RSS
sobota, 23 lutego 2019

Przerwa w zajęciach. Wiosna się zaczęła ponad tydzień temu, żonkile, krokusy, pierwiosnki, przebiśniegi już kwitną, zaczynają też drzewa. Nasza magnolia jeszcze w pąkach, ale już zaraz, za chwilę...

Ostatnie dni mnie rozpieszczały: jak niewiele mi do szczęścia potrzeba, tylko słońce, słońce, słońce! Ręce mnie świeżbią, żeby w ziemi pogrzebać i posadzić kwiaciory, ale niestety czasu nie mam w ogóle (już teraz rozumiem zbyt zajętych ludzi i nie jest to wcale fajne), najbardziej dobija mnie sprawdzanie prac, godziny spędzone na czytaniu tego samego, tylko trochę inaczej. Wystarczy, że mam 36 studentów na dodatkowych zajęciach na uniwerku i to jest 45 godzin spędzonych nad esejami raz w miesiacu wiecej, czyli na tydzien 10 dodatkowych godzin, których naprawdę nie wiem, gdzie szukać. Spędzam nad tym praktycznie każdą wolną chwilę, a żeby sprawdzić esej długi na 7 stron, trzeba się bardzo skupić przy czytaniu, mieć całość cały czas w pamięci podręcznej, że się tak wyrażę, pamiętać całość i jak się do siebie odnoszą poszczególne części.

Ale jest wiosna:) 

Odstawiłam od piersi w końcu moją córeczkę w grudniu i cieszę się większą wolnością, odzyskuję swoje ciało i możliwość spokojnego snu w naszej sypialni. Dalej śpimy we trójkę (kiedy tylko planujemy ją wyespediować do jej łóżeczka, zaczyna chorować, dzieci to mają jakiś alarm wmontowany), ale przez ostatnie parę miesięcy spałam na dole na sofie, kiedy Mi uspokajał domagającą się cyca Mo, a wcześniej budzona byłam co trzy godziny i nie mając siły walczyć z rozespanym dzieckiem wszczynającym awantury o różnych porach nocy, karmiłam ją w nocy. Więc cieszę się, że nareszcie NARESZCIE mogę spać w moim własnym WYGODNYM łóżku, z moim własnym mężem i nie jestem budzona co trzy godziny. Jaka zmiana.

Mo była ssakiem niesłychanym, była to pierwsza rzecz, którą zrobiła w życiu i przez bardzo długi czas jej ulubiona. Nie było nawet mowy o odstawieniu jej. Była prawdziwym cycoholikiem, cyc był pocieszeniem, wybawieniem i ulubioną rozrywką. Tak lubiła zasypiać i się budzić, lubiła się tak przytulać i w ogóle miała bardzo silną więź z tą częścią mojego ciała. Wiedziałam, że jest to dla niej ważne i nie widziałam powodu, dla którego miałabym jej to zabrać. Było to dobre dla jej rozwoju, a ja też lubiłam przytulać się do tego małego ciałka. A muszę wam powiedzieć, że wiele ludzi patrzyło na to dość krytycznie - moja starsza siostra, terapeutka nota bene, uważała na przykład, że to nie jest dobre dla dziecka - albo wręcz z pewnym obrzydzeniem. Pojęcia nie mam dlaczego;D Jest jakieś takie przekonanie w społeczeństwie, że karmić się powinno dzieci do pierwszego roku życia, a kiedy tylko zaczynają chodzić i mówić, to trzeba je szybko odstawić. Bo jeszcze przyjdą i powiedzą, że chcą CYCA ;D Myślę, że matki powinno się wspierać w tym jak długo chcą karmić, nie widzę szczerze mówiąc ŻADNEGO powodu dlaczego mielibyśmy mówić matkom jak długo mają karmić piersią swoje dzieci. Podobno dzieci się same odstawiąją koło czwartego -piątego roku życia, więc nie mówimy tu o osiemnastce. Ja zdecydowałam się odstawić Mo jak miała trzy i  pół roku, dopiero wtedy, że jest już gotowa i nie będzie to dla niej wielką tragedią, a ja już też coraz częściej byłam zniecierpliwiona i zmęczona. Ale że Mo potrzebowała jakiegoś sygnału, jakiegoś 'rytuału przejścia', znaku że to już koniec i teraz zaczyna się następny etap, wyprawiliśmy jej więc cyc party.

