RSS
sobota, 31 grudnia 2011

Doszłam do wniosku, że jestem szczęśliwa.

W związku z tym nie mam postanowień na nowy rok. 

To był dobry rok. Tylko trochę się zestarzałam (ale to chyba nieuchronne).

A teraz rozpoczynam świętowanie wyczekanym Mojito. Mi rozpieszczam ostatnio i kupiłam mu koniaczek, bo dalej charka i smarka. Koniaczek do herbatki, oczywiście.

Wszystkiego dobrego, kochani!

19:43, inny_glos
Link Komentarze (7) »
czwartek, 29 grudnia 2011

Siedzę zanurzona w czyimś (blogowym) życiu od rana, to znaczy od 11, nie mam problemu z późnym wstawaniem. Co chwila omiatam myślą rzeczy, które przydałoby się zrobić, ale w sumie czemu akurat teraz? Wyrzucić ciuchy w których nie chodzę jeszcze zdążę, nie mam problemu z wyrzucaniem.

A tak sobie nic nie robię. Re-ge-ne-ruję się.

Generuję siebie.

I dobrze.

Trochę to mnie gryzie, bo tak regeneruję sie już od dwóch tygodni, ale czasem trzeba, prawda?

No nie, w sumie to jeszcze chorowałam i gotowałam, czyli, powiedzmy, od tygodnia.

Żeby zagłuszyć budzące się wyrzuty sumienia zaglądnęłam na konto pracowe (a strasznie tego nie lubię robić, jak mam wolne, bo zaraz czuję się zestresowana) i zobaczyłam, że nie mam zaległych żadnych strasznych rzeczy na wczoraj (oprócz 120 esejów do sprawdzenia, ale na to tydzień wystarczy, nie?). Nawet studenci jeszcze mnie nie molestują za bardzo.

Poza tym jak tylko pomyślę o odchudzaniu to mam ochotę na krówki/pierniczki/kawałek pleśniowego sera/kromkę gruuuubo posmarowaną masłem, prawie że się ślinię jak pies Pawłowa. Odchudzanie mnie wkurza i się na to nie zgadzam. Może po okresie będzie łatwiej.

Dziś znowu biegłam. Prawie 5 minut (no dobra, 4) bez przerwy. A potem jeszcze 4. Jak widać nie zamierzam się przemęczać. 

Grałam dziś również rolę złego policjanta i zabroniłam Adziarzowi pójścia na przesuper slipołwer u Michaela, ale dopiero co, czyli 3 dni temu, leżał z głową na moich kolanach i prawie płakał, że go ucho boli. Na szczęście okazało się,  że to nie ucho, ale węzły chłonne od kataru i zwykłego wirusa, co jednak wyklucza slipołwer w tym tygodniu. No cóż. Często mam problemy z byciem stanowczą, ale nie tym razem. Dziecko zatem łka u siebie w pokoju i mierzy się z rozczarowaniem. A ja się zaraz zmierzę z Desperatkami:)

23:44, inny_glos
Link Komentarze (2) »
środa, 28 grudnia 2011
kuchennie

A oto pierożki:

 

Pierożki i kruk:

Kruk kuchenny:

20:04, inny_glos
Link Komentarze (6) »

A poza tym właśnie zaczęło lać jak z cebra, oczywiście całe święta była wyśmienita pogoda, słoneczko wte i we wte, kiedy jak ten świstak w kuchni zawijałam.

Niewiarygodne, że już za półtorej miesiąca wiosna. Zaczęłam dziś biegać, jak na razie oczywiście z kondycją kiepsko, hehe, jeśli nie tragicznie, bo mogę biec bez przerwy jakieś 5 minut. Potem wypluwam jakieś gostki, świszczę i w ogóle boję się oczywiście, że oto właśnie zaraz atak serca mieć będę. No cóż.

01:33, inny_glos
Link Komentarze (5) »
wtorek, 27 grudnia 2011

Bardzo wam dziękuję za życzenia i w ogóle za chudzinę, najśmieszniejsze jest to, że obecnie ważę najwięcej w CAŁEM SWOJEM życiu, no, w ciąży ważyłam jedno kilo więcej;)

I właśnie mam mocne postanowienie poprawy, czyli lekkiej diety, bo już mnie ociężałość trochę męczy. A na zdjęciu chudzina, no proszę, co może zrobić nastolatkowy dresik.

Święta u nas przebiegły spokojnie i nawet nie za szybko biegły, właściwie to szły można by powiedzieć, i bardzo dobrze. Zaraz przed świętami bowiem całkiem się rozłożyłam i przesiedziałam ciurkiem w domu, potem ledwo wstałam i wyszłam na lekkie zakupy, już trza było cięgiem 2 dni w kuchni siedzieć i pierożki lepić, a było ich 111:

(tu będzie zdjęcie)

Jak już polepiłam pierożki, zrobiłam barszczyki i tak dalej, zestaw obowiązkowy, to trzeba było to zjeść, najlepiej z kimś, bo samemu to trochę za dużo. I smutno. Zaprosiłam zatem samotnego kolegę na wigilię, na co Mi był okropnie zły, bo miał ochotę na tzw. Rodzinne Święta':



(fragment zaczynający się od 5.51 doskonale oddaje stan ducha M)

Choć tuż przed wigilią pogodziliśmy się oczywiście i nawet mi powiedział, że mnie rozumie.

