RSS
poniedziałek, 30 stycznia 2017

Kurcze, pani opiekunka zasługuje na osobny wpis, pani Maryla, z którą się uśmiechamy sztucznymi uśmiechami jak się spotkamy w Lidlu, ale ja NIE MAM CZASU. To znaczy, czas oczywiście mam, ale tylko na rzeczy najważniejsze, jak zajmowanie się łobuzem zwanym dziewczynką, zajmowanie się zarabianiem pieniędzy w pracy, którą lubię, ale która pochłania cały pozostały czas, nie przeznaczony na spanie i siusianie. Na nic innego nie zostaje mi wolnych chwil i to niestety jest naprawdę cała prawda i tylko prawda, bo już nauczyłam się WSZYSTKO inne robić przy okazji. A więc przy okazji gotuję, sprzątam, piorę, chodzę do sklepu - przy okazji, czyli zwykle z moją córeczką. I jedyne, czego nie da się robić przy dziecku, jak wiedzą wszystkie mamy, to pisać i czytać. Ale szkoda mi szkoda tych rzeczy, które już miną zapomniane, jak na przykład tego, że kładzie się wieczorem jak gdyby nigdy nic i nagle wstaje rano i bach! 'Siaje', mówi, i przez chwilę nie wiem, co siaje, co to w ogóle może być, ale nagle wszystko wskakuje na swoje miejsce i siaje i bure i wszystkie koty za pan brat. Mi najbardziej lubi 'kjujika', ja przepadam równiesz za 'mycią', 'mycia', 'siaja' oczywiście, mogłabym nagrać sobie te słowa i słuchać na pętli na okrągło. A więc mówi, naśladuje, powtarza, już nie tylko 'miau', już nawet pojawił się 'kot' (czasem wychodzi 'tok'). Dalej uwielbia kulki i kółka, na codzienne pytanie 'Mo, a co chciałabyś zjeść?' udziela stałej odpowiedzi - Kulka!, - A jaką kulkę chciałbyś zjeść? - Mango!, co oznacza 'owocowe'. Dałam jej ostatnio herbatkę z drzemem z czarnej porzeczki, łyknęła, mlasnęła, łypnęła i powiedziała z lubością - Mango!

Sprzedaliśmy odziedziczone mieszkanie w Polsce, po podzieleniu się pieniędzmi z rodzeństwem M zostaje nam zaczepne na mieszkanie tutaj. I rozglądamy się, ale tu znowu ceny poszybowały w górę - w ciągu pół roku skoczyły o 30 tysięcy, a więc znowu nam brakuje i nie bardzo wiemy, co robić. Stawać na głowie i pożyczać czy czekać, że może spadną? 

O, płacze królewna. Idę.

00:03, inny_glos
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 stycznia 2017

Już byłam w ogródku, już kończyłam wam historię naszej opiekunki Maryli, ale oczywiście maleńtas się obudził i koniec wolnego. (A dopiero co skończyłam wykład online. ech).

Michał ją lula, to napiszę tylko szybko, że wczoraj zaczęła mówić 'fsfyscy', 'karon' na makaron i 'mjelko' ma mleko. Oraz 'fjatlo' na światło, które dotąd konsekwentnie było nazywane 'łiju łiju', łącznie z kolorem niebieskim i żarówiastym. 

00:19, inny_glos
Link Komentarze (3) »
sobota, 14 stycznia 2017

Żyjemy jak w górskiej kolejce, ledwno zdążę przeżyć i przerobić jeden koniec świata, a już drugi nadciąga i nie mam kiedy tego opisać. Ale przecież wiem, że przepadnie, przeminie i nie zostanie, blog jako pamiętnik ograniczoną ma bardzo przydatność, może więc bardziej chodzi o tą chwilę refleksji, poukładania sobie w głowie, albo nawet o samą przyjemność pisania tego, co się chce, nie do pracy, nie po angielsku, radochę z układania zdań w języku, którego może nie zna się na wylot, ale który pasuje człowiekowi jak prawdziwa noga. Albo ręka. 

Ale chciałam napisać dziś o opiekunce. Mieliśmy takie szczęście w zeszłym roku z naszą kochaną O., z którą do dziś jesteśmy przyjaciółkami na fejsie i z którą wymieniamy się zdjęciami naszych dzieciaków, pomimo tego, że wróciła do Polski, że kiedy w tym roku, jeszcze w wakacje, zgłosiła się Maryla, pani, która ma dwójkę swoich maluchów i do tego pracuje w Lidlu, ucieszłyam się, że mam problem z głowy i przestałam sobie tym głowę zawracać przez następne parę miesięcy...

