RSS
czwartek, 31 grudnia 2015

Święta przebiegły pod hasłem ride the tide, czyli prosimy zapiąć pasy i cieszyć się jazdą. Odwiedził mnie brat z bratową i dzieciakami i zaprawdę powiadam wam: nie wiem, jak to nasze mamy robiły, bo mieć takie pięciomiesięczne razem z osiemnastomiesięcznym i trzylatkiem to jest ostra jazda bez trzymanki. Jak jedno zasypia, to drugie właśnie rzuca się na podłogę i przeżywa swoją małą tragedię, a trzecie dotrzymuje towarzystwa, żeby temu drugiemu nie było smutno tak samemu płakać. Pierwsze oczywiście zaczyna wtórować, bo zasnąć nie może i hejże hola. Także zapięłam pasy i poszłam na żywioł, przestałam ogarniać rzeczywistość, ale jak już się przestałam przejmować, to było bardzo fajnie. 

Nie mam czasu się teraz niestety rozwodzić, ani rozpisywać, więc tylko wam jeszcze powiem, że dziś odkryłam pierwszy ząbek. O_O

Oraz ją nakarmiłam pierwszy raz owsianką, bo jej wysokość nie chce pić z butelki. A ja wracam do pracy za tydzień.

A teraz wszystkiego co sobie zamarzycie na ten nowy rok! Mi się już udało, teraz kolej na was:)

22:53, inny_glos
Link Komentarze (6) »
niedziela, 20 grudnia 2015

Morinek sapiący karmelek w nocy, gadający do siebie i swoich rączek rano. Dwudziesty tydzień i coś się zmieniło, jakbyśmy z ciemnego lasu wyszli - nagle skończyły się wrzaski przed drzemkami, nagle malutek cały jest uśmiechami od rana, nagle zaczyna się rechotać jak tato RURĘ OD ODKURZACZA składa. Rozumiencie - rurę! Nagle dziś pierwszy raz! zasnęła na spacerze w wózku. Tato prowadził wózek i rozmawiał z mamą i tak rozmawiali, rozmawiali i nagle Morinkowi oczka się takie malutkie zrobiły i zasnęła. W WÓZKU. Historyczna chwila.

23:48, inny_glos
Link Komentarze (4) »
środa, 16 grudnia 2015

Ach, zawsze coś, zawsze coś. Iksia ma rację, trzeba płynąć na fali i oddać się życiu, tym prądom w górę i w dół, tym falowaniu i spadaniu, tym nieustannym zmianom, które są jedyną staloscia. Morinek jest teraz jak karmelek i chce się nią delektować, bo przecież jeszcze będzie niemowleciem tylko przez 8 miesiecy! A płacze i nieprzespane noce są w pakiecie z niemowlakiem przecież. Czasem zapominam jak szybko to się zmienia. 

21:23, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 grudnia 2015

Pierwsza wirusówka za nami. Gorączka dwa dni (akurat te dni po moim tresowaniu), potem wysypka. Trzydniówka. Morinek umie wyciągać najcięższe działa, kiedy chodzi o najważniejsze - bo przecież choremu dziecku się nie odmawia, więc znowu je co godzinę. Ech.

Ja ze skrajności w skrajność, od 'taki maleńtasek to jeszcze za mały na trening' po wściekłość przebijającą się przez zmęczenie, kiedy maleńtasek dostaje histerii gdy mu wyjmuję cycek z buzi, po kolejnej sesyjce spania z nim w buzi. Bo też potrzebuję snu.

Pierwszy raz się zaśmiała pełnym głosem. Do Adka, który stał i wymachiwał swoimi długaśnymi kończynami bawiąc się jej zabawką i opowiadając mi jakąś swoją pełną ekspresji szkolną historię. I nagle historia została przerwana takim szczerym HAHAHA z dna duszy. To się malutek uchachał.

Poza tym pójście do pracy to na razie dla mnie kosmos. Szkoda, że taki bliski.

