RSS
piątek, 22 listopada 2013

Staram się z bagna wyciągać za włosy jak baron Munchausen, ale to jeszcze trochę potrwa. Włączyły mi się WSZYSTKIE stare traumy z wczesnego dzieciństwa i późnego nastolectwa. Wobec tego uruchomiłam też wszystkie zasoby: yoga, medytacje, bieganie, codzienne godzinne rozmowy mamą i siostrami, książki książki książki. (Wiecie że w Irlandii jest prowadzona biblioterapia? Możecie pójść do lekarza, a on wam da receptę na książkę. Serio serio. Uchachałam się z tego pomysłu, ale w sumie - dlaczego nie? Skoro zawsze jak jest źle jeden z moich pierwszych impulsów to pójść do szkolnej biblioteki i spędzić parę godzin przed półką z psychologią i psychoterapią...). Odłożyłam spotkania towarzyskie, można by rzec, że się ukrywam w domu.  Odłożyłam na bok AMBICJE i PLANY. Chcę mieć to wszystko w dupie. Chcę żyć. Chcę po prostu żyć.

Walczę i się nie poddaję. Myślę sobie - po pół roku w obcym kraju zaczęłam wykładać w obcym języku, to nie poradzę sobie z samą sobą? A jednak. Na samą siebie takie siłowe metody nie działają. Im bardziej się ze sobą siłuję, tym jest gorzej. Im bardziej się zmuszam, tym mniej mam siły. Im bardziej biorę się za pysk, tym więcej życia ze mnie uchodzi. Im bardziej się PRZEŚLADUJĘ tym bardziej umieram. Nie jestem historią sukcesu, bo nie tędy droga.

Coraz bardziej do mnie dociera, że muszę dużo dużo w sobie przebudować. Po każdym kryzysie po jakimś czasie niestety wracam na stare koleiny, ale właśnie wtedy, kiedy to czerwone światełko miga, a alarm wyje, WIEM, WIEM WIEM, że nie mogę tak dłużej, że jak się nie zmienię tam w środku, to zginę.

Och, wiem, że nic z tego nie rozumiecie. Ja też jeszcze nie bardzo. Wiem tylko, że włączył mi się wielki, czerwony, wyjący alarm w środku i muszę coś zrobić, żeby ujść z życiem. A to, co muszę zrobić robię po omacku i wbrew swoim pierwotnym instynktom, bo nie podobne jest zupełnie do tego, co robiłam dotychczas i nie podobne jest to do tego, co myślałam dotychczas. Uczę się chronić samą siebie, uczę absolutniej szczerości z samą sobą. Uczę się być sobą (haha, większego steku banałów dawno nie czytałam;) i nie realizować czyjejś obłędnej koncepcji na bycie mną, ani tej dobrej, ani tej złej, ani tej projektowanej po dobroci, słodkiej jak maliowa kaszka, ani tej wmuszanej na siłę, jak ciepła zupa mleczna z kluchami z metalowego talerza. Uczę się nie ulegać projekcjom na temat tego, kim jestem - bo nie jestem ani dobra ani zła, ani ciepła ani zimna, ani pomagająca i wyrozumiała ani odrzucająca i okrutna. Chyba najtrudniej się uwolnić od iluzji bycia 'dobrym człowiekiem', od tej fałszywej polukrowanej otoczki, tego, że już nie możesz, a jeszcze pomagasz i wysłuchujesz, a raczej udajesz, że pomagasz i wysłuchujesz, bo się za bardzo utożsamiłeś z fałszywym obrazem. Chrystus nakarmił nas swoim ciałem - czy wobec tego my też powinniśmy sobie rękę odciąć i ugotować na niej zupę, by nakarmić głodego? Uczę się też tego, jak bardzo ciało jest związane z umysłem, jak bardzo zapomnieliśmy o tym i zamiast pracować z umysłem by mieć wpływ na ciało, skupiamy się na gimnastyce, by mieć wpływ na umysł, machamy rękami i głodzimy się na diecie, bo liczymy, że dzięki temu znikną nasze lęki, kompleksy i blokady. Chociaż myślę, że wysiłek fizyczny pomaga, ale nie sam, nie jako narzędzie do dalszego katowania się próbami osiągnięcia jakiegoś wymyślonego ideału. Czyli w skrócie: w dupie mam swoje fałdki na brzuchu. Ech, skomplikowane to wszystko.

