RSS
czwartek, 29 stycznia 2015

Padnięta. W poniedziałek jestem w szkole 12 godzin, z okienkami w środku dnia i godziną terapii pomiędzy wracam do domu po 22. We wtorek zaczynam rano i kończę też po 22, ale na szczęście mam na tyle duże okienko, że wpadam do domu na obiad. I poleżenie sobie. W środę kończę o 16, ale po tych trzech dniach wracam do domu i po prostu padam. Do wieczora nie jestem w stanie się podnieść. Czwartek już spokojniej, od rana, ale tylko do 15, jeszcze tylko terapia i o szóstej jestem w domu. Piątek pracuję z domu. Sprawdzam eseje i rozdziały prac licencjackich, przygotowuję nowe wykłady, nadganiam co trzeba. Czasem w piątek nie pracuję, bo po prostu nie mogę się patrzeć na papiery ale wtedy siedzę w sobotę i niedzielę. Nie narzekam, cieszę się bardzo, że dużo zarobię, biorę też wszystkie dodatkowe godziny i zastępstwa. W tym wszystkim dbam o siebie, jak padam, to padam, leżę sobie i zajadam jabłka. Pilnuję, żeby nie być głodna, bo wtedy jest groza! Pilnuję, żeby nie zmarznąć, bo nie mogę sobie pozwolić na chorowanie. Codziennie jem kromkę z czosnkiem i witaminę D. Co 3 dni żelazo. CO noc 2 banany. Jeżdżę do pracy na rowerze. Codziennie rano ćwiczę co najmniej 10 minut jogi. Staram się medytować co wieczór. Przestałam biegać po zabiegu, ale właśnie minęło dwa tygodnie i chyba niebezpieczeństwo zażegnane, jutro zatem się wybieram na delikatne rozbieganie. Choć wieje i zacina deszczem ze śniegiem. W taką okropną pogodę trzeba trzymać formę, myślę sobie. Śpię dobrze. Skończyłam kurs o nauczaniu online, dostałam 82% za końcowy projekt. 

Powinnam na dniach dostać wyniki. Coraz trudniej jest ukrywać brzuch, powoli kończą mi się pomysły, a on coraz większy. Nie chcę mówić w pracy, dopóki nie będę wiedzieć. 

Jutro ostatni dzień pracy Żmijessy. Przed urlopem macierzyńskim, niestety;) 

20:35, inny_glos
Link Komentarze (3) »
sobota, 24 stycznia 2015

Żmijessa z Loch Ness jest moją byłą studentką. Kiedy uczyłam ją 6 lat temu była spokojną, pierwszoławkową podlizuchą, uczennicą pilną, choć nie błyskotliwą. Skończyła naszą szkołę a potem rok magisterki na Najlepszym Uniwerku w Irl i dostała u nas parę godzin wykładów. Tak przepracowała dwa semestry. Po roku ogłoszono konkurs na dwa pełne etaty i Żmijessa dostała jeden z nich, razem z jedną pracową koleżanką Dunką z Irlandzkim doktoratem z socjologii, dyplomem z nauczania na uczelni wyższej i latami doświadczenia w uczeniu studentów. Żmijessy edukacja i doświadczenie - gwoli przypomnienia - to 3 lata naszej szkoły zakończone dumnym tytułem bakalaureata nauk społecznych i roczna uzupełniająca magisterka plus rok uczenia u nas na niepełny etat. Ja oczywiście też startowałam w konkursie razem z ośmioma innymi osobami, etatu nie dostałam. Może przez mój jeszcze wtedy słabszy angielski, może przez awanturę ze studentką, która wyniknęła 3 miesiace przed konkursem i otarła się o jednego wykładowcę, członka komisji (Paul, też człowiek na dłuższą historię), może przez coś innego - nie wiem, nie mam pojęcia, starałam się w to za bardzo nie wgłębiać, nie być rozgoryczona i nie życzyć źle młodej koleżance. Chodziłam z nią na piwo, utrzymywałam miłe stosunki, nie doszukiwałam się w czym od niej jestem lepsza bądź gorsza.

