RSS
niedziela, 30 marca 2014

Kusi mnie, żeby napisać poradnik wariata, czyli jak na własne życzenie zajechać się jak ruski czołg na Ukrainie, zafundować sobie paragraf 22, czyli plan życiowy z mojego ulubionego cyklu tak źle i tak niedobrze i wpędzić się w stany depresyjno-maniakalne oraz bezsenność. Oraz wyjść na głupka na samym końcu.

Życie.

Postanowiłam podnieść sobie kwalifikacje zawodowe. Znalazłam cudowny kurs na moim Uniwerku o uczeniu online. Już widziałam siebie jak z tych prospektów reklamowych: w pastelowych barwach, z długimi włosami, w dobrze dobranych okularach, panna Anna Hanna Wanna, ekspert od uczenia przez Internet. Już widziałam rozbudzoną motywację i iskrę w oku moich studentów, zawzięcie blogujących i tweetujących, odkrywających na nowo rozkosze nauki w wirtualnej rzeczywistości.

Na początek pani administratorka kursu zgubiła moje zgłoszenie. Nie zdawałam sobie jeszcze wtedy sprawy z tego, że stało się to na szczęście, a nie na nieszczęście. Kiedy zatem kurs się rozpoczął, a ja nie dostałam żadnych informacji ani żadnych dokumentów zaczęłam panią molestować, pani najpierw twierdziła, że nie przesłałam swoich papierów, ale - niestety! - udowodniłam jej, że się myli i skutkiem tego zostałam wpisana na listę. Potem wyjechałam na tydzień do Pl do lekarza, potem miałam ferie i postanowiłam się relaksować i sprawami pracowymi się nie stresować. Potem zapomniałam o wykładzie (jak pamiętamy), więc byłam dość zajęta odkręcaniem tej całej sytuacji. W tak zwanym międzyczasie nie mogłam się do kursu zalogować, mimo, że w końcu dostałam hasło i loginu. Próbowałam chyba z tydzień, zanim odkryłam, że nie powinnam się logować od strony pracownika, tylko studenta, jeśli wiecie, co mam na myśli. W każdym razie na kurs dotarłam z jakimś 3 tygodniowym opóźnieniem, w tym czasie wszyscy już tam hulali, jedli, pili i lulki palili, dyskusja wrzała.

 Ale co to dla mnie, prawda? Nadgonię.

Do przeczytania mam tylko sześć trzystustronnicowych książek źródeł podstawowych i pięćdziesiąt artykułów rozwijających, do obejrzenia dziesięć wykładów i trzy webinaria, do skomentowania cztery długie dyskusje, do obczajenia parę narzędzi, takich jak delicious czy twitter, do wysłania pierwszą refleksję na zaliczenie. Oprócz tego niezliczone ilości stron internetowych i filmików na youtube. Zabrałam się z impetem za słuchanie, czytanie, rozważanie, dyskutowanie, trochę się zagubiłam w gąszczu wymagań, zadań i aktywności, ale co tam, jechane, ja nie dam rady? Pierwszą refleksję napisałam w jeden dzień, bo więcej czasu nie miałam. Wysłałam pięć po dwunastej, ale dałam radę, a to najważniejsze, prawda? Byłam całkiem zadowolona z odpowiedzi. Można nawet powiedzieć, że byłam bardzo zadowolona. Potem rzuciłam się w wir mojej pracy, bo w międzyczasie oczywiście pierwsze rodziały licencjatów, eseje, testy, wykłady no i akurat w tym roku rewizja programów nauczania, specjalna komisja przychodzi do szkoły i będzie nas przepytywać, a zatem uczestniczymy w kolejnych spotkaniach przygotowujących i czytamy kolejne dokumenty, w tym jeden stu stronnicowy. Ale daję radę, nie?

I tak oto w niedzielę dostałam swoją pierwszą ocenę cząstkową.

Oblałam.

Oblałam dokumentnie, po całości, chyba nikt nigdy na tym kursie nie dostał gorszej oceny. Napisałam nie na temat - zamiast reflekcji na temat uczenia się online, na podstawie doświadczeń z kursu, napisałam o nauczaniu. W mojej szkole. Okazało się, że mój mózg w jakiś dziwny sposób zdecydował, że o tym właśnie ma być ten esej, mimo, że w instrukcji do kursu stoi jak byk, chciałoby się powiedzieć, czarno na białym stoi, że mamy objąć swoją refleksją proces uczenia się online. (Na swoją obronę mogę tylko dodać, że tutor również popełnił parę błędów, i tak dokument o pierwszym zaliczeniu ma tytuł "Zaliczenie 2" a na stronie, gdzie się wysyła swoje prace do oceny nie ma wyszczególnionych wymagań.)