I wciąż nie wiem 'jak się staje czym się jest'. Błądzę i zawracam.

Czasem się zastanawiam po co ja to wszystko wypisuję - staram się być tak szczera, jak tylko mogę sobie na to pozwolić i często ostatnio czuję się na blogu jak naga na środku ulicy (no, powiedzmy w biustonoszu - ładnym! - i w majciochach) lub czuję, że mogę kogoś zaboleć. Ale, myślę sobie, ale jeśli choć raz opis moich świrów pomógł komuś, tak jak mi pomogły wielokrotnie wasze doły (dziwne, prawda?), przyniósł choć chwilową ulgę, to czuję, że warto. Oprócz tego, że na pewno warto dla siebie (ale jak tylko dla siebie to trzeba by zamknąć bloga i rozebrać się z tej bielizny).


14:26, inny_glos
Link Komentarze (8) »
niedziela, 10 listopada 2013

W międzyczasie, między dumaniami nad istotą bytu, rozmyślam również  nad kupnem domu. Takie nowe hobby: przeglądam oferty na necie. Takie nowe zupełnie nie praktyczne hobby, skoro Mi nie ma pracy, a ja pracuję na kontrakt, ale taką mi to przyjemność sprawia, że oddaję się temu cudownemu marnowaniu czasu z uporem maniaka. Szlag mnie trafia, że płacimy od pięciu lat komuś do kieszeni, zamiast spłacać swoje mieszkanie, które mogłabym urządzić po swojemu, przykleić tapety jakie lubię, powbijać gwoździe we wszystkie ściany i powiesić ukochane zdjęcia, mieć kawałek trawy za domkiem i posadzić tulipany, marchewkę i sałatę, zrobić sobie kompost, posadzić drzewo, zrobić hustawkę na drzewie, zbudować sobie szopę, może kupić sobie jakiegoś żywego zwierzaka (kozę?) no i w ogóle.  Od trzech lat płacimy 850 euro i co roku się boję, że właściwiel w końcu podwyższy czynsz, bo jest to bardzo mało za taki domek w Dublinie - podobne w okolicy to kwestia już 1100. Kredytu płacilibyśmy mniej, ale nikt nam go nie da obecnie. No to chodzę, oglądam domy na necie i w rzeczywistości i sobie marzę. A co. Wolno mi.

I oczywiscie skoro się jeszcze trochę pobędę na tej ziemi to muszę jakoś wyglądać. Z tej okazji kupiłam sobie płaszczyk, buty, spodnie i bluzki. Cztery rzeczy do pracy, a płaszczyk dlatego, że śliczny. O proszę:

Śliczny, prawda?

Adek znowu pęknął sobie rękę. Ale nie bardzo poważnie, już w piątek do kontoli. Ja zgubiłam klucze do roweru i do domu, no bo wiecie, mózg miałam zajęty przeżywaniem niebytu. I tak to w czw cały dzień spędziłam w pracowej kantynie czekając na Mi aż wróci z Adkiem z pogotowia. Byli tam 7 godzin. Za to w sobotę na jakimś haju pomiędzy popełnianiem wpisów wymyłam lodówkę, posadziłam kwiatki, umyłam piekarnik i szafkę na gary oraz wyprałam 16 par piekłostopek. Potem poczułam, że znowu kaszlę, przestraszyłam się i poszłam spać taka przestraszona, aż dopiero dziś kuleczka pomysłowego Dobromira strzeliła mnie w głowę - myłam piekarnik wdychając żrące opary które by nawet Terminatora powaliły. Nic dziwnego, że kaszlę. (Już nawet nie wspominam, że tydzień temu obserwowałam z lupą swój pieprzyk, który zrobił sie ciemny i twardy, umówiłam już wizytę u lekarza, aż tu nagle patrzę, a tu strupek odpadł i pieprzyk wrócił do swojego normalnego stanu. Bo był zadrapany. Przypadkowo). Poza tym hormony dopisują, dziękuję, mój organizm zwariował jeżeli chodzi o babskie sprawy. No, ale tego to już wam oszczędzę;)