Pierwszym sygnałem, że miła młoda dziewczyna ma też inną twarz agresywnej, głośnej, bezczelnej gówniary była historia z inną moją studentką, Nigeryjką, która pisała u mnie pracę licencjacką i zrobiła wywiady z grupą, do której badania nie miała uprawnień (ciężarne, pijące alkoholiczki moga być badane tylko przez osoby po odpowiednim szkoleniu). Pamiętam, jak kwestia ta wyniknęła najpierw na piwie z moją szefową, Dunką i jeszcze jednym doktorem socjologii,  wprawdzie zdziwiłam się wtedy, że jest to poważnie traktowane, ale sprawa miała być wyciszona i załatwiona w taki sposób, żeby studentka nie straciła roku i nie musiała robić jeszcze jednych badań. Bo wina leżała częściowo po naszej stronie - zakaz badania tak zwanych grup pod ochroną nie jest zawarty w żadnym oficjalnym dokumencie szkoły ani w wytycznych dot. pisana pracy licencjackiej rozdawanych studentom. Poza tym studentka twierdziła, że ma zgodę komisji etycznej szpitala, co już zupełnie chroniło nam tyłki. Badania miały być uznane, praca normalnie oceniona, wycofana jedynie z biblioteki i w ten sposób pogrzebana dla potomności i różnych innych ciekawskich.  Choć uspokojona wynikiem nieoficjalnej rozmowy, chciałam jeszcze to potwierdzić bardziej oficjalnie i bez procentów i parę dni później po jakimś tam zebraniu wyskoczyłam jak Filip z konopii z pytaniem 'to jak dalej z tą moją studentką?' przy szefowej, Dunce, Paulu i Żmijessie, jeszcze wtedy znanej jako Vanessa. Szefowa zaczęła o coś się tam pytać, ja zaczęłam wyjaśniać i na to wyskoczyła Żmijessa, że absolutnie, AB-SO-LUT-NIE nie możemy sobie pozwolić na to, żeby przepuścić takie badania, bo co będzie, CO BĘDZIE JAK TRINITY COLLEGE ZADZWONI DO NASZEJ SZKOŁY Z PYTANIEM O TE BADANIA, jak studentka pójdzie na magisterkę i pokaże tę pracę, co my powiemy TRINITY COLLEGOWI, jak będziemy się tłumaczyć przez telefon TRINITY COLLEGOWI JAK TRINITY COLLEGE SIĘ ZAPYTA. Tutaj dodać należy, że Trinity College jest tą najlepszą uczelnią w kraju, którą właśnie skończyła Żmijessa dwa lata wcześniej. Wszystko to zostało powiedziane głosem podniesionym i tonem nie znoszącym sprzeciwu, wykrzyczane i wykropkowane, mnie zatkało, szefowa zaczęła się wycofywać, Paul od razu zgodził się ze Żmijessą, Dunka próbowała mnie i studentkę trochę bronić, Żmijessy głos wznosił się i wibrował, próbowałam coś wtrącić pomiędzy jej mądrości, ale nie potrafię się kłócić po angielsku, nie przychodzą mi na myśl szybkie i celne riposty, szefowa kiwała głową jak matka-kwoka tak tak tak tak, Żmijssa ma rację, tak tak, w sukurs przychodził tatuś Paul tak tak, to karygodne i powinno być ukarane, studentka wyraźnie została skazana na całopalenie a wraz z nią moja reputacją promotora. Dunka chciała uratować sytuację, 'to ja pójdę z tobą na to spotkanie ze studentką i razem jej wyjaśnimy, że powinna zrobić badanie drugi raz, tym razem na normalnych kobietach w ciąży', wyszłyśmy z sali i wtedy mi powiedziała 'a wiesz dlaczego Vanessa tak wrzeszczała? Bo za tobą stał główny szef, ty go nie widziałaś, ale Vanessa tak i chciała, żeby ją usłyszał, żeby zobaczył, jaka jest mądra i waleczna, jak broni reputacji szkoły'.

Historia ze studentką miała zupełnie nieoczekiwane zakończenie, okazało się, że sfałszowała zgodę szpitala, krew mnie najpierw zalała, że jednak Żmijessa ma rację, ale po przemyśleniu z różnych powodów zdecydowałam się sprawę zupełnie wyciszyć i nie wyciągać dalszych konsekwencji, po czasie okazało się, że to była bardzo dobra decyzja, uratowałam studentce życie - nie tylko zostałaby wyrzucona ze szkoły, ale straciłaby też pracę i byłaby zagrożona deportacją, za taką jedną głupotę zapłaciłaby bardzo wysoką cenę, a tak to bez problemu zgodziła się zrobić jeszcze jedne badania, złożyć pracę w tempie ekspresowym i nie mieć żadnych pretensji. Praca została obroniona na dobrą ocenę.