Dobiła mnie ta ocena, ale postanowiłam się nie poddawać. Bo ja po prostu nie jestem poddawaczem. I tak w nocy z niedzielę na poniedziałek rozkminiałam ile godzin w ciągu następnych dwóch tygodni mogę poświęcić na pracę nad kolejnym zaliczeniem, coby znów nie pisać czegoś na chybcika i nie oblać, rozkminianie zajęło mi calusieńką noc, bo okazało się, że nie bardzo mogę. Że pomiędzy przygotowaniem programmatic review, sprawdzaniem prac moich studentów, przygotowaniem wykładu na Uniwerek i chodzeniem na zajęcia w mojej szkole nie mam za dużo wolnych godzin. Że nawet, jak oleję rodzinę Mi, która akurat przyjeżdża w tym tygodniu (następny pomysł jak sobie utrudnić życie - jak ustalałam z nimi termin przyjazdu nie wpadłam na to, że akurat wtedy mogę być, powiedzmy, bardzo zajęta, no kto by tam zaglądał do kalendarza przecież!), to i tak nie mam szans na przeczytanie jakiś 3000 stron i przeglądnięcie dalszych 300 witryn internetowych.

Postanowiłam zrezygnować z kursu. Napisałam to tutora. Ale w poniedziałek dostałam od niego mail, że jest pewien, że sobie poradzę, że na podstawie moich wypowiedzi na forum uważa, że dam radę, żebym nie wpadała w panikę i po południu zaczęło być mi żal, że przecież kurs taki ciekawy, że nie wiadomo, czy uda mi się go jeszcze zrobić, jak teraz nie pociągnę i tak dalej, więc postanowiłam jeszcze spróbować. Wyspałam się i jeszcze bardziej postanowiłam spróbować.

We wtorek rano szefowa zadzwoniła prosząc o zastępstwo, co oznaczało, że kolejne 3 godziny spędzę w szkole, ale nastawiona bojowo wciskałam czytanie w każdą możliwą chwilę. Tak się nakręciłam, że oczywiście kolejnej nocy znowu nie mogłam spać. Postanowiłam zrezygnować. Napisałam do pani, że rezygnuję. Wyspałam się i postanowiłam jeszcze spróbować. Pani nie odpisała, pomyślałam sobie, że może lepiej, że nie odpisuje, bo w sumie mogę spróbować. Czytałam, oglądałam, przygotowywałam. I dopiero wczoraj rano dotarło do mnie, że jeśli chcę kontynuować, to przez weekend powinnam napisać pracę na kolejne zaliczenie, bo w tygodniu nie będę miała ani trochę czasu. W połowie soboty zorientowałam się, że nie dam rady. Nie połknę paru tysięcy stron w jeden dzień, nie jestem w stanie przerobić tyle materiału, przemyśleć go i wykorzystać w projekcie. Muszę zrezygnować. Rezygnuję.

Teraz oczywiście mi żal. I myślę sobie, że może jakbym jeszcze trochę przycinęła. Jeszcze trochę więcej z siebie dała. Ale wtedy przypomina mi się, co mi moja pani powiedziała - że mam tendencję do dokładania sobie w stresie. I że nie tędy droga. Że czasem trzeba sobie odpuścić. 

I jeszcze jedno - pani zauważyła, że wygląda to jakbym gdzieś tam w środku nie chciała robić tego kursu. Jakby gdzieś tam we mnie opozycja rozwijała już swoje transparenty i sabotowała każde moje świadome działanie. Za dużo pomyłek, żeby mogły być przypadkowe, mówi pani. Najpierw nie ma mnie na liście, potem nie mogę się zalogować, potem piszę nie na temat.

Umiecie sobie odpuszczać? Ja nie potrafię. Może dlatego choroby mi są potrzebne -jak nie mam już siły, to siebie sabotuję. A jak to nie pomaga, to muszę zachorować.



