RSS
sobota, 24 listopada 2012

Miało być od rana pracowicie, ale jakoś nie umiałam zaprząc się do pracy. Wiem, że wisi nade mną okropnie dużo, ale ta wiedza jakoś nie pomaga zmusić się teraz: skoro i tak mnie to czeka, to może na razie poczytam sobie blogi, pogadam z siostrą i przede wszystkim się wyśpię (10.30 to ostatnio moja ulubiona pora wstawania).

Ale też od kiedy czytam fascynującą Thinking, Fast and Slow zmalała mi ochota do zmuszania się - po co mi dyscyplina, którą i tak umysł sobie odbierze z nawiązką i być może w chwili, kiedy zdolność do logicznego myślenia i samokontroli będzie jeszcze bardziej potrzebna. A zatem nie zmuszam się, daję sobie prawo do umysłowego lenistwa, które jest zgodne z naszą naturą. Prawda, jak się od razu zrobiło milej?

Poza tym pracową książkę o demokracji najlepiej mi się ostatnio czyta w wannie - poza wanną mam tysiące okazji, by przerwać w miarę ciekawą, ale jednak trochę przyciężką lekturę. Z tej okazji kupiłam sobie cudowny różany płyn do kąpieli i zamierzam go wypróbować. Ostatni płyn był dobry na 20 stron, tym razem mam nadzieję przeczytać koło trzydziestki.

22:19, inny_glos
Link Komentarze (4) »
piątek, 23 listopada 2012
Jak uniknęłam śmierci z rąk Afrykańskich czarowników

czyli neuroza atakuje.

***

Cały tydzień cieszyłam się na afrykański dzień w szkole. Studenci mieli sprzedawać jakieś swoje etniczne przysmaki, a pieniądze miały byc przekazane na jakiś zbożny cel. Nigdy jeszcze nie próbowałam jedzenia z Afryki, wiec nakręciłam się jak mały samochodzik. Juz we wtorek nie zabralam lanczu, a miałam być w szkole od dziesiątej do dziesiątej. Jak sie okazalo African Day byl zaplanowany na środę. Skucha.

W środę po zajęciach udałam się zatem do kantyny. Wziełam cały afrykański talerz lunchowy, mięsną zapiekankę i od groma ciastek i ciasteczek. Dziewczyny były bardzo miłe, jedzenie wyglądało zachęcająco, a ja byłam głodna jak cholera. Już po chwili usadowiona w fotelu wyłożyłam wszystkie dobrości na stolik przed sobą i zaczęłam wcinać az mi sie uszy trzesly. Do czasu. Dokladnie do momentu kiedy nie wiadomo czemu moja glowa wkrecila sobie, ze jedzenie moze byc zatrute. No bo moze, prawda? Mysl ta przemknela mi po glowie jak blyskawica, w ulamku sekundy cala sie spocilam i zrobilo mi sie duszno. Trucizna dziala, podpowiadala mi moja podswiadomosc. Ty chyba juz calkiem zwariowalas, odpowiadala moja swiadomosc. I tak sobie dyskutowaly nad plastikowym talerzykiem pelnym pomaranczowego ryzu, zoltej kaszki, kurczaka i smazonych bananow. Po chwili podjelam meska decyzje - zapakowalam wszystko do plastikowego pudelka i zawiozlam Mi. Jak umierac to razem.

Jak widac przezylam, choc nigdy nic nie wiadomo - moze klatwa afrykanskich czarownikow dziala podobnie jak cios wibrujacej piesci i skutki sa odczuwalne dopiero po paru miesiacach?

Od dzisiaj postanowilam byc mila dla moich afrykanskich studentow. Nigdy nic nie wiadomo.

19:58, inny_glos
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 19 listopada 2012

 

 Głęboka trauma mnie nie wciąga, ale udawanie, że jej nie ma mnie odrzuca.

