RSS
środa, 27 lutego 2013

Człowiek jest taki kruchy.

Cały poprzedni tydzień utarł mi trochę nosa i sprawił, że parę rzeczy sobie przypomniałam.

Po pierwsze, trzeba o siebie dbać, trzeba słuchać swojego ciała, umysłu, emocji i podświadomości. Trzeba pozwalać sobie na nicnierobienie, leżenie do góry brzuchem i marnowanie czasu. Nic nie robić jest przeważnie bardzo trudno, choć panuje powszechne przekonanie, że jest wprost przeciwnie. Otóż nie, nie, nie! Prawdziwe nicnierobienie to nie staranie się, nie wyrzucanie sobie niczego, nie uciekanie od obowiązków, nie rzucanie się w wir zabawy, ale też nie nudzenie się i nie oglądanie telewizji. Prawdziwe nic nie robienie to nie uwiąd woli, ale świadomy wybór i podświadome przekonanie, że nie ma nic ważniejszego, niż po prostu bycie. Nic nie robienie to nie bieganie w kółko, coraz szybciej i szybciej, z przekonaniem, że zaraz tam za zakrętem czeka na nas niewiadomoco. Nic nie robienie to nie udręczanie się, że się nic nie robi, a mogłoby się. Nic nie robienie to nie wypieranie obowiązków i wybieranie przyjemności. Nic nie robienie to powstrzymanie się od oceny siebie i innych, od szufladkowania i etykietkowania, od oceniania i wybierania, od usilnego dążenia do czegoś. Nicnierobienie to zatrzymanie się i zdziwienie, że mogło się tak długo kręcić w kółko.

Po drugie, to, co nam się wydaje łatwe, dla innych może być trudne. I nie dlatego, że są głupi, cieńcy, słabi, leniwi, mniej ambitni, zepsuci, grzeszni, czy po prostu gorsi. Ale dlatego, że dostali inny bagaż w spadku, inaczej zostali zakodowani, mają inne traumy i inne doświadczenia. Dobre rady można sobie wsadzić w tyłek zatem, radzenie osobie w głębokiej psychozie, żeby się wyluzowała jest jak karmienie głodnego niemowlęcia bigosem. I golonką. Dlatego sobie myślę - pokora i szacunek. Nie wiemy, z czym inni się zmagają i jak to głęboko siedzi, z czego to wynika i jak bardzo jest bolesne. Mówienie nieszczęśliwej żonie, że rozwód jest taki prosty to jak mówienie czterolatkowi, że czytanie to nic trudnego.

Po trzecie, to, co robimy i jak to robimy jest zawsze głęboko zakorzenione, nie zmienimy rzeczywistości zmieniając zachowanie. Zachowanie nieracjonalne z pozoru ma najczęciej bardzo racjonalne głębsze wytłumaczenie. I to głębsze wytłumaczenie jest prawdą subiektywną, która może nie pokrywać się z prawdą obiektywną, ale i tak jest prawdziwa. Dla nas. Zaprzeczanie jej nie zmieni tego, że istnieje i wpływa na to co robimy i kim się czujemy. Jeśli ja się czuję nikim, jak nie jestem kimś, to nie wystarczy mi powiedzieć, że to nie jest prawda. 

Po czwarte, zrozumienie intelektualne nie wystarcza. Zrozumienie jest czymś głębszym, jest odmianą nas, jest pożegnaniem się z dysfunkjonalnym zachowaniem, jak rozpuszczeniem się powtarzalnego schematu. Jest wyzwoleniem. Jest uwolnieniem. Ale nie musi być nagłe, może być powolnym rośnięciem, dojrzewaniem, ale może być też błyskawicą strzelającą wtedy, kiedy już nie możemy dłużej tak żyć.

Po piąte, nie jest ważne kim się jest. Tak, wiem, to oczywiste, ale czy naprawdę tak myślicie? Czy się nie oszukujecie? Czy pozwalacie dziecku przynosić takie oceny jakie chce, czy wymagacie od niego osiągnięć? Czy pozwalacie sobie być takimi jakimi chcecie, czy wymagacie od siebie bycia kimś? Czy naprawdę jak się dowiadujecie, że ktoś jest lekarzem, to traktujecie go dokładnie tak samo, jakby był sklepikarzem? Sprzątaczem? Hydraulikiem?

