RSS
czwartek, 29 marca 2012

Przez ostatni miesiąc mieszkałam w krainie staników, w której bywam raz na dwa lata. Już dawno przekonałam Mi, że ładne cycki wymagają dobrego osprzętu, a każde euro wydane na biustonosz zwraca się poczwórnie w efektach wizualnych.

 Zatem kupiłam sobie ostatnio to

 



(moja ukochana Freya Arabella, tym razem w bladoróżowym)

i wierzcie mi, biust NAPRAWDĘ wygląda inaczej w takim czymś, szczególnie, jak się ma nietypowe rozmiary. Aż się napatrzyć nie mogę, podciągam sobie bluzkę przy lustrze i się wgapiam:DD A biust mam - cóż - nie nastoletni i duży, a wyglądam (prawie) jak pani na zdjęciu;)

I jeszcze to:



(Freya Lyla)

choć przyznać muszę, że ten jest trochę sztywny i jeszcze musimy się do siebie przekonać,

i to



(Panache Taylor - usztywniany, z fiszbinami strój do pływania, który nie wprasowuje ci cycków w klatkę piersiową, u pani nie ma takiego efektu, bo pani ma małe cycki, ale wierzcie mi - naprawdę trzyma fason).

Powyższe to absolutne minimum, a na prezent urodzinowy wybrałam sobie to:



(Freya Sadie, jeszcze do mnie zdąża).

Wiosna przyszła i brak roweru stał się aż bolący, rowerem Dublińskim nie zawsze można wszędzie podjechać no i upierdliwe jest dochodzenie do najbliższej stacji, więc wypatrzyłam sobie też to



miejski, z koszykiem i dużym siodełkiem, idealny na dojazdy do pracy.

A rowery są tutaj naprawdę drogie. Ten znalazłam na eBayu brytyjskim - nowy z transportem do Irl to jakieś 200 e, w sklepach w Dublinie ceny takich modeli zaczynają się koło trzech stów. Trzysta euro - czyli jakieś 1200 zł. (tu przewracam oczami), jak dla mnie to stanowczo za dużo. 

Próbujemy coś jeszcze upolować na gumtree, ale naprawdę mało okazji. I tylko przegądam brytyjski ebay wzdychając z cicha, takie i inne rowery trochę używane za połowę albo i jedną trzecią ceny, warunkiem jest odbiór osobisty. 

10:36, inny_glos
Link Komentarze (3) »
wtorek, 27 marca 2012

Wirus nie daje za wygrana, skumal sie z bakteriami i imprezuja na calego. Glowne party odbywa sie w oskrzelach i strunach glosowych, chill out w nochalu, a po cudownym slonecznym spacerze w odwiedziny wpadla opryszczka i teraz nie tylko brzmie, ale i wygladam jak potwor. Nie wiem jak oni transportuja te piorka do pluc, ale wczoraj pol nocy nie moglam zasnac bo mnie ktos nimi mizial, szkoda tylko, ze od srodka.

A teraz siedze w klasie i czekam na studentow, wlasciwie to mam nadzieje, ze sie nie pojawia, to tylko tutorial, czyli takie pomocnicze zajecia i przychodza na nie tylko wtedy, kiedy potrzebuja. A ja mam placone zawsze:)

Powoli konczy sie rok akademicki w mojej szkole, jeszcze mam tylko 2 tygodnie zajec i tyle. Mam duze plany co zrobie jak nie bede musiala sie przygotowywac do wykladow, konferencje, badania, granty, artykuly, mam nadzieje, ze choc jedna dziesiata z planow ujrzy swiatlo dzienne. Z pisaniem to jest tak, ze jak mnie cos nie przydusi, to nigdy nie czuje sie gotowa i wszystko odkladam i odkladam na kiedy juz bede dobrze pisac po angielsku, kiedy bede dokladnie wiedziala, jak ugryzc temat, kiedy juz bede bardzie pewna siebie, i wszystko w grudniu po poludniu jak sie okazuje. 