Odrzuca mnie zakłamanie, udawanie, pozłotka, banał wystawiany na widok, kiedy pod spodem gotuje się i wrze. 

Udawanie, że dom jest ciepły, gdy piździ w nim jak na Antarktydzie lub jest gorąco jak w piekle. Pokazywanie wesołych dzieci, gdy tak naprawdę dzieci uśmiechają się na siłę. Banał nie jest bowiem codziennością, ale jest uproszczeniem, jest pozorem, jest stwierdzeniem na tyle płytkim, że nic nie wyraża.

I tak sobie myślę jak wiele zależy od interpretacji tekstu czytanego - nie, absolutnie nikomu tu nie zarzucam złej interpretacji, raczej sobie mogę tu zarzucać złe pisanie, nieprecyzyjność wypowiedzi, nieumiejętność wyrażenia tego, co mi w duszy gra. Pamiętać trzeba, myślę sobie, pamiętać warto, że wszystko to co sobie tu piszemy wielorako może być odebrane, wielorako i nieraz odlegle od naszych zamierzeń. Cóż, "aby język giętki" nie tylko moim było i jest pragnieniem.

Zostając w klimacie interpretacji i polemiki  dziś na obiad falafle,  pyszne, cudowne, pachnące wschodem, arabskie i żydowskie równocześnie falafle, placuszki z ciecierzycy z chrupiącymi nasionami kolendry i kminku, cudowne gorące konkretne widoczne ucieleśnienie zgody. Najpyszniejsze zrobione samemu, gorące maczane w greckim jogurcie z czosnkiem i amerykańskim tabasco, wygodnie umoszczone na świeżych liściach szpinaku albo polskiej sałaty, spod których wyziera meksykańska tortilla.

19:46, inny_glos
Link Komentarze (4) »
piątek, 16 listopada 2012

Odpoczęłam, chce mi się biegać (2x14"), wszystko do siebie pasuje. 

Dobrze mi zrobił ten wolny tydzień. 

Zaczęłam się zastanawiać, co mnie denerwuje w ludziach. Głupota, pobieżność, pochopność w sądach i ocenach, usilne przyklepywanie i przysypywanie spraw trudnych, myśli brudnych i mętnych, wypieranie się swoich uczuć, zaprzeczanie popędom, osądom i własnej ignorancji, oskarżanie innych, wybielanie siebie.

Denerwuje mnie nuda, plastik, prezentowanie ładnego oblicza, estetyka bez treści, bo treści tak potworne, że zobaczone być nie mogą, denerwuje mnie wygodny fotel, ciepły dom, bezchmurne niebo i wesołe dzieci.

Kicz mnie denerwuje. Forma bez treści. Zakłamanie. Sztuczne kwiaty na lastryko.

Ale też płatki róż na marmurze. Bo różnica jest tylko kwestią smaku.

A zatem denerwują mnie wysokie obcasy i feministki żydowskiego pochodzenia, poza, sztuka, figura mowy, sztuka, Sztuka, naturalny jedwab, grzywka prosto przycięta jednym ciachnięciem, szyk, sznyt, sztafaż, zachrypnięty głos, czarne powieki. Udawanie.

Denerwuje mnie udawanie, zaprzeczanie, zakłamanie, spłycanie.

Używanie formy bez treści. Zakładanie gorsetu na śliską, bezkształtną, amorficzną magmę umysłową.

I zaczęłam się zastanawiać czy nie denerwują mnie moje własne przymioty spotkane w drugim człowieku. No bo to przecież niemożliwe, że ja zawsze mam rację, prawda?;)

Postawiłam sobie Witkacego na kominku. Niech mnie chroni przed banałem.

Każdy może tworzyć byle co i ma prawo być z tego zadowolonym, byle by nie był w swej pracy szczerym i znalazł kogoś, który równie kłamliwie będzie to podziwiał.

