RSS
niedziela, 28 grudnia 2014

9 tydzień 6 dzień. W chwilach, kiedy nie czuję się jak po pięciu godzinach jazdy samochodem bez aviomarinu, staram się biegać. Takie dni nie zdarzają się bardzo często, są raczej wyjątkiem niż regułą i dlatego wściekam się, jak coś mi przeszkodzi w wyjściu na dwór, na przykład całodzienna ulewa i sztormowy wiatr. Wczorajszy dzień zapowiadał się dobrze, koło wieczora znajome uczucie zaczynało wracać, ale że nareszcie nie lało i nie wiało zmusiłam siebie i M i pobiegliśmy późnym wieczorem. Było pięknie. Biegło mi się wyjątkowo dobrze, przy temperaturze koło zera, ale bez mrozu i wichury, kurtka rowerowa z lidla za 15e okazała się zakupem roku, doskonale się dopina pod szyję, rękawy są dostatecznie długie, a co najważniejsze jest kompletnie nieprzewiewna. Wyciągnęłam również z szafy dawno temu kupione spodnie alladynki na jogę, też z lidla, w których szeroki pas i luźny materiał pod nim bardzo ucieszył mój brzuch. Biegliśmy wzdłuż kanału Portobello, świecił księżyć jak zamrożony rożek, białe łabędzie pływały po czarnej wodzie, nie było nikogo w pobliżu, było cicho i spokojnie.





4.5 km, 6.38 na kilometr. Dobry czas, jak na ciążę. Jutro zamierzam powtórzyć.

Staram się też zacząć poranek od jogi, choć trudno się przemóc jak człowiek budzi się rano i zamiast swojego ciała ma ciasto na pierogi, nad którym nie ma za bardzo władzy, a ciasto chce tylko spokoju i musi poleżeć. Jak każde ciasto.

Kiedy przestaję rozmyślać na temat (niepewnej, jak to przyszłość) przyszłości, oddycham głęboko i jakoś tak w środku cieszę się, że jestem. Że żyję, że oddycham, że mi serce bije, że wszystkie organy pracują, jak trzeba i nawet jajniki wywiązały się ze swojego zadania, być może po raz ostatni (boże jakie to wszystko jest skomplikowane i precyzyjne!). Czuję, jak wszystko tańczy w delikatnej równowadze, hormony się wydzielają, komórki się mnożą, a we mnie mieszkają różne organizmy (niektórych są nawet miliony), bakterie dobre walczą ze złymi, kiszki grają marsza, nerki filtrują, wirusy już dawno wbudowały swoje RNA w moje DNA i dzięki temu jestem na świecie pomimo czarnej ospy, epoki lodowcowej i głodu. 

Nadrabiamy zaległości filmowe: ostatnio Wiosna, lato, jesień, zima i znowu wiosna delikatny, buddyjski film, przepiękne krajobrazy, uspokajająco-łagodzący, zmusiliśmy Adziarza do oglądania i nawet on, 15 latek zanurzony w World of Tanks  i fejbuku przez 3 godziny dziennie, po czterdziestu minutach głupich żartów z szybkości akcji (no jest trochę wolna;) uciszył się i na koniec stwierdził, że 'no, może być'. Duża pochwała.

Oprócz tego Pusher i Pusher II, oba diametralnie różne od Wiosny.., ale też filmowane z podobną prawdziwości, smutne, brutalne, szczere i z Mikkelsenem przed dniami sławy.

Dokończyliśmy równiej Pewnego razu w Anatolii, lubię ten film za niedopowiedzenia, za niedorysowanie, za to, że widz musi się wiele domyśleć i to on ma sobie opowiedzieć historię, przeciwieństwo amerykańskiej kawy na ławę, tutaj ludzie są mgliści, wielowymiarowi, sugerują jakąś głębię i niejasność duszy, a do tego szerokokątne krajobrazy pustych wzgórz w Anatolii, jakoś muśnięta kultura turecka, o której nie wiem zbyt dużo i moja zawsze ulubiona postać sceptyka lekarza.