Przygotowywaliśmy ją już od jakiegoś czasu, wiedziała, że będzie przyjęcie i to będzie znaczyło, że jest dużą dziewcznką i nie może już mieć cyca. Miała ciasto, mały prezent, akurat tak się złożyło, że odwiedził nas kolega, miała więc i gościa:D Zrozumiała, ale i tak płakała, jak przyszło do usypiania. Ale zasnęła. Ja spałam wtedy na dole już od paru miesięcy, więc nocne karmienia nie były problemem, ale miałyśmy wtedy taki zwyczaj, że Mo się budziła rano i schodziła do mnie na cyca i przytulenie. I tego pierwszego ranka zbudził mnie właśnie płacz Mo na schodach, szła do mnie i zanosiła się szlochem, bo jej tatuś przypomniał, że nie ma cyca. Było jeszcze parę takich dni, ale w końcu to przerobiła. Nadal ma specjalny związek z cycami, czasem chce im dać buziaka na dobranoc ,czasem opowiada im bajkę, ale to juz koniec.

A zatem wiosna i wolność:)

Muszę wam wkleić zdjęcia jak pięknie wygląda nasz dom po liftingu, może mi doradzicie w kolorem drzwi? Ech, kocham ten nasz dom, codziennie myślę sobie jak mam dużo szczęścia i jak bardzo bardzo byśmy się bali i z niepokojem patrzyli w przyszłość, gdybyśmy dalej wynajmowali.

 

13:18, inny_glos
Link Komentarze (5) »
środa, 30 stycznia 2019

Wyglada na to, ze jednak jestem Super Mario. Jak tylko zaczynam troche lepiej sobie radzic, plansza sie zmienia i poziom trudnosci rosnie, a ja musze biec dalej. Mo dalej chora, Adek zlamal reke. Z pozytywow: niegroznie, sciagna mu gips za miesiac. Nie byl to wypadek rowerowy. A najwazniejsze: zyje. Z minusow: wiadomo.

Biedny Adek zlamanie go calkiem lamalo, wieszczy juz zawalenie studiow ('nie zdazalem na dziesiata na wyklady ze zdrowa reka, teraz nie mam szans'), nie dostanie dobrej pracy w konsekwencji i ogolna katastrofe. Godzine rano ubiera reke w temblak, nie zdaza na autobus, nie moze robic notatek, ani zadan domowych. Swiat zbliza sie ku zagladzie.

14:53, inny_glos
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 stycznia 2019

Musze chyba tak z doskoku, dziesieciominutowe relacje z. I oczywiscie bez ogonkow, bo przeciez. No kto by tracil czas:)

Paradoks bycia wykladowca polega na tym, ze nie masz czasu na czytanie ksiazek. Ani w ogole na nic innego.

Koleja krotka relacja z linii frontu: przezylam.

Atak trzeciego tygodnia, ale tylko czesciowy, bo zmasowany szturm odbedzie sie w czwartek - jak to z czwartkami bywa cztery godziny wykladu z trzema dziesieciominutowkami przerwy.

W miedzyczasie, czyli od ostatniego wpisu, pochorowalismy sie, Mo miala goraczke, ja kicham, kaszle i charcze, ledwo ruszam konczynami, ale daje rade, daje, bo przeciez nie mam wyjscia. Choroba dopadla mnie w piatek po poludniu, no prosze, jak dogodnie - nie musialam opuszczac zadnych zajec.

Ludzie bez 'chorobowego', czyli pracujacy na kontrakt choruja w weekendy, nauczyciele w wakacje a matki ... hmm?