Ja wiem, że ja nie. Choć oczywiście uważam, że wszyscy są równi i wszyscy są wartościowi, to wiem, wiem, że moje nastawienie się zmienia. I wiem też, że ma tak większość ludzi, jak potwierdzają niezliczone badania: atrakcyjni ludzie są oceniani jako bardziej otwarci, przyjaźni i inteligentni, te same twarze z podpisem 'lekarz' i 'robotnik' są różnie oceniane (lekarz jako mądrzejszy itd), częściej i uważneij słuchamy kiedy mówi ktoś zadbany i dobrze ubrany, niż ktoś w ubraniu zdradzającym niskie pochodznie społeczne i tak dalej.

Czyli ważna jest dla nas hierarchia nie tylko dlatego, że porządkuje świat i sprawia, że instytucje działają sprawniej (ktoś musi czasem wydawać rozkazy lub decydować o leczeniu), lecz dlatego, że wierzymy, że jest ważna. Że niektórzy są lepsi. A niektórzy gorsi. I tak powinno być, bo przecież nie wszyscy są tacy sami. Ale za to my, my jak się postaramy, to będziemy lepsi. Będziemy biali, wykształceni, dobrze zarabiający, utytułowani, darzeni szacunkiem niedlatego, że jesteśmy wewnętrznie dobrzy, tylko dlatego, że jesteśmy lepsi.

I tak to sobie myślę. 

Czuję się delikatna. Szkoda mi ludzi. Szkoda mi siebie.

Ale czuję, czuję te zielone pędy przebijające się mimo wszystko, czuję, że zmiana jest możliwa, a życie warte przeżycia.

Life is precious.

17:59, inny_glos
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 25 lutego 2013

Byli goście i jakoś tak - wiecie - dobrze. 

Goście przywieźli wiosnę. 

Świeżością powiało.

Mam nadzieję, że oni też wrócili do siebie odświeżeni.

I w sumie to nastrój mam żółciótki. Żonkilowy. Kurczakowy. Wiosenny.

Mam przerwę! Cały calutki tydzień wolny! (za wyjątkiem poprawiania prac i szkoleń, oczywiście).

Ech, już sobie planuję ile fajnych rzeczy zrobię. Spacery, oddychania szeroką piersią (a propos - byłam u lekarza, idę na zdjęcie, coby mieć pewność, że wszystko ok), nieśpieszne kontemplowanie chmur, listków i promieni słońca na dywanie. Sadzenie kwiatków. Oglądanie pędów róży. 

Albo będę robić nic. Tyle godzin, ile tylko się da. O.

18:53, inny_glos
Link Komentarze (2) »
sobota, 23 lutego 2013

Wykończona. Wróciłam z Uniwerku.

Mam dużo, dużo przemyśleń wewnętrznych, ale nie mam już dziś siły na opisywanie zagłębiania się w siebie.

Ale wiecie co? Studenci mi dziś powiedzieli, że jestem ich najlepszym nauczycielem. Mimo, że powiedziałam im, że na polityce rolnej Irlandii za bardzo się nie znam. Mimo, że pojechałam wykończona, zmarznięta, marząca tylko o łóżku. Powiedzieli mi, że nikt jeszcze tak dokładnie im nie sprawdzał prac, nikt im takich pomocnych rad jak pisać esej nie dawał. Bardzo mnie to zdziwiło, pojechałam dziś bowiem bez zbroi, bez oczekiwań, bez natężania się, pojechałam wiedząc, że - cóż - w tym temacie nie jestem ekspertem. I nie byłam. Powiedziałam im szczerze, że mogę im pomóc z socjologicznym ujęciem tematu, ale szczegółowe omówienie polityki rolnej jest poza zakresem moich możliwości. I mieliśmy w sumie bardzo ciekawą dyskusję.

Jutro goście, cieszę się bardzo:)

23:52, inny_glos
Link Komentarze (4) »
piątek, 22 lutego 2013

Ogarnęłam się. 

Wizyta u lekarza zamówiona.

Zupa ogórkowa zrobiona.

W przyszłym tygodniu mam wolne!

Przyjeżdżają fajni goście. Idzie wiosna.

