RSS
czwartek, 30 stycznia 2014

Na koniec napiszę wam, że się czuję ostatnio tak dobrze, że nie pamiętam kiedy się tak dobrze  czułam. Wstaję rano i myślę sobie o nadchodzącym dniu i myślę 'ale fajnie'. Tak sobie myślę. I teraz tak: czy to witamina D? Czy to pogrom bakterii? Czy to nareszcie żałoba mi mija? Czy nareszcie wiem co mi było? Czy to terapia? Czy zmiana przyzwyczajeń? Czy joga? Czy nie wkręcanie się w różne sytuacje, unikanie manipulacji i manipulatorów, nie stawianie się przed ścianą?

Pewno wszystko po trochu.

A teraz obiecane wnioski o jedności ciała i ducha.

Jak patrzę na to wszystko wstecz, to wyraźnie widzę, jak spirala się zaczęła nakręcać od początku tego roku. A właściwie od co najmniej pięciu lat. Od przyjazdu do Irl i od ogromnego stresu w nowej pracy (przygotowywanie wykładów non-stop, wieczne poczucie porażki i ciągnące się miesiącami życie na pełnej mobilizacji). Praca codziennie do 11-12 w nocy, tak potworny poranny stres, że nie byłam w stanie prowadzić wykładu bez tabletki uspokajającej. Przeciążenie nadnerczy (stres) spowodowało nadmierne wydzielanie kortyzolu, spadła mi odporność zatem, przyplątała się chlamydia i mycoplasma. Bo to są bakterie, z którymi co najmniej 70% ludzi miało kontakt, ale nie wszyscy chorują na zapalenie płuc od razu, co więcej - nie wszyscy chorują na postać przewlekłą. Oznacza to, że organizm sobie z tymi cholerami normalnie radzi. Ale nie w stresie.

Następnie przewlekły wysoki stan kortyzolu powoduje, że ciało stara się wrócić do równowagi i zaczyna obniżać jego wydzielanie. Wtedy człowiek czuje się gorzej i gorzej. Ale do tego jeszcze daleko, człowiek może bowiem w podwyższonej gotowości trwać parę ładnych lat. O tym, że coś jest nie tak mogą świadczyć na przykład tylko kłopoty ze snem. I ja coś takiego miałam - tak jak nigdy wcześniej nie miałąm problemów ze spaniem, ba, wręcz dumna byłam, że tylko przyłożę głowę do poduszki, to już chrapię, w Irl zaczęłam się regularnie budzić koło 3-4 w nocy i nie mogłam spać aż do rana. Ale dawałam radę. Aż do czasu.

Stopniowo, jak tylko szkoła mnie już trochę mniej stresowała, sama zaczęłam sobie dokładać do pieca, że nic nie robię, że nie publikuję, że nie robię żadnych badań, że jestem beznadziejna i tak dalej. Znacie to. Jechałam po sobie coraz bardziej i bardziej, a w międzyczasie dostałam drugą pracę, tym razem na Uniwerku, czyli kolejne wyzwanie. Potem wystarczyło tylko rzucić palenie (kolejny potworny stres dla organizmu, co by nie mówić o korzyściach zdrowotnych, rzucenie palenia wypieprza cię w kosmos na pierwsze 3 miesiące), zagonić się w kozi róg z artykułem, zajść w ciążę (kolejny raz hormony wyrzucają cię w przestrzeń kosmiczną) i ją stracić (hormony wykopują cię poza układ słoneczny), zacząć się martwić mieszkaniem, tym, że Mi nie ma pracy i Adkiem.

Do tego dołóżmy sobie 4 kawy dziennie, nieregularny czas pracy i kończenie wykładów często o 9.30, bycie wiecznie wystawionym na widok publiczny (na środku klasy przecież), trudności z zasypianiem i budzenie się w nocy. Na dokładkę unikajmy słońca (tak, sama sobie taka mądra byłam, że wkręciłam sobie,  że słońce to ZUO i rak skóry, przestałam się zatem opalać w ogóle) i powiększający się brak witaminy D. Dołóżmy do tego brak asertywności, nieumiejętność odmawiania, poddawanie się różnorodnym wampirom energetycznym, po rozmowie z którymi człowiek czuje się jak przeciśnięty przez wyżymaczkę, podczas gdy wampiry odzyskują dobry humor.

