RSS
wtorek, 18 grudnia 2018

Powoli doczołgałam sie do końca semestru. Semestr zwykle zaczyna sie radośnie, bo naprawdę lubię moją pracę, ale gdzieś tak od listopada to już posuwam się do przodu klęczkach, a w grudniu się czołgam. Ilość pracy do przerobienia jest nieprawdopodobna - wystarczy, ze mam na przyklad 30 dluższych esejow do sprawdzenia i to jest dla mnie 30 godzin siedzenia dodatkowo. Nie mogę po łebkach, bo wymagają pisania komentarzy do studentów - czyli nie tylko, co źle, ale jeszcze jak mogą to poprawić, a na dodatek, żeby to nie było takie negatywne, to musze tez pisac, co dobrze. Zjada mi to czas niemożebnie. 

W tym roku naprawde zaczelam bardzo wesolo, w porownaniu z innymi latami, ale dwa zupelnie nowe przedmioty bardzo szybko przygięły mnie do ziemi - jeden o zdrowiu (troche socjologii, troche psychologii, troche epidemiologii, troche zdrowia publicznego - strasznie ciekawy, ale duzo przygotowania) a drugi o prawie. Prawo byloby spoko, gdyby to byly tylko teorie z socjologii prawa, ktore uwielbiam, ale glowna czesc tego przedmiotu to Irlandzkie regulacje prawne dotyczace ochrony dzieci, staruszkow, uchodzcow, osob z niepelnosprawnoscia, osob homoseksualnych, zdrowia psychicznego itd itp, czyli mozecie sobie wyobrazic moją cotygodniową jazde. Przy czym nie mozna tego zrobic z ksiazek, bo niestety wlasnie teraz wszystko sie tu bardzo szybko zmienia, wiec trzeba sie dogrzebac do aktualnych przepisow w tym zakresie. Prawo dostalam tydzien przed rozpoczeciem semestru, a zdrowie w trakcie pierwszego tygodnia, kiedy moja szefowa stwierdzila, ze ma za duzo zajec i szukala kogos, kto od niej wezmie nauke o zdrowiu. I od tego czasu biegnę z wywieszonym jęzorem. 

Jesli chodzi o szkolę, to wyznaje zasade 'kiedy daja, to brać', ale wpędzi mnie to do grobu;) W tym roku potrzebowalismy kasy na remonty, wiec kiedy patrzylam na dodatkowy przedmiot, to widzialam okna albo wentylację, albo nowa szope w ogrodzie. Ale w przyszlym roku zamierzam przemyslec moje nastawienie;) Pozostaje pytanie: czy jest mozliwa rownowaga w zyciu? 

A do tego remont, ktory naprawde pożeral nam duzo czasu i energii. I zamiast przygotowywac sie do wykladow, skakałam po rusztowaniach, by sprawdzic, co jeszcze panowie spierdolili, bo zaufania juz do nich nie mialam. Do tego dziesiatki maili i telefonow i wieczne użeranie sie o szczegoly.

Panowie w zeszlym tygodniu zdjeli rusztowanie, ale nie, nie - jeszcze nie skonczyli. W styczniu maja nam jeszcze pomalowac podmorowke wokol domu i wneki okienne, bo nie wiadomo dlaczego na zamowieniu jest farba akrylowa do ich malowania, co zupelnie nie ma sensu, bo akryl sie szybko brudzi i dol domu mamy juz prawie czarny. Od kapiacej wody z rusztowania. Moj blad, bo jak zamawialam farbe silikonową, to nie zamowilam 'na wszyskie sciany i wneki okienne i podmorowke' bo wtedy nawet nie wiedzialam, co to podmorowka czy wneka okienna, nie mowiac juz, ze słów takich jak 'plinth' czy 'reveals' nie bylo w moim slowniku (nie wiem, co mam zrobic z moja nowa wiedza, chyba zostane tlumaczem ekip budowlanych;)

Czy pisalam, ze w miedzyczasie odkrylismy, ze panowie wbili nam sie kolkiem od ocieplenia w nasze cudne drewniane okna? 