00:04, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 13 stycznia 2017

No więc wyćmoktał nas ten nowy rok i tak właściwie, to dopiero co wypluł. A nawet, powiedziałabym, jesteśmy właśnie wypluwani, w trakcie procesu bycia wypluwanym. Mam nadzieję. Od ostatniego wpisu bowiem Mo jeszcze raz dostała wysokiej gorączki, po trzecim dniu brania antybiotyku. Zaczał się weekend, więc do lekarza poszliśmy dopiero we wtorek. Z piękną już wysypką. Poantybiotykową, jak się okazało, a nie zakaźną, na szczęście. Ale uszy jeszcze niewyleczone, więc drugi antybiotyk. Dodam przy tym, że ja również na antybiotyku, od dziesięciu dni. Dostałam wtedy, kiedy Morina, ale czemu miałabym nie dostać, jak przyszłam do pani doktor z piękną anginą. A zatem penicylina raz, dla mamy, penicylina dwa, dla córeczki, która to parę dni później rozwija sobie na nią piękne uczulenie. Ale nie uprzedzajmy faktów. A fakty są takie, że po trzech dniach łykania trzy razy dziennie po dwie tableteczki gorączka mi skacze, zamiast spadać. I gardło boli coraz bardziej, ale z drugiej strony, niż na początku. Właściwie to zacznyna mnie tak boleć, że płaczę z bólu, ledwo co jestem w stanie otworzyć buzię. I puchnie mi szyja. No i oczywiście diagnozuję sobie ropień okołomigdałkowy, słaba jak betka poleguję z chorą Mo na fotelu przytulając i karmiąc cycem obraz nędzy i rozpaczy. Rejestruję się na wizytę dopiero na przyszły tydzień, tą samą wizytę na której finalnie diagnozują Mo uczulenie na antybiotyk, a ja się już dobrze czuję. Ale ja jeszcze tego nie wiem, więc cały weekend katuję się wizją nacinania ropnia, jak zalecają wszystkie medyczne strony polskiego i angielskiego Internetu.

Z Polski zatem przywiozłam dużo cudownych wspomnień i porządną anginę, taką, jakiej nie miałam od trzydziestu lat.

A poza tym, to zamierzam pisać. Banałem pojadę, ale gdzieś znika bezpowrotnie to, jak Mo niepostrzezenie przestaje mówić na Elmo 'y y y' do słów Elmo song na melodię tej piosenki, a mówi po prostu: Elmo. I choć nadal te głoski są takie okrągłe, takie pyszniutkie, takie delikatne, takie jakby meszkiem pokryte, niemniej jednak jest to wyraz, a nie wytwór wyrazopodobny. Jak cudnie śpiewa Alphabet song, wiernie oddając rytm i melodię, choć jeszcze nie umiejąc wypowiedzieć słów, zachwycam się tym od rana do nocy, tym bardziej, że sama nie mam słuchu muzycznego za grosz. A tu proszę. Krew z mojej krwi. Moje małe dzieciątko. Jeszcze niedawno w brzuchu, jeszcze wczoraj tylko aaa aaa, a tu znienacka proszę! W jej dość jeszcze nieporadnej wymowie wyraźnie słychać piosenkę.

00:11, inny_glos
Link Komentarze (2) »
niedziela, 08 stycznia 2017

Nowy rok wyżuł nas dokumentnie, wyzuł z wszelkich zasobów energii, wyćmoktał, wyciućkał, wycisnął siódme poty i mam nadzieję, odpukać w niemalowane, wypluł nareszcie. Zaczęło się chorobą Mo - nic tylko 40 stopni przez trzy dni, wirusówka, wiadomo, nie trzeba panikować, ale tuż przed samym lotem do Polski na święta przestraszyło mnie i docisnęło do ziemi. Ale polecieliśmy, po drodze zostawiając jedną walizkę na lotnisku w Dubliniem, bo ja z zawiniętą dziewczynką, M z wózkiem, torbą i dużą walizą i Adek z dwiema podręcznymi, czyli już więcej rąk nie mieliśmy, a moja uwaga była skupiona wyłącznie na moim zawiniątku, bo przecież dopiero co 40 stopni dwa dni temu, bo przecież na lekach przeciwgorączkowych, bo jeszcze zawieje, pizgnie zimnem, kichnie nowymi zarazkami, plunie morderczymi bakteriami, przed wszystkim musiałam ją chronić.

Gorączka następnego dnia już taka duża nie urosła, a w kolejne dni Mo odzyskiwała wigor i szaleństwo w otoczeniu wujków, cioć i kuzynów, z Wigilijną kulminacją 14 osób.

Przygotowania, sprzątania, gotowania, wizyty, odwiedziny, znany świąteczny kołowrót wciągnął mnie i zagłuszył rozpaczliwe wołania mojego ciała, że już ma dość, że się rozkłada, że chce w końcu odpocząć...

01:04, inny_glos
Link Komentarze (2) »
stat4u