RSS
niedziela, 30 listopada 2014

xxx

15:18, inny_glos
Link Komentarze (6) »
wtorek, 25 listopada 2014

A poza tym biegam. Trochę ostatnio bardziej relaksacyjnie, niż wyczynowo (wczoraj lekko ponad 4 km, wiec łagodnie), ale biegam. I na razie nie zamierzam odpuścić. Uwielbiam.

Biegamy razem z M, bo jest już ciemno i zawsze go straszę, że zgwałci mnie jakiś muzułmanin po drodze (mieszkamy dość blisko meczetu) jak pobiegnę sama. W sumie chrześcijanin też może, nie jestem uprzedzona, ważne, że to działa i M biega ze mną.

Jak byłam dzieckiem uwielbiałam chodzić po górach, trenowałam też trochę w podstawówce - skok wzwyż i bieganie na 800 m. Trochę grałam w kosza. Nigdy nie byłam specjalnie wyjątkowo sprawna, ale lubiłam treningi. Potem wolałam imprezy i szlugi i tak mi zeszło do wieku lat dwudziestu paru, kiedy pojawił się Adek i czułam się tak zajęta, że na nic nie miałam czasu, a już napewno nie na gimnastykę. Poza tym czułam się młoda, zdrowa i sprawna. Sytuacja zaczęła się zmieniac gdzieś tak w okolicach 30tki, rzuciliśmy wtedy szlugi z M i podjęliśmy pierwszą próbę biegania razem. Pamiętam, że strasznie dyszałam i w ogóle było ciężko i wtedy do mnie dotarło, że powoli staję się kanapowym wielorybem, starzeję się i mam zadyszkę przy podbieganiu do autobusu. Zaczęliśmy biegać wiosną, było przepięknie, dopiero robiło się zielono i zaczynało pachnieć obłędnie. Biegaliśmy rano, a potem M pracował z domu. Niestety, po paru miesiącach nowy manager zainteresował się, kim jest ten MW którego nigdy nie ma w biurze, bo niby pracuje w domu, i od tej pory M musiał pracować w pracy. A już było tak pięknie.

Bieganie przerwaliśmy na dłuższy czas i dopiero tutaj, w Irl, po kolejnej próbie rzucania papierosów znowu spróbowaliśmy. Pamiętam nasze pierwsze wyjścia - 8 minut z przerwami na marsz, wracaliśmy do domu kompletnie wykończeni. A teraz pół godz nie jest jest dla mnie problemem. 

Nie ścigam się, nie biorę udziału w zawodach, nie chcę przebiec maratonu. Trochę mam bzika i mierzę sobie czas (uwielbiam nowe telefony, którymi można zrobić wszystko!), lubię być szybsza niż przedwczoraj, ale nie zawsze jestem i nie zawsze cisnę. Po prostu lubię biegać. Jest to jak wymuszona medytacja, umysł odrywa się od codziennie kłębiących się myśli i skupia się na tym jak jest ku..wa ciężko, czyli na chwili obecnej.

12:44, inny_glos
Link Komentarze (5) »
niedziela, 23 listopada 2014
A tak naprawdę to muszę się pochwalić

dzisiaj znowu zrobiłam TO:

23 listopada, temperatura wody 12.6 C, temperatura powietrza 7 C.

Ten z tyłu to Mi.

23:34, inny_glos
Link Komentarze (2) »

Ceremonia wręczania dyplomów okazała się dość przyjemna. Dużo dała bordowa toga z długaśnymi rękawami:



(Pierwszy w czerwonym po środku to ja)

Byłam na czymś takim pierwszy raz w życiu, głównie dla przyjemności doświadczenia bycia ubraną w togę, też pierwszy raz w życiu, pierwszy i ostatni, jak mniemam, bo przy całym uroku wydarzenia, to jednak wolę spędzać ranki w domu, z nogami na ławie, komputerem na kolanach i herbą z cytrą i miodem pod prawą ręką, dłubiąc w nosie, kiedy mam na to ochotę, a nie oglądając przez dwie godziny studentów i studentki na niebotycznych obcasach



odbierających na podium dyplom wraz z uściskiem ręki głównego szefa, za jedyną rozrywkę mając zakłady, która studentka się pierwsza wywali. I facebooka w komórce ukradkiem. (Ale nie bardzo, bo szef paczy.) Trochę było, ekhem, pompatycznie, no takie uroki ceremonii, wiadomo.