15:09, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 26 grudnia 2014

Lekka grypa połączona z kacem, uczucie, jakby nie do końca coś było w porządku, jakbyś za dwie godziny miała dostać wysoką gorączkę, tylko ta gorączka nigdy nie nadchodzi, a ty ciągle jesteś u progu jakiejś choroby i chętnie już byś ją przechorowała, wyleżała się w łóżku porządnie i wreszcie na koniec wyzdrowiała, a nie takie nie-wiadomo-co z lekko bolącymi mięśniami i ciągłym zbieraniem na wymioty. Zwłaszcza, jak się cały dzień w domu, jak się nie musisz mobilizować i wsiadać na rower i zapylać i stać przed publicznością i się ogarniać psychicznie i fizycznie. Ciało ci mówi, że powinnaś się zwinąć w kłębek i tak leżeć, paradoksem jest to, że uczucie to mija po jakiejś porządnej aktywności fizycznej, po biegu, po jeździe na rowerze, nawet przedświąteczne porządki robią dobrze, wykonywane oczywiście na raty, z przerwami na poleżenie. 

Staram się oddychać tym uczuciem, embrace it, jak to tutaj mówią, zaakceptować go zupełnie jako część stanu w którym się obecnie znajduję, biadolenie bowiem w niczym nie pomoże. Ale na blogu pomarudzić sobie mogę.

A święta mineły spokojnie, dziwi mnie czasem jak spokojnie może być, jak my dobrze razem funkcjonujemy z M, jak wystarczy, że go o coś poproszę i wstaję rano (a raczej bliżej południa - coś mi się ostatnio przestawiło, ale pozwalam sobie na to wylegiwanie się, bo już niedługo będę zapylać jak mały samochodzik), a tu już wszystko zrobione i czeka na mnie kawa. Która wprawdzie ma czasami smak tektury, ale jest częścią rytuału, więc wypijam. Na drugą już nie mam ochoty. Tak samo, jak na zieloną herbatę (od początku ciąży nie wypiłam ani jednej). Kocham za to jabłka, których przedtem prawie w ogóle nie jadłam. Jabłka, sok pomarańczowy, pumpernikiel z masełkiem. Herbata z pokrzywy. Oliwki. Oraz śledzie, ale tylko matjasy z jabłkiem.

Marzę o morzu, ale na razie sztormy, więc nie zobaczę mojego morza tak szybko. Poza tym temperatura wody spadła do 8 stopni a to nawet mnie, morsa w przebraniu, jak na razie odstrasza, bo to jest strasznie zimno. Tym bardziej, jak na dodatek wieje i leje. Wiatr jest chyba najgorszy w tym wszystkim.

Na świeta się uparłam na tradycyjnie i zrobiłam pierogi ruskie, z kapustą i grzybami i uszka, barszcz i kutię oraz jednego śledzia z jabłkiem, bo nie wiedziałam, czy w ogóle będę mogła się do niego zbliżyć, a Adziarz i M nie jadają takich ryb. M nawet żadnych nie jada. Okazało się, że matijas z moim ukochanym jabłuszkiem to strzał w dziesiątkę. Dobrze było tak być tylko z moimi chłopakami na święta, choć zatęskniłam za Wigilią w Polsce, podglądniętą przez skypa - za zamieszaniem, śpiewaniem, dzieciakami, zadymą na całego, dyskusjami politycznymi i niepoprawnymi, chaosem, kłótniami i moimi siostrami wariatkami. Za taką dokładnie atmosferą, która towarzyszyła mi całe dzieciństwo - bałagan, chaos, hałas, za dużo wszystkiego - emocji, rozmów, ludzi, za głośno, za intensywnie, za bezpośrednio. Bo moja rodzina to przeciwieństwo dystansu i zrównoważenia, moja rodzina balansuje na granicy emocji skrajnych, w mojej rodzinie mówi się to co myśli, wali się prawdą (nawet, jeśli to tylko prawda chwili) po oczach, by za godzinę szczerze przepraszać. Moja rodzina się nie obraża, tylko wkurwia, miota i wrzeszczy, przegina, by zaraz wyciągnąć największy skarb, najpyszniejszą czekoladkę schowaną na czarną godzinę i ofiarować ją na przeprosiny. No, może z czekoladką przesadziłam, bo moja rodzina czekoladki zjada od razu!