Mi szuka studiow, kursow, pracy, wysyla oferty, wyszukuje granty i dofinansowania i moze moze go jakos urzad miejski miasta Dublina wspomoze.

Choc kto wie, kiedy Irl takie kwiatki: pracownicy rzadowi pouczaja wolontariuszy pracujacych z bezdomnymi, zeby bezdomnych z Europy Wschodniej nie dokarmiac i nie kierowac do schronisk, to szybciej wyjada. Tak, tak! trzeba ich trzymac w klatkach z tabliczkami: nie karmic Polaków!

14:02, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 marca 2012

Dzień - jak powiew lata

Dzień - słoneczne ćmy



Taki właśnie dzień, jak błyszczący kamyczek, jak złotko, jak nagły i niespodziewany podarunek, co to go się najpierw nie chce, niedowierza szczerości, odrzuca, wygląda za okno, że słońce, i czeka, że zacznie padać i je się śniadanie i pije się kawę i wygląda się przez okno, a tam dalej słońce, i wychodzi się na ganek i aż się mruży oczy w słońcu, więc szybko się wraca i ogląda się mecz Śląska Wrocław w internecie, i nagle się jest głodnym, więc jeszcze smaży się słodkie ziemniaki i wcina z sałatą i fetą, i krzyczy na dziecko, że mu nie smakuje, i wygląda się przez okno, i idzie się podlać przesadzoną wczoraj różę, a tu dalej słońce.

Więc w końcu wychodzi się z domu, z przekonaniem, że jak tylko się wyjdzie, to przyjdą chmury i wiatr i zacznie wiać i zimnić i trzeba będzie wracać, i nagle stąpa się w nierzeczywistym świecie,  zalanym słońcem kraju kwitnącej wiśni,

szerokim ulicami

niosą szczęście zakochani, popatrz

wdycha się balsamiczne powietrze końca marca, pełne zapachów, które się czuje pomimo, że ma się wciąż wiosenny katar, i idzie się, idzie i spotyka przyjaciół, i nie ma się wcale ochoty wracać, nic a nic, więc skręca się do parku, i dalej nie ma się ochoty wracać. Nic a nic.

 



Aż do samego wieczora.

00:43, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 marca 2012

Zły wirus zaatakował mnie wczoraj, jeszcze nie wierzyłam w jego złą moc, więc wskoczyłam w codzienną porcję gimnastyki, a raczej co trzeciodzienną, albo jak się przypomni, w każdym razie albo mnie cholerstwo załatwi, albo ja je załatwię, myślałam sapiąc i zipiąc i dysząc i stękając. Niestety, chyba to pierwsze i dzisiaj w klasie widowiskowo straciłam głos. Bardzo się niefajnie prowadzi wykład bez głosu. Ale na szczęście doświadczenie zawodowe już dawno namówiło mnie na trzymanie dwóch, trzech filmów na podręcznym usb na wszelki wypadek. Przezorny zawsze ubezpieczony, jak to powiada neon w moim mieście i ja się z tym zgadzam, z wyjątkiem tego, że nie jestem ubezpieczona od ognia wody i nagłej śmierci, a li i jedynie takich nagłych wypadków klasowych, które da się rozwiązać jednym ciekawym filmem. Oprócz tego miewam ostatnio różne problemy zdrowotne, hehe, któż ich nie ma prawda, i chyba mnie starość blogowa dopadła, że o nich piszę:D W każdym razie klu jest takie, że wkurwiają mnie już domowe sposoby, domowe sposoby są dobre dla zwierząt domowych, biorę się i więc idę jutro do lekarza. Choć trochę się boję;) To może w poniedziałek. 