I nagle jesteśmy w takim stanie, że czołgamy się po podłodze i nie wiemy, czy damy radę przeżyć kolejny dzień. I czy w ogóle chcemy go przeżywać. I nagle mamy kompletną dezintegrację osobowości w nocy a rano boimy się, że mogliśmy zgubić jakiś kawałek siebie i już zawsze będziemy mieli dziurę w głowie.

I wiecie, że można się tak samemu zajechać?

Zrozumiałam,  że ja właściwie sama się w tą chorobę wpędziłam, naprawdę. Takim niedbaniem o siebie, lekceważeniem swoich potrzeb, nie słuchaniem swojego ciała i swojej intuicji, I wiecznym poczuciem, że nie jestem dość dobra, że inni to hoho! a jak tak się lenię i powinnam więcej i więcej. Takim nie dawaniem sobie przestrzeni, nie pozwoleniem sobie na zwolnienie obrotów, takim wiecznym napięciem i niezadowoleniem z siebie. Takiem poddawaniem się innym ludziom, brakiem umiejętności chronienia siebie i dawania odporu negatywnej energii innych. Takim przekonaniem, że muszę coś 'zrobić', 'osiągnąć', 'zasłużyć' , że muszę się napiąć i dać z siebie wszystko. No to wszystko oddałam i nie zostało mi nic.

No prawie nic.

A jutro wam napiszę jak się naprawiam.

Och, jest to cudowne. Na przykład dzisiaj w ramach naprawy spotkałam się z Frozen:) W ramach wyjścia do ludzi i otwierania horyzontów i budowania sieci.

 

23:30, inny_glos
Link Komentarze (8) »

W Irl zadzwoniłam do pumonologa i okazało się, że w całej Irl nie robią testów na te bakterie! To znaczy jeśli zaraziłeś się droga płciową i masz Chlamydię trachomatis, to proszę bardzo, każde laboratorium ci zrobi test, ale jeśli nie daj boże jest to pneumoniae, to nie, taka bakteria dla największego laboratorium mikrobiologicznego w Irlandii nie istnieje. Na tę drugą cholerę Mycoplasmę robią testy tylko i wyłącznie dzieciom.

A zatem kupiła chłopakom lot do Pl, cztery dni i z powrotem, testy, wizyta u lekarza i tyle. Wychodzi taniej niż gdyby szwędać się tutaj po specjalistach (a tu wizyta u dobrego specjalisty potrafi kosztować 250 euro, nie żartuję!) i jeździć do UK na testy.

No i tak: w Polsce za podejście do pacjenta w skali 1-10 dałabym 3, gdybym była szczodra, ale za wiedzę i kompetencje 8. Tutaj wydaje się, że lepsze są standardowe procedury w wypadku, jak coś jest dość popularne, jak leczenie raka czy porody, w Pl lekarze mają większą wiedzę i większą dociekliwość (choć zdaję sobie sprawę, że to może być przypadek, że trafiłam do takiej pani doktor). Tutaj lekarze są mili i uprzejmi, ale grzecznie spuszczą cię na drzewo, w Pl są często nieprzyjemni i zmęczeni (mimo, że chodziłam prywatnie), ale łatwiej się z nimi 'wykłócić' o to, co się potrzebuje.

16:24, inny_glos
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 27 stycznia 2014

 

... "Pola płucne, cień serca i naczyń większych w granicach normy, Brak zmian ogniskowych", słowa te czytałam w kółko, przez całą drogę do domu. Reszta wyników miała być za tydzień.