Obejrzałam wczoraj film. Z cyklu historie rozczulające, ale takie dobre. (Precious, polecam). Popłakałam sobie. Człowiek potrzebuje sensu, potrzebuje historii rozczulających. Czytam "Power of Negative Thinking". Płaczę sobie. Czemu się to wszystko wie, a i tak się wpada w tę wytartą koleinę?

Psychoza minęła. Zagłębiam się w siebie. Muszę pamiętać, żeby odpoczywać, odpuszczać, nie winić się, nie stawiać się pod ścianą. Muszę dbać o siebie. Psychoza się włącza, kiedy zagonię się prawie do wykończenia, jakieś pomarańczowe ostrzegawcze światełko u mnie nie działa i dopiero głośne puff bezpiecznika sprawia, że zwalniam, ale dopiero wtedy, kiedy biec nie mogę.

Jak wy dbacie o siebie? Pamiętacie, żeby zwolnić? Co wam o tym przypomina?

17:28, inny_glos
Link Komentarze (1) »
czwartek, 21 lutego 2013

Dawno nie byłam w takim ciemnym miejscu, w jakim jestem teraz. 

I tak się zastanawiam do czego mi akurat teraz ten strach potrzebny? Mi przypomniał mi moje ataki serca parę lat temu (raz wezwaliśmy nawet pogotowie), jak czułam, CZUŁAM, że mi serce staje. Przez pewien czas nie mogłam jeździć Luasem, pamiętam jak pierwszy raz przyjechałam na wakacje do Dublina i musiałam wysiąść z tramwaju, bo czułam, że umieram. I nie to, że sobie wyobrażałam, ja to czułam, zupełnie tak samo, jak teraz czuję, że jestem chora. Pamiętam, jak miałam atak na Grafton street, lato, słońce, grajkowie, a ja czuję, że właśnie teraz umieram, osuwam się na kolana na środku ulicy, Adek przerażony, przechodnie zatrzymują się i pytają, czy mi pomóc, Mi biegnie po wodę. A mi mignął sekundę wcześniej pan przebrany za śmierć i to wystarczyło.

Ataki paniki minęły, wyperswadowałam sobie atak serca, choć jeszcze do dziś lubię, jak Mi trzyma mi rękę na sercu jak zasypiamy, kiedyś miał przykazane, że ma mnie obudzić, jak mi serce stanie;D Myślicie, że nie wiem, jak to głupkowato brzmi? A jednak nie zmieniło to ani na jotę bladego strachu, który dopadał mnie zawsze przez zaśnięciem. A ręka Mi pomagała.

Neuroza znowu się uaktywniła, czas pogrzebać w sobie dlaczego teraz, czego się znowu boję. Co się teraz dzieje takiego, że uciekam w śledzenie godzinami meteorytu albo wyszukiwanie na necie objawów raka.

Do lekarza się zapisałam, nie zaszkodzi. Choć boję się panicznie, boję się tak, że mam wrażenie, że zemdleję przed wejściem do gabinetu. Boli mnie tchawica i pokasłuję, mam nadzieję, że to przeziębienie, a nie wiecie co. Pocieszam się, że biegałam we wtorek, a czułam się tak sobie - Mi miał jakiegoś lekkiego wirusa i bolało go gardło - ale pobiegłam, bo przecież trzeba, trochę kiepsko mi się biegło, ale zrobiłam 23 minuty. Choć wiało mi w klatkę jak cholera.

Powoli przemyśliwuję udanie się do jakiegoś specjalisty, nie chcę, żeby strach dyktował mi życie.

17:56, inny_glos
Link Komentarze (6) »
środa, 20 lutego 2013

No nie wiem, nie wiem, co się ze mną dzieje, wessała mnie taka głęboka czarna dziura, że nawet hop hop nie mam siły krzyczeć. Ledwo co meteor odleciał, czy inna asteroida, ledwo co okazało się, że brzoza nie 666, tylko 510 centymetów do złamania ma, ledwo co Włoski kandydat nagle ma więcej szans na papieża od czarnego  gpścia (a wszyscy pamiętamy przepowiednię z dzieciństwa, prawda) nagle zaczęło mi się wydawać, że mam raka. Bo mam chrypkę i lekko kaszlę już od dawna, bo zaczęło mnie boleć tak w środku krtani, żeby to jeszcze gardło, ale to tak dziwnie i od środka. No wiecie, paliłam tyle lat, na pewno nie pozostaje to bez śladu. Boję się jak jasna cholera, jestem na granicy histerii i nie umiem sobie poradzić.