Niestety, było już chyba za późno i nasz kolega zdążył odebrać nieprzyjazne prądy i z godziny na godzinę wyglądał co raz gorzej, bladł i czerwieniał na przemian, w końcu zamilknął na dłużej i o 12 kompletnie się rozłożył. Rano wstał z gorączką, zamówił taxi i wrócił do domu.

Oprócz tego było naprawdę fajnie.

Potem Adek się rozłożył, więc dalej siedzieliśmy w domu.

Dziś klątwa dopadła sprawcę całego nieszczęścia i M też siąka, kaszle, kicha i ogólnie jest biedny. 

Z tego wszystkiego prawie 2 tygodnie siedzę w domu i JUŻ MNIE ROZNOSI. Przez trzy dni non stop czytałam (Bad Science), potem obejrzeliśmy razem prawie 40 odcinków Gotowych na wszystko, ale ileż można! Dom wysprzątany, gotować lubię, ale raz w roku, a poza tym czas na powrót do formy i nie mam tu na myśli figury z brzuszkiem. Mam jeszcze dwa tygodnie wolnego (oprócz sprawdzania 120 prac, oczywiście), jutro chyba zaczynam prać wykładzinę. Albo wsiadam do pojazdu byle jakiego i jadę w siną dal, bo NIE MOGĘ JUŻ SIEDZIEĆ W DOMU.

21:54, inny_glos
Link Komentarze (1) »
sobota, 24 grudnia 2011

Nie wiem, czemu ludzie pokazują takie zdjęcia na blogu;), ale że bardzo lubię je oglądać, zrobię też coś dla ludzi:

(hmmm, muszę umyć lustro)

 

(najwyraźniej jakaś poświata ode mnie bije, to pewno czyste sumienie;)

13:20, inny_glos
Link Komentarze (6) »
czwartek, 22 grudnia 2011
Bad Science

A oprócz tego siedzę w domu, leczę katar i nie mogę się oderwać od Bad Science, którą przyuważyłam w księgarni jak kupowałam Adkowi prezenty.

Czytam ją na okrągło od wczoraj, od kiedy ściągnęłam ją z netu.

Jest dostępna, trzeba tylko trochę poszukać. 

Ach! fascynujący świat szarlatanów i homeopatii, 'specjalistów od odżywiania' i nigdy nie potwierdzonej zależności pomiędzy jedzeniem tłuszczu rybiego a sprawnością intelektualną! Ach, skrzywione próby statystyczne, koszmarnie zaplanowane badania i eksperymenty, 'wiedza popularna' i dyplomy PhD kupowane za 6 tys. funtów (promocja - razem z magisterką tylko 7 tys!).

Moon - tobie szczególnie polecam, bo po angielsku, o brytyjskich 'ekspertach' występujących w BBC i Channel4, i fascynująca, a ty się tym interesujesz:) I łatwo się czyta.

17:59, inny_glos
Link Komentarze (1) »
W temacie świąt



... to ja nic nie wiem.

Albo inaczej - niczego nie jestem pewna.

Bo czym są dla mnie święta Bożego Narodzenia? Na pewno nie świętami Bożego narodzenia, jak bardzo by to w sumie pozytywnie dla mnie nie brzmiało - nie wierzę w niepokalane poczęcie i narodzenie Boga, wierzę w stajenkę, zimno, biedę i narodziny kogoś dobrego, kto wiedział więcej o życiu niż jemu współcześni.

Być może. 

Jeśli zatem ich istotą nie jest uczczenie narodzin boga, to może zachowanie tradycji? Tak się zastanawiałam się ostatnio właśnie nad tą i inną tradycją. Czy jest ważna. I w sumie (choć przykro to mi się pisze) to nie wierzę w wartość tradycji. To znaczy wierzę w dobrą tradycję, nie wierzę w złą, nie wierzę, że sposoby życia i rozumienia świata, obrzędy, rytualne gesty i słowa są istotne tylko i wyłącznie dlatego, że przechowały się przez wieki (czy też jakiś czas, jak 'nowa świecka tradycja'). Śmieszy i przestrasza nas rytualne zabicie owcy czy innego zwierzaka przez muzułmanów, z pietyzmem zaś walimy po głowach karpie, owinięte w czystą kuchenną ściereczkę. I nie mam tu nic przeciwko jedzeniu karpia w ogóle (jak mówi mój mąż "jem tylko te zwierzęta, które byłbym w stanie zabić").

