RSS
czwartek, 27 lutego 2014

Siedzę sama w domu i głupie mi pomysły do głowy przychodzą.

W zeszłym roku zgubiłam tą samą czapkę trzy razy, to znaczy nie tą samą, ale taką samą, którą za każdym razem sumiennie odkupowałam w sklepie (a była kurcze blade droga, tak, że nawet nie chciałam mężu mówić) dopóki nie skończył się im asortyment. Takich czapek. No i w tym roku po raz kolejny kupiłam sobie czapkę i po raz kolejny ktoś mi za... na basenie   ją zgubiłam. I nie ma już moich ukochanych czapek i nigdzie podobnych nie ma, w sklepach już wiosna, to możemy kupić sandały i słomkowe kapelusze, bo przecież wiosna, gdzież by tam czapki. I to jeszcze żółte. No więc nie. No więc ja się zaparłam i kurcze blade zrobię sobie czapkę i będę ją nosić. I teraz szukam wzoru - żeby nie była jak czepek pływacki i nie była beretem i nie była przylizana i nie była fikuśna i filuterna tylko zwykła żółta czapka. Bez pomponu, bo w pomponie to wygądam jak dziesięciolatek na spacerze.

01:09, inny_glos
Link Komentarze (4) »
wtorek, 25 lutego 2014

Chłopaki wyjechali, goście wrócili do Pl a ja się rozkoszuję samotnością. Mam ferie. Słucham swoich myśli. Jest cudownie. Trochę żałuję, że akurat jak byli goście to miałam zaległe prace do sprawdzenia i zamiast nad morze, na spacer, na miasto, to ja przy kompie cały boży dzień, od rana do wieczora, a właściwie od południa do nocy, bo wiadomo - kawa, śniadanie, rozmowy, śmichy chichy. No, ale wczoraj wysłałam ostatnie oceny rzutem na taśmę, dokładnie wpół do dwunastej i voila! oto jestem wolna przez parę dni.

A teraz sobie odbijam. Rozkoszuję się byciem z samą sobą. Co, jak się okazuje, polega na jechaniu na szmacie, bo w pierwszy swój zupełnie wolny dzień pomyłam okna i wysprzątałam cały dół. I tak sobie właśnie rozmyślałam feministycznie, dlaczego kobieta, jak zostaje sama w domu, to zaczyna sprzątać. To znaczy chłopaki oczywiście też sprzątają, ale tylko jak ktoś (kobieta, nie taki zupełnie przypadkowy ktoś z ulicy, oczywiście) ich o to poprosi, jak przedstawi sprzątanie jako sprawę szalenie istotną, podstawę wspólnego bytu i fundament wszelkich późniejszych ewentualnych korzyści niematerialnych czerpanych ze związku. A kobieta nie - kobieta sama z siebie szmatę łaps! i jechane!

I tak się właśnie zastanawiałam i zastanawiałam i do niczego okrywczego nie doszłam, jeno do stwierdzenia, że lubię. Sprzątam, bo lubię. Lubię pracę fizyczną, która w krótkim czasie przynosi tak zauważalne, żeby nie powiedzieć spektakularne, efekty. Sprawia mi to przyjemność, kiedy się namęczę i bach! okna błyszczą a kuchnia lśni. A już szczególnie lubię sprzątać, jak alternatywą jest praca intelektualna. Albo po sprawdzaniu esejów. Albo po poważnym bałaganie. Moja perwersja posuwa sie do tego, że czasem lubię nie sprzątać przez dłuższy czas, żeby potem w przypływie weny przywrócić pomieszczeniom i przedmiotom ich stan pierwotny. To taka czysta przyjemność - rzeczy się kotłują, przedmioty się mieszają, chaos zaczyna się zadomawiać się, entropia się rozgaszcza i czary-mary! rzeczy znowu oswojone znają swoje miejsce. I znowu udają, że są grzeczne. Z dziećmi tak się nie da. Dzieci trzeba systematycznie. Dzieci po miesiącu spuszczenia z oka już nigdy do tego oka nie wrócą. Albo coś w tym stylu.

