość mi nawet nie zapłacą, ale w sumie to się cieszę, bo bym siedziała w domu i się zamartwiała, a tak coś tam mnie codziennie wyrywa do szkoły, na rower, bo wiesz, rowery sobie kupiliśmy, no i dojeżdżam na rowerze, w sumie bardziej są to przejażdżki niż cokolwiek innego. Nie masz pojęcia jak dobrze robi codziennie chociaż te pół godziny na rowerze! Więc na razie to mnie kręci, no i chcę też coś zacząć robić, no wiesz - niby coś z tej mojej dziedziny, zacząć pisać, bo wiesz jak jest. Jeszcze 5 lat i kompletnie wypadnę z obiegu, zostanę nauczycielem, i to takim bez uprawnień i bez konkretnej wiedzy, staram się tym nie zamartwiać, staram się być łagodna dla siebie, ale strach i tak zawsze zdąży nas dopaść, nie? Mnie ostatnio w nocy, o czwartej nad ranem, czwarta nad ranem "dno wszystkich innych godzin", "godzina że nic po nas nie zostanie" i "niech już przyjdzie piąta", jak to mówi poetka, tak właśnie się człowiek czuje o czwartej nad ranem budząc się nagle i czując nieodpartą konieczność przemyślenia swojego życia. A potem przez cały dzień dręczą człowieka takie słowa, jak "za stara" czy "za późno", bez sensu w sumie, no bo co to znaczy za stara, starość to stan umysłu, starość to ociężałość myśli i ciała, starość to brak zainteresowań i ciekawości świata, starość to zgoda na lenistwo umysłowe i niechęć do nowości. A jeśli tak, to ja się nie zgadzam, to ja nigdy nie będę stara, starości mówimy stanowcze nie! Prawda? Prawda? No mam rację, czy już kompletnie zwariowałam?

Ale wiesz, jak jest, złe myśli przypełzają, strachy wytrzeszczają oczy i nawet śmiech nie pomaga czasami, bo "ty z tej pustki czemu drwisz, kiedy ta pustka nie drwi z ciebie".

No ale potem przychodzi dzień i słońce i powietrze i kwiaty i człowiek sadzi różę pnącą z Lidla i czeka, że urośnie i codziennie sprawdza, czy już się przyjęła, czy pokazały się malutkie kropeczki, zaczątki nowych gałązek, bo z tymi różami z Lidla to nigdy nie wiadomo, wiadomo, mogą urosnąć albo i nie, zwłaszcza, jak człowiek się tydzień zastanawiał, czy kupić, czy sadzić, i tak właściwie po co, czy to nie jest w sumie głupota i coś niewłaściwego i normalni ludzie tak nie robią, nie skopują trawników w miejscu, gdzie się dopiero co przeprowadzili, i chodzi i myśli, codziennie zachodzi do Lidla i ogląda sadzonki, które marnieją w oczach, z dnia na dzień, z każdą wizytą mniejszą mając nadzieję na pulchną wilgotną ziemię.

Gdzie tą różę sadzi? No pod domem, pod domem w miejscu publicznym, na trawniku wręcz, koło schodków, bo to jest pnąca róża, więc musi mieć barierkę do wspinania i człowiek sobie myśli, co pomyślą sąsiedzi, wprowadziła się rok temu i już wyciąga łopatę i kopie ziemię, dziwaczka, trochę nie całkiem normalna, nie, człowiek kopie i sobie myśli, nie, nie, przepraszam, jak kopie to już nie myśli, jak kopie to ma wszystko w życi, jak kopie to czuje się już wystarczająco szalony, żeby stawić czoła sąsiadom, którzy wychodzą na dwór i pytają "A co ty Ania tutaj robisz? Sadzisz róże? A nie lepiej sobie posadzić w doniczce, tak przed drzwiami? Czemu tak tutaj, na trawniku? No dziwnie tak, nie?". A nie.

19:19, inny_glos
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 kwietnia 2012



 

I dla mięsożerców:



Wszystkiego dobrego, nieskłóconej rodzinki i smacznych jaj!

19:44, inny_glos
Link Komentarze (3) »

Dziwnie się gotuje na święta dla wegetarianina. Szczególnie na te święta - szynki, schaby pieczone, kaczki nadziewane, cielęciny duszone, w wyborczej ani jednego przepisu bez mięsnego. Ciekawe dlaczego akurat na Boże zmartwychwstanie musi zostać zabite tyle zwierzaków? Jakieś takie bardzo pogańskie mi się to w sumie wszystko wydaje - najeść się do syta choć raz na przednówku. Biedne te zwierzaki w chrześcijaństwie - tyle się nacierpią za życia a duszy i tak nie mają i do nieba nie pójdą.

01:02, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 06 kwietnia 2012

Kolejny wirus tej wiosny, nie służy mi odchudzanie, chyba muszę przestać, bo coś jest nie tak, mimo, że wcinam wszystkie zdrowe rzeczy. Siedzę sama ze sobą i kicham, chłopaki poszły na mecz Patsów. Adek stał się lokalnym kibicem, Mi nawet mu kupił szalik klubowy ostatnio. Mnie trochę śmieszy ta potrzeba przynależności i kibicowania lokalnej drużynie, bo co by było gdybyśmy zamieszkali w innej części Dublina, co by było, gdyby do klubu szachowego nie trafił na Inchicore, ale do Rathmines, gdzie też dzwoniłam, co by było gdyby trochę później, trochę dalej, trochę inaczej.