Nie wiem, czy to z przemęczenia, czy z innego cholerstwa, dawno tak koszmarnie psychicznie się nie czułam. Tylko proszę, proszę nie pocieszajcie mnie, że napewno nie, że coś tam coś tam, ja wiem, że coś tam coś tam, ja wiem, że i tak dalej. Ja to wiem. I wiem, że na coś trzeba umrzeć. Tylko tak sobie się dzielę z Wami. Że jakoś tak kiepsko w tym lutym, że jestem przemęczona, że nie mogę spać, że mam dużo roboty i że dawno tak bardzo i tak często nie chciało mi się cały czas ryczeć. I że ogólnie jakoś tak. I naprawdę nic się poza tym nie dzieje, wszystko w miarę dobrze, z kasą norma, z mężem dobrze, dziecko kłopotów nie sprawia. Tylko we mnie tak w środku strach ciemny i przepaść, lęk i przerażenie. 

19:36, inny_glos
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 18 lutego 2013

Przeczołgał mnie ten tydzień, rzucił na kolana, przecisnął przez prasę i kazał siedzieć na kanapie i się trząść. Papież, próby jądrowe, meteoryty, asteroida, w piątek spędziłam cały dzień na sofie śledząc pół boiska sportowego przelatujące najbliżej ziemi od stu lat. Nie wierzę zapewnieniom, że nie ma szans na zderzenie, wiem, że to, co do nas dociera to takie okruchy pomiarów, dyskusji i badań, że nie mamy szans ocenienia na ile są prawdopodobne. A neuroza atakuje.

 

11:28, inny_glos
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 lutego 2013

Człowiek się budzi rano, a tu próby jądrowe w Korei.

11:02, inny_glos
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 lutego 2013

Brzoza złamana na wysokości 666 cm., czarny papież, wydaje się, że dzisiejszy dzień ma dużo więcej do zaoferowania niż tylko moje prywatne udręki.

18:47, inny_glos
Link Komentarze (5) »

Gmail mi przypomniał dziś o takim małym wyzwaniu pracowym i się zestresowałam od samego rana. Wyzwanie jest zupełnie dobrowolne i w dodatku z poza mojej aktualnej pracy, jest absolutnym minimum, które powinnam zrobić, jeśli chcę się rozwijać nie tylko wykładając przedmioty na których się znam jak kura na pieprzu.

Paradoksalnie - jest mi psychicznie łatwiej uczyć czegoś, na czym się nie znam, bo zawsze mam wytłumaczenie, że nie jest to moja dziedzina, kiedy natomiast tylko się zabieram za coś z mojej bajki rośnie mi w gardle kula a żołądek wywraca się na drugą stronę. Trudno mi jest powiedzieć wyraźnie 'tak, znam się na tym, tak, to jest to, co umiem, tak, moje badania są dobre a będą jeszcze lepsze', trudno mi poczuć się znawcą i ekspertem i przekonać do tego innych. Poprawiam setki prac w mojej szkole, wielu studentów mówi, że moje uwagi są i słuszne i pomocne,  kiedy dyskutujemy prace Mi wyłapuję z łatwością mielizny i uproszczenia i mam dziesiątki pomysłów, jak rozwinąć argumentację, jak ująć to, co wymyka się precyzyjnemu określenia. Kiedy czytam swoje prace w głowie mam miazgę, pustkę, wielką napęczniałą pierwotną magmę, opór myślenia jest prawie że namacalny, niechęć do zagłębiania się w niuanse argumentacji aż dech odbiera, w głowie kołacze się jestem głupia, to bez sensu, idiotyczne, nie ma w tym nic ciekawego, wszystko pomieszane, nie umiem, nie potrafię, co za głupoty wypisuję.

