RSS
poniedziałek, 28 listopada 2011

Adek się nam uniezależnia, w sobotę koło południa wybył do kolegów, wieczorem zadzwonił, czy może zostać na slipołwerze, czyli na nocleg u Toma. Zgodziliśmy się, bo znam mamę Toma jako bardzo surową mamę, co dobrze rokuje slipołwerowi. Poczuliśmy się z Mi jak dzieciaki, co maja chatę wolną, czyli free dom, i zajęliśmy się planowaniem upojnej zabawy: a więc najpierw pyszna kolacja, potem film, albo dwa, a potem spać:) Po godzinie Adziarz zadzwonił, czy by jednak nie mogli zrobić slipołwera u nas i tak z freedomu zrobił się w sekundę dom pełen nastolatków, czyli zupełne przeciwieństwo. Ale że jesteśmy dobrymi rodzicami to się zgodziliśmy:) Po pół godzinie zadzwonił ponownie, że jednak mama Toma się zgadza, zrobiliśmy zatem głośne uff i zajęliśmy się przygotowaniami do party: filmy, sałatka, wygodny fotel. Przez chwilę mieliśmy jeszcze pomysł zaproszenia kogoś, ale w sumie zgodnie stwierdziliśmy, że po co? Razem i tak się bawimy przednio. 

Następnego dnia, a była to niedziela, zadzwoniła do mnie mama Toma. Mama Toma bardzo szybko mówi i czasem trudno mi ją zrozumieć, zwłaszcza, jak mam ..ujową komórkę, czyli zawsze. Coś tam usłyszałam, że poszli to miasta, o czym wiedziałam, że mieli to w planach i coś tam coś tam dalej. Ale zakończyła jakimś takim uspokajającym zdaniem, którego nie zrozumiałam, ale które brzmiało bardzo dobrze. Jakoś tak akcent na końcu opadał i łagodniał, więc założyłam, że wszytko jest ok. Poszłam sobie zatem spokojnie na zakupy (co kupić na prezent 13 latce, której się wcale nie zna? Patrząc na koleżanki Adka chciałam wymienić posiadane środki płatnicze na pełen zestaw do makijażu, z podkładem w kolorze pomarańczowym i brokatowymi cieniami do powiek). W połowie drogi znowu mnie dorywa mama Toma i jeszcze bardziej uspokajającym tonem mówi, że złapała kontakt z Tomem i chłopaki jadą już do domu. Cieszę się razem z nią, że złapała kontakt i proszę, żeby przekazała Adkowi, aby wrócił do NASZEGO domu. Idę sobie dalej. Dzwoni mama Musy i mówi, że była zła na Musę , bo miał iść na mecz dzisiaj i coś tam coś tam coś tam , autobusy i samochody dają do wiwatu, gwarne życie miasta tworzy skuteczną barierę dźwiękową przez którą przedostaje się tylko co piąte słowo mamy Musy, coś tam coś tam coś poszli coś tam coś tam coś zła coś tam i tak dalej. Ton jej głosu jest jednak również uspokajający, więc tylko radośnie jej potakuję i mówię baj baj baj, sii ju!

Za chwilę dzwoni Mi z informacją, że chłopaki wstali rano i zrobili sobie wycieczkę. Wyruszyli na piechotę na lotnisko Dublińskie, jakieś 15 kilometrów. Szli cztery godziny i dwóm z trzech z nich wysiadła komórka po drodze. A oni sobie szli i szli na północ i pytali ludzi i dreptali i dreptali i doszli. Taka przygoda.

I wszystkie mamy były złe. Oprócz mnie, oczywiście. No jak mogłam być zła na przygodę???

