RSS
sobota, 30 marca 2013

Moi drodzy, wszystkiego dobrego i ODRODZENIA. Przeżycia. Odrośnięcia. Przezwyciężenia.

Siły. Energii. Wzrostu. 

Nowego życia, w was i naokoło.



 

Może niekoniecznie tak;)

18:24, inny_glos
Link Komentarze (3) »

Skoro jeszcze nie umieram kupiłam sobie buty. I komórkę, z umową na dwa lata. Byłam też u fryzjera. Poza tym przez ostatni tydzień leniłam się jak mogłam, a w ostatni czwartek to już w ogóle odpuściłam i oglądaliśmy ze studentami filmy. Ale studenci też odpuścili i pojawili się w szkole w niewielkich ilościach.

12:57, inny_glos
Link Komentarze (1) »
wtorek, 26 marca 2013

Za oknem sypie snieg. 

Dzień był histeryczny, noc byla koszmarna do trzeciej trzydzieści, a potem oddałam się pod opiekę miłości i zasnęłam. 

Pracowity pracowy tydzień, piszę pracowity a przez cały weekend moja hipochondria nie pozwoliła mi zrobić nic.

Może ona po to jest?

Wczoraj trzęsłam się jak osika przez osiem godzin, o dwudziestej założyłam czapkę i pepegi i poszłam biegać z myślą, że przynajmniej umrę w drodze. 

Biegało mi się dobrze. Przestało mnie dusić.

Bieganie nadal pozostaje numerem jeden ze wszystkich sposobów uspokajania ciała. 

Wczoraj nawet medytacja nie pomagała.

Z tego wszystkiego skończę biegnąc maraton;)

Chciałabym mieć choć ociupinkę tego wcześniejszego uczucia, że życie jest piękne.

12:29, inny_glos
Link Komentarze (3) »
niedziela, 24 marca 2013
Czemu się śmiejesz, smutny zwierzaku?

Czemu nosisz kolorowe rajstopy, smutny zwierzaku?


Nie chodzi bowiem o to, żeby nosić kolorowe rajstopki i śmiać się na siłę.

Od dzisiaj zatem, od dzisiaj jestem dla siebie dobra. Od dzisiaj mówię sobie, że nie muszę się rozchorować, żeby zasłużyć na dbanie o siebie. Od dzisiaj się nie nadużywam.

Zawsze się mobilizuję w chwilach kryzysu, tak strasznie się mobilizuję, że potem trudno mi odpuścić. Uważam, że skoro mogę to powinnam, skoro daję radę, to muszę, skoro jestem, to muszę zasłużyć. Na bycie.

 

Kupiłam sobie melisę, dziurawiec i lipę. Od dzisiaj piję zdrowe herbatki. Z miodem.

Nie wiem dlaczego tak bardzo trudno jest być dobrym dla siebie. Nie wiem dlaczego muszę wymyślać sobie choroby, żeby dać sobie czas na odpoczynek i zasłużyć na opiekę.

Mam coś głęboko w sobie zakodowane, że jak jest dobrze, to może być źle, że trzeba się wykańczać starając, bo inaczej się nie zasłużyło. Trzeba oszczędzać, żeby być bogatym, trzeba się naharować, żeby coś osiągnąć, trzeba osiągać, żeby zasłużyć, trzeba zasłużyć, żeby mieć prawo żyć.

Wszystko jakieś takie poplątane w środku. Racjonalna ja wie i rozumie, rozważa, logicznie analizuje, krytykuje, porządkuje, racjonalizuje, doradza i poucza. A jednak nie ma to zbyt dużego sensu ani wpływu na moje decyzje, głowa kieruje się czymś innym niż rozum, lub inaczej: kierując się nieracjonalnymi przesłankami usiłuje je racjonalnie wytłumaczyć, przydać im logiczności i pozoru obiektywności. Dziwne jest to, że rozum może przeszkadzać, rozum rozumie innych, albo mu się tak wydaje, jednak wobec samego siebie jest bezsilny, nie może siebie pojąć ani zrozumieć, kręci się w kółko, kręci i nadaje tylko pozory sensu. 

Bo naszym życiem, moi drodzy, nie kieruje rozum. Tak nam się tylko wydaje.

Naszym życiem kierują emocje, mniemania i wydajemisie.