Od tego momentu zaczęłam się czuć lepiej. Psychicznie, bo fizycznie cały czas coś jeszcze było nie tak, mimo, że zaczęłam brać antybiotyk. Miałam chwile zwątpienia, kiedy po 3 dniach  nie czułam żadnej poprawy. Ale przekonałam samą siebie, że to musi trochę potrwać.

Po tygodniu odebrałam resztę wyników. Morfologia w miarę (lekka anemia). Tragicznie mało witaminy D! (10, gdy norma to 30-80). I bakterie: chlamydia pneumoniae i mycoplasma pneumoniae. Czterokotnie przekroczona norma przeciwciał.

Muszę się teraz wam tu przyznać, że poczytałam wcześniej trochę w necie o tych bakteriach, jak tylko dostałam skierowanie na ich badanie. Bakterie to bakterie, myślałam sobie, no co tam może być trudnego. Antybiotyk i tyle.

A tu w necie ludzie leczą się na nie latami :0

Po tygodniu kolejna wizyta w gabinecie. Pani doktor siedzi milcząca, wpisuje wyniki do komputera. Zagajam miło

- no, to chyba dobrze wyszystko wyszło, morfologia w normie..

- Jakie dobrze?? Pani ma ANEMIĘ! Bakterie! Awitaminozę! Wszystko pani te bakterie zjadają!

- Czyli to tylko infekcja?

- Jakie tylko? To POWAŻNA INFEKCJA! A co pani by jeszcze chciała??

Nie powiem, miła jest ta moja pani doktor;) No to brnę dalej:

- Pani doktor, ja sobie tak poczytałam w necie w ciągu tego tygodnia, że ludzie leczą się na te bakterie latami latami. Naprawdę?

- Nie wiem u kogo się leczą ani na co, u mnie najdłużej pacjent leczył się pół roku. Najczęściej dwa miesiące.

I tyle.

Gabinet opuściłam z diagnozą "atypowe zapalenie płuc Mycoplasma pneumoniae i Chlamydia pneumoniae".

 

ZAPALENIE PŁUC???

 

Dostałam antybiotyk na kolejne dwa tygodnie. I potem przerwa i drugi antybiotyk. Oprócz tego torbę leków - wit. D, B complex, Singular i takie różne inne. I nakaz kontroli za miesiąc.

Po tygodniu poczułam, że coś jakby zaczyna odpuszczać. Nagle to uczucie niemożności wytchnięcia powietrza zniknęło. Przestałam tak świtać! W ogóle przestałam świstać! Potem powróciło znowu i znowu zniknęło. Ale mogłam już oddychać.

I tu mnie oświeciło - Mi też świszcze, może on też to ma? A co, jak będzie mnie zarażał? I Adek - od dawna ma stwierdzony 'stan przedastmatyczny'. Brał przez jakiś czas sterydy, teraz w Irl nie musi - rzadziej choruje na oskrzela, ale jak kazałam mu zrobić ten prosty test, to też świszcze!

Zadzwoniłam do pani doktor i się zapytałam, czy rodzinę też powinnam przebadać i czy mogą mnie zarażać, jak się wyleczę. - Oczywiście, że mogą zarażać.

I oświeciło mnie po raz drugi. A co, jak u Adka wcale nie astma tylko te cholerne bakterie? Ściągnęłam sobie literaturę naukową z biblioteki medycznej i czytam i oczy otwieram. Ostatnie badania wskazują, że Chlamydia pneumonia odrywa dużą rolę w wystąpieniu astmy. "U 90% dzieci z astmą stwierdzono poziom przeciwciał na chlamydia pneumoniae wskazujący na aktywną infekcję".

Wyleciałam do Irlandii z mocnym postanowieniem zrobienia testów na te cholerstwa Mi i Adkowi. I ewentualnego leczenia.

A tu się zaczęły oczywiście kolejne schody.