 

 

estaw do makijażu

23:22, inny_glos
Link Komentarze (2) »
niedziela, 27 listopada 2011

A poza wykładami to myślę i myślę o dziwnych przypadkach ludzkich, o dziwnych przypadkach mojej młodszej siostry, o którą się boję, która mi się delikatna zdaje i jakaś taka poraniona. Wyszła za mąż za człowieka, który tydzień przed ślubem jej powiedział, że 'chyba już nie jest tak zaangażowany', ale moja siostra, dobry człowiek, oczywiście nie powiedziała to spadaj gościu, nie spuściła go na drzewo, ani też do jego kraju pochodzenia, tylko wyszła za niego za mąż, żeby mógł dostać wizę. No bo przecież gościu jest biedny, biedaczek, trudne miał życie i ciężko mu bardzo. I rzeczywiście, chłopak wydaje się jakiś taki dziwny, jakby trochę niespełna rozumu, pół roku temu nie obronił doktoratu z matematyki, opowiadał mi, że widział, że promotor jest dla niego jakiś taki niemiły, ale myślał, że to norma kulturowa, że tutaj, w tej Anglii tak już po prostu jest, że się pomiata swoimi studentami. Ale się okazało, że promotor był po prostu niezadowolony i go oblał na ostatecznym egzaminie. Mąż mojej siostry nie może tego przyjąć do wiadomości, będzie się oczywiście odwoływał i będzie walczył, że promotor był do niego uprzedzony, że praca jest dobra. Ech. Jakoś tego wszystkiego nie widzę.

A jeszcze będzie walczył o moją siostrę podobno, walczył, dobre sobie, chyba z samym sobą, bo z nikim innym. Chłopak zachowuje się poza tym jak dziecko, jak zraniony chłopczyk, nie sypia z moją siostrą, mam wrażenie, że traktuje ją jak opiekunkę, jak matkę. Równocześnie nie można powiedzieć, że jest złym człowiekiem, przeciwnie, stara się przecież, walczy o uczucie, jest dobry dla mojej siostry, przytula ją i gotuje jej obiady.

12:39, inny_glos
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 listopada 2011

No co tak się nie odzywam, no co tak się zakopałam w sobie, we własnych sprawach, że nic mnie nie ma na blogu, myślę sobie. Ale to nie tylko w sobie, też siostrzanych sprawach, bo moja młodsza siostra przez tydzień mieszkała u nas. I w sumie zajęta byłam straszliwie, praca plus siostra, plus stres, plus chce się mieć trochę więcej czasu na różne okazje i wyjścia, chce się wygospodarować coś na zwiedzanie Dublina czy imprezę w seomrze, a jak tu gospodarować, kiedy w pracy social partnerships na tapecie, 7 stu-stronnicowych aktów prawnych, na których się kompletnie nie wyznaję, więc panikuję i nie śpię po nocach, że nie umiem, że polegnę, że nie dam rady, że nie mam czasu, że jak mogę uczyć o czymś, na czym się nie znam, by w końcu pójść na wykład i wyjść zadowolona.

22:55, inny_glos
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 listopada 2011

Z tego wszystkiego, z tego całego siedzenia w domu wzięłam się i zrobiłam pojaski.

Pojaski są to kruche ciasteczka (mąka, żółtka jajka, masło, cukier, cukier waniliowy, masło potrzeć, zagniatać z cukrem - u mnie brązowym, - mąką i z żółtkami w ilości takiej, jaką się aktualnie posiada) o kształtach nieokreślonych, które swego czasu piekła moja młodsza siostrzyczka, nieprzejmująca się obowiązkowymi kształtami gwiazdek i serduszek. Mnie dziś dodatkowo poniosła fantazja i wsadziłam pojaski do blachy muffinkowej, bowiem innej nie posiadam, może więc jednak nie fantazja to a konieczność, i dodatkowo ubrałam je w takie białe papierowe koszulki, coby za bardzo się z blachą nie skleiły. 

Pojaski się piecze 15 minut, potem muszą wystygnąć, bowiem gorące są bardzo kruche, jak to kruche ciasteczka. Wystawiłam je więc na dwór, bo z takimi ciepłymi ciasteczkami w domu to nie idzie wytrzymać i zostałyby pożarte w 5 minut, wystawiłam je więc na dwór, na zimno, postawiłam na blaszanym koszu (czytym! czystym!), wróciłam do domu i czekam. I nagle słyszę jakieś szuranie koło drzwi, jakby drapanie, wyskoczyłam jak z procy, bo rany! ktoś mi moje pojaski podbiera! otwieram drzwi, a tu pan biedny od ulotek patrzy się na mnie dziwnie. 

Heh. 

Zabrałam blachę do domu i powkładałam w nie kawałki brzoskwini z zalewy.

Pieczenie to kompletny odjazd.

20:25, inny_glos
Link Komentarze (4) »

O cudowne dni wolne!