15:11, inny_glos
Link Komentarze (9) »
środa, 26 marca 2014

Nie ma mnie, bo rozmawiam ze swoją nieświadomością. Dwa razy w tygodniu. Nieświadomość nie jest zbyt rozmowna, więc zostaje mi monolog i błyskotliwe interpretacje mojej pani.

Na przykład taka: może pani daje dobrą odpowiedź na złe pytanie. Sfinks by tego lepiej nie ujął. Coś w tym jest, myślę sobie jak przyglądam się swojemu życiu. Na przykład, dlaczego zawsze na wykładach zbaczam na temat, na którym się nie znam. Jak parkowy zboczeniec, trzymam się pokrętnych niejasnych teorii i koncepcji, które urzekają mnie właśnie swoją niejasnością, swoją tajemnicą i niekompletnością. Dlaczego rwę się z odpowiedzią na pytania, których nikt nie zadał. Zgłaszam się, trzymam paluch w górze, czuję, że muszę, muszę to powiedzieć, a potem się okazuje, że nie wiadomo o co chodzi. No zupełnie.

Pani się pyta, czy to mi coś przypomina, czy coś mi się z tym kojarzy. Oczywiście, że tak, odpowiadam.  I czuję się jakoś znajomo, jakbym dotknęła czegoś z czym się przyjaźnię od lat. Ale siedzę i siedzę i staram się sobie coś przypomnieć i nic mi nie przychodzi na myśl, o nie, co to to nie, moja nieświadomość nie jest jak ta oswojona świnka co przychodzi na zawołanie, świnka Halinka, co to ją można głaskać i poniżać a potem ją zbić i zjeść, moja nieświadomość jest królową, która objawia się tylko w działaniu. Albo w snach.

Cóż za ujmujące istnienie - w działaniu i w snach, i wbrew pozorom nie są to wcale odległe sfery, a naczynia połączone. Sny objaśniaja zachowania, zachowania wcielają sny. Oba są dalekie od racjonalności, rozumu i tego, co nazywamy swoim 'ja'. Od tego wszystkiego, co wiemy o sobie na co dzień, od racjonalizacji (bo przecież nie racjonalności), którymi karmimy siebie i swoich bliskich od rana do wieczora, po to, by dalej móc bawić się w te swoje kompletnie dziecinne gierki z życiem.  W które kolejny raz przegrywamy i obrażamy się na cały świat wrzeszcząc 'ja się tak nie bawię!', ale zapominamy, że tym razem nikt nas nie słucha i nikt nas nie będzie do tej zabawy namawiał. Bo w pokoju nikogo nie ma i tylko my sami od lat walczymy ze sobą.

***

W ciągu ostatnich paru miesięcy takie numery samej sobie wycięłam, że chyba kompletnie staciłam wiarę w swoją rozumność i poczytalność. I nie piszę tu tylko o listopadzie i grudniu, miesiącach, w których deszcz jak siwe łodygi, szary szum, a u boku smutek i konanie i tak dalej. Nie. Piszę tu również o styczniu, czasie zmartwychwstania, i marcu, wesołym marcu, wiosennie pachnącym trochę przygłupim filuternym marcu, który wyjął grosik srebrny, teraz, teraz będzie mu potrzebny i gromadkę uśmiechniętą pyta jakie dzisiaj święto? I tak, pomiędzy rozkwitającymi tulipanami, myciem okien a słońcem założyłam sobie podwójnego nelsona i poprawiłam prawym sierpowym, a potem jeszcze z liścia, i z kolana i bardzo dumna z samej siebie uśmiecham się pod wąsem. Którego nie mam. Na skutek powyższych okoliczności nie spałam całą noc w poniedziałek, całą, caluteńką, od wieczora do rana bujałam się w kolejnych rundach Nie_ty vs. inny_glos, panna Anna contra Hanna wanna, do świtu, i jak się masz, kochanie, jak się masz, powiedz mi, kiedy znowu cię zobaczę.

A zatem nie śpię. Najwyraźniej nie mam ochoty komunikować się ze swoją nieświadomością. Wygląda na to, że nie jestem zainteresowana tym co ta stara wariatka ma mi do powiedzenia tym razem. We wtorej się wyspałam, po to, by nabrać sił na kolejną rozgrywkę w środę, kiedy to już standardowo stawiłam się na ringu o 2, by ostatnią rundę stoczyć koło 5. Śpię 2 godziny. W pracy zasypiam. Studenci umierają z nudów.