CDN



16:34, inny_glos
Link Komentarze (7) »
niedziela, 26 stycznia 2014

A zatem poleciałam do Polski. I tam zaczęłam tajać. Niczym się nie przejmowałam, z nikim (no, prawie nikim) się nie umawiałam. Mogłam cały dzień leżeć w łóżku i analizować swoje sny. Mogłam pół dnia się bawić z moim bratankiem w pokazywanie oczka i uszka. Mogłam cały dzień czytać książki. Mogłam gadać z mamą i siostrami. Wrócił mi apetyt. Spałam na łóżku mojej mamy, nocą słuchałam jak cały dom gada oddechami moich najbliższych ludzi. Znajome odgłosy nocnych tramwajów uspokajały mnie. Nadal czułam coś w płucach, ale potworny strach trochę odpuścił. Momentami zapominałam o tym, że umieram. Uspokoiłam się.

Zaczęłam robić badania. Zaczęłam od laryngologa (skoro to nie płuca, to może krtań? oczyma wyobraźni widziałam ogromnego raka krtani). Obejrzał gardło, uszy, migdałki - wszystko w porządku. Ale wysłał mnie jeszcze na elektrostroboskopię krtani, coby się upewnić, bo krtani nie mógł zobaczyć. Kolejny lekarz za 185 zł zajrzał mi kamerą do krtani i nagrał, jak wymawiam różne głoski. Oprócz lekkiego rozszczelnienia krtani nic niepokojącego oczywiście nie zauważył.

Następny w kolejce był pulmonolog. I tu również byłam pewna, że przyjdę, pani mnie osłucha i odeśle do domu. Wyrecytowałam wszyskie swoje dziwne obajwy dodając na końcu: proszę mi powiedzieć czy coś naprawdę mi się dzieje, czy już świruję. I tu zdziwko. Pani doktor po dokładnym osłuchaniu mnie stwierdziła, że wyraźnie słyszy rzężenia i świsty :O Pierwszy raz lekarz potwierdził, że coś naprawdę się dzieje, że sobie tego nie wymyśliłam! Wypisała mi skierowanie na całą serie dodatkowych badań, łącznie z kolejnym RTG, a ja cała zestrachana oczywiście się pytam: pani doktor, a może to być rak? A pani doktor: Bez badań niczego nie można wykluczyć.  Taka miła pani doktor;) Ale przepisała mi również antybiotyk na tydzień i stwierdziła, że ma dwie hipotezy: infekcja albo astma. CHoć może być też coś innego.

No nic, poczłapałam na te badania, jeszcze tego samego dnia zrobiłam RTG, wyniki do odebrania za godzinę, i poszłam na spacer żegnać się z życiem. Dokładnie pół godziny spacerowałam w jedną stronę zalewając się łzami i dokładnie pół godziny wracałam starając się uspokoić. Wchodziłam po odbiór zdjęcia na miękkich nogach, zapukałam do gabinetu i po twarzy doktora opisującego wynik próbowałam odgadnąć, czy jestem tą pacjentką, dla której już nie widzi szansy;) Lekarz miał bardzo neutralną minę, otworzyłam kopertę i przeczytałam ...

CDN

21:56, inny_glos
Link Komentarze (5) »
sobota, 25 stycznia 2014

Teraz ide do pracy, a przed dalsza czescia proponuje kazdemu zrobic prosty test: wezcie gleboki oddech i jak najszybciej go wydmuchnijcie. Czy mozecie go spokojnie wydmuchnac do konca, czy przy samym koncu tak jakby sie zatrzymujecie i zaczynacie kaszlec? To jest takie uczucie, jakby pecherzyki sie nie chcialy skurczyc do konca, takie jakby lekkie zapalenie oskrzeli. Jest to jedna z charakterystycznych cech zapalenia astmatycznego albo spowodowanego POCHP. Ale nie tylko. Ja tak mialam od paru lat (2? 3?) i myslalam, ze tak to juz jest jak sie palilo szlugi. A to nieprawda.

13:04, inny_glos
Link Komentarze (5) »
piątek, 24 stycznia 2014

Czułam, że jest ze mną bardzo źle i to na wszystkich poziomach: psychicznym i fizycznym.