Sprzątanie jest jak medytacja, jest tak samo metodyczne i bezmyślne. I tak samo tworzy przestrzeń. Wychowywanie dzieci jest jak karczowanie bambusowej dżungli. 

No i teraz mam taki feministyczny dylemat - weszłam do pokoju mojego syna, lat 14 i 3/4 i te papierki, talerze, książki, ciuchy, zeszyty, kasety, płyty do mnie po prostu krzyczą. Z lubością bym posprzątała na błysk, naprawdę, z prawdziwą przyjemnością. Ale czego bym nauczyła moje dziecko tym nieprzemyślanym działaniem? Jaką wiadomość bym mu przekazała? Że porządek robi się sam???

...

Ale papierki na podłodze mnie wołają a rączki świerzbią.

...

Poza tym ugotowałam cały gar chili con carne. Ale goście okazali się tak niekłopotliwi, że znikali zaraz po śniadaniu i wracali koło północy. No i sama teraz muszę zjeść ten cały gar. Dziś jest czwarty dzień. I powiem wam, że następne chili con carne będzie w tym domu nie wcześniej niż za rok.

Z innej beczki - wpis o moim bracie. Mój brat chce (chciał?) kandydować do PE z Partii Piratów i zająć się wszystkimi kwestiami prawa autorskiego, prawa w internecie, reformy prawa patentowego, inwigilacji obyweteli Polki przez obce służby specjalne i tak dalej. Byłby naprawdę właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, bo zajmuje się tym od lat, jest informatykiem Linuxowym, czyli od systemów otwartych i aktywistą w tym środowisku. Wpis usunęłam, bo głosowanie zakończone a ja nie chcę zostawiać czegoś, po czym bardzo łatwo byłoby mnie niektórym ludziom odszukać na necie (na przykład zwariowanemu eks mojej siostry, który ma tendencje do śledzenia ludzi w necie;). Mój brat niestety przegrał prawybory, co oznacza, że nie będzie miał jedynki na liście koalicji, co oznacza, że nie ma szans w wyborach. Chyba źle chłopaki wymyślili z tą koalicją - z LIBERTARIANAMI??? No proszę. Naprawdę jest wiele partii z którymi mogłabym się sprzymierzyć, ale proszę, na Boga, nie z gośćmi, którzy mając 26 lat piszą o sobie "wszystko co dotykam zamieniam w złoto. Sukces i realizacja założonych planów to moje drugie imię." albo z takmi którzy uważają, że "my, Europejczycy, jesteśmy najlepsi i najsilniejsi dlatego, że jesteśmy najbardziej wszechstronni i różnorodni, czyli najbardziej twórczy i przewidujący (...). I dlatego opanowaliśmy świat i dlatego opanujemy go ponownie." Ratunku. Litości. Niech najpierw trochę pojadą na szmacie. Niech jedzą cztery dni chili con carne. Wtedy będą mogli coś powiedzieć. O co z tym życiem chodzi.

22:07, inny_glos
Link Komentarze (3) »
niedziela, 23 lutego 2014

Przyjechałam i zaraz wpadłąm w wir tutaj-i-teraz. Bo, po pierwsze, zaległości pracowe, które mnie skutecznie unieruchomiły w domu na dobre 5 dni sprawdzania prac. Nowy sposób zaliczenia - dyskusja internetowa - spowodował, że pracy mam 3 razy więcej niż normalnie. Muszę sprawdzić każdy link, każde odniesienie i jeszcze śledzić wątek, aby móc stwierdzić czy student pisze na temat. Po drugie, goście z Pl, z którymi chciałoby się posiedzieć do rana, a od rana znowu. Na szczęście nie mogę pić przez antybiotyk, więc część dylematów i problemów odpada - nie mam rano kaca i jakoś łatwiej mi się zabiera za pracę. Co nie znaczy, że łatwo. Po trzecie, zaraz dziś chłopaki wylatują do Pl na badanie i ewentualne leczenie.