 

 

21:31, inny_glos
Link Komentarze (1) »
piątek, 19 grudnia 2014

A poza tym jest mi niedobrze. Niedobrze, niedobrze, niedobrze, wymiotnie, rzygowo i tak dalej, możecie sobie wyobrazić, nie będę wchodzić wszczegóły. W sumie zagadką tego stanu jest to, że jest mi dobrze, jak jadę na rowerze, jestem zajęta, prowadze wykład, potem przychodzę do domu i jest mi tak strasznie niedobrze, że kładę sie na pół godzinki i nie wstaję z kanapy już do wieczora. Chyba, że się zmuszę do biegania, to jest mi dobrze potem. Codziennie odrzuca mnie od innych rzeczy, ciężko się w tym wszystkim doszukać jakiegoś sensu, śledzie po początkowej euforii stały się wrogiem publicznym numer jeden, brukselka - nie mogę znieść zapachu przeważnie, choć czasem daję radę zjeść, sery śmierdzą, kapusta raz jest dobra, raz jest zła, zjadłam dwa dni temu 1/3 dużego czekoladowego sernika, a następnego dnia nie mogłam się wręcz na niego patrzeć, pieczone ziemniaki - robi mi się słabo, na samo wyobrażenie zapachu rozmarynu mam ochotę nie wychodzić z toalety. Dziś mnie uratowały truskawki ze śmietaną i cukrem. Kocham truskawki. I nie obchodzi mnie jak bardzo radioaktywne muszą być, żeby rosnąć w grudniu.

20:39, inny_glos
Link Komentarze (3) »

W tym roku po raz pierwszy od wielu lat zostajemy na święta w Irl. Trochę ze względów finansowych, trochę Adkowych (ma ważny konkurs naukowy w pierwszych dniach stycznia), a trochę tak sobie. Wczoraj skończyłam ostatnie zajęcia w tym roku, dziś leżę na kanapię i zastanawiam się, czy mnie tradycja zobowiązuje, czy wcale nie. W sumie nie czuję żadnego nacisku na robienie czegoś na święta, żadnej presji, żadnego przymusu, nikt nie będzie mnie kontrolował, wymagał i do kątów zaglądał. I trochę mi smutno z tego powodu - nawet teściowa nie będzie moich pierogów oceniać, pewno dlatego, że od 8 lat nie żyje. Z teściem M nie rozmawia jeszcze dłużej, więc też nie stanowi problemu. Przynajmniej w tym względzie, hehe. Zagłębiłam się w siebie i stwierdziłam, że ja, ja chcę świątecznej atmosfery, choinki, barszczu i prezentów, śpiewania kolęd i składania życzeń. Mi jest to potrzebne, to ciepło, życzliwość, ukojenie, a właściwie nie ma powodu, żeby nasze święta takie nie były - kłócimy się tak rzadko, że jakby co możemy to przełożyć na po świętach. Zamierzam rozpalić w kominku i zrobić małą, ale bardzo tradycyjną kolację wigilijną, choć bez śledzi i karpia (w tym roku nie przełknę, a chłopaki też nie zjedzą). Barszczyk na kiszonych burakach, uszka z grzybami (wegańskie danie), dla siebie i Adka zrobię trochę ruskich, bo uwielbiam domowe a nigdy nie robię z braku czasu. I kutia - mak z pszenicą, orzechami i miodem (moi dziadkowie byli ze Lwowa). Kocham. Trochę będzie wyzwaniem brak pieniędzy (mamy na te święta dokładnie tyle samo do wydania, co zwykle, bo porzebuję kasy na styczeń na badania genetyczne), ale - hej! czy kolacja Wigilijna nie powinna być czasem postna? czyli tania i skromna? W sumie uświadomiłam sobie, że u mnie w domu nigdy nie było problemu z za dużą ilością jedzenia i zadłużaniem się na święta - prezenty zawsze były raczej symboliczne niż ostantacyjne, jedzenia zawsze się robiło tyle, że starczało na wigilię i pierwszy dzień świąt. 