Choroba zciela mnie z nog zatem w piatek po poludniu, po odebraniu dziecka z przedszkola, odwiedzeniu biblioteki i zrobieniu zakupow, dobrze wychowana zaraza jedna poczekala, az bede w domu, zeby mnie polozyc do lozka ogromna slaboscia i bolami miesni. Zaleglam na kanapie i nie moglam sie ruszyc, Mo tez zaczela  byc troche nie w sosie, wiec coz - puscilam jej baje na komorce. Wyrzuty sumienia, ze wlasnie funduje jej uzaleznienie do konca zycia, ze wlasnie pozwalam, zeby ten maly, chlonny umysl rozwijal sobie miliony polaczen miedzy neuronami ktore sumuja sie w zreby osobowosci nalogowca, ze wlasnie zaprzepaszczam jej szanse na szczesliwe. aktywne zycie, a zatem owe mysli, ktore kazda matka ma w glowie przez caly czas jak nieznosnie upiedliwy podklad muzyczny, zostaly troche uciszone stanem podgoraczkowym. No nie dam rady. Nie moge. 

Mo ogladala zatem baje przez cala reszte piatku. I cala sobote. Ja zalegalam przez cala sobote, nekana lekka goraczka i wyrzutami sumienia, ze 'nic nie robie'.

W niedziele wstalam, zatoczylam sie trzy razy i wzielam sie do roboty. I znowu puscilam Mo baje. Bo wyklady same sie nie przygotuja. Bo odkrylam, ze mam 40 esejow do sprawdzenia. Bo nie moge sobie pozwolic na chorowanie. 

Juz 25 minut minelo. Musze wracac na front.

 

 

 

 

17:28, inny_glos
Link Komentarze (1) »
czwartek, 24 stycznia 2019

Mam 10 min na pisanie, zdaze? Zdaze, ale bedzie bez ogonkow, bo w pracy jestem.

Okienko oddechu w nawalnicy. To just staje sie nudne, co tu pisze - praca praca a pomiedzy opieka nad dzieckiem. Momentami naprawde nie wiem, jak to sie mowi 'co ja tutaj robie', jakis taki codzienny kolwrot.

Taka jedna ma racje, kiedy sa dzieci, to nie ma wytchnienia, czlowiek nie moze zwolnic, bo sie wszystko wysypie. Szkola, przygotowanie wykladow, sprawdzanie prac, wyklady, a w domu sprzatanie, pranie i nastawianie zupy. Zeby tylko jeszcze jedna mala rzecz pchnac, moze pomyc naczynia, bo stoja w zlewie, moze jeszcze tylko umyc podloge w pokoju, bo znowu ktos wszedl buciorami z dworu. A w nocy male rzyganie namlodszego dziecka (mamusiu, tak kaszlalam, ze sie porzygalam, ale to nic nie szkodzi, prawda?) czy uciszanie starszego, ze na boga jest druga w nocy i nie wiem, czym ani czemu tak stukasz, ale naprawde mnie to budzi. No prosze. 

Ale. Ale i tak jest pieknie. To znaczy wiadomo - kolowrot i zapieprz, gonienie wlasnego ogona w kolko, ale pozbylam sie na razie rozkminek dlaczego jestem tam gdzie jestem i dlaczego nie gdzie indziej. Rozejrzalam sie wokol i zobaczylam, ze jestem w jednym z leszych miejsc, jakie znam - pomimo naprawde kiepskiego startu,. zlych wrozb i 'pieciu groszy bym za was nie dal', jestesmy razem, kochamy sie i w sumie zbudowalismy calkiem fajny dom. Nadal sie kochamy:)

No i minelo 10 min, do uslyszenia!

 

17:46, inny_glos
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 grudnia 2018

Powoli doczołgałam sie do końca semestru. Semestr zwykle zaczyna sie radośnie, bo naprawdę lubię moją pracę, ale gdzieś tak od listopada to już posuwam się do przodu klęczkach, a w grudniu się czołgam. Ilość pracy do przerobienia jest nieprawdopodobna - wystarczy, ze mam na przyklad 30 dluższych esejow do sprawdzenia i to jest dla mnie 30 godzin siedzenia dodatkowo. Nie mogę po łebkach, bo wymagają pisania komentarzy do studentów - czyli nie tylko, co źle, ale jeszcze jak mogą to poprawić, a na dodatek, żeby to nie było takie negatywne, to musze tez pisac, co dobrze. Zjada mi to czas niemożebnie. 