(Zdjęcie dokładnie oddaje widok z krzesełka na którym siedziałam).

W dodatku w części nieoficjalnej musiałam się chować przed moją byłą studentką, która z dyplomu dostała 3, i była bardzo na mnie wściekła, a nie wiedziała, że recenzentka chciała ją oblać. Biedna, naharowała się jak dziki osioł, ale większość źle, nasza współpraca układała się w stylu Kura wyłazi ze skóry, Prosi, błada, namawia: "Bądź głupsze!" Lecz co można poradzić, kiedy ktoś się uprze, i tak pisane pracy rozpoczęła od zrobienia ponad 800 ankiet, ale raczej nie z tymi osobami, co trzeba, każdemu zadając 20 pytań, ale raczej nie tych, co trzeba, bo nie wynikały z tego, co chciała badać, bo jeszcze dobrze nie wiedziała co to jest. No takie tam kwiatki.


A. była bardzo miła. Paplałyśmy sobie słodko niczym dwie koleżaneczki i nawet sobie zrobiłyśmy serię selfie. Do rzeczonej kwestii nie wracałyśmy. B, kandydatka na NMR była równie miła, no i w ogóle było miło. Pewno w dużym stopniu dlatego, że czułam się jak w Hogawarcie na wizytacji i wszystko mnie cieszyło.

Po tak uroczo spędzonym ranku wróciłam do domu i wyskrobałam maila, że w takim razie ja nadal będę pracować nad przedmiotem, tak w razie czego, szefowa zaraz wysłała mi odpowiedź, że trzeba to jeszcze przedyskutować na spotkaniu, odpowiedziałam, że wiem, że oczywiście, ale żebyśmy wiedzieli o czym rozmawiamy to warto mieć założenia programowe chociaż.

A po chwili do dyskusji emailowej dołączyła V., moja była studentka, Irlandka, która po roku pracy dostała cały etat, no wiecie, taka tam polityka biurowa i akcja afirmacyjna. V. napisała tylko jeden email, w którym zwróciła uwagę, że jeśli utworzy się nowy przedmiot socjologiczny, który będę prowadzić ja, to ona straci godziny niezbędne do pensum.

I tyle. Ona godzin nie może stracić, więc ja nic nie dostanę, w dodatku obcinają 5 godzin z każdego przedmiotu rocznie (takie tam oszczędności w firmie, rok akademicki skracają o dwa tygodnie, przecież nikt nie zauważy), więc tych godzin jest jeszcze mniej niż było. I tyle.

I tak po parudniowej huśtawce emocjonalnej stwierdziłam, że nie będę się kopać z koniem, jak to jest w dodatku  Koń Trojański. V. ma oczywiście oczywistą rację i tego nie zmieni nic, cokolwiek napiszę czy zrobię. No może w wyjątkiem wyeliminowania V. z gry, ale to wiązałoby się z morderstwem, którym jednak się trochę brzydzę.

Darując jej życie poczułam się znacznie lepiej, jestem jednak dobrym człowiekiem i mogę na siebie liczyć! - w cichości ducha pogratulowałam sobie.

Ale historia dopiero się zaczynała.