 

Leniwie płynące trzecią kawą, książkami Hanny Krall, wyszukiwaniem przepisów na zupę chrzanową, ale koniecznie wegetariańską, od kiedy mojemu Mi coś odbiło i przestał jeść mięso.

Przemijające spokojnie i bez pośpiechu filmem irańskim (About Elly, o zaginięciu/zginięciu młodej dziewczyny, w którym sam fakt, że dziewczyny nie ma i być może nie żyje jest mniej ważny tego, że okłamała swojego narzeczonego. Honor ważniejszy od śmierci, normalni, współcześni ludzie, którzy nagle zaczynają się zachowywać nienormalnie dla nas, dzieci cywilizacji zachodu, nienormalnie i niewspółcześnie i dziwacznie), Dobrą terrorystką Doris Lessig i zieloną herbatą, kiedy już kawy nie można i nie trzeba.

O cudowny "tygodniu na czytanie", mój ukochany riding łiku!

Powinni ciebie wprowadzić na całym świecie, powinni ciebie rozmnożyć cudownie, jak ryby, jak chleb, żebyś z jednego czterema się stał co najmniej i cudownie przemieniony w miesiąc na czytanie królował nam od dzisiaj co roku! Ty pociecho umęczonych, rozjaśniający im te najciemniejsze dni lampką przy biurku lub łóżku, niech będzie jak kto woli, monitorem komputera bądź też delikatnym ekranem kindla!

Tygodniu ty cudowny, sławię ciebie w samym twoim środku, a nawet bliżej początku, jeszcze, na szczęście.

Tygodniu trwaj!

17:28, inny_glos
Link Komentarze (4) »
czwartek, 10 listopada 2011

Wczoraj Mi stracił pracę. Został zwolniony z przyczyn ekonomicznych, czyli dostał tzw. redundancy.

Spodziewaliśmy się tego - ba! w sumie czekaliśmy na to - już od wakacji. Ale i tak trochę przerażeni jesteśmy.

Coz, kazda zmiane mozna wykorzystac. A zdecydowanie za dlugo juz tkwil w tej pracy, ktora go ani nie jarala ani nie rozwijala. Zobaczymy. Plany juz mamy.

12:51, inny_glos
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 07 listopada 2011

Pół szkoły poległo na zwykłe przeziębienie, jak się na szczęście już prawie wygrzebałam. Wiedzieliście, że objawy przeziębienia to reakcja immunologiczna na wirusa? Im silniejszy system odpornościowy, tym silniejsze objawy - katar, kaszel, ból gardła. A nagłe wzmocnienie odporności może skutować jeszcze silniejszymi objawami. Ta wyszperana na wikipedii informacja pocieszała mnie w najbardziej przekichanych momentach.

Poza tym za parę dni tzw. reading week, jupi! bowiem oznacza to brak wykładów przez tydzień. Wszyscy już czekają tego z utęsknieniem, kontraktowi z trochę mniejszym, bowiem nie ma wykładów = nie ma kasy.

Ale ale okazało się, że prawdopodobnie należy mi sie część zasiłku dla bezrobotnych za wszystkie takie tygodnie, święta i okresy kiedy nie prowadzę zajęć. Bo wtedy jestem de facto bezrobotna.

23:45, inny_glos
Link Komentarze (1) »
Drag Queen

Tym razem nie zaduszki, tylko Halloween.

Ja

ze straszną raną

i moja lalunia:

trochę rozmazana

Bardzo mi się taki Mi podobał i innym ludziom chyba też, bo zwracał na siebie uwagę, kiedy to wracaliśmy ciemną nocką do domu.

Kto zgadnie za kogo byliśmy przebrani?

00:04, inny_glos
Link Komentarze (4) »
czwartek, 03 listopada 2011
studentka

Przychodzi studentka na spotkanie. Nie moja studentka, tylko zeszłoroczna.

Ma w styczniu zdawać egzamin z przedmiotu, dość trudnego trzeba przyznać, który właśnie przejęłam po innym wykładowcy. Próbowała zdać rok temu, ale oblała, w sierpniu nie przyszła na egzamin poprawkowy z jakiś zawiłych i nie do końca jasnych przyczyn. 