Oczywiście wszyscy o tym wiemy i nie wiemy równocześnie. Bardziej wiemy, jeśli chodzi o innych ludzi, jak ona może być taka ślepa, jak on może tego nie zauważać, ale wobec siebie jesteśmy jak dzieci we mgle, albo nawet gorzej, bo dzieci przynajmniej wiedzą, że błądzą. A my z uśmiechem na ustach dziarskim krokiem maszerujemy w stronę przepaści, jak ten facet, co skoczył z dziesiątego piętra i lecąc w powierzu powtarzał: so far so good (jak na razie dobrze). 

Źle źle źle. Błądzimy. Nie tędy droga. Nie widzimy dalej niż czubek własnego nosa, ale wydaje się nam, że możemy wszystkim doradzać jak żyć.

Jak się okazało, ja nie wiem nic.

Nic nie wiem. Nie wiem jak żyć. Panna przemądrzała w kolorowych rajstopkach z paluszkiem wskazującym na niebo zapomniała, że ważny jest księżyć, nie palec. Nie patrzcie się zatem na palec. Panna Anna Hanna wanna, lat niewiadomoile i trzy czwarte, pozjadała wszystkie rozumy i teraz cierpi na niestrawność. Jeszcze całkiem niedawno tak wszystko wiedziała. Szczęście jest w nas powtarzała straszliwie z siebie zadowolona. Oj tak tak paniusiu kochana, szczęście jest w nas, ja zawsze to powtarzam.

A teraz nie wiem nic. Nie wiem. Nie patrzcie się zatem na mnie, nie sugerujcie, nie kierujcie, nie uwzględniajcie. Nie liczcie też, że będę się stosowała do waszych rad, bo rady, jak powszechnie wiadomo, nie działają, rady są dla nas samych i dla naszego dobrego samopoczucia. Rady są dobre dla radzącego, dlatego nazywają się dobre rady.

Od dziś chcę być dobra dla siebie. Ja. Dobra. Piję ziołowe herbatki i czekam - może coś się urodzi. Pustka jest zawsze najbardziej płodna, wbrew pozorom. Chowam paluszek wskazujący do fartuszka. Czekam.

Świat się bardzo wolno obraca.

17:39, inny_glos
Link Komentarze (3) »
sobota, 23 marca 2013

Oczywiście zabronienie sobie szukania po necie przyczyn dolegliwości a rzeczywiste nieszukanie to dwie różne rzeczy. I tak siebie znowu od paru dni straszę i przerażam, sama sobie funduję nieprzespane noce i stres do 3 rano. W pracy dużo pracy i na chwilę zapominam, że mogę być chora, przez chwilę jestem tylko spokojniejsza i taka mniej na hura, może nawet bardziej zrelaksowana, wszak czemu praca ma mnie stresować, jak mogę mieć poważniejsze problemy na głowie, prawda?

Ale jakoś tak przycichłam, poszarzałam, codziennie do pracy dżinsy, bluzka, marynarka, u fryzjera nie byłam dwa i pół miesiąca, nie noszę spódnic i kolorowych rajstop, czuję się przygięta do ziemi. Żyję, ale co to za życie.

Cholera jasna, myślę sobie, cholera jasna kurwa mać, tak sobie myślę i pozwalam sobie tak myśleć, bo czasem w życiu potrzebne są ostre słowa i przekleństwa i złość, tak czuję, że tego mi trzeba - złości, przekleństw i wyprostowania pleców przygiętych nie-wiadomo-czym od dobrego miesiąca. Przygaszona jestem, przygaszona, osowiała, zszarzała, posmutniała, z nosem na kwintę i opadłymi rękami. Jeżdżę na tym rowerze do pracy, wiatr wieje mi w oczy, deszcze i grad siecze mi w twarz, samochody obryzgują mi spodnie, kierowcy zastawiają mi drogę, hamulce się psują i piszczą, strugi wody spływają po okularach, potem mokre ciuchy parują w pracy i lekko wilgotne i zimne zakładam z powrotem po paru godzinach. I nawet wtedy nie mówię kurwa mać. I tak, chyba mi to właśnie przeszkadza, to miękkie pogodzenie się z szarością.