Trochę stresów pieniężnych - naprawdę nie wiem, z czego będę żyła za 4 miesiące, czasem dopada mnie to w nocy i nad ranem zwłaszcza, gdy - tak jak ostatnio mówiłam mojej pani psychoanalityk - mówię studentom o ubóstwie w Irlandii i jak się je mierzy i nagle się orientuję w środku wykładu, że my właściwie żyjemy na granicy ubóstwa obecnie. Zgodnie ze wskaźnikami. Zabawnie to brzmi - 'mówię mojej pani psychoanalityk' że żyję w ubóstwie, takim to paradoksem jest obecnie moje życie, ale wizyty te mają dla mnie taką wartość, że prędzej będę jadła ziemniaki przez cały tydzień na okrągło niż zrezygnuję z tych spotkań. Mam bowiem wrażenie, że jak sobie dobrze poukładam w głowie to będzie mi łatwiej pomyśleć, jak zarobić i co dalej robić. Czyli bieda w stylu South Beach, choć przecież oczywiście w Irl wygląda ona zupełnie inaczej niż w Pl i właśnie dlatego mieszkamy tu, a nie tam.

Oprócz tego śmierdzi wiosną już całkiem wyraźnie, tulipany niestrudzenie pną się do góry i mają już z 5 centymetrów.

I mam cudowny plan na nadchodzący tydzień ferii - gorące kąpiele, spotkania na kawce, oglądanie seriali, czytanie, czytanie, czytanie. Obecnie męczę Murakamiego (Kafka nad brzegiem) ale przyznam, że mnie kompletnie znudził - ten sam typ emocji i wyobraźni, który znam z paru jego innych książek. Zawzięłam się i dokończę, ale po tym chyba przestanę go czytać w ogóle. Wkręcają mnie obecnie prawie wyłącznie książki naukowe albo popularno naukowe, beletrystyka średnich lotów nudzi mnie niemożebnie, a na wysokie loty to trzeba mieć nastrój na latanie.

17:05, inny_glos
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 17 lutego 2014

W środę zaraz po szkole leciałam do Pl. A na lotnisku koniec świata - wiało, duło, świstało, wyło i zacinało deszczem. Połowa lotów poodwoływana, ale mój po półtorej godziny opóźnienia wystartował. Jak wchodziłam po schodkach do samolotu to mało co mnie nie zwiało, a przed startem to samolot się bujał tak, że dziewczyna za mną wpadła w histerię i zalała się szczerymi łzami i smarkami. Ale przeżyliśmy.

W Pl było cudownie, trzy dni i sześć spotkań, oprócz tego basen, sauna i moja najcudowniejsza najukochańsza krioterapia - pływanie w lodowatym basenie na zewnątrz. Teraz czekam tylko jak się sztormy uspokoją i zaczynam pływanie w morzu. Zrobiłam też sobie parę badań, o moje ty drobne radości hipochondryka!, w tym tarczyca i próby wątrobowe, oczywiście okazuje się, że jestem anemiczna, ale zdrowa jak koń, próby wątrobowe jak u nastolatka, czyli mogę imprezować dalej. Wit D powoli wzrasta. Tylko hemoglobina mi spada - podejrzewam niską wchłanialność przez leki. Zaszalałam i zrobiłam sobie jeszcze poziom ołowiu - a kto hipochondrykowi zabroni? - ale wyniki dopiero Mi odbierze, jak będzie w Pl.

Najważniejsze spotkanie odbyło się w gabinecie lekarskim i też było o dziwo miłe. Królowa śniegu była tym razem łaskawa i zaszczyciła mnie uśmiechem i dobrym słowem. Antybiotyki jeszcze przepisała na miesiąc, bo choć płucach już czysto te cholery siedzą mi w gardle. Ale nie muszę już przylatywać na kontrolę i po skończeniu antybio mogę starać się o dziecko.

I czuję, że się lepiej czuję.