Po tym incydencie stałam się trochę bardziej ostrożna wobec Vanessy, choć nadal nie zdawałam sobie sprawy, że tak naprawdę jest Żmijessą.

CDN

15:35, inny_glos
Link Komentarze (4) »
sobota, 17 stycznia 2015
Uwaga! Będzie drastycznie.

Takie mi różne kwiatki chodzą po głowie to się w wami podzielę, choć dotyczą wyborów moralnych i ciąży, więc osoby niezainteresowane nie muszą czytać, żeby mi potem nie było, że dołuję i marudzę ciągle o tym samym.

Ale dla mnie to są pytania ostateczne, pytania o wartość życia, rozważania, które kiedyś gdzieś w życiu się pojawiają i trzeba je sobie przemyśleć.

Badania prenatalne. Zdecydowałam się na inwazyjne pobranie fragmentu kosmówki pomimo, że jest to badanie obciążone pewnym (mniejszym niż 1procent) ryzykiem poronienia. W chwili porodu będę miała lat 40, prawdopodobieństwo urodzenia dziecka z ZD to też 1 procent, dużo wyższe niż w wieku lat 30stu. Odpowiednio wyższe jest też dla innych  chorób genetycznych.

Po drugie, wszystkie nieinwazyjne badania przesiewowe (przezierność karku, test PAPPA itd.) dają tylko przybliżone prawdopodobieństwo, dla mnie to za mało. Ja muszę wiedzieć. Poza tym wyniki nie są wiarygodne - poza fałszywymi negatywnymi wynikami (dziecko jest chore, a a prawdopodobieństwo wychodzi bardzo małe, czyli wynik jest dobry) jest też ryzyko fałszywie dodatniego wyniku, gdzie dziecko jest zdrowe, ale wynik zły. A zatem zawsze po złym wyniku i tak jest zalecane zrobienie badań inwazyjnych, a na badanie kosmówki może być już za późno (jest wykonywane do 13 tygodnia ciąży). Wtedy trzeba czekać do 16 tc na aminopunkcję, dostaje się wynik po 3 tygodniach i w szóstym miesiącu możemy się dopiero dowiedzieć, że nasze dziecko ma poważną wadę genetyczną. W szóstym miesiącu czuje się już ruchy dziecka a jakakolwiek terminacja to rzeźnia.

Po trzecie, czas i pieniądze. Badanie kosmówki kosztuje 250 e i wykonuje się je w 11 - 13tc, wyniki ma się po trzech tygodniach, czyli w 4 miesiącu ciąży, ja będę miała na początku 15 tc. Ciąża jest jeszcze dość mała. Aminopunkcję wykonuje się po 15 tc, wyniki dostaje się w 5/6 mc. Późno. Jeśli robi się wcześniej badanie nieinwazyjne w przypadku złego wyniku trzeba je potwierdzić testem diagnostycznym, co jest dodatkowym kosztem 250e.

Po czwarte, właśnie terminacja. Tak, jestem za możliwością wyboru. Choć nie wiem jaką decyzję ostatecznie bym podjęła, bo to są trudne sprawy. Życie dla mnie jest cudem i warte jest ochrony najbardziej na świecie. Ale nie kosztem niezmiernego cierpienia. Dwa dni temu w Irl została aresztowana 56 letnia lekarka, która zabiła swoje dziesięcioletnie dziecko, jedyną córkę. Włos się jeży na głowie, prawda? A potem się dowiadujemy, że dziewczynka urodziła się z poważnymi wadami i bardzo cierpiała. W ostatnim roku przeszła operację, po której była w nieustającym bólu. Więcej szczegółów się nie podaje, ale ja mogę sobie wyobrazić, co czuła matka, której dziecko tak strasznie cierpiało i mogę sobie wyobrazić, jak w akcie desperacji podaje dziecku morfinę w śmiertelnej dawce. Nie wiem, czy miałabym odwagę tak zrobić. Dlatego nie jestem za ochroną życia poczętego, jestem za życiem bez niezmiernego bólu, życiem do zniesienia, możliwym do przeżycia, życiem szczęśliwym. Mówi się, że ZD to wada lekka, dzieci z tą wadą mają możliwość szczęśliwego życia. Tak, być może dzieci. Czytałam ostatnio reportaż o domu opieki dla starszych osób z ZD, takich, które miały szczęście mieć dobre matki (bo to przeważnie są kobiety). Matki, które się całe życie opiekowały swoimi dziećmi, całe życie aż do śmierci. A teraz nie ma nikogo, kto by się dużymi już dziećmi zajął. I siedzą w swoich pokojach, samotne i zagubione. I niezmiernie smutne.