W tym zimnym, wietrznym i wilgotnym klimacie tylko moja hipochondria się wspaniale rozwija. Oprócz lekkiego uczucia zalegania czegoś w płucu i ogólnego przygaszenia nie mam innych objawów, ale boję się jak jasna cholera, boję się, mierzę się, przemyśliwuję, jestem zła na siebie, że jestem taka słaba, taka histeryczna, taka rozchwiana emocjonalnie. Wczoraj na chwilę mi ulżyło, kiedy zaczęłam to łączyć z rzucaniem palenia, zawsze coś takiego mi się dzieje, kiedy nie palę, bo jak się okazuje kiedy palę nie myślę o raku i chorobach, tylko siedzę w knajpie bardzo zadowolona z siebie, piję trzecie piwo, kłócę się z kumplami i zaciągam się dymem radośnie. Kiedy rzucam i zdrowo żyję zaczynam się zmieniać w przewrażliwioną hipochondryczkę, wyczuloną na każdy delikatny sygnał z ciała. Wczoraj trafiłam na to forum i  wszystko się zgadza, wszystko, wszystko co do kropeczki, może oprócz bólów głowy. W czasie rzucania palenia miałam już wrzody żołądka, raka, guza mózgu, atak serca niezliczoną ilość razy, byłam przekonana, że wielki meteoryt spadnie na ziemię, zostanie wybrany czarny papież a ludzkość wkrótce czeka katastrofa jądrowa.

Nie ma we mnie mocy, jest skowyt.

Jasny punkt to bieganie, bieganie jest cudowne, bowiem nie można równocześnie biegać i umierać, czyż nie? Ta prosta prawda pozawala mi przeżyć dzień po dniu, pozwala mi dotrwać do kolejnego dnia i nie oszaleć z niepokoju.

Medytowanie do drugi jasny punkt. Czasem znajduję przestrzeń w sobie na dłużej, czasem tylko na parę chwil.

Dzieci, nie palcie narkotyków, bo wam się w mózgu poprzestawia. Nikotyna to bardzo bardzo silny narkotyk, piszę to, jakby ktoś jeszcze nie wiedział, i jak każdy narkotyk robi czary mary w twoim mózgu, a potem trudno wrócić do równowagi, czary ulatują z dymem i zostają same mary.

Albo naprawdę jestem nienormalna.

15:31, inny_glos
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 marca 2013

Cień cycka okazał się tylko cieniem. Ha. Nieźle nas przestraszył!

U mnie za to wyszło trochę płynu w płucu. Mam powtórzyć zdjęcie za miesiąc. 

Mam mocne postanowienie nie panikować, zabraniam sobie czytać na necie co to może oznaczać. Trzymam się myśli, że biegam, biegam, biegam! (wczoraj pół godz, choć akurat wczoraj ciężko trochę mi się biegało), nie choruję, mam energię i chęć do życia. Raczej. Chyba, że wyjrzę przez okno.

Bo ta pogoda za oknem nie nastraja optymistycznie. Gdzie jest ta cholerna wiosna??

Adek wrócił z patryka cały i zdrowy, pełen opowieści o nastoletnich dziewczynach przewracających się na chodnik. Z kolegą było super, kolega jest super, Adek jest jego super kolegą i w ogóle super.

14:24, inny_glos
Link Komentarze (5) »
niedziela, 17 marca 2013

Dziś dzień św. Patryka. Irlandzkie święto. Tłumy na ulicach, Brazylijki w koszulkach Kiss me I'm Irish, Chińczycy ubrani na zielono, leprachauny, tęcze, koniczynki, wikingowie, pijane nastolatki, wrzeszczące dzieci i szaleństwo na ulicach. Nie jestem zwierzęciem stadnym, a zatem kiedy Adek umówił się do miasta z kolegą z klasy (mały krok człowieka wielki krok Adziarza) z lubością odpuściłam przebijanie się przez pijane tłumy i zostaliśmy w domu. Cudownie. Tym bardziej, że za oknem szaro, buro, wietrznie, mokro, zimno, dawno nie było tak beznadziejnej wiosny.

Leniwie zatem zaległam na sofie, próbuję trochę pracować, ale idzie mi to wyjątkowo opornie, pozwalam sobie więc na różne przyjemności pomiędzy zaganianiem się do roboty. Przyjemności jak na razie wygrywają. Ech, nie będę się katować, postaram się tylko skończyć jedną jedyną rzecz.

