RSS
wtorek, 18 grudnia 2012

 

Firma, z którą się byłam związała, jak to mówią, na dobre i na złe, ostatnio wpadła na pomysł jak tu by szybko sprawdzić moje oddanie, lojalność i miłość, nie doprowadzając jednakże do sytuacji na tyle awaryjnej, cobym z nią rozwód wzięła.

Postanowiła zatem z gracją splunąć mi, i pewnej liczbie innych pracowników, w twarz. W tym celu zorganizowała tak zwane Christmas Party, jak zawsze i co roku zresztą. Party miało się odbyć w Zajebistej Restauracji (kuchnia fusion), na którą prywatnie w tej dziesięciolatce mnie nie stać. Nic więc dziwnego, że kupa pracowego luda się podjarała i rzuciła się na kuszącą ofertę Firmy. Po mniej więcej tygodniu cała kupa luda dostała maila, że w związku z bardzo dużym zainteresowaniem wzięciem udziału w rytualnym obżarstwie i opilstwie fundowanym przez Firmę (no z tym opilstwem to się zagalopowałam - butelkę wina na 4 osoby to nawet abstynenci z natury nie nazwaliby opilistwem), osoby, które NAPRAWDĘ chcą przyjść proszone są o potwierdzenie chęci przybycia w terminie 3 dni pod karą usunięcia z listy wybranych. Potwierdziłam chęć ja i – jak się mogę domyślać - dwustu innych pracowników, bowiem parę dni później znowu dostaliśmy wszyscy maila, że w związku z kontynuacją dużego zainteresowania (no niestety!) Firma jest zmuszona przenieść zabawę do Innej Zajebistej Restauracji (tym razem kuchnia francuska). I git.

Tyle tylko, że przeniesienie okazało się być nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Christmas Party zatem, nie z braku innych terminów, jak się domyślamy, lecz raczej z konieczności jakiejś, przynajmniej częściowej, eliminacji firmowego planktonu, zaplanowano na czwartek, dwudziestego dnia miesiąca grudnia o godzinie siódmej. Tak to ładnie sobie zaplanowano, mając na uwadze, że wielu wykładowców, w tym również i autorka, pracuje do późna, zwłaszcza w czwartki, w które ostatni – symboliczny – dzwonek rozbrzmiewa dokładnie o godzinie 21.30.

Co oznacza, że na firmowej zabawie byłabym najwcześniej o godzinie dziesiątej, oczywiście pod warunkiem, że na wykładzie pojawiłabym się w całym christmasowym rynsztunku, w złotej sukience, brokatowych powiekach, ogromnych kolczykach, żółtych butach na niebotycznym obcasie, wkroczyłabym do klasy spowita chmurą Gucci for women, a delikatny złoty pył osypywałby się z mojego ramienia przy każdej zmianie slajdu. Kuszące.

Po skończonym wykładzie wsiadłabym do karocy z dyni i w pół godziny zjawiłabym się w sali balowej, z której szarmanccy kelnerzy właśnie znosiliby resztki świątecznego obiadu do kuchni, bowiem jest ona zamykana, jak się dowiedziałam, o godzinie jedenastej, ale nie bądźmy drobiazgowi. Złapałabym zatem w przelocie skibkę chlebka, dorwałabym tu i ówdzie porzucone trzy pieczone ziemniaczki, srebrnym widelcem wyłowiłabym z talerzy niesionych do kuchni ze dwie ostałe brukselki. Na pocieszenie mogłabym ustawić tzw. świątecznego jeża z butelek po winie (jednym na cztery osoby) i walnąć zebraną w ten sposób resztkę czerwonego. A co. Po kielichu dla kurażu mogłabym  się udać do klubu nocnego znajdującego się pod salą balową, do którego mamy darmowy wstęp (w pocie czoła wynegocjowany przez nasze dzielne panie z HR). W klubie owym, gibając się ZA DARMO w tłumie 1000 obcych ludzi mogłabym sobie zafundować parę drinków, 6 euro sztuka. Po takiej czarownej nocy jeszcze tylko taxi 15 euro i już w domu mogłabym opowiadać lekko bełkotliwie memu mężu o cudownościach tej niezapomnianej nocy za 50 euro, zgubienie czapki gratis.