A zatem po piąte, opieka nad dzieckiem z poważną wadą genetyczną byłaby obciążeniem dla nas, oczywiście, tym bardziej, że jesteśmy tutaj sami, bez jakiegokolwiek wsparcia rodziny, ale co więcej, kiedy nas zabraknie, to Adziarz byłby odpowiedzialny. Nie chcę obciążać jednego dziecka drugim, chcę, żeby Adek nie miał wyrzutów sumienia, że założy własną rodzinę i będzie miał swoje dzieci. Ja wiem jak to jest, mamy w rodzinie podobną w sumie sytuację (choć nie dotyczy wady genetycznej) i to są niezmiernie trudne przemyślenia. Nie będę wchodzić w szczegóły, ale w dalszej bądź bliższej perspektywie być może będziemy musieli w jakiś sposób zająć się osobą bliską niezdolną do zupełnie samodzielnego życia. Wiem jak to jest zadawać sobie pytania, czy powinniśmy wracać do Polski żeby zająć sie bliskim? A co z Adziarzem wtedy? Przerywać mu szkołę przed maturą? Osoby chorej nie można wziąć do Irl, bo nie ma tu ubezpieczenia zdrowotnego, a wymaga regularnych wizyt u lekarza i ewentualnych hospitalizacji. I tak dalej.

Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze, ale takie różne myśli krążą w mojej głowie. I powiem wam szczerze, dopiero jak ktoś stoi przed takim wyborem, to może coś powiedzieć jak by się zachował, bo wcześniej to takie nasze tylko gdybania.

Mam nadzieję, że nigdy nie stanę.

13:38, inny_glos
Link Komentarze (8) »
czwartek, 15 stycznia 2015

Byłam na ważnym badaniu, wbili mi igłę w brzuch, teraz leżę i się oszczędzam (no widzicie, że żadną wariatką nie jestem, nawet nie wracałam na rowerze;). Do trzech dni mam się obserwować i jakby co pędem do szpitala. Mam nadzieję, że nie będzie potrzeby. Cały zabieg dokładnie widziałam na ekraniku, widziałam tę igłę w macicy, patrzyłam, czy jest daleko od dziecka. Zabieg na żywca, trochę nieprzyjemny, ale krótki, w sumie to wcale żaden ból nie był. Taka przyjemność kosztuje 250e.  Wyniki za trzy tygodnie, sprawdzają wszystkie chromosomy i większość wad genetycznych. No niech im będzie. Uspokoiło mnie trochę to, że pani doktor robi dużo takich zabiegów, mówiła, że na przykład dzisiaj ma zaplanowane 4, więc jest doświadczona. 

Typ tym razem był bardzo spokojny, wyglądał jakby medytował, co w sumie było dobre podczas takiego zabiegu. Kompletnie nam odbiło i Mi nagrał filmik. To mamy już filmiki z dwojgiem naszych dzieci;)

Powoli schodzi ze mnie napięcie. Przez ostatni tydzień słabo spałam, budziłam się codziennie w nocy i nie mogłam zasnąć przez dwie godziny. Wczoraj śniło mi się, że coś jest dziwnego z płodem, strasznie się kręci i wypycha małymi kopytkami brzuch. Także wiecie. Klimat jak z tego filmu.



W poniedziałek w nocy o 2.30 w końcu oddałam projekt, spóźniona dwie i pół godziny i wciąż niezadowolona z końcowej wersji, ale zwalczyłam w sobie chęć przedłużenia sobie jeszcze na jeden dzień, bo to byłby jeszcze jeden dzień walki, na którą nie miałam już czasu ani siły. Zaczęłam bowiem wykłady. Przeżyłam pierwszy tydzień.

Mam parę pracowych historii do opowiedzenia, ale muszą poczekać. Dziś jeszcze jednen webinar przez net i mam wolny weekend. Zamierzam leżeć w łóżku obłożona książkami i serialami. O. 