Mi pocieszając podsuwa mi artykuły o Irlandzkiej kulturze dewaluowania samego siebie i równoczesnego umniejszania innych, po-katolickiej i po-kolonialnej spuściźnie, tak, mamy coś z Irlandczykami wspólnego, tą gębę uniżonego i poniżonego narodu, tę skromność fałszywą wkopującą w błoto również innych, ja jestem mały, ale i ty marnego wzrostu, nie zasługuję Panie na taką godność, ale inni jeszcze bardziej nie zasługują, dlatego Panie będę pełnić tą posługę, choć prochem marnym jestem i niegodnym stóp całować. Jestem nikim, ale i inni są nie wiele warci, nic nie osiągnąłem, ale sukcesy innych to łut szczęścia i niesprawiedliwość losu, ot trafiło się ślepej kurze ziarno, ale nie ma się z czego cieszyć, wszak pierwsi będą ostatnimi.

15:28, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 08 lutego 2013

Tak sobie pomyslalam, ze bede czesciej pisac, bo sama jak do siebie zagladam, to mam wrazenie, jakbym nic sobie nie myslala, a nie jest tak przeciez. Dialog wewnetrzny toczy sie toczy jak garb uroczy, choc z ta uroda to bym nie przesadzala. Najczesciej bowiem mam wrazenie, ze (a) mysle w kolko to samo albo (b) mysle w kolko co innego o roznych sprawach i oba te stwierdzenia sa niestety prawda, niestety, bo to nie brzmi zbyt logicznie. No ale coz. Zycie.

Jestem osoba konsumpcyjnie obsesyjna, co jakis czas wymyslam sobie rzeczy wraz z zakupem ktorych jakosc mojego zycia poprawi sie niewyobrazalnie. Jesli nie ulegne impulsowi natychmiastowego wymienienia posiadanych srodkow platniczych na rzeczona rzecz,  zapisuje sobie po to prostu w kalendarzu i zaczynam w kolko sprawdzac rozne modele, ceny, ksztalty, mozliwosci zakupu. Ostatnimi dniami dostalam bzika na punkcie tak zwanego memory foam mattress topper , czyli nakladki na materac zapamietujacej nasze ksztalty.

Kosztuje cos takiego od 70 do 200 euro i - jesli wierzyc opiniom w necie - jest to koszt roznicy pomiedzy spaniem w raju a spaniem na ziemi. Golej. Wiekszosc osob, ktora sobie to cudo kupila pisze, ze od tego czasu wracanie do domu cieszy podwojnie, bo zaraz czlowiek polozy sie na tym rajskim lozku.

Materac w wynajmowanym mieszkaniu gryzie mnie od samego poczatku, czasem mniej, kiedy mam dobry humor i wszystko gdzies, a czasem bardziej, kiedy stres wylewa mi sie uszami i nie moge zasnac, albo budze sie o czwartej rano, i od dawna marze o czyms miekkim izolujacym mnie od metalowych drutow pod cienka tkanina. Jesli jeszcze jest tak, ze jest on bardzo cieply - jak NARZEKAJA (sic!) niektore jego uzytkowniczki - to wydaje sie, ze jest to cos, co warto kupic. 

A moze po prostu jestem zakichana krolewna, ktorej sie w tylku poprzewracalo? Tez jest taka mozliwosc. Dlatego zapisuje w kalendarzyku 'memory foam topper' i czekam, az oficjalnie nabierze mocy urzedowej. 

Bo nie musze dodawac, ze mam juz naskrobane 'welniany koc, duzy, zolty' (60e), buty na plaskim, brazowe (80e), biala szafeczka do lazienki (30e) i pare innych drobiazgow.

20:14, inny_glos
Link Komentarze (3) »
czwartek, 07 lutego 2013

Zadzwonil.

Zyje.

Przyszedl.

Zmarzniety na kosc. 

Uff.

00:28, inny_glos
Link Komentarze (3) »
środa, 06 lutego 2013
Mamie nigdy nie dogodzisz

Poszedl z kolegami na mecz. 

Z dwoma kolegami  z klasy niby, ale ich nie znam, moze nie trzeba bylo puszczac? Moze to jeszcze za wczesnie na takie samodzielne wyprawy? No, ale co mialam robic, jak jego ojca jeszcze nie bylo, sama mialam z nim na ten mecz isc? Sledzic go mialam? Ubrac ciemne okulary i udawac, ze to nie ja? No nic, poszedl, sam poszedl, ubral sie w dres wyjsciowy i wyszedl, pumy, najki, kurtka, czapka nie, i nie wciskalam, bo po co, po to, zeby wsadzil do kieszeni i zgubil za piec minut, przeciez wiem, ze nie zalozy, ma dwa kaptury, moze nie zmarznie.