W tym roku naprawde zaczelam bardzo wesolo, w porownaniu z innymi latami, ale dwa zupelnie nowe przedmioty bardzo szybko przygięły mnie do ziemi - jeden o zdrowiu (troche socjologii, troche psychologii, troche epidemiologii, troche zdrowia publicznego - strasznie ciekawy, ale duzo przygotowania) a drugi o prawie. Prawo byloby spoko, gdyby to byly tylko teorie z socjologii prawa, ktore uwielbiam, ale glowna czesc tego przedmiotu to Irlandzkie regulacje prawne dotyczace ochrony dzieci, staruszkow, uchodzcow, osob z niepelnosprawnoscia, osob homoseksualnych, zdrowia psychicznego itd itp, czyli mozecie sobie wyobrazic moją cotygodniową jazde. Przy czym nie mozna tego zrobic z ksiazek, bo niestety wlasnie teraz wszystko sie tu bardzo szybko zmienia, wiec trzeba sie dogrzebac do aktualnych przepisow w tym zakresie. Prawo dostalam tydzien przed rozpoczeciem semestru, a zdrowie w trakcie pierwszego tygodnia, kiedy moja szefowa stwierdzila, ze ma za duzo zajec i szukala kogos, kto od niej wezmie nauke o zdrowiu. I od tego czasu biegnę z wywieszonym jęzorem. 

Jesli chodzi o szkolę, to wyznaje zasade 'kiedy daja, to brać', ale wpędzi mnie to do grobu;) W tym roku potrzebowalismy kasy na remonty, wiec kiedy patrzylam na dodatkowy przedmiot, to widzialam okna albo wentylację, albo nowa szope w ogrodzie. Ale w przyszlym roku zamierzam przemyslec moje nastawienie;) Pozostaje pytanie: czy jest mozliwa rownowaga w zyciu? 

A do tego remont, ktory naprawde pożeral nam duzo czasu i energii. I zamiast przygotowywac sie do wykladow, skakałam po rusztowaniach, by sprawdzic, co jeszcze panowie spierdolili, bo zaufania juz do nich nie mialam. Do tego dziesiatki maili i telefonow i wieczne użeranie sie o szczegoly.

Panowie w zeszlym tygodniu zdjeli rusztowanie, ale nie, nie - jeszcze nie skonczyli. W styczniu maja nam jeszcze pomalowac podmorowke wokol domu i wneki okienne, bo nie wiadomo dlaczego na zamowieniu jest farba akrylowa do ich malowania, co zupelnie nie ma sensu, bo akryl sie szybko brudzi i dol domu mamy juz prawie czarny. Od kapiacej wody z rusztowania. Moj blad, bo jak zamawialam farbe silikonową, to nie zamowilam 'na wszyskie sciany i wneki okienne i podmorowke' bo wtedy nawet nie wiedzialam, co to podmorowka czy wneka okienna, nie mowiac juz, ze słów takich jak 'plinth' czy 'reveals' nie bylo w moim slowniku (nie wiem, co mam zrobic z moja nowa wiedza, chyba zostane tlumaczem ekip budowlanych;)

Czy pisalam, ze w miedzyczasie odkrylismy, ze panowie wbili nam sie kolkiem od ocieplenia w nasze cudne drewniane okna? 

Rozumiem, czemu budowlancy tak klna, tez zaczelam. Bo nie ma innego slowa, ktore by oddawalo dokładnie istotę rzeczy łącznie z ładunkiem emocjonalnym wyrazu 'spierdolić'. 

Ale to już powoli za nami. Najważniejsze, ze dom jest DUZO CIEPLEJSZY, pomimo dziur w scianach (elektrycznych wentylatorów ciagle jeszcze nie zamontowalismy, bo przeciez od poczatku grudnia to juz ludzie tutaj nie przyjmuja nowych robot, bo 'świeta idą'). Mierzę temperaturę jak głupia, notując skrupulatnie różne zmienne, jak 'temp na zewnątrz', wiatr i długość grzania i wychodzi mi, że wystarczy, że w zimie będziemy grzać 4 godziny dziennie do utrzymania koło 18-19 stopni. W zeszłym roku w godzinę po wyłączeniu kaloryferów robiło się 16.