A pani mi mówi: a może pani daje sobie dobrą odpowiedź na złe pytanie? Sfinks to mały pikuś.



22:22, inny_glos
Link Komentarze (4) »
sobota, 08 marca 2014

Jeden stres za mną, zajęcia com sobie o nich zapomniała odpracowane dziś, cieszę się bardzo bo to i stresująca sytuacja i temat nie za bardzo mi leży (rolnictwo w Irlandii ze szczególnym uwzględnieniem historycznego tła i polityki UE - hehe, teraz wiem ile jest gospodarstw rolnych i czym się zajmują i mogę wam o tym opowiedzieć) i jeszcze alternatywą był wykład online, na którym mogłabym chyba jeszcze bardziej się zakałapućkać. A dzisiejsze zajęcia było - o dziwo! - jedne z moich najbardziej udanych na Uniwerku, chyba z tego poczucia winy przygotowałam się na beton i nie dałam się zjeść.

A przede mną pierwszy esej na zaliczenie, nie tyle esej może ile 'refleksja' ale trzeba przygotować literaturę i dużo przeczytać. Bo zapisałam się na kurs online nt. uczenia online, coby sobie trochę podwyższać kwalifikacje i oto trzeba się wreszcie wziąć i zacząć czytać, bo inaczej nie zdam.

Palce mnie świeżbią na jakąś nową robótkę i obmyślam wzory i kolory, ale niestety musi to poczekać. Poza tym wkurza mnie jeszcze moja chrypka, która po półtorej miesiąca anty  jeszcze się utrzymuje i trochę nie wiem czy kontynuować, czy kurcze przestać się faszerować prochami skoro objawy płucne szybko ustąpiły a z chrząkaniem nie ma większej poprawy od miesiąca. Mam jeszcze antybiotyku na miesiąc i nie za bardzo chcę tego przedłużać, bo przecież chcę mieć jeszcze dziecko, a tu czasu coraz mniej (jutro mam 39 lat!). Wczoraj nasza 15 rocznica ślubu minęła mi na przygotowywaniu się na wykład, ale Mi pamiętał i dostałam bukiet róż. I czekoladki. W sumie ciekawe, że ja nic mu nie kupiłam. No ale na kupowaniu się nie kończą się przecież wyrazy wdzięczności, hehe.

14:59, inny_glos
Link Komentarze (6) »
środa, 05 marca 2014

Odjechałam i zrobiłam sobie czapkę. 

Miłe złego początki

lecz koniec żałosny

czyli trochę, jak to przysłowie, mówi pogrubaszona wyszła.  

To ją pocieńkowałam (choć wcale nie było łatwo, bo trzeba było ją całkiem spruć i zrobić od nowa) i voila!

(mąż mówi, że zdjęcie będzie jutro, bo dziś światło nie takie).

A tak w ogóle to się okazało, że przypadkowo zrobiłam najdroższą czapkę w Irlandii. 

Przynajmniej w mojej garderobie. 

Kosztowała mnie bowiem 8.45 euro za włóczkę, 8.50 euro za druty i 310 euro straconych wykładów. 

Tak się bowiem wciągnęłam w robienie czapki, że zapomniałam, o bożym świecie i to DOSŁOWNIE. Zapomniałam bowiem, że MIAŁAM WYKŁAD NA UNIWERKU W SOBOTĘ. O_O I w poniedziałek rano w mojej szkole. Nie wiem jaką tu wstawić emotikonkę, żeby oddać mój stan ducha. O sobocie przypomniałam sobie w niedzielę (rychło w czas) a o poniedziałku w ogóle sobie nie przypomniałam, tylko zadzwoniła do mnie pani z administracji o godzinie 12.30 czy ja czasem nie powinnam być w klasie. Teraz. ,

.....

.....

Powinnnam. 

Nie będę się tu rozpisywać o ostrym ataku stresu i bezsenności, bo każdy może sobie to wyobrazić. Coś takiego zdarzyło mi się po raz pierwszy od kiedy tu pracuję. Zapytałam się dziś mojej pani psychoanal o to co mi chciała tym wszystkim moja nieświadomość przekazać? Na razie nie mamy pomysłów.