16:29, inny_glos
Link Komentarze (4) »
niedziela, 11 stycznia 2015

Ranyboskie jestem kioskiem, znowu nie mam na nic czasu, czy ja zawsze muszę sama siebie pod ścianą stawiać i odkładać wszystko na ostatnią chwilę? Projekt to złożenia jutro, w czwartek bardzo ważne badanie po którym będę 3 dni leżeć, obłożę się książkami i filmami i będzie dobrze, byle tylko dobrze było, trzymajcie kciuki bo jest ryzyko, bo wynik też niekoniecznie po naszej myśli, i co w wtedy?, wtedy będę się martwić. W międzyczasie 18 godzin wykładów, jutro wychodzę o 10.30 i wracam o 10.30, 12 godzin na nogach, dam radę dam radę dam radę, zawsze daję, ale muszę zmienić swoje podejście, bo teraz to muszę o siebie dbać!, prawda? I nie śpię, od tygodnia nie śpię, to znaczy czasem śpię, jak się położę, ale potem się budzę koło 3-4-5 i nie śpię do siódmej, kręcę się, czytam fora, idę na spacer do kuchni , zjadam trzeciego banana, słucham wykładów na youtubie, czytam książkę, ale jestem zbyt zmęczona i nakręcona, żeby mieć z tego przyjemność, potem w końcu padam koło siódmej i do dziesiątej jestem nieprzytomna, na razie tak mogę, na razie jeszcze przerwa świąteczna, ale od poniedziałku, o ranyjulek, będzie jazda! Czemu w kantynie nie ma sofy, zawsze koło 16 muszę się na chwilkę położyć, martwi mnie kładzenie się na twardym krześle, a na podłodze nie mogę, chociaż dopóki oficjalnie nie oznajmię, a nie chcę tego jeszcze robić, bo wynik ważnego badania znany będzie dopiero za 3 tygodnie a w międzyczasie tyle wykładów! ale to dobrze, bo dużo zarobię i będę bogata, choć tylko przez chwilę, ale zawsze;)

A na pocieszenie i ucieszenie oto Adziarz z kolegami i nagrodą za II miejsce w kategorii seniorów w Dziedzinie Nauk Matematycznych, Chemicznych i Fizycznych w ogólnoirlandzkim konkursie naukowym:

 

Tym razem udowodnili przez indukcję to, co w zeszłym roku tylko przewidywali (New Theorems Concerning Engels Series). Nie pytajcie mnie, co to jest;)

Mam jeszcze filmik, wrzucę jak mi się załaduje na wrzucie.

17:57, inny_glos
Link Komentarze (7) »
piątek, 09 stycznia 2015

W ciąży najchętniej poszłabym na barykady. 

Słynne hormony ciążowe mówią mi wprost "wstawaj i walcz!". 

Wolność wiodąca lud na barykady też była przy nadziei.

Jestem pewna. Czuję się tak samo.

Jak mi nie wierzycie popatrzcie na krągłość piersi i brzuszek:



Jak na razie toczę walki na froncie fejsowym. Znak czasów;)

00:09, inny_glos
Link Komentarze (4) »
wtorek, 06 stycznia 2015

To nie tak, że tak was specjalnie trzymam, przysięgam, że nie miałam czasu. To znaczy, jak miałam czas i ochotę, żeby coś napisać, to szybciutko otwierałam projekt (który mam oddać do 12 stycznia, a który przez całe święta leżał i kwiczał) coby wykorzystać tę ochotę do ostatniej kropelki, choć i tak przeważnie zaraz okazywało się, że to raczej 0.33 niż dwa litry.

W każdym razie w czwartek rano, a był to pierwszy dzień nowego roku, czyli idealny czas na porządki w głowie i obiecanki cacanki, wstałam z mocnym postanowieniem poprawy. W końcu życie to nie tylko spacer w pełnym słońcu, wśród łagodnych fal zieleni, życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest i zamiast panikować, że coś może być, trzeba się cieszyć, że jednak jest. Czyli postanowiłam pracować nad swoją głową, co wydało mi się ze wszech miar rozsądnym rozwiązaniem. Ale wiecie,  przepraszam bardzo za suspens, ale też byście spanikowali, gdyby nagle, jednego dnia, jeszcze przed upływem właściwego terminu na takie rzeczy, jeszcze przed upływem daty ważności, nagle, zupełnie nagle utracili wszystkie znienawidzone objawy i wstali rano uleczeni, myślę, że nawet Łazasz był w szoku, zanim się zdążył ucieszyć, mógł wstać i iść.

