RSS
środa, 25 lutego 2015

Cudowny, cudowny wolny tydzień, tak się wyluzowałam, że pomyliłam terminy webinaru i wczoraj z obłędem w oczach przeglądałam notatki i papiery, tak sobie zajrzałam bowim na stronę uniwerku (och! błogosławię moją intuicję! bo mogłam tam wcale nie zajrzeć) a tam jak byk stoi, że za 4 godziny mam dawać wykład. Ale za to mam to już z głowy, następny wykład 28 marca, mam trochę spokoju zatem w międzyczasie. Poza tym studenci się jak zwykle obudzili z pracami dyplomowymi i tak oto w poniedziałek miałam tylko spokojnie sobie przeczytać 10 stron wstępu i to spokojnie zastało mnie o 1.30 w nocy kończącą prawdziwą rzeź, cały dokument na czerwono i do poprawki. A co. 

Wychodzi na to, że się tu chwalę jaka to jestem pracowita, co najmniej jak Ake, ale to nieprawda, bo ja jestem ogromnym leniem i ciężko mi się wcześniej zmobilizować i dlatego na ostatnią chwilę siedzę i poprawiam do pierwszej w nocy.

No ale staram się też trochę odpoczywać, odpoczywać też trzeba umieć, żeby się jeszcze bardziej nie zmęczyć tymi bzdurami z netu, tymi wiadomościami niepotrzebnymi. 

19:05, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 20 lutego 2015

Dotrwałam do ferii, czyli tak zwanego reading week. Kocham moją pracę, choć ostatnio ryję nosem, to i tak kocham. Przestałam czuć barierę między mną a Irlandczykami, bardzo lubię moich studentów i chyba z wzajemnością, zawsze mi prawią komplementy (to pani ma 40 lat? Nieeeeeee, niemożliwe! Na pewno dobrze pani pamięta kiedy się pani urodziła?), chichramy się trochę na zajęciach, czasem im odpuszczam jak widzę, że naprawdę są zmęczeni po 7 godzinach, wszystko w sumie robimy na luzie, ale mam wrażenie, że uczą się dużo więcej niż normalnie. Irlandia mnie nauczyła zupełnie innego podejścia do studenta, w sumie pewno nie tylko Irlandia, wszystko razem nauczyło mnie widzieć w studencie człowieka, brzmi okropnie banalnie, ale to jest klucz do wszystkiego. Rozumiem, że mogą mieć zły dzień, rozumiem, że może im się nie chcieć, że mają problemy w domu, że niektórzy muszą pracować, ale równocześnie nie odpuszczam im zupełnie, zawsze im powtarzam, że w nich wierzę, że to potrafią, żeby jeszcze trochę z siebie dali. Najważniejsze, że się ich nie boję i też ich nie straszę, trudno to określić, ale czuję jakbym wychodziła do nich, nie zagradzała się, tylko wychodziła na spotkanie. Podobnie mam z innymi ludźmi - zauważyłam, że jestem mniej skupiona na sobie, trochę bardziej bawią mnie ludzie, mniej sobie wyobrażam, że powinni to i tamto, że powinni mnie zauważyć, że powinni mi pomóc, zadzwonić do mnie, odezwać się, zaproponować coś. 

Ale dziś po raz pierwszy od dawna odpoczynek. Wyspałam się, poćwiczyłam, poczytałam, biegałam, zrobiliśmy pyszny obiad. 

23:26, inny_glos
Link Komentarze (4) »
środa, 18 lutego 2015

Jeszcze tak zapracowana to nie byłam, no, może kiedyś byłam, ale zapomniałam. Weekend cały praca, poniedziałek praca do 1.30 w nocy, a rano szkoła, w domu byłam o 22.30, a rano szkoła i jeszcze szefowa podchodzi do mnie z pytaniem grzecznym  czy bym nie sprawdziła jedej pracy zostawionej przez Żmijessę. Cóż robić, oczywiście, że tak, na kiedy? Na jutro rano. 