Na dodatek martwię się Ukrainą. Boję się przewrotów wojskowych i rewolucji, nie ufam ludziom szturmującym budynki rządowe prawie tak samo jak tym co szturmowali Pałac Zimowy i Bastylię. Wierzę w wybory i demokrację. Zbyt często rozwiązania siłowe prowadzą do większego rozlewu krwi, zwykli ludzie jak zwykle są mięsem armatnim, młodzi idealiści giną za ideę, a starzy wyjadacze po cichu kręcą swoje lody. Boję się Ukrańskich nacjonalistów i faszystów prawie tak samo jak ruskich czołgów. I boję się tłumu, bo tłum zawsze znajdzie kozła ofiarnego. 

Nic to.

Wykłady przesuwam i negocjuję ze studentami odpracowanie. Czapkę noszę. Staram się nie nakręcać Ukrainą, bo przecież nie powinien się człowiek nakręcać rzeczami, na które nie ma wypływu. I o których tak naprawdę nic nie wie, bo mimo, że każdy teraz jest ekspertem od polityki wschodniej, to tak naprawdę niewiele osób cokolwiek wie o sytuacji. I jest w stanie wyciągnąć poprawne wnioski.

23:34, inny_glos
Link Komentarze (6) »
niedziela, 02 marca 2014

Chłopaki wrócili. Oboje zrobili w Pl badania na chlamydię i mycoplasmę, Adkowi wyszła mycoplasma, a Mi lekka chlamydia (może początek zakażenia). Dostali jeden cykl antybiotyków i powinno być dobrze. Mam nadzieję, że to by było na tyle z tymi bakteriami. Po cichu liczę też na to, że Adkowi minie trochę podkliniczna astma (od wielu lat jest na granicy astmy - co jakiś czas ma zaostrzenie i bierze leki rozkurczające oskrzela, ale nie musi nic brać na stałe). Oboje mają tragicznie niski poziom wit. D (Adek - 9, Mi -8, norma 30-80), pani doktor kazała zaleciła przeprowadzkę na Jamajkę. Zrobili też podstawową morfologię i Mi ma 15.6 hemoglobiny mimo nie jedzenia mięsa od trzech lat! Podejrzewam, że to zasługa kiszonych buraczków, które robimy od miesięcy i Mi potrafi zjeść pół słoika na raz. Jeszcze go namówiłam na próby wątrobowe, a że dwa dni wcześniej byli u nas znajomi i posiedzieli z nim przy piwie, to wyniki wyszły takie, że się przestraszył i postanowił być grzeczny. Ja się cieszę, że zobaczył, że takie niewinne piwo ślad na wątrobie zostawia i trzeba z tym uważać. 

Ja zaczęłam robić na drutach czapkę. Czemu mi nikt wcześniej nie powiedział, że to taka frajda??!! Robię od wczoraj, dziś zamierzam skończyć. Zdjęcia wkleję. Trochę odjechałam z kolorami, ale nie mogłam się powstrzymać- włóczka w kolorach morskich uwiodła mnie zupełnie. Wybaczyłam jej nawet to, że w połowie jest plastikiem, w przypadku czapki nie ma to aż takiego znaczenia. Robienie na drutach jest boskie! Do robótki włączyłam sobie audiobooka (The China Study Collin Campbel, polecane przez Iksie)  i TAK WYOBRAŻAM SOBIE NIEBO. 

Nienawidzę tych sklepowych swetrów z plastiku, zamierzam zatem zrobić sobie parę porządnych wełnianych swetrów.

W innych sprawach też mi trochę odbija i tak zamiast kupowania sklepowych kremów zamówiłam sobie zestaw organicznych olejków i czysty kwas hialuronowy. Zamiast kremu na dzień używam 2 kropli olejku z pestek malin zmieszanego z 3 kroplami kwasu, na noc olej z pachnotki z kwasem. Od święta błoto z Morza Martwego (śmierdzi morzem, cudownie!), na podrażnioną skórę skoncentrowany aloes. Na razie jestem zadowolona - skóra jest nawilżona i nie jest bardziej tłusta niż po zwykłym kremie nawilżającym, a nie pakuję sobie na twarz żadnych konserwantów i utrwalaczy. I zamiast 20 euro za krem mam zestaw za 4 euro.

I jakoś tak chyba szczęśliwsza jestem. To znaczy mam nadal swoje strachy co budzą mnie po nocach czasami, ale są trochę mniej straszne.

14:22, inny_glos
Link Komentarze (4) »
stat4u