21:52, inny_glos
Link Komentarze (6) »
sobota, 09 listopada 2013

Bojąc się,

że może tak boleć, że rozpadniemy się na tysiące kawałeczków, jak Humpty Dumpty,

(i nawet królewska armia i nawet królewska jazda nie złożą nas do kupy)

odcinamy się od bólu. Staramy się nic nie czuć.

Stajemy się puści, jałowi i bez znaczenia. Jak wydrążeni ludzie.

(My próżni ludzie
My wypchani ludzie
Podpieramy się wzajem
Niestety w głowach słoma
Kiedy do siebie szepczemy
Ciche i bez znaczenia
Są nasze wyschłe głosy
Jak wiatr dmący przez osty
Jak szczurze łapki na rozbitym szkle
W naszej suchej piwnicy

Kształty bez formy, cienie bez koloru
Zastygła siła i gesty bez ruchu.

Ci, którzy weszli nie spuszczając oczu
W inne królestwo śmierci
Wspomną jeżeli wspomną
Nie dusze gwałtowne
Lecz ludzi wydrążonych
Lecz wypchanych ludzi.)

Interesujemy się sztuką fotografią i literaturą,

ale nic do nas nie dociera. Sami umiemy tworzyć tylko pustą formę.
Dzieci uśmiechnięte na fotografiach, zapach ciasta w domu, wino o zmierzchu i espresso o poranku. Wydmuszki.
Puk puk puk, pusto pusto pusto. Nasze ciała jak skorupki ślimaków w których już dawno nikt nie mieszka.
Nasze dzieła cieszą oko, ale nie docierają do duszy.
Nasze twarze
o regularnych rysach, pielęgnowane właściwie, dobrze wyglądają na zdjęciu.
Z bliska gdzies w kurzych łapkach czai się pustka
pustka pustka pustka.
Możemy zrobić wszystko, bo nic nie czujemy. Moralność innych nas nie dotyczy.
Boimy się ludzi i im nie ufamy. Zawsze mogą nas zrzucić ze skały. Zawsze mogą nam zaszkodzić.
Nie wpuszczamy do domu obcych. Nie chodzimy do obcych domów. Nie otwieramy się przed ludźmi.
Dawno zamknęliśmy nasze sny i marzenia w odległej ciemnej komnacie i udajemy, że ich wcale nie ma.
Albo że nic nie znaczą.

Opowiadamy seriale, bo nic nie mamy innego do powiedzenia.
Nic nic nic. Pusto pusto pusto.
Kiedy ludzie zaglądają w nasze okna zasłaniamy je szczelnie. Nic tu nie ma! Sio!
Pusto pusto pusto.
Boimy się bólu.
Boimy się samych siebie.
Umieramy za życia.





17:10, inny_glos
Link Komentarze (2) »

Nie boję się.

Jedna bitwa za mną.

Dzisiaj sadzę tulipany. I myję lodówkę.

Wszystko ma znaczenie.

Znowu jestem ucieszonym głupcem, ale do studni zajrzałam i wiem. Tym bardziej sadzę tulipany.

15:09, inny_glos
Link Dodaj komentarz »

A co nam pomoże?

Pomoże nam to, czego się tak boimy - pomoże nam zaglądanie do ciemnej studni.