Czwartek zatem upłynął mi bardzo miło na pracy z umysłem i tak mi już dobrze szło, że nawet w piątek, kiedy się rano obudziłam, nie miałam w planach robić niczego ponadto. Małżonek mój jednakże przekonał mnie do działania mówiąc "ty lepiej idź do tego szpitala i się zbadaj, bo jak zaczniesz panikować znowu na weekend to będzie ciężka jazda", taką mi mądrość mój ukochany oznajmił. A muszę wam powiedzieć, że mieszkam przy szpitalu położniczym, a zatem w piątek przed południem kiedy świeciło słoneczko wyruszyłam na spacerek do szpitala, oczywiście zrobiwszy uprzednio porządny wywiad w necie. Bo sobie pomyślałam, że kurcze blade, przecież nie odprawią spanikowanej ciążanki, muszą się mną zająć a jakby nie za bardzo chcieli, to zawsze mogę naściemniać, a co. Podeszłam do odpowiedniego okienka, powiedziałam co i jak i naprawdę za bardzo nie koloryzowałam, kazano mi czekać, potem miła położna zebrała wywiad, zmierzyła mi ciśnienie (bdb), a potem bardzo miła lekarka mnie zbadała.

I wiecie co?

Widziałam małego (małą?)! Serce mu biło jak trzeba, machał rączkami i nóżkami i ruszał się jak zwariowany. Mierzy dokładnie tyle, ile powinien i tańczy. Odebrało mi ze wzruszenia mowę. Zgubiłam skarpetkę. Chciałam uściskać panią doktor.

Nic niepokojącego pani doktor nie zauważyła. Wszystko jest jak w najlepszym porządku na ten moment, mogę zatem biegać i nadal prowadzić swoje aktywne życie.

Nawet plamienie okazało się mieć całkiem niegroźne źródło, nie wdając się w szczegóły.

I tym optymistycznym akcentem pozwólcie, że zakończę już tę historię, aczkolwiek obiecuję, że jak będę panikować, to napewno o tym napiszę. W końcu jak się czyta czyjegoś bloga to nie ma tak łatwo.

21:26, inny_glos
Link Komentarze (9) »
piątek, 02 stycznia 2015

W poniedziałek rano wstałam rześka jak skowronek (no powiedzmy), zarejestrowałam się na badanie kosmówki trofoblastu, to samo, podczas którego w zeszłym roku odkryłam, że od miesiąca noszę martwy płód i po porannej porcji jogi zaczęłam udawać, że pracuję. Czekając na znane popołudniowe uderzenie mdłości, pojawiające się nieodmiennie koło 14 jak fala tsunami.

Która nie nadeszła. Okej, mam jeden dobry dzień, pomyślałam sobie wieczorem i poszłam biegać. Ale ziarnko niepokoju zostało zasiane. We wtorek rano wstałam koło 10 jeszcze bardziej rześka. Czułam się jak nowonarodzona, a raczej jakbym nigdy w żadnej ciąży nie była. Dzień mijał i było mi coraz lepiej i lepiej, żadnych mdłości, zmęczenia, senności, brzuch wprawdzie duży, ale raczej z powodu lodów, bułeczek i sałatek, niż czegokolwiek innego. Wraz z coraz lepszym samopoczuciem czułam się coraz gorzej, jeśli wiecie, co mam na myśli. Kiedy okazało się, że mogę wąchać lodówkę powiało horrorem. Nawet cycki przestały mnie boleć, można by je ugniatać i wałkować na płasko i nic. Zero uczucia 'nie dotykaj bo ci zaraz rączki odgryzę'. Normalne cycki. Objawy ciążowe minęły. A na dodatek odkryłam delikatne, delikatne plamienie. Wszystkie potrzebne elementy filmu grozy były zatem na miejscu: tajemnicze zniknięcie (objawów) i krew.

Szybka konsultacja u dr Googla zaowocowała ponurą diagnozą: ciąża obumarła. W nocy z wtorku na środę zaczęłam się żegnać z dzieckiem in spe, pół nocy śniąc, że tańczę z zabandażowanymi płodami, jak w Głowie do wycierania Lyncha (jak ktoś chce mieć koszmary, polecam gorąco!), na jawie zaś przez 50 minut na godzinę wierząc, że poronienie to tylko kwestia czasu. Przeczesywałam net na zmianę wpisując '10tc zniknięcie objawów' i '10w symptoms gone'. Przez pozostałe 10 minut na godzinę brał górę rozsądek trochę zdziwiony rozwojem akcji w mojej głowie.