Mieliśmy jeszcze kupować auto w tym roku, bo nadażyła sie okazja, ale okazja okazala sie jednak zbyt droga. Problemem jest to, ze zadne z nas nie ma prawka i w tym kontekscie koszty sa niebotyczne - samo auto (5000 euro za takie 7 letnie) plus ubezpieczenie, za ktora zycza sobie .... 2500-3500 e rocznie. Auto mozna taniej, ale wtedy ubiezpieczenie drozej - za auto za 1000 euro zycza sobie 4000 tys ubezpieczenia. Plus podatek drogowy 300 e. Koszt prawka to juz naprawde pikus - 340 e za 12 obowiazkowych jazd. Tutaj zdaje sie test, odbywa sie 12 jazd i mozna jezdzic na L-ce z osoba towarzyszaca przez dwa lata. W tym czasie trzeba zdac jazdy. Problemem jest to, ze trzeba duzo jezdzic swoim samochodem, zeby zdac, bo egzamin zdaje sie wlasnie na swoim samochodzie. Ktory trzeba oczywiscie ubezpieczyc. Po zdaniu egzaminu koszty ubiezpieczenia spadaja o polowe - po jednym bezkolizyjnym roku wynosiloby juz tylko 1300-1500.

(Wybaczcie, że nie ma ogonków, ale większość posta pisałam w pracy:)

Zdjęcia domu wkrótce. 

 

12:25, inny_glos
Link Komentarze (2) »
niedziela, 02 grudnia 2018

Jak teraz nie napiszę, to już długo nie napiszę. Więc piszę.

Brakuje mi bloga, ale również – i to jeszcze bardziej – brakuje mi czasu. Na podstawowe rzeczy, jak na przykład porządne przygotowanie się do pracy. Albo sen. Albo relaks.

Firma powoli kończy instalować nam ocieplenie zewnętrzne, powoli i z problemami, o których mogę napisać epopeję, bo zaczęli od błędów i brną przez błędy dalej. Podobno zawsze tak jest z remontami, więc obecnie doszłam już do stanu, w którym staram się niepotrzebnie nie nakręcać, a zgoła wyciszać wszelkie rozkręcające się kłótnie, bo szkoda moich nerwów. Mapety jedne nabrali prac i wszędzie odwalają kichę.

A lista jest długa: zaczęli od za krótkiego daszku nad ociepleniem kuchni (daszek nie wystawał, więc nie miał jak zakryć założonego styropianu, jeśli umiecie to sobie wyobrazić), te mapety założyły taki metalowy okap, który był za krótki i zostawili przerwę 7 cm między nim a ścianą. Siedem centymetrów odsloniętych od góry płyt styropianowych przyklejonych do ściany zaprawą cementową, na którą to deszcz sobie kapał i kapał i kapał. Z dołu nic nie było widać, bo nasunęli daszek na krawędź zewnętrzną, odkryłam to dopiero jak weszłam na dach kuchni. Kiedy zwróciłam im uwagę dostałam zakaz łażenia po rusztowaniu od kierownika robót:D Ale gości powiedzieli, że 'naprawili', a jak sprawdziłam (przechodząc tym razem przez okno w pokoju Adka, żeby nie było, że chodzę po rusztowaniach) to okazało się, że pomalowali przerwę białą farbą:D Oczywiście nie odpuściłam.

W międzyczasie była awantura o rury i rynny, bo pewnego dnia po prostu przywieźli czarne plastikowe, a ja byłam pewna, że zamówiłam aluminiowe, które będę mogła sobie pomalować na dowolny kolor. Okazało się to nieprawdą, a dodatkowe 380e na rachunku było za ... ściągnięcie starych rur żelaznych. Po wielkiej awanturze (zapłaciłam za aluminiowe! nie, nie zapłaciła pani itd), która obiła się w końcu o dział sprzedaży okazało się, że za aluminium muszę jeszcze dopłacić 800 e, (a jakbym chciała piękne żelazne to 2500) więc zrezygnowałam. Poprosiłam tylko, żeby były białe. I przywieźli mi białe, ale ... kwadratowe. Okazało się, że najbrzydsze na świecie kwadratowe, które na kilometr wyglądają jak Chińskie odpady, które nie przeszły kontroli jakości, są oczywiście w standarcie. Kiedy poprosiłam o okrągłe, manager projektu zaczął na mnie warczeć. Na szczęście mailowo. Tydzień i 180 euro później miałam swoje okrągłe, kremowe rury:)