Po jednej takiej szczególnie upojnej nocy, kiedy leżałam w łóżku i prawie przez całą noc czułam, że się rozpadam na kawałeczki, kiedy nie byłam pewna, czy już zwariowałam, czy może umieram, poszłam do mojej GP. Opowiedziałam jej piąte przez dziesiąte jak się czuję, GP mnie osłuchała, zbadała i zapewniła mnie solennie, że nie mam raka płuc. Dwa RTG nic nie wykazały, nie mam żadnych obajwów, oprócz delikatnego kaszlu, ona nie słyszy nic niepokojącego w płucach. Przepisała mi tabletki nasenne (hehe, tylko 5, cobym czasem nie przedawkowała), zapisała sobie w karcie 'pacjent narzeka na ogromny niepokój' i na koniec zapytała się jakie badanie mogłoby mnie przekonać, że nie umieram. Wiedziałam, że na tomograf komputerowy płuc nie mam szans (hehe), więc tylko zażyczyłam sobie morfologię krwi. Wyniki były już po paru dniach - jestem zdrowa, oprócz lekkiej anemii. No, ale po poronieniu to możliwe. 

Coraz bardziej wyglądało na to, że to, jak się czuję, jest tylko w mojej głowie. Siostry mnie wysyłały na terapię i to biegusiem. Sama już dawno miałam taki pomysł, wiedziałam jednak, że niestety terapia w Irl jest bardzo droga (80e za godzinę) i mnie na nią nie stać. A jeszcze dodatku typ terapii psychoanalitycznej, polecany przez moje siostry, wymaga co najmniej 2 wizyt tygodniowo przez dłuższy czas. No nie do przeskoczenia. Ale w życiu tak jest, że jak nie ma już wyjścia drzwiami, to znajdujesz oknem i jak się bardzo chce, to niemożliwe staje się możliwe. Pogrzebałam w necie i znalazłam Instytut Psychoanalizy przy uniwerku, który prowadzi tak zwaną dostępną terapię, dla tych, którzy nie mogą sobie pozwolić na luksus 80-160 e tygodniowo. Jeszcze w grudniu zadzwoniłam do Instytutu, byłam pewna, że na low-cost therapy trzeba czekać miesiącami, ale bardzo miła pani koordynator wyznaczyła mi pierwsze konsultacyjne spotkanie na styczeń. Pojawiło się światełko w tunelu.

Jedyne, co mnie trzymało przy życiu to wyjazd do Polski na święta. I zaplanowane wizyty u lekarzy w Pl. I wiara w to, że terapia mi pomoże, jeśli lekarze znowu stwierdzą, że jestem absolutnie zdrowa.

Leciałam 20 grudnia jak zombi, zamrożona do szpiku kości, po raz pierwszy miałam w dupie, czy samolot się rozbije, czy nie, jak wyglądam, jak nie wyglądam i tak dalej. Miałam być w Pl 3 tygodnie, nie planowałam żadnych spotkań z przyjaciółmi, nie umawiałam się na żadne wyjazdy, nie myślałam o Sylwestrze ani o niczym innym. Oprócz najbliższej rodziny nikogo nie informowałam, że przylatuję. Właściwie to nie myślałam dalej, niż jak przeżyć dzisiejszy dzień.

CDN

13:53, inny_glos
Link Komentarze (7) »
czwartek, 23 stycznia 2014

A zatem byłam w ciąży zadowolona i spokojna, smyrania nie czułam.

Niestety, w 11 tygodniu okazało się, że płód nie żyje, prawdopodobnie od miesiaca. Dostałam tabletki na poronienie. Nawet mi nie było za bardzo smutno. Wcale nie płakałam.