W środę rano dalej czułam się rewelacyjnie i właściwie byłam już pewna. Ale znając siebie i swoje skłonności do czarnych scenariuszy dopuszczałam jeszcze jakieś mizerne prawdopodobieństwo, że się mylę, no, może jakieś 5%, że tak naprawdę to wszytko rozgrywa się tylko w mojej głowie. Tonący brzytwy się chwyta, moją brzytwą został skype i postanowiłam zadzwonić do siostry, którejkolwiek (choć raczej nie zakonnej), coby wsparła te 5% i pomogła zrobić z nich choć 30%, no, niechby nawet 20%. Jedna siostra powiedziała 'acha'. Druga siostra powiedziała 'masz iść na usg'.

Usg prywatne kosztuje tutaj 80 euro i już raz skorzystałam z tej przyjemności i teraz trochę szkoda mi było znowu wydawać kolejną kasę na walkę z demonami. Tym bardziej, że dwa dni wcześniej byliśmy z Adziarzem na zakupach i pozbyliśmy się zaskórniaków na nieprzewidziane wydatki w tym miesiącu, choć można by przecież przewidzieć, że 15 latek rośnie, bo wydatki okazały się dresem, bluzą dresową, butami i majtkami firmy Converse, co może zorientowanym dać pewne wskazówki co do wysokości kwoty, którą byliśmy zaskoczeni przy kasie. W sumie  mogłam pójść na to usg i jeść ryż z jajkiem do 25 stycznia, kiedy to moja szkoła ma zwyczaj wspierania mnie finansowo, ale trochę szkoda mi było rodziny, która niczym sobie nie zasłużyła na taką przymusową dietę. Poza tym, pomyślałam sobie, pójdę i co? I dowiem się w samego Sylwestra? I będę musiała wypić pół litra, żeby rozpaczy stało się zadość? I obudzę się 1 stycznia bez pieniędzy i ciąży, ale z potężnym bólem głowy? O nie nie, Sylwestra spędzę jeszcze jako dwupak, będę się bawić przednio, pójdę przed północą na spacer i na ten jeden wieczór zawieszę seanse filmowe w mojej głowie. Zamknięte z powodu że nieczynne, nie ma dziś kina za darmo, pomartwię się tym jutro i takie tam Scarlett O'Harowe mądrości życiowe.

Poszliśmy zatem na spacer. 

Ulice były całkiem wyludnione. Atmosfera niczym z Sherlocka Holmesa:

 albo Kuby Rozpruwacza, zależnie komu co tam w duszy gra:

Potem zrobiło się nudno, bo pojawili się ludzie:

Adek zrobił się głodny i musieliśmy wejść do jakiegoś fast fuda, gdzie spędziliśmy urocze pół godziny obserwując zmęczoną obsługę i chwijących się na nogach gości. Radosne jasne kolory, plastikowe ozdoby sezonowe i nadmiar światła skutecznie zepsuły tajemniczy nastrój. Zbliżała się 12 i w końcu musieliśmy strerroryzować Adziarza, żeby dokończył na dworze swoją bułę-z-nie-wiadomo-czym i frytki, bo wróżba spędzenia całego nowego roku w takim przybytku nie bardzo nas cieszyła.

Wracając spotkaliśmy tłumy, Kuba Rozpruwacz gdzieś umknął (albo skutecznie ukrył się w tłumie).

Cyknęłam zatem tylko chłopakom fotke o 12

coby się mogli na fejsie pochwalić i wróciliśmy do domu. Po drodze wstępując do niepozornej pizzerii Corleone (jak się okazało prowadzonej przez prawdziwych Włochów), gdzie dostałam kawałek Prawdziwej Pizzy za 1.50 euro pod portretem Ojca Chrzestnego (koniecznie zajrzyjcie do Corleone na Thomas str. jak będziecie w Dublinie!).

Wypiłam lampke pysznego musującego wina, właściwie jedną piątą plastikowego kubeczka, zrobiło mi się niedobrze i położyłam się spać.

16:59, inny_glos
Link Komentarze (10) »
stat4u