No, ale oprócz pracy różne inne sprawy w miarę dobrze się mają, wywalczyliśmy obniżkę podwyżki czynszu, wykłóciliśmy się o 100 euro miesięcznie mniej czyli 1200 e rocznie! Były trzy rundy negocjacji, po raz kolejny przekonałam się, że warto negocjować, czyli kłócić się o pieniądze, kiedyś tego nigdy nie robiłam, jeśli ktoś podaje mi cenę, to jest to tyle warte, myślałam, a na dodatek bardziej mi było szkoda tego kogoś niż siebie no i w ogóle nie chciałam wyjść na osobę łasą na kasę. Więc odpuszczałam i płaciłam i nie chciałam się kłócić. Teraz mi się zmieniło, nadal nie lubię, ale jak trzeba, to nie odpuszczam. Poza tym dostaliśmy zwrot podatku za zeszły rok, którego się w ogóle nie spodziewaliśmy, i z tej okazji kupiłam sobie dzinsy ciążowe w których wyglądam po prostu bosko. Lepiej niż ta pani.

A teraz spadam walczyć dalej.

20:04, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 13 lutego 2015

Nie wyrabiam na zakrętach, cały tydzień, calusieńki zapchany pracą, spotkaniami, mityngami, terapiami, a jeszcze wizyta u lekarza, a jeszcze bieganie i webinar, którego absolutnie nie cierpię, absolutnie, kompletnie, konkretnie nie cierpię, przez półtorej godziny mówię po angielsku w pustkę, w czarną dziurę, snuję opowieści dziwnej treści i nawet nie jestem pewna czy oni tam po drugiej stronie w ogóle je rozumieją i słuchają, więc czasem zadaję jakieś pytanie w eter i po 2 minutach wreszcie odstukują mi pracowicie odpowiedź, ale to zupełnie nie jest to, co w klasie. Zupełnie. Po drodze jeszcze kłótnia z M, jedna i druga, jakieś tam nasze niesnaski i problemy, a przy tym brak kasy i liczenie każdego euraka, a tu jeszcze taksówka, bo po spotkaniu o 22 jest przeraźliwie zimno i ciemno i autobus mi ucieka i jestem po prostu zmęczona. Po prostu. Ale w tym wszystkim czasem jadę na rowerze i patrzę w niebo i chce mi się krzyczeć aż, że jesteśMY, jesteśMY, JESTEŚMY, JESTEŚMY, JESTEŚMY, JESTEŚMY. JESTEŚMY. My jesteśmy i świat jest i niebo ma takie obłędne kolory, a wiatr wieje, pomarańczowe uliczne latarnie odbijają się w kałużach, wdycham powietrze, które ma taki zimowo-wiosenny zapach, trochę dymu, trochę spalonego słodu, spaliny, deszcz i zmokły pies, a potem wchodzę do księgarni i czuję się jak królowa w skarbcu, przecież mogę sobie kupić co tylko chcę, myślę sobie, wychodzę z Jogą dla ciążanek i kalendarzem Vettriano. Przecenionym z 13 na 3 euro, bo przecież jest luty. I czuję się, jakbym znowu wygrała. Z rozpędu zaliczam jeszcze Oxfam z książkami, ale to już dnia następnego, albo może nawet za dwa dni, nie wiem już, nie pamiętam, nie liczę godzin i lat, w każdym razie w Oxfamie znowu królowa wybiera i kręci nosem, najbardziej przyciągają jej wzrok zabawne pozycje z lat 90tych, literatura pseudo faktu dla biedaków, psychologia dla maluczkich, czyli Jak Zdobyć Pieniądze i Zjednać Sobie Ludzi, propaganda sukcesu z epoki Regana i Thatcher, książki w uśmiechniętymi Jane Fondami na okładkach i z gładko wygolonymi amerykańskimi panami, którzy wyglądają dokładnie jak nikt z nikąd, z pustki, z niebytu, panowie z kartonu zachwalają cudzy sukces finansowy na okładkach książek napisanych językiem ze szkoleń managerów średniego szczebla. A jednak ich język nie do końca razi, oprócz obśmiania oczywistości myślę sobie, że coś w tym jest, może niekoniecznie to, co chcieliby oni, ale coś jest prawdziwego w tych niekończących się próbach wpływania na własny los. Coś heroicznego i ludzkiego i  rozczulającego w sumie. Chciałabym mieć je wszystkie z powodu czysto zawodowego zboczenia. A potem wyciągam dwie książki, które właśnie tam, w tym Oxfamie, na tej ulicy, w tym momencie na mnie czekały, bo jak wytłumaczyć to, że jedna kosztowała 1 euro a druga 2? Wydania kieszonkowe, nowiutkie, z wyglądu wcale nie otwierane. Potęga teraz i Droga rzadziej wędrowana. Tolle i Peck, którego dwa dni wcześniej widziałam za 7 razy tyle. Wracam do szkoły, siadam przy stole w kantynie, za oknem mam taki widok,