Potem wiercili mi dziury na wentylację (tutaj nie ma kominów wentylacyjnych i przepisy budowlane każą jak się zakłada ocieplenie zewnętrzne w każdym pokoju zainstalować dziurę na zewnątrz, żeby uniknąć zbierającej się wilgoci), a że przy okazji zaszalałam i kupiłam specjalne niemieckie wentylatory z rekuperacją ciepła (200 euro taniej u producenta w Niemczech niż w sklepie w Irl!) - bo przecież będę mieć te dziury w ścianie, które normalnie zwykle są zasłaniane plastikową osłonką, przez którą wieje i ludzie oczywiście w końcu wkładają szmaty w rurę wentylatora, bo piździ, przepraszam za słowo - i okazało sie, że na te wentylatory dziury muszą być większe. Firma nie miała tak dużego wiertła, więc wywiercili mi 15 cm średnicy a resztę (1cm) ... obtłukli łomem. Bo pożyczenie takiego wiertła to duże koszty.20181202_142443

 (czy ktoś wie, co Blox robi ze zdjęciami??)

Jakoś przebolałam okropne niedopasowane dziury, które muszę zalepiać po zainstalowaniu wentylatorów, kiedy okazało się, że cały dom pomalowali złą farbą. 

Jak wiecie nie lubię plastiku i farby też nie chciałam akrylowej, po pierwsze dlatego, że nie 'oddycha', nie przepuszcza wody z wewnątrz i się wybrzusza, jak coś za nią zacieknie, po drugie dlatego, że się dość szybko brudzi. Zamówiłam więc farbę silikonową, niby lepszą, mniej brudzącą się itede itepe, i oczywiście droższą. W dniu, kiedy zaczynali malować nie miałam czasu, żeby nawet rzucić okiem co robią, no bo kurcze blade mam swoją pracę do pracowania przecież, pobiegłam do szkoły, a dwa dni później odkryłam, że to zła farba była. Po paru dniach nie odzywania się, manager projektu napisał, że to zwykłe niedopatrzenie, ale nic się nie stało, bo pomalują dobrą farbą. No, ale plastik już jest na ścianie, prawda?

Przez trzy dni nie mogliśmy włączać ogrzewania, bo czekaliśmy na hydraulika, żeby przedłużył rurę boilera, bo za krótka rura wydmuchiwała dym ze spalania gazu do wewnątrz ocieplenia, co wprawiało cały dom w wibracje.

Na konieć okazało się, że przebili mi ramę okienną kołkiem od ocieplenia. 

 rama_okienna1

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie mam już do nich siły. 

Ale dom zaczyna wyglądać pięknie. Jakbyście wykrakały ten biały, bo nic innego do takich żółtych okien nie pasuje:D

Ale biały? O proszę:

 

 

 

16:15, inny_glos
Link Komentarze (4) »
czwartek, 22 listopada 2018

Wełna mineralna mokła w ogródku przed domem. Zaraz, jak się tylko zwinęli zaczął padać deszcz, a raczej zerwała się wichura z ulewami. Dwaj panowie przykryli folią plastkiowe kubły z kołkami do mocowania ocieplenia, siatkę i metalowe listwy, a wełna mineralna sobie stała i namakała. 

Ale zaczęli. ZACZĘLI. Zaliczkę wpłaciliśmy jeszcze w lipcu, okna wstawiliśmy we wrześniu i mieli już zaraz za chwilę, za momencik zakładać nam ocieplenie. A tu cisza. Nie naciskałam za bardzo na tę ciszę, bo w międzyczasie wyniknęła sprawa z elektrownią, która powinna najpierw zabezpieczyć kable, żeby w ogóle goście mogli coś robić z elewacją - urokiem mieszkania w Irlandii sa bowiem kable enegretyki ciągnięte górą, czyli powietrzem, a nie pod ziemią jak w Pl. Wygląda to trochę jak na amerykańskich filmach o suburbiach - plątanina kabli w powietrzu.

 

11:16, inny_glos
Link Komentarze (4) »
piątek, 05 października 2018

Zapisuję w annałach coby nie umknęło: dziś pierwszy raz powiedziała 'Chcę iść do przedszkola!'. Ta-dam!