18:55, inny_glos
Link Komentarze (8) »
niedziela, 11 listopada 2012

Byliśmy dziś z Adziarzem na rowerach w największym parku w Europie. Uwielbiam te nieskończone widoki w samym centrum miasta, ciągnące się zielone łąki, jeziorka, rabatki, pagórki, dolinki, drzewa, drzewa, drzewa. Kolory jesienią są oszałamiające - tylko tutaj widziałam czerwone liście klonu i żółte brzozy na soczyście zielonym trawniku. Temperatura w Irlandii badzo rzadko spada ponieżej zera, trawnik jest więc zielony cały rok. 

Rowerzyści, rodziny z dziećmi, mnóstwo biegaczy, spacerowicze, nastolatki z piwem, całe klany rozkładające kanapki i grilla na ławkach parkowych, i przede wszystkim ten zapach zbutwiałych liści, palonego drzewa i rozmokłych ścieżek.

I ta omszałość pod wieczór, Irlandzka wilgoć, lekka mgła i zabytkowe lampy.

 

***

Park jest naprawdę wyjątkowy. Mieszkają tam jelenie

 

prezydent Irlandii

i ambasador USA

Biegają tam ludzie w maratonach

a

albo i bez.

Ostatnio skusiliśmy się na zupę dyniową w prześlicznym wiktoriańskim Tea Room'ie z początku 19 wieku. Zupa jak zupa (robię równie pyszne), ale wnętrze i zewnętrze niezapomniane:

(wszystkie zdjęcia z sieci).

20:09, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 09 listopada 2012
Lakier

Idealne ukonkretnienie wolności. 

Maluję pazury u stóp na czerwono.

Czynność równie bezsensowna, co sypanie mandali. Albo Mandeli. 
Z tym większą przyjemnością oddaję się jej dzisiejszego wieczoru. Moja mała manifestacja wolności, nie muszę, ale mogę i w dodatku nic mi to nie daje. Ani nikomu innemu, powiedziałabym, że nie wywołuje to żadnych estetycznych doznań u nikogo. Nie przydaje światu ani więcej piękna ani radości, memu Mi jest to bowiem całkowicie obojętne.

Lakier zacznie odpadać za paręnaście dni, zacznie się łuszczyć i kruszyć na końcach.

Będzie wyglądał brzydko coraz brzydziej i codziennie będę się patrzyła jak jest go mniej i mniej, codziennie biała, niepomalowana przestrzeń pomiędzy końcem paznokcia a początkiem lakieru będzie się powiększała, aż w końcu zostanie tylko mała, czerwona plamka, w kształcie Rzeczpospolitej Polskiej, Nairobii albo Brazyli, położona w 3/4 długości paznokcia (mierząc od środka stopy), jedyny widzialny znak przekwitłej świetności paznokci, której nikt nie miał okazji podziwiać. Codziennie rano pod prysznicem będę kontemplowała znikanie czerwonej kropki i nie zrobię niczego, by przyśpieszyć jej agonię. Polska straci najpierw najprawdopodobniej Kotlinę Kłodzką, Brazylia południowo-wschodnią jej część, stany, miasta, wsie i pola odpadały będą kawałek po kawałeczku, piędź po piędzi. A ja, nie zmuszana siłą postronnych pogardliwych spojrzeń nie poderwę się raz jeszcze, by domalować złuszczałe fragmenty czerwonej politury, odbudować zatarte kontury, raz jeszcze wytyczyć granice pomiędzy białym a czerwonym.

Precz z utylitaryzmem, precz z podporządkowaniem się wrednej wszechobecnej konieczności! Precz z tyranią sensu!

Czynność cudownie całkowicie bezinteresownie bezsensowna. Pochwała niekonieczności.

22:06, inny_glos
Link Komentarze (2) »

Bardzo bardzo zajęta jestem ostatnio, co jak na razie nie przekłada się tak bardzo na wypłatę, ale mam nadzieję, że się w końcu tego doczekam. Podobno wyciągnięcie swoich pieniędzy z Uniwerku to koszmar dla takich jak ja wykładowców ogryzków, traktuję więc Uni na razie jak świnkę skarbonkę, którą przecież rozbiję prędzej czy później.