otwieram Pecka i czytam: życie jest trudne. Jeśli się spodziewasz, że życie jest łatwe, to się mylisz, a myślenie takie prowadzi tylko do większego cierpienia. Jeśli jednak zaakceptujesz, że życie jest trudne, to stanie się łatwe.

I ogarnia mnie spokój.

 

-------------

A dziś znowu wiedzieliśmy Onka, wszystko dobrze. 17 tydzień. 

23:13, inny_glos
Link Komentarze (4) »
środa, 04 lutego 2015

Zycie jak zwykle daje jedná łapką, a drugą przypierdala. Sorry za słowo, taki mamy nastrój.

A zatem cudowna cudowna wczoraj wiadomość: jest absolutnie zdrowa. Dziewczynka:D

W laboratorium przyjrzeli się dokładnie wszystkim 24 parom genów, kocham naukę!

Przez cały dzień latałam pod sufitem:) Nawet studentom zrobiłam jedną free class gdzie poczęstowałam ich czekoladkami i gadaliśmy o wszystkim i o niczym. 

A dziś dostaliśmy list od naszego landlorda, czyli właściciela mieszkania, że podwyższa czynsz o 225 euro. Na miesiąc. 

Poryczałam się, może to nie koniec świata, ale mnie to walnęło - już i tak budźet nam się bardzo ciężko zapina. Można oszczędzać, jak ma się z czego, a jak ktoś zamiast dwóch samochodów ma dwa rowery i już i tak oszczędza na wszystkim, to nie bardzo widzi jakieś możliwości.

I tak oto mieszkanie będzie nas kosztowało dokładnie 14 tys. euro rocznie, razem z ogrzewaniem i prądem - 16 tys., ale jesteśmy za biedni na kredyt. Już i nawet we frankach bym wzięła;) A rata kredytu byłaby o 1/3 mniejsza. Dodatkowo do tak drogiego mieszkania nie należy się żadna dopłata od państwa, nawet, jakbym ja straciła pracę a M nie mógł znaleźć. Bo cena jest powyżej wyznaczonych progów, mimo, że jest to cena rynkow, tzn taniej 2 pokojowego się nie znajdzie w Dublinie, blisko centrum. A daleko do centrum to trzeba doliczyć 200 e na dojazdy miesięcznie. No i albo będziemy płacić, albo szukać jednopokojowego. Z drugim dzieckiem w drodze. (Choć tu jednopokojowe to jedna sypialnia z kuchnosalonem przeważnie, czyli jakby są 2 osobne pomieszczenie).

Poryczałam trochę mojej siostrze i się na razie ogarnęłam. Zrezygnuję z mojego abonamentu na telefon, może jeszcze uda się urwać z 75 euro, to znaczy dogadać z landlordem, jakoś się to ogarnie. Choć na razie nie wyobrażam sobie tego. Staram się skupiać na teraz, tu i teraz, najważniejsze, że dziecko zdrowe. I my, jak na razie. 

22:05, inny_glos
Link Komentarze (11) »
stat4u