Rozumiem, czemu budowlancy tak klna, tez zaczelam. Bo nie ma innego slowa, ktore by oddawalo dokładnie istotę rzeczy łącznie z ładunkiem emocjonalnym wyrazu 'spierdolić'. 

Ale to już powoli za nami. Najważniejsze, ze dom jest DUZO CIEPLEJSZY, pomimo dziur w scianach (elektrycznych wentylatorów ciagle jeszcze nie zamontowalismy, bo przeciez od poczatku grudnia to juz ludzie tutaj nie przyjmuja nowych robot, bo 'świeta idą'). Mierzę temperaturę jak głupia, notując skrupulatnie różne zmienne, jak 'temp na zewnątrz', wiatr i długość grzania i wychodzi mi, że wystarczy, że w zimie będziemy grzać 4 godziny dziennie do utrzymania koło 18-19 stopni. W zeszłym roku w godzinę po wyłączeniu kaloryferów robiło się 16.

Mieliśmy jeszcze kupować auto w tym roku, bo nadażyła sie okazja, ale okazja okazala sie jednak zbyt droga. Problemem jest to, ze zadne z nas nie ma prawka i w tym kontekscie koszty sa niebotyczne - samo auto (5000 euro za takie 7 letnie) plus ubezpieczenie, za ktora zycza sobie .... 2500-3500 e rocznie. Auto mozna taniej, ale wtedy ubiezpieczenie drozej - za auto za 1000 euro zycza sobie 4000 tys ubezpieczenia. Plus podatek drogowy 300 e. Koszt prawka to juz naprawde pikus - 340 e za 12 obowiazkowych jazd. Tutaj zdaje sie test, odbywa sie 12 jazd i mozna jezdzic na L-ce z osoba towarzyszaca przez dwa lata. W tym czasie trzeba zdac jazdy. Problemem jest to, ze trzeba duzo jezdzic swoim samochodem, zeby zdac, bo egzamin zdaje sie wlasnie na swoim samochodzie. Ktory trzeba oczywiscie ubezpieczyc. Po zdaniu egzaminu koszty ubiezpieczenia spadaja o polowe - po jednym bezkolizyjnym roku wynosiloby juz tylko 1300-1500.

(Wybaczcie, że nie ma ogonków, ale większość posta pisałam w pracy:)

Zdjęcia domu wkrótce. 

 

12:25, inny_glos
Link Komentarze (2) »
niedziela, 02 grudnia 2018

Jak teraz nie napiszę, to już długo nie napiszę. Więc piszę.

Brakuje mi bloga, ale również – i to jeszcze bardziej – brakuje mi czasu. Na podstawowe rzeczy, jak na przykład porządne przygotowanie się do pracy. Albo sen. Albo relaks.

Firma powoli kończy instalować nam ocieplenie zewnętrzne, powoli i z problemami, o których mogę napisać epopeję, bo zaczęli od błędów i brną przez błędy dalej. Podobno zawsze tak jest z remontami, więc obecnie doszłam już do stanu, w którym staram się niepotrzebnie nie nakręcać, a zgoła wyciszać wszelkie rozkręcające się kłótnie, bo szkoda moich nerwów. Mapety jedne nabrali prac i wszędzie odwalają kichę.

A lista jest długa: zaczęli od za krótkiego daszku nad ociepleniem kuchni (daszek nie wystawał, więc nie miał jak zakryć założonego styropianu, jeśli umiecie to sobie wyobrazić), te mapety założyły taki metalowy okap, który był za krótki i zostawili przerwę 7 cm między nim a ścianą. Siedem centymetrów odsloniętych od góry płyt styropianowych przyklejonych do ściany zaprawą cementową, na którą to deszcz sobie kapał i kapał i kapał. Z dołu nic nie było widać, bo nasunęli daszek na krawędź zewnętrzną, odkryłam to dopiero jak weszłam na dach kuchni. Kiedy zwróciłam im uwagę dostałam zakaz łażenia po rusztowaniu od kierownika robót:D Ale gości powiedzieli, że 'naprawili', a jak sprawdziłam (przechodząc tym razem przez okno w pokoju Adka, żeby nie było, że chodzę po rusztowaniach) to okazało się, że pomalowali przerwę białą farbą:D Oczywiście nie odpuściłam.