20:06, inny_glos
Link Komentarze (3) »
wtorek, 11 lutego 2014

 

Wczoraj byłam z siebie dumna. Wpadło mi do głowy, że nie muszę od razu akceptować podwyżki czynszu, mogę się trochę targować, nie? A muszę wam powiedzieć, że nie umiem i nie lubię się targować, nie wiem dlaczego, ale jak ktoś mi podaje jakąś cenę to sobie zawsze myślę, że na nią zasługuje. I że powinnam ją zapłacić. I tak sobie rozkminiałam w głowie tę sytuację i doszłam do jednego pytania: co się może stać jak poprosimy o obniżenie podwyżki?... No co się może stać tak naprawdę? Pan nas przestanie lubić? Obrazi się na nas? Będzie smutny?

A zatem wczoraj, wbrew swojemu pierwszemu odruchowi, zamiast sie zgodzić na nowy czynsz, napisałam do agencji, że to dość duża podwyżka jak na jeden raz. I zaraz dostałam odpowiedź, że może obniżyć o 25 e/miesiąc. I jestem z siebie dumna. Nie jest to dużo, ale te 300 e na rok mogę już sobie na co innego wydać. Na przykład na ten żakiet. Marzę o żakiecie, gdzie byłoby miejsce na cycki, bo w żadnych nie ma. Jak pasują na cycki, to mi w pasie powiewają, mimo, że nie mam jakiś niesamowicie dużych. Właściwie mam po prostu średnie, a i tak żakiety i koszule (szczególnie z Zary) szyte są na chłopców. Co ci projektanci wyobraźni nie mają? Jarają się jakąś Kardashian i Pamelą Anderson, ale żadnych ciuchów dla kobiet z biustem nie ma. Nie nie nie. Szukam też białej koszuli, takiej, żeby po raz pierwszy mi się dobrze układała na dekolcie. I też nie ma w normalnych sklepach, a w nienormalnych kosztuje np. 140 dolarów. Może Pamelę na to stać, ale mnie nie. I ciekawa jestem, czy jest szyta w Ameryce, za taką cenę, to i mi by sie opłacało uszyć sobie koszulę, gdybym tylko umiała szyć. Czas kupić sobie maszynę do szycia.

Załatwiłam jeszcze jedną rzecz wczoraj - jakiś czas temu zapisałam się na kurs o uczeniu online. Kurs jest porządny, na Uniwersytecie i jest płatny, ale Uniwerek wziął pod uwagę, że prowadzę tam jeden wykład i pozwolił mi robić go za darmo. Dwa dni temu odkryłam, że nie mogę się zalogować do portalu, wysłałam pani maila co jest grane, a pani dzwoni do mnie, że nie otrzymali mojego zgłoszenia i że już jest za późno, ale w przyszłym roku mogę się zapisać. No pozwalają mi. Zgodziłam się z panią, choć było mi smutno i co więcej bardzo mnie to zdziwiło, potem sprawdziłam dokładnie pocztę i znalazłam swoje zgłoszenie wysłane w listopadzie. No więc znowu do pani i oczywiście okazało się, że można to odkręcić, że pani bardzo przeprasza i że mogę zacząć zajęcia. No i super.

A jutro lecę do Pl na kontrolę, chciałabym żeby ta kuracja antybiotykowa już się skończyła, ale szczerze mówiąc wydaje mi się, że pani doktor mi jeszcze przywali miesiąc na dragach, bo jeszcze trochę kaszlę. Jest oczywiście nieporównanie lepiej, ale zobaczymy. Nie chciałabym zostawić niedobitków, które mnie znowu zaatakują. Przy okazji zamierzam porobić sobie parę badań (ach te rozkosze hipohondryka!) i wybrać się na saunę i basen. MARZĘ już o saunie. I lodowatym basenie. I o górach.

O terapii w następnym odcinku, a tu macie moje tulipanki:



12:40, inny_glos
Link Komentarze (5) »
piątek, 07 lutego 2014

Dziś z rana dostaliśmy list od naszego landlorda (właściciela mieszkania, a właściwie agencji nieruchomości), że czynsz w górę o 15%. Będziemy oto płacić tysiaka. Ups, wytrąciło mnie to trochę z równowagi, choć staram się trzymać rękę na pulsie rynku nieruchomości i od roku już wiem, że czynsze poszły w górę, że hohoho! Podobne mieszkania/domy w naszej okolicy to już 1200 e/m, więc wyjścia nie mamy, chyba, że wyprowadzimy się  na obrzeża miasta - ale wtedy dochodzi koszt przejazdówek, co wychodzi drożej. Jedyną alternatywą jest przeprowadzić się do jednopokojowego (tutaj jednopokojowe to jadalnia łączona z kuchnią i sypialnia), trochę jednak szkoda Adziarza, który tutaj się już zadomowił, ma swój pokój, a my nie śpimy w kuchniojadalni tylko w sypialni. I mam blisko wszędzie. Biorąc to wszystko pod uwagę zdecydowaliśmy się zostać. No ale będzie nam dość ciężko dopóki tylko ja pracuję i to nie na cały etat, nie mówiąc już o tym, że co kiedy Mi skończy się zasiłek i dalej nie będzie miał pracy. No nic, trzeba jeszcze trochę skromniej żyć. Trochę mnie uwiera, że koszt podwyżki to dokładnie koszt mojej terapii, ale zrobię wszystko, żeby z niej nie zrezygnować. Mi mówi, żebym przestała panikować, bo on znajdzie pracę. Nawej jakąkolwiek, jeśli będzie trzeba. No cóż, jeśli będzie trzeba, to i ja znajdę jeszcze coś na weekend - nie wiem, może jakaś opieka nad dzieckiem? Damy radę. Najważniejsze, jak wiadomo, to się nie stresować. Ale ta podwyżka coraz bardziej przekonuje mnie do kupna czegoś tutaj - płacilibyśmy kredytu mniej niż czynszu. Tylko, że nikt mi nie da kredytu jak pracuję na kontrakt. I tak to.

I gdzie w tym wszystkim jeszcze kolejne dziecko?

 

No nic, póki żyjemy, to wszystko możliwe i damy radę. Nie ma co wyprzedzać wydarzeń, zobaczymy jak się ułoży. Nie mogę wpadać w panikę, bo przecież JUŻ wiem, że najważniejsze, to mieć pozytywne nastawienie.

Ech, i tak życie jest piękne!

A oto moje tulipanki - kiedy je wsadzałam do ziemi w tych czarnych miesiącach zeszłego roku nie myślałam, że coś z nich wyrośnie. Ale życie nie czeka i pnie się w górę:

15:00, inny_glos
Link Komentarze (5) »
wtorek, 04 lutego 2014

Przeżyliśmy czterdzieste urodziny Mi w przybytku rozpusty Dr Quirkeys Good Time Emporium, do którego to zaciągnął nas znany hazardzista Adziarz. W przybytku owym straciliśmy z 10 euro na granie, co było dla mnie rozpustą dziwną i mroczną i kolejne 12 na bilard, co było warte swojej ceny. I tak oto obeszliśmy 40stkę bezalkoholowo i bezimprezowo, ja bowiem kolejne dni na antybiotyku, a Mi nie ciągnęło samego do knajpy. No i dobrze.

Dzień wcześniej jeszcze zaliczyliśmy małe nieporozumienie, kiedy równo o 12 wręczyłam mu prezenty (czekolady z chili i pieprzem, śmierdzące sery, specjalna herbatka) a on na to: przecież wiedziałaś, że nie będę jadł nabiału od swoich urodzin! I nie chciał niczego spróbować, mimo, że był dopiero dzień wcześniej, ale 12 w nocy, i prawie wszystko w paczce było z jakąś formą mleka i mówił: no nie przejmuj się, bo herbatka super!

A mi tak przykro się zrobiło, tak niewymownie przykro, że nie mogłam zasnąć i przychodziły mi na myśl młode weganki, które oto od teraz będą interesować mojego męża, który oczywiście mnie zostawi i zostanie eko-terrorystą, o którym będę od tej pory czytać w gazetach, w których ta jego twarz tak bardzo znajoma obcą będzie mi się wydawała i dziwną, jak portret pamięciowy.

Kupon na masaż go udobruchał i rano wstał i zaczał jeść sery i wiedziałam, że między nami już wszystko dobrze i nie muszę zostawać młodą weganką.