PS. Schudłam ostatnio 2 kilo, niby chciałam, ale w sumie zaczęło mnie to martwić na koniec. Jakaś taka wytrącona ze zdrowotnej równowagi się poczułam. Wytrącona z wagi. Może tak nie wolno igrać sobie z organizmem i przechodzić na dietę? I na co komu w sumie taka dieta, co pomniejsza cycki. No i w ogóle. 

00:20, inny_glos
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 19 marca 2012

Jak ten czas ucieka! Ani sie obejrzysz, a juz kolejne pare dni myk myk myk, mignelo ci zaledwie, jak ty jeszcze sie nie uporales z wyborem slow opisujacych zaprzeszly tydzien, z wyborem mysli o minionym tygodniu, z wyborem tego, co zostanie w pamieci, a co na zawsze przepadnie w nieswiadomosci.

I tak to minal mi kolejny tydzien - w piatek irlandzkie karaoke w naszym ulubionym miejscu

 





ja nie odwazylam sie spiewac, bo z moich rozlicznych talentow spiewanie jest akurat tym, ktorego nie posiadam, ale Mi wystapil z szalona wersja "I wanna be your dog" Iggy Pop'a i wygral nagrode for the best effort, czyli za wysilek wlozony.

St. Patricks day jakos mnie tym razem nie wciagnal, raczej omijalam pijane masy, nastolatki z rozmazanym makijazem w podartych rajstopach, niech sie ciesza, myslalam sobie, niech sie ciesza, niech zachlysna sie troche szalenstwem, zanim praca dzieci dom i tak juz az do konca, nie zazdroscilam im tego chwilowego poczucia, ze sa mlodzi, ze jeszcze wszystko moga, ze zmienia swiat, zanim poczuja, ze nawet zmienianie tylko siebie samego jest bolesne i nie zawsze sie udaje, a swiat i tak bedzie podazal swoja droga, zanim przedra sie przez poklady rozczarowania, bolu i zwatpienia by dojsc do tego, ze nie warto sie smucic i ze mimo, ze nie ma sie wszystkiego i tak ma sie nieskonczenie duzo w kazdej chwili.

Tak sobie rozmyslalam jadac na rowerze o godzinie czwartej siedemnastego marca roku dwa tysiace dwunastego, kiedy juz parada sie skonczyla, rodziny z malymi dziecmi poszly do domu, staruszki podreptaly na popoludniowa drzemke, a zycie towarzyskie przenioslo sie do pubow, by za chwile znowu wylac sie na ulice i w smugach dymu i strugach piwa krzykliwie oznajmiac, ze sie jest Irlandczykiem, nawet, jesli tylko na ten jeden jedyny dzien w roku. 

A wczoraj, wczoraj bylam na najpiekniejszym spacerze swiata. Bylo tak



a potem tak



i tak



Zdjecia niestety nie sa moje, ukradlam z sieci, niemniej jednak zaswiadczam wam oto uroczyscie, ze sa prawdziwe. TAK wlasnie bylo.

A potem wrocilismy do domu, przez wieczorny Dublin, ciemny juz, ale pelen swiatel i ludzi szykujacych sie na kolejny wieczor zabawy, bo jutro przeciez nastepny dzien wolny, bank holiday!, Dublin pelen kobiet w wysokich czerwonych szpilkach, lekko wstawionych, i mezczyzn w zielonych kapeluszach, lekko pijanych, nastolatek w krotkich spodenkach i rajstopach z dziesiecioma juz teraz oczkami, o rozmytym spojrzeniu spod natapirowanych fryzur i ciezkich czarnych rzes, nastolatkow w obowiazkowych bluzach dresowych, jednoczesnie groznie i wesolo lypiacych spod grzywek, precyzyjnie wyczesanych grzebieniem o szerokich zabkach i pracowicie przyklejonych do czola.

16:45, inny_glos
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 marca 2012

Tak jakos jak sie ma innego bloga, niz wszystkie ulubione, to sie nie chce na niego wchodzic. I pisac.

A mam pare przemyslen, mam. Tylko, hmmm, nie wiem, czy moge. Przemyslec.