22:59, inny_glos
Link Komentarze (3) »
czwartek, 10 grudnia 2015

Postanowiłam zatem Morinkę trochę nauczyć. Nie chciałam jej jednak zostawiać na pastwę losu i własnego płaczu, jak w metodzie 'na wypłakanie się' (kładzie się dziecko o określonej porze do łóżeczka i tam zostawia, w ten sposób dość bezpośrednio sugerując mu, że powinno zasnąć) i w modyfikowanej wersji podnieś/połóż (nie zostawia się jak płacze, ale podnosi, uspokaja, kładzie z powrotem i wychodzi i tak do skutku), a wiedziałam, że jest takim silnym malutkiem, że inne delikatniejsze metody nie wchodzą w grę - bo Morinka lubi to, co lubi i tyle. Wypłakanie się wydawało mi się takie barbarzyńskie, jakbym torturować miała własne dziecko, które będzie przez to straumatyzowane do końca życia (jak wiadomo kortyzol, hormon stresu ma bardzo negatywny wpływ na rozwój mózgu, a bardzo wczesne traumy zapisują się w ciałku migdałowatym, które potem w trudnych momentach życia bombarduje dojrzały już mózg nieprzerobionymi, potwornie silnymi emocjami z niemowlęcego okresu życia i tak dalej), ale trafiłam na ruch Respectful Parenting: płacz w ramionach rodzica, to zupełnie co innego, niż samotny płacz w łóżeczku. Płacz, kiedy rodzic przytula i jest obecny zmniejsza stres i pozwala wyrzucić z siebie złe emocje, jest leczniczy jak wypłakanie się w rękaw przyjaciela czy na kozetce terapeuty. Jeśli rodzic jest przy dziecku i je słucha, przyjmuje do wiadomości jego uczucia i ból, dziecko godzi się ze stratą i uczy się radzić sobie z frustracją. I takie tłumaczenie mnie przekonało. Postanowiłam zatem nie dawać cycka na każde żądanie, ale być przy malutku, przytulać i wysłuchać jej protestów. Zdecydowałam się zacząć od nocnych karmień, bo budzenie sześć razy w ciągu nocy też dawało mi się już weznaki, a podobno najpierw trzeba zmienić przyzwyczajenia nocne, żeby poukładać dzienne. Bo niby łatwiej.

Plan zaczęłam wprowadzać w piątek. Nakarmiłam dziewczynkę i zasnęła (nie jestem gotowa pożegnać się z wieczornym karmieniem, które dla nas obu jest taką cudowną godziną razem, ona sobie ciumka i się przytula, ja sobie patrzę się na moją córeczkę, wącham ją i delikatnie głaszczę), a kiedy się obudziła po godzinie, nie dałam jej cycka. Zaczęłam ją usypiać bez.

I się zaczęło. 

Płakała przez godzinę. Ja płakałam razem z nią. Potem przyszedł Mi, pobujał ją i uspokoił, ale kiedy tylko poczuła, że ją kładziemy do łóżka, znowu zaczęła zanosić się płaczem i szukać cycka. Ja czułam się koszmarnie, fizycznie czułam jej cierpienie - było mi niedobrze, bolała mnie głowa, bolał mnie żołądek i każdy mięsień, przytulałam ją i było mi tak bardzo źle, jak tylko można sobie wyobrazić. Ona wsysała się w moją rękę, w moje ramię, w policzek, prężyła się i ryczała, kładłam ją, przez chwilę była spokojna i obracała głowę do cycka, którego nie było. I znowu się zanosiła spazmatycznym szlochem, aż zachrypła. W końcu wyczerpana zasnęła. Założenie było takie, że nie daję jej jeść częściej, niż co 3 godzniny. Kiedy się zatem obudziła o 23 nakarmiłam ją, ale o 1.20 znowu była bujana bez cycka. Płakała zatem do 2, kiedy ją nakarmiłam. A potem zasnęła i spała aż do szóstej. 

W sobotę cały dzień bałam się nocy. Tak, jak wcześniej nasze pójście spać było przyjemnością, tak teraz ze strachem czekałam na wieczór. A jeszcze moja siostra powiedziała mi, że psychoanalityk dziecięca stwierdziła, że takie małe dziecko może być jeszcze za małe na takie metody. Ale postanowiłam wytrwać jeszcze trzy dni i wtedy ewentualnie zdecydować.

Wieczorem nakarmiłam ją, zasnęła, obudziła się po czterdziestu minutach i zaczęłam ją lulać do snu bez cycka. I znowu się zaczęło. Płakała, płakała, płakała. Wyła, skarżyła się, ryczała, jakby mówiła mamusiu, czemu mi to robisz, mamusiu, ja nie potrafię inaczej zasnąć. Przytulając ją czułam się koszmarnie, fizycznie czułam jej rozpacz, było to niemożliwe do zniesienia. Znowu mnie wszystko bolało - głowa, żołądek, każdy mięsień. O 22, po półtorej godziny, poddałam się i ją nakarmiłam. Zjadła i zasnęła. 