Cieszę się, że są święta. Tym bardziej, że w ostatnich dniach mam taką zadymę w pracy, że zaczęłam marzyć o wynajęciu ruskiego hakera i rozesłaniu kompromitujących zdjęć pewnej mojej koleżanki z pracy, wobec której dwuletnie podejrzenia o osobowość psychopatyczną zmieniły się ostatnio w pewność. Chociaż nie, nie ruski, bo się zaraz kapnie - znacie może jakiegoś południowoamerykańskiego bezwględnego hakera, który za niewielką opłatą roześle świńskie zdjęcia do wszystich pracowników mojej szkoły? Hmmm...

20:20, inny_glos
Link Komentarze (3) »
niedziela, 14 grudnia 2014

Dziewczyny już piszą to tam ugotowały na święta, NA ŚWIĘTA?? dla mnie to jeszcze prawie 2 tygodnie, nawet sprzątania nie zaczynam, bo się zabrudzi, a co dopiero gotowania;)

A w dodatku

 nie jadę do PL w tym roku, będą musieli sobie radzić sami;)

W moim rodzinnym domu święta to zawsze był stres, zadyma, napięcie i Wielka Wigilijna Kłótnia, podczas której mama wychodziła na dwie centralne godziny w ciągu dnia, tato zaszywał się na działce, a my zostawaliśmy i usiłowaliśmy wszystko polepić łącznie z tą dziurą w sercu. Pamiętam jedną wigilię kiedy koło 17 wyszłam na ciemne ulice na poszukiwanie opłatka i płakałam. Nie wiem czemu, teraz już bym nie płakała, bo to w sumie śmieszne, że każde święta muszą zostać uczczone wielką awanturą o wszystko. I nie, nie chodziło o alkohol, bo w moim domu się nie pije prawie wcale. Moja mama jest dzieckiem wojny i powiedzieć o niej, że jest niezorganizowana to jakby powiedzieć o Mansonie że był niegrzeczny. Każda większa okazja do dla niej koniec świata, potworny stres i miotanie się, kiedy goście mają przyjść na piętnastą, w południe jeszcze nie wie co poda, o pierwszej wychodzi na zakupy, o drugiej ją wyglądamy z okna, o drugiej piętnaście wreszcie wraca i wpół do trzeciej nastawia mięso. Ale żeby nie było - ona się bardzo cieszy z gości i zawsze wszystkich do siebie zaprasza, a że ma dużą rodzinę w dzieciństwie często byliśmy znienacka odwiedzani przez ciocie, wujków i kuzynów, którzy potem obgadywali moją mamę po kątach, że nic nie przygotowane, że nie posprzątane, że jak u Cyganów.

A zatem w tym roku 

14:19, inny_glos
Link Komentarze (4) »
piątek, 12 grudnia 2014

Zapisałam się do klubu matek polek wariatek i byłam dziś na usg. Jest to siódmy tydzień.

Widziałam typa. Ma 9 mm i bije mu serce 134 uderzeń na minutę. Wszystko jest jak najbardziej w porządku. Mi się najbardziej ucieszył na słowo 'POJEDYNCZY pęcherzyk ciążowy', bo nastawiałam go już na trojaczki (w życiu trzeba się przygotować na wszystko).

Oprócz tego porozśmieszałam trochę pana doktora (je pani kwas foliowy? tak, w dawce 5 mg. A dlaczego tak duża? Zmusiłam GP żeby mi przepisał. A miała pani w rodzinie przypadki wad cewy nerwowej? No nie, ale skoro zapobiega, a nie ma żadnych skutków ubocznych to wie pan, wolałam dmuchać na zimne. - Ale może powodować astmę. Niech pani już zostawi te internety! Panie doktorze, jest jeszcze gorzej, mam dostęp do bazy czasopism naukowych, to dopiero jest ZUO!), troche pan doktor porozśmieszał mnie (panie doktorze a mogę się kąpać w morzu? No pewnie! Jest słone nic się nie powinno stać. Ale mi chodzi o to, że jest zimne, bo się kąpię i mnie straszą. A kto panią straszy? Internety. No wie pani, gdyby było gorące to bym pani odradzał, ale zimne jak najbardziej. Ciężarne powinno się trzymać w lodówce.) Zapytałam się też o bieganie - no pewnie, że może pani biegać! Takim tempem relaksacyjnym. - No to super! Na to włączył się mój M.:- ale wie pan, niech pan jej powie co to jest tempo relaksacyjne, czy 40 minut do zlania potem to się liczy?