23:17, inny_glos
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 listopada 2014
Sin cojones

Na pierwszym spotkaniu w sprawie zmian programowych, a było to we wrześniu, w połowie września, dokładnie w drugiej połowie września, 17tego, okazało się, że potrzeba nowego socjologicznego przedmiotu, bo nasi studenci kończą licencjat bez zupełnie podstawowej wiedzy. Nowy przedmiot miał zastąpić stary przedmiot wykładowcy, którego akurat nie było na zebraniu (nieobecni nie mają racji), którym studenci są znudzeni, zmęczeni i w ogóle mają go po dziurki w nosie. Wykładowcy też. Bo kto by chciał uczyć się o Konfucjuszu, nie? B., mocna kandydatka do tytułu najgorszego managera roku, podniosła głowę znad papierów i zapytała retorycznie: - Ale kto go przygotuje?? Wietrząc w tym moją szansę dostania pełnorocznego przedmiotu i uzupełnienia sobie pensum o te - bagatela - trzy godziny tygodniowo - podniosłam głowę i zgłosiłam się na ochotnika. Ma się ten refleks, nie? Natrętną myśl o podkradaniu koledze zajęć uciszyłam w domu spoglądając na plan - kolega ma 21.5 godzin tygodniowo, ja - 6. Ja jestem w dodatku socjologiem, kolega - marketingowcem, a zatem kto miałby uczyć nasze młode chłonne głowy o Marksie, klasie społecznej i spółce, jak nie ja.

A poza tym jest Hindusem.*

Minęło czasu mało-wiele, ja siedziałam cicho zajęta różymi innymi historiami, rozpisanie nowego przedmiotu odkładałam na okoliczność ostatecznej konieczności (znacie to? - póki problem nie jest palący, nie zajmuje więcej uwagi niż moment przesunięcia papierów na biurku). Dla spokoju ducha pod koniec września napisałam do B., KnNMR, na kiedy chce mieć plan nowego przedmiotu. Jeszcze nie wie, ale mogę nad tym pracować, jak mam czas. No to super.

Znowu minęło trochę czasu, nie powiem, żebym zrobiła dużo, ale stroniczkę już miałam naskrobaną ogólnych założeń. I oto we wtorek dostaję maila z rozpisanym nowym programem i oczętom swoim nie wierząc odkrywam, że oto mojego przedmiotu nie ma. Udając głupszą niż jestem piszę jeszcze, że pewno zapomnieli i odsyłam uzupełniony dokument, ale już wiem, że wszystko na marne, wszystko stracone, punkty się nie zgadzają, ilość godzin się nie zgadza, piekło i potępienie. B. odpisuje na to, że nie ma miejsca w programie na nowy przedmiot, będziemy musieli ewentualnie uciąć jakiś inny przedmiot, jeśli to ważne. I że musimy jeszcze przedyskutować. Wysyłam kolejnego maila argumentując o konieczności istnienia socjologii w programie, powołując się na dokumenty przygotowane przez innych członków zespołu, żongluję argumentami, perroruję i udowadniam. Na to odzywa się A., dość fajna osoba, ale niestety sin cojones, czyli popularny cziken po angielsku a po polsku bez jaj. A. zaczyna maila "Tak bardzo jak zawsze popieram socjologię (mój narkotyk) .." a ja już wiem o so choći, o co kaman, jak to mówią, no w życiu mnie przecież nie poprze, musiałaby mieć jaja, a tak, to tylko rzuca się na ratunek tonącej we własnych błędach B. Ale A. powołując się na swoje badania preferencji studentów (chcą więcej przedmiotów praktycznych, a mniej teorii - hehe, toż mi nowina) trochę przedobrza pisząc "jeśli chodzi o dodatkowe przedmioty studenci wskazali, że chcieliby mieć coś o przestępczości i więcej opieki społecznej, uważam zatem, że powinniśmy ich słuchać", przedobrza, bo dwie godziny wcześniej wysłała raport z własnych badań na - imponującej zaiste - grupie 15 studentów, w którym nieopatrznie napisała "jedna osoba wyraziła chęc większej ilości godzin z opieki społecznej". JEDNA OSOBA. I cyfrą: 1. W systemie zerojedynkowym: 1. 

Dodajmy tylko, że A. jest doktorem socjologii i specjalizuje się w badaniach jakościowych. 

Odpisuję więc, bardzo grzecznie, ale delikatnie wytykając jej ten i inne błędy, ale już wiem, że wszystko stracone, prawa flanka padła, zagłada blisko.