A potem się zaczął zjazd. Do dzis sie zastanawiam, czemu mnie to tak uderzyło, czemu tak bardzo to przeżywałam, aż tak bardzo, że w pewnym momencie zaczęłam czuć, że to ja umieram. Smyranie wróciło pod postacią uczucia zaciśniętej pięści w płucu, czułam, jakbym coś tam miała, czego kasłanie nie usuwa. Dodatkowo czułam, że mam lekką chrypkę, choć nikt jej nie słyszał. Ale odchrząkiwałam i odchrząkiwałam i kasłałam i kaslalam. Raz, kiedy chłopaki poszli na szachy, zrobiłam sobie taką sesję odchrząkiwań w domu, dostałam prawdziwego szału, że muszę to w końcu odchrząknąć i chrząkałam tak, że w końcu zaczęłam rzęzić.

Nadal biegałam od czasu do czasu i po biegu czułam się lepiej, bardziej kasłałam, ale produktywnie i w dodatku czułam, że nie umieram. Ale to były rzadkie chwile. Przeważnie czułam, że mam raka płuca. Myślałam sobie, że może to wymyśliłam, chwytałam się wszystkich możliwych sposobów, starałam się skupić na innej części ciała, starałam się nie odkasływać przez cały dzień, starałam się medytować nad tym uczuciem, ale tak naprawdę było ze mną coraz gorzej. Wyraźnie FIZYCZNIE czułam coś w płucu. I miałam niesłyszalną chrypkę. Do tego trochę pobolewało mnie ucho - znowu tak niezauważalnie, tak delikatnie, tak na granicy odczuwania, czasem przestawało, a czasem zaczynało znowu.

Zaczęłam kompletnie świrować, czułam się coraz słabiej, schudłam 2 kilo w ciągu miesiąca. Nie chciało mi się jeść, nie mogłam spać, nie chciało mi się nic. Chodziłam na wykłady jak na jakimś takim automatycznyn pilocie, do dziś nie wiem jak mi się udało przetrwać te dwa miesiące w pracy. Nie robiłam nic ponad absolutnie minimum, nie przygotowywałam nowych wykładów, nie wymyślałam żadnych ćwiczeń na zajęcia, nie robiłam nic, ponad przyjście do klasy i powiedzenie tego, co mam powiedzieć. Wychodziłam z wykładu i czułam, że mam raka, jechałam do domu zalewając się łzami. 

Mi już miał mnie dość, zaczęliśmy się trochę kłócić. Adek nie wiedział o co chodzi, ale czuł, że coś jest nie tak, powiedziałam mu, że przeżywam utratę ciąży. Co chwilę ryczałam. Czułam się jak wyjęta ze skorupki małża, jak slimaczek, jak jez bez kolcow. Wszystko mnie bolało. Nie mogłam oglądać większości filmów, bo za bardzo mnie dotykały, nie mogłam czytać książek, bo za bardzo je przeżywałam. Jedyne, co mi pomagało, to rozmowy z moją mamą i siostrami, które wysłuchiwały mnie godzinami, zastanawiały się nad moimi snami i myślami i ciągle zapewniały, że nie mam raka płuc, że sobie to wymyśliłam. Godzinami rozmawiałam z mamą o tym jak trzeba żyć i o strachu przed śmiercią, długie popołudnia i wieczory spędzałam na płakaniu w słuchawkę siostrom. Czytałam książki o psychoanalizie i psychologii głębi, książki o strachu przed śmiercią i kryzysie, który nieuchronnie przychodzi do każdego. Czułam, że to, co się dzieje ze mną dzieje się równocześnie na wielu poziomach, przeszłość jest splątana z teraźniejszością i lękiem o przyszłość, czułam, że dotarłam do takiego punktu w życiu, że jeśli nie zacznę czegoś w sobie zmieniać, to nie wyjdę z tego żywa. Równocześnie czułam, że umieram i czułam to fizycznie: słabnę, chudnę, nie mogę spać, mam flegmę, której nie mogę odkrztusić i zaciśniętą pięść w płucu. Nie moge oddychac.