Pomoże nam kontakt z tym wszystkim, co dawno temu zepchnęliśmy w ciemną głębinę.

Mnie pomogła ta książka.

Pomogły mi też te obrazy:











(- Co to jest? - zapytała się Danusia - Tutaj jajo a tutaj bejo. - odpowiedziałam ja.)



I moja ulubiona para mieszana (fragment obrazu Samain):



(wszystkie obrazy by Leonora Carrington)

Na wystawie stałam i stałam i nie mogłam się napatrzeć, czułam, jak te obrazy robią coś mi w środku, jak nazywają nienazwane, jak rozplątują splątane, jak oswajają nieoswojone, łagodzą bolące, chłodzą gorejące, rozpalają lodowato zimne, w potwornych ciemnościach zapalają małą, malutką lampkę.

A ja stoję i się rozglądam i aż buzia mi się otwiera na te dziwy.

Nie boję się.

15:06, inny_glos
Link Dodaj komentarz »

Powróciłam do świata żywych. Czułam się bardzo źle przez prawie tydzień, prawie tydzień spędziłam na bliskim spotkaniu trzeciego stopnia ze śmiercią. Tak to czułam. Ciemna dolina, grób i mogiła, smutek, szarość, koniec wszystkiego. Apogeum przeżyłam dwa tygodnie temu na wycieczce do Glendalough, o tutaj:



w takich cudownych okolicznościach przyrody szłam i zalewałam się łzami, że umrę ja, umrze Mi i Adek też umrze, umrą wszyscy ludzie których znam i ci, których nie znam też, wszelkie dobro, miłość i piękno się skończą, skończy się Ziemia i nasze Słońce, ale najpierw umrę ja. Czyli było grubo. Mi gadał z Adkiem, deszcz siekł pionowo i poziomo, huragan szalejący w Anglii dawał się odczuć na szytach Glendalough, las pachniał, kurtki furkotały, herbata powoli stygła w termosie, kanapki traciły jędrność w plecakach a ja płakałam nad marnością świata.

I to było apogeum. Szczyt. Prawdziwy wierzchołek. Albo najgłębszy dół. Zależy jak patrzeć.

Tego wieczora zadzwoniłam do siostry, która mi powiedziała takim mocnym, zdecydowanym głosem, że ona się nie martwi, bo ona WIE, że ja nie umieram. Że tylko muszę oddzielić swój smutek i strach od ciała, muszę zobaczyć, czego one tak naprawdę dotyczą. I wtedy jej uwierzyłam. I poczułam. Że ja nie umieram, przynamniej jeszcze nie teraz, nie w tej minucie, że ja się tylko boję i rozpaczam nad końcem końców. Od tego czasu poczułam się lepiej. W nocy miałam sen, że wykaszlałam taką małą szarą przywrę, która mi siedziała na płucu,patrzyłam się na nią i myślałąm, że jest już od dłużeszego czasu martwa. Martwa przywra siedziała mi na płucu. Ale ją wykaszlałam. Od tego czasu zaczęłam się goić. Wiedziałam, czego się boję - śmierci, nicości, pustki, tego, że wszystko znika i przemija i że kiedyś nie będzie mnie, ani Adka, ani Mi.

Chyba przychodzi taki czas, myślałam sobie, przychodzi taki czas, kiedy trzeba się z tym zacząć mierzyć. Nie zmierzyć, bo nie sądzę, żeby to była jedna bitwa (w końcu nikt jeszcze ze śmiercią nie wygrał), tylko zacząć mierzyć. Zacząć rozumieć. Że przemija, że się kończy, że blednie, więdnie i sie rozsypuje. I my też. Że nie ma wzrostu bez końca.