I pan doktor pozwolił.

I to na razie tyle. Nawet zaczęłam już się powoli i ostrożnie trochę cieszyć.

19:26, inny_glos
Link Komentarze (11) »
niedziela, 07 grudnia 2014

No dobra, my tu gadu gadu a tu nagle...

ALE JEST MI K... NIEDOBRZE! Jakby lekka grypa połączona z kacem. Ja pierdziu, chyba już zapomniałam o urokach stanu odmiennego! Bolą mnie mięśnie, boli mnie głowa i jest mi cały czas, nieustająco, nieprzerwanie niedobrze. 

Moje drogie, jakie bieganie! Pozwólcie, że zaśmieję się HAHAHAHA. Jakie kąpiele! Jaka aktywność fizyczna! Kac z grypą skutecznie mnie chronią przed takimi fantastycznymi pomysłami  fananberiami (a już miałam dziś wyruszyć na marszobieg, ech, cały ranek się przygotowywałam).

Jest mi tylko trochę lepiej jak leżę/siedzę w łóżku, pod ręką mam sok pomarańczowy i kanapkę z białym serem ze szczypiorkiem i pomidorem. 

Tak, wiem, to dobry znak i cieszę się bardzo, ale nie mam siły się cieszyć, bo JEST MI NIEDOBRZE! 

Kurna, ale to natura wymyśliła, no nie powiem, nijakiego sensu nie mogę się doszukać. Naukowcy do dziś się głowią o ewolucyjne wytłumaczenie porannych (jakich porannych?? ktoś tu sobie chyba jaja robi!) mdłości. 

Ser cammembert to zło! Śledzie po kaszubsku od tygodnia patrzą się na mnie z pudełeczka, ale po początkowej euforii (ŚLEDZIE!!) i zjedzeniu trzech pozostałe dwa nagle stały się moim wrogiem, co mieszka w lodówce. Wącham M, jego piżamkę i łysinę. Od razu wiem, co zjadł, hehe.

Sprawdzam prace i jest mi niedobrze. Niedobrze mi na widok komputera i na zapach dymu (rozpaliliśmy kominek). Niedobrze mi na myśl o czymkolwiek. Na myśl o wszystkim właściwie. Niedobrze mi na myśl, że będę musiała jutro wstać z łóżka i pojechać do pracy. 

 

20:53, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 05 grudnia 2014

Piszę jedną krótką pracę na zaliczenie, termin jak dla kopciuszka, praca ma być wysłana dziś przed północą, więc jeszcze dużo czasu, nie? Akurat na pisanie bloga.

Chciałam tylko napisać, że uwielbiam moją panią terapeutkę, mam wrażenie, że trafiłam na naprawdę dobrego psychoanalityka, choć pani jeszcze się uczy i jestem jej przypadkiem szkoleniowym, ale mówię wam, będzie jeszcze znanym psychoanalitykiem.

Zapisała już cały zeszyt o mnie, bardzo dziwne uczucie być bohaterką opowieści, która po raz pierwszy nie rozgrywa się w moje głowie. Pani jest taką siłą spokoju, zrównoważenia, umocowania, ugruntowania, a przy tym ma naprawdę celne uwagi i pytania i zadaje je w taki sposób, że nie mogę się na nią obrazić ani wkurzyć, choć trafia w sedno.

A najdziwniejsze jest to, że nie lubię tam chodzić, do pewnego stopnia jest to nieprzyjemne, przed każdym spotkaniem jestem trochę skulona i zdenerwowana, nie nią, ale tym, że oto po raz kolejny będę musiała zanurzyć się w bagnie moich własnych grzeszków i wad, a co więcej, będę musiała zmierzyć się ze strachami najstraszniejszymi i w nagim świetle zobaczyć swoje błędy, ale mimo to idę się zmierzyć po raz kolejny z samą sobą, bo wiem, że to mi dobrze robi, bo się przekonałam, że to działa, że jak wyciągnę jakiś kolejny nieprzyjemny, wredny, obślizgły kawałeczek mojej osobowości (och, byście się zdziwili ile ich mam;), to zostanie on oglądnięty, oceniony, odczyniony, oczyszczony  i zdezynfekowany i potem nie przeszkadza tak bardzo w życiu, przestaje powodować, że czuję się małym, skulonym, skrzywdzonym, zazdrosnym, zakłamanym szczurkiem, ucieszonym, gdy może skrytykować niedoskonałości innych, przekonanym o własnej moralnej wyższości i absolutniej konieczności wtrącenia swoich przemądrzałych trzech groszy, paranoicznym i nieufnym wobec innych ludzi, posądzającym innych o bezbrzeżną głupotę, jeśli nie o najniższe intencje. 