W międzyczasie włącza się w rozmowę Hindus, zauważając, że to ciekawe, ale on sobie nie przypomina takiej dyskusji na naszym spotkaniu (hahaha, bo go przecież nie było). I jak ostatnio rozmawiał z B. - jej kandydatura na NMR wyraźnie się tu nam wysuwa na prowadzenie - to nie wspomniała mu o żadnych planach zlikwidowania jego zajęć. Ani ich zmiany, co on przecież bardzo, bardzo chętnie zrobi. I też uważa, że nasi studenci potrzebują więcej solidnych, socjologicznych podstaw, a nie przedmiotów skupiających się na tym, jak zrobić dobre wrażenie.

Nie wdaję się z nim w dyskusję a propos spotkania, puszczam tylko maila do wszystkich, że go popieram w ocenie studentów.

Mija noc.

Jestem potwornie wkurwiona. Tym, że ciągle muszę walczyć o jakieś ochłapy. Oczywiście rozumiem Hindusa, ale A. coraz badziej postrzegam w kontekście tego, czego nie ma. Sin cojones. Taka przyjazna dusza na początku! Cóż, przyjazne dusze też muszą z kimś trzymać, a jeśli tak, to czemu nie z tymi, którzy mają władzę?


Rano A. odpisuje przepraszając za nieścisłości. Jakoś mnie to raduje i uspokaja, choć i tak wiem, że na nic, kończ waść, wstydu oszędź, nic z tego nie będzie, ale w nieco lepszym nastroju idę na poranną ceremonię wręczania dyplomów.

 

CDN

(kurcze, wiem, ze już was tak parę razy zwodziłam, ale tym razem NAPRAWDĘ dokończę. No chyba, że mi ktoś zapłaci za nieupublicznianie tej historii, to wtedy zależy od tego, ile;) 

 

 

* Wyjaśniam: to żart. Chamski, rasistowski żart w stylu, nie jestem rasistą, ale.... 

19:36, inny_glos
Link Komentarze (3) »
czwartek, 13 listopada 2014

Cud, moi drodzy, prawdziwy cud, niesamowitość, osobliwość i kuriozum, jak jestem wkurwiona to kruka nie ma, nic mi nie siedzi w płucu i nie dziobie, cały strach hipochondryczny znika, jak jestem porządnie, do białości wkurwiona i zamiast siedzieć cicho jak mysz pod miotłą i zgadzać się na wszystko czym mnie karmią wstaję i walczę, jak Walkiria, waleczna jak Amazonka, tylko z dwoma cyckami, wojownicza jak żółwie ninja, rewolucyjna, dzielna, odważna, piszę co myślę, mówię co uważam, nie boję się i smutny zwierz opuszcza me wnętrze, nie ma kruka, nie ma ma, biegam i myślę, że jestem zdrowa, tylko porządnie porządnie wkurwiona i z jakiegoś dziwnego powodu wkurwienie to wciskałam sobie w płuco, zamiast czuć je, jechać na nim i zmieniać świat.

Bo akceptacja rzeczywistości nie polega na wypieraniu wkurwienia, gniew trzeba tak samo zaakceptować jak wszystkie inne uczucia, gniew można wykorzystać do czegoś dobrego, nie wolno się go wypierać, albo go wciskać w siebie, bo świat nawet na wkurwie jest cholernie piękny. Czasem mam wrażenie, że piszę androny, ale mają one sens. Dla mnie.

22:44, inny_glos
Link Komentarze (1) »

Od kiedy Mi został weganinem, a ja prawie-że wegetarianką, to odżywiamy się okropnie zdrowo. Ja trochę mniej, bo uwielbiam tłuste i śmierdzące sery, ale może w sumie to się wyrównuje, bo często jem też tłuste ryby, a wiadomo, że ryby są niemożebnie zdrowe. 

Ale do rzeczy.