Być może związane jest z tym, że ma koleżankę w przedszkolu, a raczej, jak się pani wyraziła 'the best friend'. Aoifa (czyta się 'Ifa') jest taka malutka jak Mo i podobno robią wszystko razem:) 

A na dworze jesień. Taka jedna tak pięknie już o niej pisała, że nawet nie próbuję przelewać tu moich zachwytów. Rano idziemy z Mo do przedszkola przez park i wdycham ten cudny zapach zbutwiałych liści i mżawki. Mamy w planach kominek w przyszłym roku - przewód kominowy już mamy przecież. 

12:18, inny_glos
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 24 września 2018

Długo nic nie było o Adziarzu, to prawda. Człowiek jest tak zaabsorbowany maluchem, że tego starszego spycha na obrzeża rodzicielskiej uwagi.

Adziarz, wrażliwiec, teoretyk, mądrala jest na trzecim roku matmy i cieszę się, że odkrył, że naprawdę to kocha:) To znaczy są oczywiście przedmioty, które nudzą go niemożebnie (statystyka, nauczanie matematyki), w zeszłym roku nie był na ani jednym wykładzie z paru przedmiotów, mówił, że z nudów oczy się same zamykały, ale nie interweniowałam, bo wszystkie egzaminy zdał i to bardzo dobrze (tutaj się zdaje na procenty, ze wszystkich przedmiotów miał średnią 75%, co jest odpowiednikiem 4+ bądź 5-). Jestem z niego bardzo dumna, oczywiście, ale też się tak po ludzku cieszę, że nie będzie musiał się zmagać z problemami humanistów - bo nas to humanistyczne wykształcenie i 20% bezrobocia jak wchodziliśmy na rynek pracy przeczołgało potwornie (czy wiecie, że pokolenie, które wchodzi na rynek pracy w czasie kryzysu do końca czasu zatrudnienia zarabia mniej, niż ludzie z pokolenia boomu o porównywalnych zawodach?).

Ale Adek jest ogromnym wrażliwcem. Po porażce szkoły średniej, gdzie w drugiej klasie był męczony (aż się wywinął i strzelił w twarz swojego dręczyciela) bardzo liczył na studia - że wreszcie odnajdzie 'swoich ludzi'. I trochę tak się stało, poznał ludzi, z którymi dobrze się dogaduje, tylko, że oczekiwał chyba czegoś więcej, a nie jest to taka paczka na dobre i na złe. Lubią się, spotykają, ale za rzadko dla Adka, miał tygodnie, kiedy siedział w domu i - jak mówi - był samotny. Nie jest to paczka jak z amerykańskich filmów, gdzie codziennie przesiadują u siebie i tak dalej, i Adek ma chyba takie poczucie, że go to ominęło w życiu. Ma również takie depesyjne momenty, taki zupełny brak poczucia własnej wartości, takie nieprzekonanie, że ktoś go może lubić dla niego samego. Ale chyba najbardziej chodzi tu o płeć przeciwną, jak przypuszczam. Mam tylko nadzieję, że to się zmieni, choć oczywiście Adziarz mówi, że skąd wiem, że będzie miał rodzinę, bo tak mu ciągle powtarzam i skąd jestem tego pewna. Może przez całe życie będzie samotny.

Adek się jeszcze tak nakręca straszliwie - okazało się, że będziemy musieli płacić za studia połowę czesnego (1500e), bo przekroczyliśmy próg o 40 euro kiedy Adka szef zapłacił mu w tym roku, a nie w poprzednim, jak powinien. Adek tego nie dopilnował, z różnych przyczyn i teraz nic się nie da zrobić. No cóż, wiadomo, że szkoda, nikt nie lubi tracić kasy, ale Adek tak się nakręcił, że przez trzy dni nie mógł spać. Martwił się bardzo, że dużo pieniędzy, że nie dopilnował i tak dalej, nakręcał się i nakręcał. (No, trochę mu w tym pomogliśmy, bo stwierdziliśmy, że będzie to płacił ze swojego stypendium - a ma 2500 na rok). Powtarzałam mu, że nie można tak do życia podchodzić, że różnie bywa, że znaczy to, że dużo zarobiliśmy w tym roku i trzeba się cieszyć. Że to nie jest tak dużo, że różne rzeczy się zdarzają, najważniejsze, że jest zdrowy, że przecież będziemy mieli co jeść i z domu nikt nas nie wygoni. Ale nie mógł tego przeboleć. A dziś dostałam więcej godzin, zupełnie niespodziewnie, i okazało się, że zarobię dużo więcej, ale będzie nam potrzebna Adka pomoc, więc mu dorzucę tysiąc;)