Kiedyś, na początku terapii zadawałam dużo pytań o istotę procesu terapeutycznego, o to jak to się dzieje, że robi się lepiej i skąd się wie, czy się robi lepiej, teraz się już nie pytam, bo czuję, że tak jest, mniej mnie interesuje technologia produkcji tego lepiej, a bardziej sam efekt końcowy. Ale polecam Yaloma jak ktoś chciałby coś wiedzieć więcej, uwielbiam, odszedł trochę od podejścia psychoanalitycznego na rzecz egzystencjonalizmu i to nawet jest chyba jeszcze lepsze, a pisze cudownie, tak, że nie można się oderwać. 

Pani bierze ode mnie 36 euro za dwie godziny tygodniowo i nie żałuję ani jednego centa z tej kwoty, jeślibym miała wybierać między dwoma tygodniami na Karaibach a rokiem terapii to nie wahałabym się ani trochę. (Wykwalifikowany psychoanalityk bierze 80 euro za godzinę, hehe).

Wracam do eseju.

22:53, inny_glos
Link Komentarze (8) »
środa, 03 grudnia 2014

Dosyć, dosyć tej brazyliady, mody na sukces dla ubogich, niewolnicy Isaury dla niedorozwiniętych, ballady o dwóch kreskach i zwyczajnym szaleństwie.

Już mi się samej odechciewa, nudzi mnie niemożebnie ten przesłodzony sentymentalizm (ach! żebyście widzieli te fora dla mamusiek! te wszystkie brzuszki i maluszki, fasolki i serduszka, te wirtualne świeczki i owieczki, aniołki, dzidzie i maleństwa, cały ten kicz, kram jarmarczny spod kościoła pw Najświetszej Matki Polki, lukrowanej patronki matczynego poświęcenia w imię maluszka, leżenia plackiem ziemniacznym przez 9 miesięcy, humorków i apetytu, głaskania brzusia i rozmów z zarodkiem zwanym dzidzią).

17:42, inny_glos
Link Komentarze (3) »

W kolejnym odcinku telenoweli brazylijskiej:

Mam złe przeczucia. Mam bardzo złe przeczucia. Wszystkie objawy minęły, tak, jak ostatnim razem.

Nie plamię, nic się nie dzieje. I właśnie to mnie martwi. 

(Heh, trochę się z wami kłócę ale i tak fajnie, że jesteście. Komu miałabym się tak zwierzać?)

W nocy obudził mnie niepokój, nie spałam od 3.30 do 6.30. 

Trudne jest to wszystko, trudne i poniewiera człowieka na wszystkie strony. Wiem, że trzeba się nie przejmować, ale naprawdę nie wiem jak mam to zrobić - nie przejmować się, ale na siebie uważać, nie przejmować, ale zluzować bieganie, jedyne, co mnie zawsze odstresowuje, nie przejmować, ale uważać na leki, jakie się bierze. Codziennie na przykład biorę Zyrtec, bez tego po 2 dniach atakuje mnie straszna alergia. Mam się męczyć i odstawić? Mam brać, jak brałam? Tak się nie da - albo się olewa i nie przejmuje, albo się przejmuje i świruje. U mnie przynajmniej tak to działa.

10:40, inny_glos
Link Komentarze (1) »
wtorek, 02 grudnia 2014

Kocham mojego lekarza! 