Wegeburger oczywiście 'nie ma porównania z prawdziwym burgerem' jak stwierdził Adziarz, bo smakuje zupełnie inaczej i jakby ktoś oczekiwał, że poczuje dobrze wysmażonego wołowego kotleta po wgryzieniu się, to zawiedzie się srodze. Bo to nie jest mięso i w sumie mięsa nie udaje, ale jest okropnie pyszne same w sobie, a w dodatku człowiekowi nie jest słabo przez następne 3 godziny jak po prawdziwej wołowinie. Nie mówiąc już o tym, że jest sto razy zdrowsze.

Robi się go dosyć prosto, choć wygląda skomplikowanie:

Przepis jest na z 5 burgerów, ja zrobiłam 15 czyli 3 razy więcej i wam też tak radzę, bo są genialne i nadają się do pracy, szkoły, przedszkola i na wycieczkę, a jakby ktoś marudził, to można też zamrozić i z głowy, aż będziemy głodni i zaglądniemy do zamrażarki i voila!

A zatem bierzemy szklankę zielonej soczewicy i gotujemy pół godziny, albo jak nam pasuje, byle by miękka była. Potem pół cebuli, jedną marchewkę, pół szklanki pestek dyni i słonecznika, albo jakich tam mamy w domu i wszystko wrzucamy do jakiegoś miksera albo food procesora czy co tam mamy, co nam wszystko dokładnie zmieli. W osobnej miseczce zalewamy 1 łyżkę stołową zmielonego lnu 3 łyżkami gorącej wody. Jak sie soczewica ugotuje to odlewamy wodę, wrzucamy wszystkie zmielone rzeczy, dorzucamy 2/4 szklanki płatków owsianych i  glut z lnu, 3/4 szklanki bułki tartej, przyprawiamy 4 łyżkami sosu sojowego albo solimy, dorzucamy łyżeczkę mielonego suszonego imbiru (ja się obeszłam bez, za to dorzuciłam bazylię, tymianek i lubczyku trochę), troche soli, papryki, pieprzu i mieszamy. Ja się nie chce misić, to dodajemy namoczonego lnu, jak płynne jest to dodajemy płatków owsianych czy co nam tam przyjdzie do głowy. Formujemy kotleciki i smażymy. Na oleju.

To jest potrawa wegańska, czyli bez jajek, ale podejrzewam, że z jajkami może być jeszcze lepsza.

Jest to jeden z tych przepisów, które po pierwszym spróbowaniu włączyłam do naszej prywatnej kuchni, obok placków ziemniaczanych z kapustą kiszoną, spaghetti z krewetkami i risotto według Jamie Olivera.

Kotleciki podaje się na bule hamburgerowej, na sałacie, przykrywa się plastrami ogóra kiszonego i pomidora, keczupi, ja jeszcze dodaję plaster Cammemberta i łyżeczkę sosu żurawinowego, przykrywam bułą i wsadzam do tościarki czy paniniarki (taki niby grill ale z pokrywą), ale tak naprawdę nic nie trzeba robić z nimi.

Są zdrowe i strasznie smaczne, choć prawdziwy mięsożerca będzie się patrzył z politowaniem.

Ale do czasu.

Aż dopadnie go koronarografia. 

20:10, inny_glos
Link Komentarze (8) »
środa, 12 listopada 2014

Moja szefowa szeruje na fejsie takie gówno, rzewną, ckliwą historyjkę, w stylu jak w młodości chciałem zmieniać świat, podróżować i pomagać biednym (nie, nie musicie jej czytać, streszczę ją w jednym akapicie) a potem zostałem księgowym, zarabiałem kupę kasy, awansowałem i zarabiałem jeszcze więcej, w międzyczasie stałem się takim dupkiem, że dziecko mnie nie lubi a żona chce się rozwieść, a teraz mam 46 lat i przegrałem życie, choć zyskałem kupę szmalu, mam dawno odłożone inwestycje na emeryturę, ale właśnie się obudziłem i moje życie nie ma sensu i mówię wam dzieci idźcie za swoimi marzeniami! Nie przegrajcie swojego życia! 