CDN

11:32, inny_glos
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 stycznia 2014

Jakoś mi nie po drodze z blogiem ostatnio, ale tym razem dlatego, że żyję i czasu nie mam. Teraz też, przysiadłam, żeby parę słów napisać, ale epopei nie dokończę, bo za 20 minut muszę wychodzić na jogę. Epopeja będzie w środę, a dziś tylko upamiętnię datę, bo Mi miał dziś rano pasowanie na Irlandczyka. Byłam razem z nim na tej ceremonii, bawiłam się świetnie - bardzo lubię takie pompiastyczne okazje, szczególnie o 9 rano. Może jutro wkleję zdjęcia. Było z 1000 nowych obywateli plus świadkowie, przewaga Azjatów (Filipiny, Pakistan), dużo z Afryki (tu obstawiam głównie Nigerię), dosłownie paru Polaków czy Rosjan. Było śpiewanie (irlandzkie nowe i stare), przygrywała orkiestra policyjna, i przemowy ministra ds. imigracji i sędziego Sądu Najwyższego. Nawet nie marudzili za długo. I oczywiście przysięga, śmiałam się, że Mi bez problemu przysięgnię wierność narodowi Irlandzkiemu, natomiast lojalność wobec Państwa przemilczy. I tak się też stało.

Oglądałam sobie ludzi, najbardziej lubię Nigeryjczyków, oni się zawsze tak elegancko z nutą kolorowej kiczowatości ubierają. Mają jakiś specjalny dryg to mody, założą kraciastą marynarkę, złotą muszkę i sztuczkowe spodnie i wyglądają odjechanie, jak z pokazu Balenciagi. Stał sobie koło nas taki właśnie starszy pan, wgapiałam się w niego przez całe 20 minut kiedy staliśmy w kolejce do rejestracji, ale wstydziłam się zrobić mu zdjęcia na bezczela. Chciałabym mieć taką fantazję na starość. A nawet na młodość.

18:50, inny_glos
Link Komentarze (2) »
czwartek, 16 stycznia 2014

Prawdziwa historia z dobrym zakończeniem o tym, jak należy słuchać swojej intuicji i o jedności ciała i ducha, napisana ku przestrodze i ku nauce.

Moja zeszłoroczna epopeja zaczęła się w styczniu, kiedy postanowiliśmy ostatecznie rzucić palenie. Aby się wzmocnić w tym trudnym zadaniu, którego podejmowaliśmy się już wielokrotnie, z miernym jednakże skutkiem, wymyśliłam sobie, że pójdziemy zrobić sobie prześwietlenie klatki piersiowej. Będziemy mieć wszystko czarno na białym i dodatkową zachętę do rzucania. Oboje trochę kasłaliśmy, więc RTG miało nam również rozwiać czarne obawy (a propos - na rzucanie palenia najlepsza metoda to postraszyć się rakiem płuc). Panie doktor w naszej przychodni zapewniły nas, że wszystko jest dobrze, po paleniu się odkrztusza, ale dały skierowanie. I jak pamiętacie u mojego Mi RTG pokazało cień sutka, ale poza tym wszystko ok, u mnie wykryli jakieś nieprawidłowości, podejrzewali płyn w płucach, ale po dwóch miesiącach, kolejnym RTG i USG okazało się, że to stare zmiany pozapalne. Moja mama potwierdziła, że mam je od zawsze.

No i niby wszystko dobrze, tylko cała ta historia uruchomiła mi jakiś alarm w głowie, a na dodatek nadal trochę kasłałam. Na tyle niewiele, żeby nie było to zauważalne dla otoczenia, tak ociupinkę, ociupinkę, ale na tyle dużo, że ja to czułam. Czasami trochę przechodziło i wtedy myślałam, że wymyślam, czasami mocniej i wtedy naprawdę czułam, że coś jest nie tak. Wszystko to zbiegło się jeszcze z poczuciem, że utknęłam w martwym punkcie w pracy, że powinnam pisać i publikować, z ogromnymi wymaganiami wobec siebie i zupełnej blokadzie na pisanie.