Bardzo mnie uspokoił, zapewnił, że bieganie nie ma wpływu na poronienia (dla spokoju przerzucę się na marszobiegi), co więcej - jeśli zachodzę w ciążę biegając to oznacza, że jest to bezpieczne dla mnie i że mój organizm jest do tego przyzwyczajony. I że nie ma takiego wymogu, żebym nagle zaczęła prowadzić życie kanapowca. I że robię wszystko, co mogę żeby ciąża była zdrowa - nie palę, nie piję, dobrze się odżywiam, nie dźwigam i tak dalej - i mam się nie zamartwiać, tylko robić to, co dotychczas. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku. A największym czynnikiem ryzyka jest u mnie wiek, więc oprócz tego, co robię, cała reszta jest w rękach losu. Co do kąpieli jego opinia jest taka, że to raczej też nie ma wpływu, choć mam być ostrożna i nie zmarznąć za bardzo. Nie mam żadnych plamień, skurczów, nic z tych rzeczy i jeśli nawet znowu się okaże, że coś nie tak, to tak jak za pierwszym razem będę za to winiła loterię genetyczną. Zamierzam jeszcze iść do ginekologa w przyszłym tygodniu, aby wszystko potwierdzić i przekonać się, czy zarodek ma się dobrze.

A tak w ogóle to chyba jednak przekroczyłam granice mojej własnej intymności, więc dwa poniższe posty zamknę i nie będą widoczne. Choć większość z was znam i lubię, to tak naprawdę nie wiem kto tutaj zagląda i ta świadomość jest dość nieprzyjemna, kiedy piszę o tak intymnych rzeczach.

I jeszcze jedno - tak sobie czytam i czytam The British Journal of Obstetric Medicine, Journal of Midwifery and Women's Health i tak dalej, i wszędzie piszą, że nie ma żadnych dowodów, że "bed rest makes any difference to threatened misscarriage" i że kobietom jak zaczynają plamić tradycyjnie się mówi, żeby się oszczędzały i leżały w łóżku i kobiety tak robią, ale nie oznacza to, że bez tego by poroniły. Część z nich roni niezależnie od leżenia, część nie roni niezależnie od chodzenia, a straszenie poronieniem i nakaz leżenia wcale nie poprawiają sytuacji. "Bed-rest or supportive treatment with progestogens or HCG has not been shown to offer any benefit." ( w Current Obstetrics & Gynaecology (2004) 14, 2333), czyli jest to przestarzała metoda stosowana tylko dlatego, żeby uspokoić rozhisteryzowane i zrozpaczone kobiety. Które będą czuły, że zrobiły wszystko, co możliwe. I może nie będą się winiły i nie wpadną w depresję.

A ja jestem bardzo podatna na straszenie i mam skłonności do obwiniania się w nieskończoność, że może jednak coś złego zrobiłam, łatwo mi wierzyć w krakania i przesądy i wtedy jedynym moim pocieszeniem jest literatura naukowa. W końcu jestem doktorem;)

A leżeć nie mogę - muszę pracować i spędzać długie godziny w szkole na nogach. 

W sumie to już chciałabym skończyć tą dyskusję, będę słuchać lekarza i swojej intuicji podpartej literaturą medyczną. Naprawdę nie przemęczam się i nie ryzykuję, ale przecież nie możecie tego wiedzieć, bo nie jesteście mną:) I naprawdę, jeśli coś się stanie, to nie będzie to wina tego, że biegałam czy też nie biegałam, jeździłam na rowerze czy też kąpałam się w morzu. Te rzeczy nawet nie występują w piśmiennictwie medycznym jako przyczyny poronień. Przyczyny są inne - mogę mieć przeciwciała antyfosfolipidowe, bo jestem alergiczką, na to nie bieganie  i oszczędzanie się NIE pomoże, mogę mieć zaburzenia hormonalne - jak wyżej, zarodek może mieć wady genetyczne. Na żadną z tych rzeczy wchodzenie do zimnej wody ani wysiłek fizyczny nie ma żadnego wpływu.

Boję się, boję się jak jasna cholera, ale jeśli nie teraz, to w przyszłym miesiącu, jeśli nie, to za pół roku, jak widać nie mam problemów z zachodzeniem w ciążę, zrobię badania hormonów, przeciwciał i poczekam na zarodek bez wad genetycznych.

A jeśli zaczniecie mnie straszyć, to zamknę bloga, bo jestem teraz bardzo wrażliwa.

13:16, inny_glos
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 01 grudnia 2014

xx

11:24, inny_glos
Link Komentarze (7) »
stat4u