A w Irl wiosna wiosna! jak co roku od początku lutego. Moje tulipany zasadzone w najmroczniejszym miesiącu listopadzie mają już z 3 centymetry i tylko patrzeć, jak zaczną kwitnąć. Wichry, deszcze i huragany powoli przynoszą coraz cieplejsze powietrze, był pan i umył nam okna z zewnątrz (tutaj się one tak sprytnie otwierają, że nie da rady umyć ich z zewnątrz samemu).

15:19, inny_glos
Link Komentarze (2) »
sobota, 01 lutego 2014

Siedzę w domu z ogromną opryszczką na pół policzka i z drugą na ustach, obie pieczołowicie zasmarowane pastą do zębów, bo zovirax już nie działa, obie to skutek brania antybiotyków przez ostatni miesiąc. Jadę właśnie na ostatnim z nich (właściwie to nie antybiotyk, tylko lek przeciwbakteryjny i przeciwpierwotniakowy, ale cholera niezła - skutek uboczny to zmniejszenie białych ciałek krwi), jeszcze tylko 5 dni i teoretycznie koniec. Choć coś czuję, że mogę dostać drugą serię, bo jeszcze delikatne pochrząkuję. Pierwotniaki nie mają szans, mam tylko nadzieję, że ja mam, bo oprócz opryszczki dostałam niezłej grzybicy, wyraźnie mikroorganizmy zmówiły się, żeby mnie wykończyć. My też z Mi zaczęliśmy się zbroić i przypuściliśmy zmasowany atak odpornościowy, nastawiliśmy 6 słojów kiszonych buraków i najzdrowszą kiszonkę świata - kapustę kim chi, śmierdolącą tak, że człowiek zaczyna się zastanawiać czy złe bakterie nie uciekają po prostu z powodu zapachu, bo swojskie polskie kiszonki to przy kim chi odświeżacz do powietrza (ale jak coś, co jest kapustą ukiszoną z kalarepką, czosnkiem, imbirem, anchovis i sosem rybnym ma nie śmierdolić??), robimy sobie co parę dni kurację koktajlem z kiszonej kapusty, czosnku i kiszonych ogórów, kupiłam tran i codziennie łykam, razem z magnezem, wapnem, antyhistaminą na uczulenie, 4 tabletkami probiotyków, lekami ochronnymi na wątrobę i płuca (ACC) i wyciągiem z bzu czarnego, naturalnym antywirusem, montelukast na płuca i tabletką inhibitora pompy protonowej na żołądek, dorzucam lekką ręką jeszcze witaminkę C, oczywiście D i B komplex, lekomanka to komplement w moim przypadku. Stałam się również tyranem zdrowego odżywiania, wiercę dziurę w brzuchu chłopakom, że lepiej zapobiegać i tak dalej, zmuszam ich do łykania tranu i jedzenia zup, kasz, kiszonek, bobu, fasol, brokułów,  coraz bardziej odrzuca mnie od mięsa, trochę też od mleka. Postanowiłam też w końcu przestać jeść rzeczy, które mnie uczulają, a więc na początek orzechy i czekolada (ale ja tak lubię!).  Ale to Mi jest awangardą żywieniową w naszym domu, właśnie mi oznajmił, że od swoich 40 urodzin zostaje weganem, czyli oprócz tego, że nie je mięsa, to od jutra także  żadnych przetworów mlecznych ani jajek. A ja mu kupiłam zestaw śmierdzących serów na urodziny:( Trochę się też przestraszyłam, bo do ekstremizmu niedaleko, słyszałam historie o nazi veganach, którzy robią naloty na lodówki pracowe i wyrzucają mleko, do zostania eko-terrorystą niedaleko, ani się obejrzę a zacznie uwalniać zwierzaki z ferm. Mam w sumie szczęście, że bakterie to rośliny i można je zabijać.

A na zewnątrz wieje i leje, leje i wieje, dobrze, że nie muszę się pokazywać ludziom z moją twarzą zajętą przez obcego. Mam zapas seriali i książek i święty spokój, bo chłopaki pojechali na szachowy mecz ligowy.

12:51, inny_glos
Link Komentarze (18) »
stat4u