Hmm. Chyba zwariowałam, albo się zestarzałam, najpewniej jedno i drugie, ale plan nie wydaje mi się kuszący, zatem w czwartek PO zajęciach jadę do domu.

W ten sposób na firmowej imprezie będzie tak jak trzeba: pion administracyjny bedzie wywijal z dzialem IT, a panie z kadr tańcować z prezesem i menagerami szczebla wyższego. I żadne, tfu, wykładowcy, nie będą się im plątać pod nogami.

20:31, inny_glos
Link Komentarze (8) »
niedziela, 09 grudnia 2012
hohoho

 

Wybaczcie, że nie piszę.

Adek robi Helloweenowe babeczki, po ponad miesiącu sugerowania, wyczekiwania, marudzenia, wreszcie nacisków słownych na to, bym to ja, kobieta i matka, zakasała swe rękawy, umyła swe kobiece rączki, wyciągnęła mikser, jajka, mleko i zakupioną przez niego mieszankę i zabrała się do roboty. Umiejętnie puszczałam mimo uszu wszystkie sugestie i nagabywania i oto po miesiącu - alleluja! - mierzenia się z zadaniem, po miesiącu mocowania się z lenistwem i z chyba w DNA zakodowanym  przekonaniem, że prawdziwi mężczyźni nie pieką babeczek, po miesiącu przekładania na jutro, wreszcie dziś - alleluja! - nadszedł ten dzień i Halloweenowe muffinki przejdą z bytu możliwego w byt rzeczywisty. 

Wybaczcie zatem, że nie piszę, odpierając codzienne ataki zmasowanego mizoginizmu, począwszy od 'jak to ja sam mam sobie prać majtki, przecież to obrzydliwe grzebać w koszu z brudami!', poprzez 'przecież to twój obowiązek, robienie obiadu', aż po finalne 'no widzisz, pozwoliliśmy wam przecież głosować!' puentujące mój piętnastominutowy wykład o rozwoju idei demokracji wygłoszony w trakcie odprowadzania mojego syna na zajęcia kickboxingu. Sama się w to ładujesz, komentuje mężczyzna z którym sypiam, sama w to brniesz, budząc się o 7.30 i sprawdzając, czy syneczek ma kanapeczki, sama sobie ten ciężar ładujesz na ramiona, robiąc mu kolacyjkę, odpuszczając mu ładowanie zmywarki, nie ulegaj mu tak łatwo, nie żałuj go, ma 13 lat i musi się nauczyć dbania o siebie, musi być bardziej samodzielny, musi stać się mężczyzną, mówi ten z którym dzielę łożę, dawca połowy kodu genetycznego, zgrabnie obracając się na drugi bok o 7.45 i spokojnie ignorując naglące pipipipiiiiiiiiiiiii nie wyłączonego alarmu, który zaraz uderzy w dużo ostrzejsze tony, kiedy nasze dziecko trzaśnie drzwiami wejściowymi.

Że nie piszę, musicie mi wybaczyć, bo zapracowana jestem okrutnie, sprawdzając prace studentom i mojemu mężowi, pomagając mu cyzelować słowa, redagując tekst tak, żeby przekazać to, co nawet po polsku jest niedookreślone i trudne do zrozumienia, wygładzając szpiczaste konkluzje i oswajając dzikie wstępy. W wolnych chwilach wpatruję się w zawiłe zdania studentów, poszukując sensu jak grzybów w suchym lesie, czytając po raz dwudziesty zdania wielokrotnie złożone, w których orzeczenie się zgubiło w połowie pierwszej linijki, a podmiot wyszedł na spacer. Po angielsku. Albo odwrotnie - jest podmiot i orzeczenie, siedzą razem na kupie i się nudzą, widzą się już po raz setny i nie mają sobie nic ciekawego do powiedzenia, zawsze bowiem spotykają się w tym i tylko tym gronie, 'homelessness is a social problem which affects all facets of contemporary society', każdy wyraz w tym zdaniu woła o dobicie, bo nie może znieść już nudy i banału własnego istnienia.