Czytam takie teksty i od razu strzela mnie szlag, wręcz szczela nie strzela, momentalnie, panie dupku księgowy, jak się ma 40 lat i całe życie się szło za marzeniami i pracuje się w pracy którą się kocha to się całe życie żyje na krawędzi, to się nie ma domu, samochodu i kasy na wakacje, bo takie dupki jak ty prześcigają się w kreatywnych sposobach jak tu jeszcze więcej zaoszczędzić na pracownikach, za co dostają ogromne premie, jak się idzie za marzeniami to się liczy każdy grosz i walczy o każdą godzinę/zlecenie, to nie stać cię na dobrą szkołę dla dziecka, mimo, że się to dziecko bardzo kocha i dziecko bardzo kocha ciebie, panie księgowy dupku, proszę przestać dawać takie rady sytego, siedzącego w wygodnym fotelu świniaka, bo naprawdę nie wiesz co to znaczy iść za marzeniami, to znaczy być biednym a nie jeździć po świecie pomagać biednym, to znaczy w każdym miesiącu bać się, że podwyższą czynsz i wylądujesz w schronisku dla bezdomnych z dzieckiem, które przeżyje traumę i przestanie się do ciebie odzywać, panie dupku, coś za coś, oko za oko, za te lata posłusznego trybika w systemie i sprawnego wypełniania coraz bardziej nieludzkich nakazów wyższych managerów coś ci się należy, a i tak nie wylosowałeś najgorszej karty, ja w wieku 46 lat powiem, żałuję, że przegrałam życie i nie zostałam księgowym, szefową HRu, wszystko jedno jakim chujem, nie miałabym tego strachu po nocach, tego bladego obezwładniającego skurczu żołądka, że w końcu znowu ten czynsz podniosą, tej desperacji, tego rzucania się po byle jakie ochłapy i tej ciągłej walki o krwawe strzępy.

 

 

Przepis na wege burgera w następnym odcinku.

22:57, inny_glos
Link Komentarze (1) »
niedziela, 09 listopada 2014

Wszystko jest TAK dobrze, że włącza mi się co jakiś czas kruk siedzący w płucu, bo przecież nie może być tak dobrze, przecież to musi się spieprzyć dokumentnie, wyobrażenia potworności jak zdarta płyta i naprawdę staram się, staram to ignorować i skupiać na tu i teraz.

Dziś zrobiłam vegeburgera, podpatrzonego kiedyś w burgerowni we Wrocławiu, kosztował aż 16 złotych, ale warto było, bo był tak pyszny, że postanowiłam kiedyś M zrobić w domu i oto dzisiaj nastał ten dzień, akurat mieliśmy wszystkie produkty, zrobiłam 3 razy tyle co w przepisie i będziemy jeszcze jeść 3 dni, ale warto, warto, bo jest cudowny, dawno czegoś tak pysznego nie jadłam. Do tego bułeczka, sałata, kiszony ogórek, plaster cammemberta i sos żurawinowy, i nawet Adek stwierdził, że może być. Od kiedy M jest weganinem gotuję zupełnie bezmięsnie i bezmlecznie, czasem w ostatnim etapie przerzucam część do drugiego garnka i dodaję śmietany/masła czy czego tam trzeba, a mięso Adziarz może sam sobie przygotować - mamy kuraki w razie czego w zamrażarce - ale nigdy mu się nie chce, więc je z nami i przynajmniej jest zdrowszy.

Wczoraj zrobiłam sobie też test na wiek biologiczny i wyszło mi 32 lata, M mówi, że oszukuję, bo odjęłam sobie 4 cm w pasie, ale cóż ja zrobię, jak się mierzyłam po jedzeniu, a naprawdę tyle nie mierzę? Puls też zawyżony miałam, więc wprowadziłam korektę na postawie pulsu spoczynkowego mierzonego zaraz po obudzeniu się, i voila! 32 lata! A przecież nie biegam od trzech tygodni, bo mnie cholerne choróbsko dopadło po szaleństwach w Polsce.