Są bowiem tradycje dobre i tradycje złe. Sama 'tradycja' jako taka nie jest pozytywna czy dobra jako całość, 'tradycja' bowiem to jest taki worek, do którego wrzucamy wszystko: ksenofobię i nieufność wobec obcych, zabobony, zdrowy rozsądek, który często nie ma nic wspólnego ze zdrowiem i rozsądkiem, język, przyzwyczajenie, wspomnienia, sentymenty, bajki słuchane na dobranoc, 'mity miejskie' i wiejskie, rytm dnia nastawiony na potrzeby rolnictwa bądź też fabryki z epoki wczesnoprzemysłowej, miłość naszych rodziców, mądrość i głupotę prababek i tak dalej i tak dalej.

Pozytywne wartościowanie "zachowania tradycji" nie ma zatem sensu - warto zachowywać tradycję dobrą, a wyrugować tradycję złą, prawda? Trudno mi sobie wyobrazić osobę upierającą się przy zachowaniu tradycji wkładania na trzy zdrowaśki chorych dzieci do pieca. Albo przestrzegającą ściśle tradycyjnej normy zakazującej obcinania kołtuna, bo z tego same nieszczęścia mogą wyniknąć przecież.

Dobra tradycja, ta warta zachowania to taka, dzięki której ludziom jest na świecie lepiej, w sumie zgodzę się tu z utylitarystami: dobra tradycja to taka, która polepsza życie wszystkich ludzi na świecie (niektórzy współcześni dodają: i zwierząt). 

Jeśli zatem istotą Świąt Bożego Narodzenia jest zachowanie dobrej tradycji, to co ona tutaj oznacza?

Czy sedno jej tkwi w postnych potrawach? 12 daniach? Pasterce? Prezentach? Kolędach? Sianie pod obrusem? 

Czy to wszystko jest "bardziej dobre" od indyka na pierwszy dzień świąt? Pieczonych brokułów i pasternaku? Mikołaja wyłażącego z komina? Kartek świątecznych na kominku? Rumowego ciasta wielkanocnego?

To wszystko nie ma znaczenia, bo istota tych świąt tkwi w czym innym: w spotkaniu się i ogrzaniu ciepłem naszych uczuć w ten straszny zimowy czas. Reszta to tylko rekwizyty. Przyzwyczaiłam się do takich a nie innych dekoracji i dlatego będę własnie takich używać, ale, tak naprawdę, nie mają one znaczenia. Ważne jest bowiem, że na przekór zimnie, wichurze, odległym gwiazdom, ciemnej i bardzo długiej nocy, pustym drzewom, ziemi, co nie rodzi i wodzie, co zamarza, my jesteśmy i jeszcze trochę będziemy. Możemy się trochę przy sobie ogrzać i znowu razem uwierzyć w ten nasz ludzki świat.

A zatem w temacie świąt, to zrobiłam przyjęcie bożonarodzeniowe dla znajomych Polaków i Irlandczyków, z barszczem, uszkami, pierogami, postną kapustą i trzema rodzajami śledzi. Wszystkim bardzo smakowało (przynajmniej tak mówili, ale - wiadomo - oni są tacy grzeczni, że cholera ich wie), posiedzieliśmy do pierwszej w nocy, mimo, że niektórzy (nie ja! nie ja! HAHAHA) rano do pracy, wypiliśmy trochę wina, pogadaliśmy trochę i uwierzyliśmy w nasz ludzki świat. Znowu.

A jakie mam w tym roku rekwizyty?

Na komiku stoi Poinsetta,

(oczywiście zdjęcie ukradłam z netu, nie mam białego kominka)

czyli Gwiazda Betlejemska,

kartka od mojej studentki "for a Special Teacher", na którą lubię patrzeć w ciemnych szkolnych chwilach,

kartka z trzema królami, którzy nie mogą dojść do Betlejem, tyko stoją i smutno się patrzą na mur zbudowany przez państwo Izrael zagradzający im drogę, która to kartka przypomina mi o pewnych ważnych kwestiach politycznych:



Mam parę czerwonych świeczek, róże w wazonie i całe stado Robinów 



 z 2 eurowego sklepu, które obsiadły doniczki, kratkę w kominku i różne dziwne przedmioty.

17:48, inny_glos
Link Komentarze (6) »
wtorek, 13 grudnia 2011
ZOMO na Legnickiej, czyli moje miasto 30 lat temu



 

13.12.1981

Pamiętam śnieg i czołgi, nie jestem pewna, czy te czołgi to moje rzeczywiste wspomnienie, czy też jakaś pamięć zbiorowa zlała się ze skrawkami mojego dzieciństwa.

23:43, inny_glos
Link Komentarze (2) »
czwartek, 01 grudnia 2011

Fryzjer zaliczony, wykład z nielubianą grupą odpracowany, paczka do Polski wysłana, obiad zrobiony (rękami Mi) i zjedzony (naszymi ustami).

Jeszcze tylko jeden wykład wieczorny, ale oglądamy film, więc ok.

Na dworze przepięknie, sucho, mroźnie, granatowo-fioletowo-różowo. Zapach zimy. Wszędzie lampki. Siedzę, wcinam banany z orzechami polane sokiem malinowym. Zaraz sobie obejrzę ostatniego House'a, przed wyjściem do szkoły.

19:20, inny_glos
Link Komentarze (3) »
stat4u