Mam tez jedna przygode (z serii: zaliczamy to do przygod, jak sie stanie cos, z czym w ogole nie wiesz co zrobic).

A przygoda polegala na tym, ze mielismy probe wlamania.

W sumie nie chce mi sie o tym pisac, za duzo razy juz te historie opowiadalam.

Nic sie nie stalo, nikt nie zginal, nic nie ukradli, nie ma o czym mowic.

Oprocz tego zajeta troche bylam, bo jakos tak co i rusz ktos sie rozkladal w szkole i wzywali mnie na zastepstwo. Jak telefon dzwonil o 8.40 to juz wiedzialam, ze moja szefowa. Troche malo czasu na przygotowanie, wlasciwie zajecia o 10, czyli z marszu, ale nie trzeba sie przejmowac za bardzo trescia (bo ja tu tylko na zastepstwo), no i ladnie placa.Za ogladanie filmu ze studentami. My perfect job:)

Zaczelam tez pare wykladow z mojej dziedziny, prawie dokladnie z tego, z czego pisalam prace (ogolnie mowiac spoleczne aspekty prawa autorskiego). Odlozylam na polke to wszystko na 3 lata, mialam juz dosyc tematu, wrecz nie moglam sie patrzec na cokolwiek z nim zwiazanego, a teraz temat sie zrobil goracy i znowu na czasie i mnie znowu wciagnal, a ja wciagnelam studentow. W sumie ciekawie bylo, na pierwszy wyklad z wieczorowymi poszlam nakrecona jak maly samochodzik, az podskakiwalam z podniecenia, jeszcze kawe mocna wypilam przed wyjsciem i to byl blad. Bylam w takim stanie, ze zaczelam sie jakac i polykac wyrazy i zapominac puenty w srodku historii. I chcialam za duzo na raz powiedziec.

Na drugi wyklad studenci dzienni nie przyszli, hehe, bo dobrowolny, a oni mieli test godzine pozniej. Ale za u wieczorowych cudownie - tym razem zainteresowalam nawet stateczne Nigeryjskie mamy z konca klasy.

Oprocz tego stracilam pazur do pisania, od kiedy stalam sie szczesliwa. Ale poza tym nic sie nie zmienilam - nadal jestem wredna, klotliwa i przemadrzala ciotka. Tylko, ze szczesliwa.

Acha, jeszcze o tej terapii chcialam, bo teraz jak czytam swoje slowa to widze, ze opacznie mozna je zrozumiec. Nie, nie jestem przeciwna terapii w ogole, gdzie tam! przeciez mam siostre terapeutke i druga, co sie wlasnie bedzie terapeutyzowac. Wlasciwie to otoczona jestem terapeutantami i terapeutami i bardzo te forme poznawania siebie popieram. Mialam na mysli jedynie to, kiedy zaczyna sie gonic za falszywymi wartosciami, a potem czlowiek sie dziwi, ze ma depresje. Tak sobie mysle. Ze tak jest. Takie rozmowy sobie ostatnio ze znajomymi prowadzilam i tak mnie naszlo po tym, jak znajomy opowiedzial, jak zapieprzal po 70 godzin tygodniowo i zapieprzal az w koncu poczul, ze to nie ma sensu. Ze nie ma to sensu. Nie ma sensu. Tyle. I zrezygnowal. Nie, nie z pracy w ogole, ale z pracy takiej. Ze jego czas jest cenniejszy niz te 2 tys. euro o ktore by wiecej niz teraz na miesiac dostawal. I jest cenniejszy niz pseudo kariera oferowana przez jego firme. I tyle.

 

00:28, inny_glos
Link Komentarze (2) »
piątek, 09 marca 2012
wszystkiego najlepszego, kochana

Urodzinowa kawka, a nawet dwie.

 

Po rozmowie z bratem zastanawiam się czym jest dla mnie sukces w życiu?