17:47, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 marca 2013

Adek dostał znowu w szkole w ryło, przezywali się z takim jednym kolesiem, to znaczy jak znam życie koleś przezywał Adka, a on się odgryzał.Wwkurzyłam się i taki im list wysmażyłam, że zobaczymy co zrobią. I jeszcze pójdę na policję i sprawę o racial harassment założę, a co! Adek stwierdził, że przeginam, ale naprawdę jeszcze mnie rozjuszonej nie widzieli. Nagadam im na spotkaniu z dyrem, szkoła powinna takich prześladowców zgłaszać na policję i do HSE (tutejszego ośrodka szeroko pojętego zdrowia). Niby nic się nie stało, chłopaki zawsze się biły i bić się będą, ale kurwa mać, moje dziecko nie oddaje (choć je trenuję i zachęcam), moje dziecko jest mniejsze i drobniejsze od kolegów - mam czekać aż go poważnie uszkodzą?? 

Ma tam w klasie takich trzech debili z patologicznych rodzin, których się wszyscy boją i którzy prześladują wszystkich, ale mój syn dostaje najczęściej. Bo jest najmniejszy, bo się dobrze uczy, bo jest Polakiem. I też bo jest pyskaty. Ale nie będę go wychowywać na ofiarę - uszy po sobie i szanuj pana. O nie. Ale jeszcze się gówniarze przekonają, że ze mną nie wygrają. 

A poza tym czekamy. Ale taką jakąś mam nadzieję, że wyniki będą dobre, bo coś nie dzwonią - jak coś było nie tak, to mieliśmy telefon następnego dnia.

00:06, inny_glos
Link Komentarze (5) »
niedziela, 10 marca 2013

A dzisiaj padał śnieg. I biegliśmy. Dwadzieścia osiem minut.

Żeby rozproszyć swoje wątpliwości, żeby się upewnić, że nie umiera, przepędziłam go po uliczkach.

Nie wyglądał na umierającego, muszę przyznać. Trochę sapał, ale ja chyba bardziej.

Strasznie wiało.

Było pusto na ulicach. Sypał śnieg. Fajnie było.

20:11, inny_glos
Link Komentarze (2) »
sobota, 09 marca 2013

Nie lubię swojej rocznicy ślubu. 

Jakoś tak kojarzy mi się niemiło, mimo, że cieszę się, że jesteśmy razem. 

Na samym początku naszego małżeństwa problemem było to, że on nie chciał się żenić;D

Nie chciał, żeby go jakiś pan z łańcuchem pouczał o obowiązkach. Nie chciał całej tej pompy, szafarzu, pozy, ukłonów, uśmiechów, wujków, ciotek i teściów.

No, ale jak byłam w ósmym miesiącu ciąży i mój tato się uparł, że bez ślubu mój Mi nie może ze mną mieszkać.

Z wielkim brzuchem siedziałam na przystanku i zalewałam się łzami, że on mnie chyba nie kocha. Że może tato ma rację. I mama. I wszyscy.

No to wziął ten ślub. Z łachy.

Pojechał na wesele, na którym się upił. A ja leżałam w łóżku z gorączką. W górach. W ciąży. Śnieg po pas. Następnego dnia przyjechał mój ojciec taksówką (100 km w jedną stronę), zapakował mnie do niej, a ja zapakowałam mojego męża. Który przez następne pięć lat mi to wypominał - że tato, że taxi i tak dalej.

Niezbyt dobry początek, prawda?

A najdziwniejsze jest to, że pomimo tego, że złamanego szeląga nikt by nie dał za nas w pamiętnym 1999, jesteśmy jedną z najszczęśliwszych par jakie znam.

Tak się nam dobrze żyje, że możemy nawet wziąć rozwód. Jakby chciał. Zrobię to dla niego tym razem, powiedziałam mu ostatnio. Ale nie chce.

W naszą rocznicę zatem od zawsze wpisane było napięcie - nie ma to jak upić się w rozpaczy za wolnością, nie ma to jak wypominać winy i wylewać żale.

Ale dobrze nam się żyło i jakoś nawet ten szósty marca stał się z czasem bardziej żartem, anegdotą, niż prawdziwą niechcianą rocznicą. To co, będziesz dziś cały dzień marudził, że się ze mną ożeniłeś, mówiłam mu, będziesz miał wymówkę, żeby sobie narzekać. 

Żarty żartami, ale i tak nie nabrałam do dnia sympatii.

(Może trochę.)

Cztery lata temu dzień dzień przed rocznicą naszego ślubu rozpętała się wielka kłótnia. Nie będę zagłębiać się w szczegóły, ale moja w tym wina duża. W każdym razie przez następny miesiąc nie wiedzieliśmy, czy będziemy razem. Najgorszy czas w moim życiu, najgorsza rocznica czekolwiek.