Nagle wyciąga zeszycik i pyta mnie, czy w tym roku też będą na egzaminie takie pytania. Nic mnie już w tej szkole nie zaskoczy, zaglądam więc do jej zeszyciku i rzeczywiście rozpoznaję zeszłoroczne pytania poprawkowe. "Dostałam je od Siobhain" mówi studentka i na dowód prawdziwości swoich słow wyciąga iphona i wyszukuje maila od poprzedniej wykładowczyni.

o_o

Na sam koniec opowiada o niezdefiniowanych bliżej problemach rodzinnych, które jej uniemożliwiły zdanie egzaminu za pierwszym razem, i prosi o podanie pytań na termin styczniowy.

Napisałabym tutaj "kurtyna", ale to jeszcze nie koniec historii.

Nie podaję jej oczywiście pytań (zresztą sama ich nie pamiętam), mówię coś o innych studentach, którzy też zdają i że dlatego nie mogę, na co studentka odpowiada mi, że przecież ona nie pokaże pytań innym studentom! Mogę jej zaufać!

Rozmowa kończy się moim zapewnieniem, że będziemy w kontakcie i postaram się coś dla niej zrobić.

Mija tydzień. Dostaję maila.

Że to już tydzień minął, że egzamin coraz bliżej, że ona się bardzo denerwuje, bo ja wciąż nie wysłałam jej pytań!

O_O

11:22, inny_glos
Link Komentarze (5) »
wtorek, 01 listopada 2011

Kwaśny rosół, zrobiony 2 dni temu, miał wylądować w toalecie, ale przełknęłam pierwszą łyżkę, zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie żurek, zupę, na której skwaśnienie się czeka, 'pieprzyć konwenanse' pomyślałam, skoro może być żurek, to dlaczego nie rosół? Spróbowałam do niego podejść bez uprzedzeń, smak całkiem całkiem jak na zupę, lubię kwaśne zupy, pomidorowa, ogórkowa, szczawiowa i nawet do krupniku dodaję cytrynę, uwielbiam bowiem kwaśne zupy, to dlaczego dyskwalifikuję rosół? Nic w nim nie ma obrzydliwego, oprócz tego dziwnego smaku, pomyślałam sobie i zaczęłam go zjadać łyżka po łyżce.

Tak tak skąpiradło ze mnie straszne.

A zatem kwaśny rosół i zatkany nos, cały organizm w najwyższym stopniu pogotowia, rozgrzany, bolesny, przeziębieniowy, czułam dopadającą chorobę już dwa dni temu, w sobotę, ale przecież NIE MOGŁAM nie pójść na Halloweenowe Party, które sama organizowałam, w środku zabawy wydawało się,  że choroba się przestraszyła punkowej muzyki i strasznych historii, opowiadanych na dworze, w kręgu, przy malutkim ognisku, przestraszyła się rockability, do którego jeszcze później tańczyłam prawie do rana, przestraszyła się, że Elvis żyje, yeye, i sobie poszła.

Ale nic z tego oczywiście, przeczekała jeszcze tylko trochę, przycupnęła sobie w kącie organizmu, w jakiś, powiedzmy, paluszkach, albo koniuszkach uszu wystawionych na wiatr, nie wychylała nosa nawet i jeszcze w niedzielę, kiedy to zostaliśmy zaproszeni do Meksykańskiej restauracji na vouchery z Grupona, restauracja okazała się klubem nocnym, wyjaśniło się, dlaczego na kuponie widnieje napis "od 18 lat" a my naiwni! myśleliśmy, że tu chodzi o to meksykańskie piwo dla każdego klienta. Siedzieliśmy z Adziarzem, kolegą i koleżanką kolegi na przyzwoitej rozmowie, różnice kulturowe, Berlin, migracje, ę i ą, śmiać mi się tylko chciało, kiedy Adek poszedł do toalety, przez chwilę myślałam, że go wciągną nocne odmęty.

I niedobra choroba siedziała sobie tak przyczajona przez większą część długiego weekendu, i proszę! tylko przyszedł pierwszy dzień pracy, wyskoczyła opryszczką na wardze i w nosie, nieznośnym katarem i bólami mięśni. 

 

I ot! rosół zjedzony, zbieram się do pracy.

15:34, inny_glos
Link Komentarze (4) »
stat4u