Zrozumiałam, że nie jestem gotowa na taki płacz. Nie dam rady, nie potrafię, nie wytrzymam. Mam wrażenie, że jest jeszcze za mała. Poddałam się, a następnej nocy Morinka dostała gorączki. Obudziła się o pierwszej i popłakiwała do piątej. I jadła, oczywiście, bo choremu dziecku nie można odmawiać karmienia. I cały trening i tak poszedłby na marne.

Ale jeszcze się czegoś nauczyłam, czegoś ważnego.

17:15, inny_glos
Link Komentarze (4) »
niedziela, 06 grudnia 2015

Moja córkeczka skończyła w tym tygodniu 4 miesiące. I dotarło do mnie, że jeszcze tylko miesiąc i wracam do pracy. Jak byłam w ciąży, myślałam, że co tam, damy radę - przecież będzie miała prawie (no, bardzo prawie) pół roku, duże dziecko, prawda? Poza tym tylko na parę godzin w tygodniu. A teraz w gardle mnie ściska i strach mnie ogarnia, jak sobie pomyślę, że mam zostawić moją Morinkę, mojego Morinowca, Moriniaka najsłodszego z kimś obcym. Godzin też będzie więcej, niż myślałam, co ratuje oczywiście nas materialnie (tym razem nie wylądujemy na ulicy;), ale niedobrze dla Morinki - będzie codziennie z opiekunką. A w czwartek AŻ SZEŚĆ GODZIN.

I tu się zaczynają schody, bo jak wiecie Morinka ma swoje zdanie i - jak to Eks określiła - swoje obyczaje. Zasypia tylko przy cycku, na przykład. Ogólnie to nie jest problem i gdybym mogła zostać w domu, to może tak zasypiać i przez rok - w końcu dzieci są tak ewolucyjnie zaprogramowane, mleko zawiera substancje usypiające i tak dalej, jest to przyjemne dla dziecka i dla mamy, która ma wymówkę, żeby sobie poleżeć i poczytać. Ale w tej sytuacji to jest katastrofa. Nie można uprawiać Rodzicielstwa Bliskości, jak się idzie do pracy po pięciu miesiącach, niestety. 

Postanowiłam zatem troche Moriniaka poprzestawiać i nauczyć. Tylko JAK? Teorie nt. wychowania dzieci są wzajemnie sprzeczne a net jest pełen samozwańczych ekspertów o skrajnie przeciwnych poglądach i nawet wśród psychologów nie ma zgody co różnych bardzo istotnych aspektów życia niemowlaka - na przykład choć większość twierdzi, że jakikolwiek trening spania to tylko po 6 m.ż., część uważa, że przestawnienie dziecka na inne obyczaje można zacząć już po 3 miesiącu. Im więcej czytamy, tym jaśniejsze staje się, że wychowanie dziecka jest bardziej ideologią, niż nauką. Można oczywiście powiedzieć tak, jak moja koleżanka i zdroworozsadkowe mamy z forum: rób to, co ci podpowiada intuicja. Szkopuł w tym, że moja intuicja jest niespójna jak polityka społeczna PIS. Intuicja bowiem to nic innego jak przed-werbalny obraz świata, nastawienie oparte na przed-rozumowym konglomeracie uczuć i schematów działania, które nabywamy w wiekszości we wczesnym dziecińtwie na podstawie tego, co - oczywiście - robili nasi opiekunowie. I u mnie ten obraz, ta podstawa też jest wzajemnie sprzeczna, wykluczająca sie i zaplątana. Mama stosowała Rodzicielstwo Bliskości w połączeniu z  totalnym poświęceniem,poniżeniem i udręczeniem siebie. A kiedy już nie mogła znieść braku granic wpadała w szał i histerię. I pewnie dlatego związała się z moim tatą - bo tato to człowiek z betonu. Tato stosował rodzicielstwo Macht und Ordnung, którego nie powstydziłaby się żadna Hausfrau, tato lubi mówić, że wszystkie dzieci powinny wychowywać się w domu dziecka, bo tylko dyscyplina i porządek robią z dzieci ludzi. Tato kochał dzieci jak Margaret Thatcher górników. Mama pozwalała nam skakać po stole, tato wyłączał nam telewizor w środku trzeciego odcinka  Winnetou, bo czas oglądania się skończył.

I teraz taka ja, skrzyżowanie histerycznej Matki Teresy z Żelazną Damą mam wychowywać moją córeczkę. Jak, drogi pamiętniczku, JAK?

20:20, inny_glos
Link Komentarze (7) »
stat4u