Jako dziecko przyzwyczajamy się do myśli, że robimy różne rzeczy lepiej i lepiej. Że więcej wiemy, jesteśmy coraz sprawniejsi, mądrzejsi, bardziej doświadczeni, potem zaczynamy gromadzić rzeczy, domy i mężów, mamy i mamy coraz więcej, powoli po szczeblach marzeń się drapiemy po karierę, pozycję, czy wymyśloną rodzinę, kolekcjonujemy dyplomy i pochwały, nagrody, pierwsze pukle włosów i pierwsze rysunki, czujemy się tak obdarowani w życiu, a jeszcze nam się wydaje, że możemy wszystko! hoho, gdybyśmy tylko chcieli! to świat zawojujemy!

Taki czas gromadzenia, o którym mniemamy, że się nigdy nie skończy, że zawsze będziemy mieli tylko więcej i więcej, że zawsze będziemy mogli tylko więcej i więcej, a więc nowa dieta, płaszcze i buty, nowa praca, nowy stopień naukowy, bieganie - a może maraton za rok? dlaczego nie!, dzieci urodzą się nowe nam, poznamy nowych przyjaciół, kupimy dom w Toskanii i pojedziemy na wycieczkę do Japonii. Bo jeszcze wszystko.

Aż nagle dociera do nas to, co tak długo w ciemności trzymaliśmy, co wieki temu zamknęliśmy w podziemiu nieświadomości, przybite łańcuchami w najciemniejszym kącie najgłębszej piwnicy tak, że tylko głuche jęki tego czegoś gdzieś z oddali dochodziły w momentach, kiedy byliśmy trochę słabsi i nie tak czujnie warowaliśmy przy wrotach podświadomości, pilnując, by były zawsze na głucho zamknięte. W takich chwilach, kiedy wielką tragedią albo wysoką gorączką wytrąceni jesteśmy na moment, na sekundę, na mgnienie oka z praca-dom-zabawa, hej!, z urządzania wnętrz, z robienia na drutach, z fotela, serialu i kubka w róże, z tych wszystkich ciepłych drobnych rzeczy dzięki którym ciągle jeszcze wydaje nam się, że żyć jest przyjemnie, albo przynajmniej spokojnie i nudno, nagle rzeczywistość rozdziera się na chwilę i słyszymy głuche jęki tego czegoś, co tak dawno temu skazaliśmy na zapomnienie na samym dnie naszej duszy. To coś, taka nieludzka nienazwana potworność zrywa się z łańcucha i nagle oto staje przed nami w całej okazałości i nawet nie mamy słów by ją nazwać, słów innych niż przeraźliwe rzężenie pułkownika Kurtza "groza, groza!". I wtedy nasze kubki w kwiatki, nasze przepiękne filiżanki, nasze zdjęcia, koce, lustra, małe rzeźbione pudełeczka, fotele i białe zasłony, nasze obrazki w ramkach z IKEI nie zdadzą się na nic, rozbijają się w drobny mak, rozpływają się jak mgła, robią się zupełnie zupełnie przeźroczyste. Również nasz dom, nasza kariera, praca, tytuły i dyplomy, nagrody, osiągnięcia i pozycja, nasze dzieci i ich pierwsze zęby, albo pierwszy milion, wszystko jedno, zapach ich główek w środku nocy, ich małe piąstki i duże oczy, obrazki, skaleczenia, kalosze i kredki, wszystko to nic nie znaczy i przed grozą nie chroni, bo wszystko się w pył rozpadnie, wszystko, co żyje umrze i wszystko groza na końcu pożre. Nie pomoże nam żadna z dotąd tak skutecznych sztuczek: ani zaprzeczanie, ani wypieranie, ani udawanie. Ani mówienie "staram się o tym nie myśleć", ani nie zaglądanie do studni, ani też otaczanie się samymi wesołymi osobami, ani skupienie się na samych przyjemnych wrażeniach, ani pościg za przyjemnością ani pościg za spokojem. Nic, ale to nic nam nie pomoże. A im szybciej będziemy uciekali, tym groza bardziej nas będzie gonić.

14:42, inny_glos
Link Komentarze (13) »
stat4u