I tak sobie żyłam - kaszlę, więc może przeziębienie? Może na tle astmatycznym? Może dalej po rzuceniu palenia? Może na tle nerwowym? Ale było to tak subtelne uczucie (jestem specjalistą od subtelnych uczuć), takie strasznie delikatne smyranie piórkiem w płucach i jedynie czasami - po basenie, po biegu, po sprzataniu środkami chemicznymi - czułam wyraźniej, że coś jest nie tak, że w końcu zaczęłam to ignorować. No bo ileż można, ludzie żyją bez ręki, a ja narzekam na smyranie w płucach! W dodatku biegam, czy gdybym była poważnie chora mogłabym biegać??

Przyszły wakacje, odpoczęłam, skończył się stres, przestałam się katować artykułem. Zaszłam w ciążę. Pojechałam do Polski, byłam szczęśliwa i spokojna. Czułam, że wszystko będzie dobrze, smyrania nie czułam.

CDN

11:23, inny_glos
Link Komentarze (7) »
sobota, 11 stycznia 2014
Adziarz rządzi

Chłopaki (Mustafa, Jerome, Adek) zajęli pierwsze miejsce w BT Young Scientist w swojej kategorii!!


BT Young Scientist to najpoważniejszy konkurs naukowy w Irl, z towarzyszącą ogromną wystawą technologii, prezydentem Irlandii Higginsem przemawiającym na otwarciu ceremonii i prawdziwymi ekspertami - naukowcami oceniającymi projekty uczniów szkół średnich.

Nasze chłopaki prezentowali Engel expansions with predictable patterns czyli jakiś szalenie skomplikowany projekt matematyczny.


Same wzory i numerki, o szczegóły musicie pytać Adziarza, bo ja nie kumam na tyle.

Przygotowywali się przez półtorej roku, podczas ostatnich paru miesięcy siedzieli w szkole w każdą sobotę często po 6 godzin. A uczył ich najlepszy w Irl nauczyciel matematyki - Jim Cooke. Ten facet to w ogóle legenda, Adek mówi, że tak tłumaczy, że trudne rzeczy z matmy wydają się łatwiejsze niż łatwe rzeczy tłumaczone przez innych nauczycieli. Wychował już paru zwycięzców i laureatów, a od 3 lat robi to zupełnie społecznie, bo już nie pracuje w szkole. Wyobrażacie sobie spędzać co tydzień parenaście godzin (bo Adka projekt to nie jest jedyny) ucząc dzieciaki matmy zupełnie za darmo? Adek go uwielbia, mówi, że koleś wie wszystko. Ostatnio pożyczył Adkowi autobiografię Stanisława Ulama, polskiego matematyka ze szkoły Lwowskiej który pracował w USA nad bombą atomową. Adek zachwycony opowiadał, że Jim bardzo szanuje polską szkołę matematyki i jest pełen podziwu, że w takim biednym kraju po wojnie w ciągu tak krótkiego czasu rozwinęła się taka potężna szkoła matematyczna. 

Cookie (ciasteczko), jak go nazywają, jest prawdziwym mistrzem i ideałem dla chłopaków, nie zależy mu na sławie i kasie, jak stwierdził Adek, zamiast publikować swoje pomysły i robić karierę naukową, podsuwa je do projektów i pracuje nad nimi z dzieciakami.

Adek w ogóle nie wierzył, że wygrają, właściwie nam powiedział, że raczej nic nie dostaną, więc nie musimy zostawać na ceremonii wręczenia nagród. Mieliśmy już wracać rowerami do domu, ale postanowiliśmy pójść dosłownie na chwileczkę zobaczyć jak to wygląda, nie mając w planach zostawać do końca. I tak siedzieliśmy i siedzieliśmy i nagle nas kompletnie zaskoczyli wyczytując nazwiska chłopaków. Próbowałam nagrywać komórką, ale widać tylko ruszające się kwadraciki. Nieważne, ja wiem że ten kwadracik w środku to Adziarz idący na scenę:)

13:38, inny_glos
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2
stat4u