Nie piszę i proszę o wybaczenie, bo budzi mnie w nocy boląca głowa i uczucie niejasnego rozbicia, zatkany nos nie daje mi i temu z którym sypiam zasnąć, lodowate koniuszki stóp i rąk trudno jest czymkolwiek rozgrzać, pozostają w krainie wiecznej zmarzliny nawet, gdy się je wbije w uda współspacza. Zwłaszcza, gdy się wcześniej siedziało godzinami w jednej pozycji na kanapie wgapiając się w wężyki literek z rękami na klawiaturze, a nie na gorącej herbacie z cytryną. Która z kolei z boku na ławie cierpliwie odbarwia politurę, by po pół godzinie zmarznąć jak i ja.

Wybaczyć mi musicie, że nie piszę, bo grudzień jest tak piękny, że aż dech zapiera, bo jak się w końcu wyrwę na chwileczkę do Lidla, do Tesco albo do pracy, to jest tak błyszcząco i mroźnie i pachnie guinessem i świeci mikołajami i rudolfami i choinkami, świeci tak cholernie cudownie kiczowato, że od razu mam ochotę pójść do Penniesa i kupić największy zestaw świątecznych ozdób i ustroić cały dom, i zaświecić największy i najbardziej pretensjonalny, najtandetnieszy i najobciachowszy zestaw Mikołaja z Rudolfem, choinką i saniami, grzmiącego 'hohoho' co 5 dokładnie minut głębokim basem Pavarottiego zsynchronizowanym z pojawiajniem się dymka z napisem 'HOHOHO'. Nad głową Mikołaja.


A zatem HOHOHO i wybaczcie. Że nie.

20:08, inny_glos
Link Komentarze (3) »
wtorek, 04 grudnia 2012

Już tylko 3 tygodnie zajęć do świąt. Jest to nasza, wykładowców, nieustająca mantra: only x weeks to Christmas! witamy się codziennie w windzie, na korytarzu, w kantynie. Jakby się tak nad tym zastanowić, to wcale to nie jest fajne, tak odliczać - było, nie było - własne życie, które i tak mija bez tego poganiania. Postanowiłam zatem świadomie starać się być teraz, choc jest to trudne jak wie kazdy, kto probowal nie myslec o przyszlosci i przeszlosci chocby przez godzine.

Thinking, fast and slow dalej jest moim numerem jeden, jeśli chodzi o książki z akademickim zacięciem, ale pisane tak, aby dało się zrozumieć. Dlaczego wszyscy nie mogą tak pisać??

Jezyk akademicki jest przeokropny. Ucze ostatnio studentow jak pisac eseje i jestem coraz mniej przekonana to tego symulowania naukowosci za pomoca stylu. Ta cala strona bierna, forma bezosobowa, tryb przypuszczajacy, styl formalny, obiektywnosc, unikanie zywych czasownikow, takich jak isc, zrobic, czytac, myslec, zobaczyc, a zamiast nich wykorzystywanie czasownikow odrzeczownikowych, takich jak urbanize, industrialize, merchandize. Przeladowanie tekstow takimi zbitkami wyrazowymi, ze czytelnik musi trzy razy przeczytac jedno zdanie, zeby zrozumiec jego sens. Rozumiem, ze tekst naukowy musi byc precyzyjny, nie rozumiem, czemu precyzja wyklucza jasnosc wypowiedzi.

Jesli celem artykulu naukowego jest rozwoj wiedzy, zrozumienie, jak funkcjonuje swiat, uzywanie takiego slownictwa jak "Consequences of erudite vernacular utilized irrespective of necessity" daje zupelnie przeciwny efekt. Zamiast rozumiec wiecej, rozumiemy mniej, idee staja sie mniej precyzyjne, kontury naszego myslenia zamazane i caly swiat pograza sie w mroku zabobonow i mnieman.

14:57, inny_glos
Link Komentarze (1) »
stat4u