Ale przetrwaliśmy.

Wybaczyliśmy sobie. Dalej chcemy być razem.

I oto znowu w kolejną rocznicę fatum zawisło, przestraszył mnie cień cycka tym razem, jakkolwiek śmiesznie by to nie brzmiało. Dokładniej mówiąć cień sutka. W ramach rzucania palenia i walki z moją psychozą poszliśmy zrobić sobie prześwietlenie płuc w poniedziałek. I zaraz we wtorek rano dzwoni do Mi pani doktor, że jest jakiś cień na jego zdjęciu, żeby się nie przestraszać od razu, bo może być to cień sutka (???), ale zdjecie trzeba powtórzyć. I żeby jak najszybciej zgłosił się do szpitala. 

W środę dzwoni szpital, że powinien przyjść i zdjęcie powtórzyć.  Jak najszybciej. Mi mówi, że przyjdzie w piątek, a oni, że dlaczego nie dzisiaj?

Poszedł w piątek. Wynik w poniedziałek. 

Czekamy.

Już chyba nie polubię naszej rocznicy ślubu.

 

14:54, inny_glos
Link Komentarze (8) »
niedziela, 03 marca 2013

Dzisiaj wielki dzień.

Od dziś oficjalnie jestem biegaczem.

Biegłam dziś 32 minuty bez przerwy. Jakieś 6.5 km.

Dla każdego bardzo początkującego biegacza to sukces. 

To jak dla czytelnika przeczytanie pierwszej książki a dla kierowcy przejechanie z miasta A do miasta B.

Przypominam sobie, że na początku mogłam biec bez zatrzymywania się 3.5 minuty. Było to jakieś półtorej roku temu.

Trochę sapię i świszczę, ale wychodzi na to, że chyba nie mam raka płuc. 

Chyba byłam po prostu zmęczona.

Czasem trzeba po prostu odpocząć.

 

Tak, marzec jest cudowny. 

 

20:38, inny_glos
Link Komentarze (2) »
sobota, 02 marca 2013

Tak tak, marzec jest zdecydowanie lepszy niż luty.

Luty jest srogi, nieubłagany, skuty, okrutny. W lutym czas się zatrzymuje na całe długie 28 dni, które się liczą podwójnie i każdy dzień ma 48 godzin na wypatrywanie meteorytów i czekanie na koniec świata i tylko takie osoby jak Okrutne Miśki mogą się rodzić w lutym (pozdrawiam), też mi pomysł, żeby się rodzić w takim zimnym pustym miesiącu, gdzie wszystko co żyje trzęsie się z zimna i strachu pod kołdrą. 

Ale wystarczy moi drodzy tych wynurzeń na razie, to nie kozetka u psychoanala przecież. Kto nie poczuł złowrogiej mocy ambicji i potrzeby bycia lepszym, ten nie będzie wiedział o czym mówię, kto nadal w nią wierzy, stwierdzi, że bredzę w malignie, a kto jej zaprzecza uzna mnie za głupca bądź kłamcę. Jeszcze tylko dodam, że powszechnie wyznawanym przekonaniem, aczkolwiek całkowicie błędnym, musimy to mocno podkreślić, jest opinia, że pracodawcy lubią ambitnych ludzi. Otóż nie, nie! Nie ma nic bardziej mylnego! Pracodawcy lubią ludzi posłusznych, dość ograniczonych, w sam raz na tyle, żeby nie zauważali bezsensu kręcącej się machiny instytucji, na tyle wyzutych własnych ambicji, żeby dawali sobie wmówić, że cele firmy są ich osobistymi. Moja szkoła na przykład wolałaby, żebym zamiast tracić mój cenny czas na pisanie artykułów i czytanie książek spoza wąskiej listy 'required readings', poświeciła go na przykład na dzwonienie do studentów i nakłanianie ich do przyjścia na zajęcia. Albo w ogóle na chodzenie i głoszenie dobrej nowiny, że Szkoła daje ci dyplom, jak zapłacisz, więc chodźcie tu do mnie dziatki jak was wszytkich nakarmię!