Kase na bilet dostal, na jedzenie drobne dostal, na autobus dostal, jeszcze do sklepu sie z nim przeszlam i picie mu kupilam, jakby co, temu mojemu duzemu-malemu synkowi, slonce swiecilo, telefon mial, no niech idzie, myslalam sobie, nie moge go cale zycie pod kloszem trzymac, radzic sobie musi, jeszcze tak niedawno rozpaczalam, ze nigdzie nie wychodzi, ze siedzi w domu, ze nie ma kolegow - a tu prosze! jaki popularny! Wczoraj z Conorem na kolko komputerowe po szkole, bez drugiego sniadania i bez obiadu do siodmej, pozycz choc na bulke od kolegi, tak mowilam jak dzwonilam, choc na sok, tak bez jedzenia caly dzien, wykonczysz sie, mowilam jak dzwonilam, spoko mamo, dostalem herbatnika i Conor podzielil sie ze mna chipsami, no coz, albo koledzy albo jedzenie, myslalam sobie. Dobrze, ze w koncu zaczal wychodzic.

I dzis znowu poszedl. Slonce swiecilo, telefon mial, ladowal go przed wyjsciem, najwyzej zadzwonimy i go sciagniemy taksowka po meczu, myslalam sobie, najwyzej Mi wysle po Adziarza, no niech idzie, w koncu to Polska - Irlandia, niech ma te mecze, kolegow, swoje zycie. I poszedl. 

A teraz siedze tu i znowu jest nas dwie. Ta jedna wie, ze nic sie nie dzieje, ze przeciez 13sto letnich chlopakow nie morduja na towarzyskich meczach reprezentacji, w centrum Dublina, Aviva stadion. Ta druga ja wstrzymala oddech i nie oddycha juz od trzech godzin, od kiedy sie okazalo, ze MA WYLACZONA KOMORKE, cholerny dzieciak!

Ta jedna ja wie, ze bateria mu siadla, bo podladowal ja tylko przez 5 minut, byly 3 kreski i nagle jest jedna, a potem zadnej, jakie to proste, tak sie dzieje, tak sie zdarza, nie ma co panikowac. Ta druga ja nie oddycha. Ta pierwsza mowi, przeciez mamy telefon do kolegi, wydebiony w ostatnim momencie przytomnosci umyslu, tak druga ja na bezdechu dzwoni do kolegi, a tam AUTOMATYCZNA SEKRETARKA. Koledze tez siadla komorka.

Ta pierwsza mysli sobie, oho, zaczyna sie nastolatkowanie, czas sie wyluzowac.

Ta druga nie oddycha i planuje wizyte na policji. Jeszcze tylko pol godzinki i idzie.

23:39, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 lutego 2013

Sezon na katar. Siedze wiec w domu z pomidorem zamiast nosa i zuzywam chusteczki. Mi robi gorace herbaty z syropem z malin i imbirem. Ja sprawdzam prace i kicham. Gdzies tam kiedys przeczytalam, ze objawy przeziebienia sa tym bardziej dojmujace, im wiekszym alergikiem sie jest, bo tak naprawde przeziebienie to alergiczna reakcja na wirusy. Od tej pory przestalam sie dziwic, ze przeziebienie u mnie jest zawsze najbardziej spektakularne - kichanie jak wystrzaly armaty i nos jak pomidor. Ale dwa dni i po sprawie.

Trzy noce temu Mi regulowal kaloryfery i zakrecil u nas w pokoju calkowicie, zorientowalam sie dopiero jak kompletnie przemarzlam w nocy. I tak mnie lapalo od dwoch dni, ale nie odpuscilam sobie wczorajszej wycieczki. Bylismy nad morzem, spacer z Bray do Greystones, nie bylo mnie tam 8 miesiecy, jak policzylam, nie moglam nie pojechac. Beda zdjecia jak sciagne. 

20:12, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
stat4u