Dałam dziś radę tylko posprzątać kuchnię i duży pokój, zła jestem trochę na siebie za to chorowanie w kółko, choć przynajmniej mam wymówkę, żeby nie odrywać się od czytania;) Znowu przyniosłam z biblioteki tomy i stosy, większość zawodowa, ale też i Ian McEwan, moje ostatnie odkrycie, kryminał Ruth Rendell, w której serię o inspektorze Wexfordzie wsiąkłam na amen kiedy uczyłam się angielskiego, Feast of Crows, czyli czwarta część Gry o tron, rany, książka ma z 1000 stron i NAPRAWDĘ wygląda jak cegła, wcześniej tego nie zauważałam, gdy czytałam z i do pracy na readerze, a teraz leży na parapecie sypialni i WYGLĄDA. Przez okno.

A teraz gorąca kąpiel i znowu książeczka, tym razem papierowa w wannie.

Wyłączyłam się dla świata i udaję, że mnie nie ma. 

Świeca zapachowa? Herbatka z lipy z sokiem malinowym? Cisza? Mmmm:)

22:10, inny_glos
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 kwietnia 2012

Wlasnie wczoraj kupilismy rowery, bo w niedziele lato, rany, lato w marcu, Phoenix Park zalany sloncem, trawki, kamyczki, roslinki, boiska, pilki, zgrzane chlopaki, rozochocone panny, wyscigi dwukolek, polacie zieleni rozposcierajace sie jak zaproszenie, polacie blekitu ciagnace sie jak obietnica.

Ja w kolorowej sukience, 2 swetrach, szalu i plaszczu, powoli sciagam plaszcz, szal i kolejne swetry, przebiegajacy obok mlodzi faceci rzucaja komentarz, ktorego nie rozumiem, uroki zycia w innym jezyku, usmiecham sie do slonca, usmiecham sie do siebie, wyprostowuje sie, kolezanka tlumaczy komentarz w stylu chlopakow z budowy, wiadomo o co chodzi, a ja usmiecham sie jeszcze bardziej. Dziesiec lat temu bylabym oburzona, dwadziescia lat temu bylabym zraniona, dzis cieszy mnie ta zwierzeca czesc naszej natury i to, ze jestem kobieta dla mezczyzn. Ze jeszcze.

A zatem wlasnie wczoraj kupilismy rowery i juz wczoraj padal deszcz, a teraz siedze w pracy i patrze sie na grad za oknem. Ach wiadomo, Irish summer 



to nie to samo, co summer.

Ale mamy rowery.

14:20, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 kwietnia 2012
Is yt mi u lukin fo?



od rana mi się śpiewa.

22:42, inny_glos
Link Dodaj komentarz »

Gostki poszły na zawody szachowe, Mi trochę marudził, że w niedzielę o 10 rano, no ale jest tatą, a to zobowiązuje. Adziarz jest całkiem niezły, w zeszłym roku był 3 w całej Irlandii 'under 12', w tym roku jeszcze liga trwa, zobaczymy. Pewno jest trochę gorzej, bo więcej czasu spędza z kolegami na dworze, co mnie cieszy, mniej trenuje, co mnie nie cieszy.

Ale szachy ważne, jego jedyne teraz stałe pozaszkolne zajęcia, z capoeiry zrezygnował, bo "dorośli śmierdzieli potem" - na zajęciach nie było chłopaków w jego wieku, tylko dorośli i garstka maluchów. Kilka razy próbowałam go zapisać na inne zajęcia i za każdym razem coś się działo tuż przed pójściem na zajęcia - złamał sobie rękę na dmuchanym zamku, kolega rozciął mu palec w szkole, rozwalił sobie kolano. Rzutem na taśmę zapisałam go w zeszłym tygodniu na pływanie, skręcił sobie nadgarstek cztery dni przed, ale na szczęście opuchlizna zeszła i zaciągnęłam go na basen. 11 zajęć, mam nadzieję, że nauczy się swobodnie pływać, bo jest naprawdę na granicy - dobrze pływa na plecach, kraulem jak mu się uda, żabką nie umie. Trochę marudzi, że wszystkie dzieciaki są młodsze od niego, wmawiam mu, że to dobrze, bo nie odważą się śmiać;) Do pływania zniechęcił się jeszcze w Polsce, kiedy to pani wuefistka (miał basen w szkole) powiedziała mu, że takiego antytalentu pływackiego to jeszcze nie widziała:D Wspaniały pedagog, prawda? 

Chłopaki grają a ja idę sobie na krótki kurs do Phoenix Parku jak rozpoznawać rośliny jadalne. Na wolności, oczywiście, nie na grządce;) 

Słońce świeci, ptaszki ćwierkają, życie jest piękne.

11:39, inny_glos
Link Komentarze (2) »
stat4u