Na koniec jeszcze tylko zauważę, że świat wygląda przepięknie, jak się odpuszcza jakiekolwiek osiągnięcia, nagle nie czuje się tego ogromnego ciężaru w piersi, można oddychać swobodnie i cieszyć się, że po prostu się jest. Co oczywiście nie oznacza, że zamierzam teraz nie robić nic (a wierzcie mi, w Irlandii jest to całkowicie wykonalne z dwustoma euro zasiłku tygodniowo i znam paru takich gości, co to już 5 rok siedzą na zasiłku), choć nie przeczę, że gdy najdzie mnie taka ochotą to przestanę robić cokolwiek. Ale na razie, na razie cieszy mnie robienie tego, co dotychczas tyle, że bez okrutnej presji i ciśnienia. Bo ja LUBIĘ uczyć i lubię czytać i lubię pisać i tak dalej.

No, ale dość o tym.

Byli Freje i jakąś taką zieloność przywieźli ze sobą, pachną tymi swoimi polami, kurami, psami, dzieciakami (Kasiu - jest to metafora;)  i jest to zapach przestrzeni.

Też chcę coś hodować! 

Syna mam już dużego, więc zabrałam się za kiełki.

Proszę bardzo, też możecie mieć:



 

 

15:31, inny_glos
Link Komentarze (2) »
piątek, 01 marca 2013

No proszę, przyszedł marzec i od razu czuję się lepiej. 

Cały tydzień sumiennie odpoczywałam. Oglądnęłam 10 odcinków Greys Anatomy, czytałam książki. Nie przemęczałam - dałam sobie luz z ćwiczeniem, bieganiem i nawet spotykaniem się z ludźmi. 

Solennie sobie obiecałam, że od dziś nie dam się zapędzić samej sobie w kozi róg. 

Choć koza ze mnie straszliwa. 

Na pierwszy ogień poszła ambicja. Staram się patrzeć na świat bez niej - i wiecie co? Dziwne to jest.

Ambicja nakręca, sprawia, że biegamy szybciej i szybciej. Trudno jest z niej zrezygnować, bo wiąże się też z bardzo podstawową potrzebą - z tym, że będziemy mieli wystarczająco, żeby po prostu przeżyć. Jak się ustawię w lepszej pozycji, to mam większe szanse, że będę miała tyle, żeby nie głodować. Żeby moje dzieci mogły się rozwijać. I tak dalej. 

Zastanawiam się, gdzie jest granica? Na ile to kim trzeba być i co trzeba mieć jest dyktowane kulturowo a na ile biologicznie? (Herbata jest na przykład podstawową potrzebą w krajach anglosaskich - kiedy ktoś nie może sobie pozwolić na cup-a-day, to już jest tak biedny, że biedniejszy być nie może).

Kiedyś myślałam, że 'trochę' ambicji nie zawadzi, że najważniejsza jest równowaga. Ale ambicja jako taka zaprzecza równowadze - nie można być 'trochę' ambitnym, jest się, albo się nie jest. Albo chcemy być lepsi od innych, albo nie chcemy. Nie ma środka.

Niektórzy mówią, że ważniejsza jest ambicja innego rodzaju, to znaczy taka, żeby przekraczać własne ograniczenia. Żeby się ścigać z samym sobą. Odrzucam też taką jej formę. Kluczowe w tym stwierdzeniu jest bowiem 'ścigać'. Nie chcę się ścigać. Chcę coś robić z pasją, to oczywiste, ale nie pod presją. Nie po to, żeby być coraz lepszym.

W sumie dochodzę do wniosku, że nie chcę być lepsza. Bo, po pierwsze - cóż to znaczy? Lepsza ode mnie teraźniejszej? A skąd wiem, że to lepszość a nie gorszość? A po drugie - to znaczy, że teraz nie jestem dobra? Że muszę być lepsza? Po co? Żeby poczuć się lepiej, żeby zasłużyć na dobre traktowanie samej siebie? A jak będę lepsza, to będę lepiej siebie traktować? Wiem z doświadczenia, że nie - niezależnie od tego, co osiągam, co przetrzymuję, czy co przezwyciężam, nigdy nie jestem wystarczająco dobra dla samej siebie. Ciągle muszę być 'lepsza' - bardziej pracowita, bardziej współczująca, bardziej twórcza, bardziej świadoma, bardziej wysportowana, mądrzejsza, lepiej mówiąca po angielsku i tak dalej.

A zatem po pierwsze odrzucam ambicję. Nie będę się na siłę zmieniać. Nie będę się starać zmieniać. Odrzucam dwie rzeczy: 'na siłę' i 'starać się'.

A to jest prawdziwa zmiana. 
 

13:38, inny_glos
Link Komentarze (4) »
stat4u