 

Zawsze byłam ambitna i zawsze mnie coś tam gryzło w życiu - że ktoś tam coś tam, że prowadzi duże badania, że pracuje dla najlepszych uniwerków, że został ekspertem w dziedzinie, którą i ja się zajmowałam w czasie doktoratu. Że jest doradcą premiera, że ma lepszy tytuł, że zarabia kasę, że walczy o prawa człowieka, że coś tam ważnego w życiu robi.

A ja nie.

Ostatnio mi się to jakby trochę przewartościowuje.

 

Żyć z ludźmi, których się kocha.

Robić to, co się lubi, z ludźmi, których się lubi (a niektórych i kocha).

Móc się utrzymać ze swojej pasji (ale niekoniecznie w domu z ogrodem i basenem, z dwoma samochodami w najlepszej dzielnicy).

Robić to, w co się wierzy.

Nie chcieć/nie musieć się snobować, posiadać rzeczy, które mają komuś innemu zaimponować, zarabiać kasę po to, by móc sobie pozwolić na wizyty u psychologa 2 razy w tygodniu, by leczyć się z depresji. I jeszcze nazywać to krokiem do przodu - to, że SIĘ ZDECYDOWAŁO NA TERAPIĘ. 

Nie musieć robić rzeczy po których trzeba iść na terapię. Nie musieć walczyć na wojnie, nie musieć walczyć z konkurencją, nie musieć wciskać ludziom rzeczy, których nie potrzebują, a kupują za pieniądzę, których nie mają.

Nie musieć kupować rzeczy, których nie potrzebuję, za pieniądzę, które zarabiam robiąc rzeczy, których nie lubię.

Nie musieć tracić cennych godzin na sztafarz, pompę, sztampę, snobizm, lans.

Nie być jak Steve Jobs. Nie być jak człowiek sukcesu.

(Lansować się, że się nie lansuje;)

 

I to są moje życzenia dla siebie na przyszły rok i następne 100 lat.

13:45, inny_glos
Link Komentarze (4) »
piątek, 02 marca 2012

Po tych szaleństwach na progu wiosny, spodniach w kwiatki i rowerach rozłożyło mnie ciupinkę, bo jednak zima, proszę państwa nadal była, jakby na to nie patrzeć.

Nie to co teraz. 

Siostra moja wyjechała, trochę smutno, bardzo mi jej szkoda, ale kopnięta jest na maksa, szurnięta zdrowo, biedna moja mała siostrzyczka, co tak bardzo o siebie nie dba.

Adziarz rośnie, zaczął używać dezodorantu Lynx, spryskuje się cały, jak mu się przypomni, poza tym namiętnie się kąpie, jak mu się przypomni, i już się nie boi używać prysznicu, bo wcześniej to bał się, że się udusi pod tą lejącą się z góry wodą. Siedzi pół dnia na fejsie, drugie pół na necie a trzecie z kolegami na dzielni, przynosi mierniaki z religii (ale powiedzmy sobie szczerze - kto by dostał więcej niż 52% z testu z życiorysu błogosławionego Edmunda Ryża) i szóstki z gegry, matmy i historii, mamy bowiem umowę, że za każde 100% z testu (i nie 99  i nie 97) dostaje piątaka, którego może sobie wydać na dowolnie wybrane przyjemności. Staramy się trochę dekoncentrować nasze dziecko, na przykład udajemy, że nie zauważyliśmy, że gra 5 zamiast dozwolonych 2 godzin na komuterze, bo inaczej poszlibyśmy z torbami, cały zasiłek mojego bezrobotnego męża przeznaczany byłby na kino, McDonalda, gumy, jakieś wybuchające gostki, których nazwy nie pomnę, słynne 'czi-en fi-et roll' czyli uwielbianą bułę z kurakiem zamiast superowej domowej kanapki przygotowywanej przez tatusia. 

O.

13:23, inny_glos
Link Komentarze (1) »
stat4u