A w mojej szkole jazda bez trzymanki, zabawa na całego, padlibyście gdybyście się dowiedzieli, czego uczę, przedmioty od Sasa do Lasa, od tańca do różańca - począwszy od zajęć na temat psychologii rozwojowej dziecka (hłe hłe) a skończywszy na demografii. Na szczęście poziom niektórych kursów to liceum łamane przez gimnazjum i na przykład wczoraj moi studenci byli szczęśliwi mogąc w grupach układać swoiste puzzle, przyklejać je na kartki, by w nagrodę dostać po Mikołaju-lizaku. O. Trochę inaczej jest na Uni, oczywiście.

W przerwach gotuję.

Gotowanie uspokaja i nastraja medytacyjnie. Wczoraj na przykład zupa curry marchewkowa z nutką, a właściwie całą melodią imbiru wbiła mnie w zachwyt na pół dnia, szybka, prosta, niebanalna i nawet Adziarzowi smakowała. Jutro cukinie zapiekane z serem, fantastyczne rozwiązanie dla czających się w czeluściach lodówki sześciu cukini po 29 centów sztuka upolowanych wczoraj na promocji w Lidlu.

W przerwach również biegam, tym razem 3x9min i dwa razy dwie minuty ćwiczeń rozciągających w środku. Bieganie jest - och, nawet nie będę tego opisywać, zapomnijcie - powiem tylko, że bardzo, bardzo dobrze robi na głowę. I człowiek się uzależnia od tego uczucia lekkości po biegu. Staram się biegać co drugi dzień, chyba, że czuję zmęczenie organizmu objawiające się lekkim bólem mięśni i takim stanem ogólnego przemęczenia, wtedy odpuszczam. Nie lubię siebie katować.

I tylko brakuje mi przerw na pracę naukową, bo - niestety - przygotowanie zajęć taką nie jest.

Za to Mi oddaje się nauce na całego, nigdy w życiu nie widziałam go aż tak zajętego. Po zacięciu, z jakim próbuje się wyrwać z klasy robotniczej widać, że tak zwana praca fizyczna dopiekła mu aż po same uszy. Jego motywacja przekonuje mnie, że wszyscy studenci przed rozpoczęciem studiów powinni pracować w fabryce co najmniej dwa, trzy lata. 

 

 

16:55, inny_glos
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 05 listopada 2012

Nie piszę.

Tematy rosną, dojrzewają, umierają.

W międzyczasie kłębią się, wybrzuszają, atakują, gnębią, prześladują, wyprowadzają z równowagi.

W międzyczasie rozważam, ważę, myślę, dumam, po raz setny przekładam z jednej na drugą stronę. Nie zgadzam się. Zgadzam się. Buntuję się. Godzę.

Nic nie jest takie, jakie się wydaje. Musimy kopać głębiej, myśleć uważniej. Oceniać ostrożniej. Wybielać się mniej agresywnie.

 

W międzyczasie byliśmy na koncercie: 



Na którym ktoś napluł mi w twarz i wylał na mnie całe piwo, bo mu zgasiłam papierosa nielegalnie palonego pod sceną.

A potem ten ktoś do mnie podszedł i mnie przeprosił. Oraz wyjawił, że bardzo lubi Post Regiment, punkowy zespół z Polski. A na koniec zbrataliśmy się w tym lubieniu.

Byliśmy również na pierwszej rowerowej wycieczce z Adkiem. Pogoda iście omszała, mgła, zieleń, lliście, wilgoć. Zgubiliśmy się w naszym parku. Było cudownie.

Byliśmy również na meczu.

I tak sobie myślę - na co komu blogowe życie? Przecież i tak się nie znamy.

14:11, inny_glos
Link Komentarze (12) »
stat4u