17:36, inny_glos
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 03 listopada 2014

Mam już dosyć chorowania. Przywiozłam zapalenie krtani, wirusy polskie wymieszały się z irlandzkimi i teraz wszyscy kaszlemy od tygodnia, od dziś również kichamy. Cieszę się, że większość czasu pracuję w domu. Dziś mam pierwsze webinar, czyli będę prowadzić zajęcia z kanapy przez internet, a 15 studentów będzie mnie słuchać. Trochę się oczywiście boję.

Za oknem zimno, bezlistne drzewo z ostatnimi owocami jarzębiny. Marzę o dużym ciepłym swetrze, zakochałam się w tych włóczkach i chcę go sobie zrobić na drutach, z raglanowymi rękawami (choć taniej będzie kupić).

W sobotę odwiedziły nas dzieciaki na Halloween, bardzo się ucieszyłam, od 4 lat czekałam na 'trick or treat' i dopiero teraz dowiedziałam się, że trzeba dom przyodziać w pajęczyny i trupie czachy, jeśli się chce, żeby ktoś zapukał. W tym roku wystarczył gumowy kościotrup na klamce i krwisty napis 'keep out'. Nie wybraliśmy się na cmentarz, bo chorujemy, ale przypomniało mi się, jak to parę lat temu znajomy Irlandczyk na wieść, że tradycyjnie w Polsce idziemy na cmentarz, stwierdził, że to jest 'creepy', czyli przerażająco-odrażające, a mówił to w domu przystrojonym w krwiste ślady, kościotrupy, odcięte ręce i potwory z dyni. 

 


11:11, inny_glos
Link Komentarze (4) »
sobota, 01 listopada 2014

Ach, są takie rzeczy które wkurzają mnie do żywego.

Ostatnio przesiadywałam trochę na forach dla matek starających się i tam tragedie innych kobiet są używane do poczucią się lepszą - niewinną, a przeżywającą tak jawną niesprawiedliwość. Oto ja, matka in spe, tak bardzo chcę mieć dziecko, a nie mogę, a te patole (popularne określenie na forach) mnożą się jak króliki, piją i krzywdzą dzieci. Ostatniprzypadek kobiety w 26 tygodniu ciąży, która zgłosiła się do szpitala z 5 promilami we krwi i krwawieniem z dróg rodnych i przepołowionym płodem wywołało falę świętego oburzenia. Fala dotyczyła oczywiście tego, że ciężarna była pijana "jak tak można w 6 miesiącu ciąży!".  Tytuły z gazet tylko podkręcały histerię: "Pijana matka urodziła martwe dziecko". No tak, przecież jest to oczywiste - piła i dziecko urodziło się martwe.

A ja sobie tak myślę, że jakbym nie chciała dziecka i nie miała możliwości legalnej aborcji na początku ciąży, jak to jest w Polsce i w Irlandii, to też bym się upiła przed wsadzeniem sobie tam wieszaka z drutu w 6 miesiącu. Spróbujcie zrobić to na trzeźwo. Dziękuję losowi, że urodziłam się w rodzinie inteligenckiej i pewno znalazłabym inne sposoby (WoW). Ale nie jest to moją zasługą, tylko darem losu.

Tragedia ludzka jest w odpowiedni sposób podkręcana i prezentowana, nikt się nie zastanawia jak było naprawdę, co było pierwsze - martwy płód czy pijana matka, pokazuje się całą sytuację, jakby fakty mówiły same za siebie, a kobieta zasługiwała na wieczne potępienie.

Jakoś tak mamy, że tragedie innych łatwo wrzucamy w worek z napisem 'zło' a nasze własne tragedie zawsze są wyjątkowe i specjalne i nigdy się nie poddają generalizacji.

I jeszcze sobie tak myślę, że nie ma dużej różnicy pomiędzy matkami potępiającymi inne kobiety w skrajnej sytuacji życiowej i kobietami krzywdzącymi swoje dzieci.

Obie grupy są tak samo pozbawione empatii.

13:07, inny_glos
Link Komentarze (4) »
stat4u