W międzyczasie była awantura o rury i rynny, bo pewnego dnia po prostu przywieźli czarne plastikowe, a ja byłam pewna, że zamówiłam aluminiowe, które będę mogła sobie pomalować na dowolny kolor. Okazało się to nieprawdą, a dodatkowe 380e na rachunku było za ... ściągnięcie starych rur żelaznych. Po wielkiej awanturze (zapłaciłam za aluminiowe! nie, nie zapłaciła pani itd), która obiła się w końcu o dział sprzedaży okazało się, że za aluminium muszę jeszcze dopłacić 800 e, (a jakbym chciała piękne żelazne to 2500) więc zrezygnowałam. Poprosiłam tylko, żeby były białe. I przywieźli mi białe, ale ... kwadratowe. Okazało się, że najbrzydsze na świecie kwadratowe, które na kilometr wyglądają jak Chińskie odpady, które nie przeszły kontroli jakości, są oczywiście w standarcie. Kiedy poprosiłam o okrągłe, manager projektu zaczął na mnie warczeć. Na szczęście mailowo. Tydzień i 180 euro później miałam swoje okrągłe, kremowe rury:)

Potem wiercili mi dziury na wentylację (tutaj nie ma kominów wentylacyjnych i przepisy budowlane każą jak się zakłada ocieplenie zewnętrzne w każdym pokoju zainstalować dziurę na zewnątrz, żeby uniknąć zbierającej się wilgoci), a że przy okazji zaszalałam i kupiłam specjalne niemieckie wentylatory z rekuperacją ciepła (200 euro taniej u producenta w Niemczech niż w sklepie w Irl!) - bo przecież będę mieć te dziury w ścianie, które normalnie zwykle są zasłaniane plastikową osłonką, przez którą wieje i ludzie oczywiście w końcu wkładają szmaty w rurę wentylatora, bo piździ, przepraszam za słowo - i okazało sie, że na te wentylatory dziury muszą być większe. Firma nie miała tak dużego wiertła, więc wywiercili mi 15 cm średnicy a resztę (1cm) ... obtłukli łomem. Bo pożyczenie takiego wiertła to duże koszty.20181202_142443

 (czy ktoś wie, co Blox robi ze zdjęciami??)

Jakoś przebolałam okropne niedopasowane dziury, które muszę zalepiać po zainstalowaniu wentylatorów, kiedy okazało się, że cały dom pomalowali złą farbą. 

Jak wiecie nie lubię plastiku i farby też nie chciałam akrylowej, po pierwsze dlatego, że nie 'oddycha', nie przepuszcza wody z wewnątrz i się wybrzusza, jak coś za nią zacieknie, po drugie dlatego, że się dość szybko brudzi. Zamówiłam więc farbę silikonową, niby lepszą, mniej brudzącą się itede itepe, i oczywiście droższą. W dniu, kiedy zaczynali malować nie miałam czasu, żeby nawet rzucić okiem co robią, no bo kurcze blade mam swoją pracę do pracowania przecież, pobiegłam do szkoły, a dwa dni później odkryłam, że to zła farba była. Po paru dniach nie odzywania się, manager projektu napisał, że to zwykłe niedopatrzenie, ale nic się nie stało, bo pomalują dobrą farbą. No, ale plastik już jest na ścianie, prawda?

Przez trzy dni nie mogliśmy włączać ogrzewania, bo czekaliśmy na hydraulika, żeby przedłużył rurę boilera, bo za krótka rura wydmuchiwała dym ze spalania gazu do wewnątrz ocieplenia, co wprawiało cały dom w wibracje.

Na konieć okazało się, że przebili mi ramę okienną kołkiem od ocieplenia. 

 rama_okienna1

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie mam już do nich siły. 

Ale dom zaczyna wyglądać pięknie. Jakbyście wykrakały ten biały, bo nic innego do takich żółtych okien nie pasuje:D

Ale biały? O proszę:

 

 

 

16:15, inny_glos
Link Komentarze (4) »
stat4u