Ale jest zdecydowanie lepiej, łatwiej się z nim dogadać i przeważnie nie wygląda na smutnego. Co mu jednak w głowie siedzi, to nie wiadomo, jak wiadomo, trzeba być czujnym i obserwować swoje dziecko, choć dorosłe. W zeszłym roku wydarzyła się tutaj tragedia - małżeństwo z Filipin, imigranci, tak jak i my, z synem i młodszą córeczką kupili dom tutaj trochę przed nami, parę ulic dalej. Jakieś pół roku po tym znaleźli syna powieszonego w swojej sypialni. Dzieciak trochę starszy od Adka. Myślałam o tej rodzinie, nic oczywiście o niej nie wiem, ale prawie że widziałam, jak budują tutaj w Irlandii nowe życie, po latach się cieszą domem, zadowoleni, że wieczna niepewność wynajmu się wreszcie skończyła i jak nagle to wszystko się obraca w popioły. Nigdy nie wiesz, co siedzi w głowie takiego młodego człowieka, to jest straszny czas, to wejście w dorosłość, a dodatkowo dzieci imigrantów są w grupie podwyższonego ryzyka - we własnym kraju jest trudno w grupie rówieśniczej, a co dopiero w obcym kraju, z nie tym akcentem, nie tą kulturą itd. Oczywiście zupełnie inaczej jest, jak się jest z Danii czy Stanów Zjednoczonych, przynajmiej tej łatki biedaka się nie ma, ale z krajów biedniejszych nie jest tak prosto.

A zatem patrzę na Adkowego. Jestem czujna.

00:31, inny_glos
Link Komentarze (3) »
wtorek, 11 września 2018

No i znowu jest chora. Strasznie protestowała rano, uznałam, że jednak za bardzo jak na zwykłą niechęć. No i oczywiście - dwie godziny później stan podgorączkowy. Glut, kaszel, chce być tylko na rączkach (cwaniara się przyzwyczaiła;). Błogosławię naszą pracę, że jednak nie musiałam jej rano dać paracetamolu i do przedszkola. Rodzice są czasami naprawdę zdesperowani, no ale cóż robić, jak 'to jest normalne, że dziecko choruje 10 razy w roku'. Jak się nie ma babci, to nie ma szans pracować, no chyba, że ma się to szczęście i pracę taką, jak nasza, gdzie możemy się wymieniać z M. Oczywiście nie jest lekko, bo robota musi być zrobiona, wykład przygotowany jak trzeba to i o północy, ale nie ma porównania z siedzeniem od 9 do 5 w pracy.

17:37, inny_glos
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 10 września 2018

Wróciła. Zadowolona jak sto pięćdziesiąt. Gasiła pożar z chłopcem. Zrywała małe koraliki z krzaczków. Przyklejała listki na kartkę. Jadła makaron na lunch.

Jest dobrze.

15:35, inny_glos
Link Komentarze (1) »

Dziś pierwszy raz płakała:( Odkryła, że przedszkole to system, że to nie ciocia Dana ani ciocia Ola.

- Mamo, nie chcę iść do przedszkola, tam jest nudno! A jedna dziewczynka wyrzuciła mi serek. - Dlaczego? - Bo jej pani kazała. - A dlaczego? - Nie wiem. Wyciągniła mi z plecaczka i wyrzuciła do kosza. A przecież nie można serka wyrzucać do kosza, tylko trzeba dać mamie, prawda?

Nie chciała wejść, rozpłakała się za bramą. Pani ją przytuliła, uspokoiło mnie to, choć oczywiście nie wiem, co tam się w środku dzieje. Mogę mieć tylko nadzieję, że nic podobnego, jak w przedszkolach sfilmowanych ukrytą kamerą parę lat temu - gdzie dzieci były przywiązywane do fotelików na dwie godziny, a panie zajmowały się swoimi telefonami:( Nie mogłam tego spokojnie oglądać.

https://rutube.ru/video/c690b952aaffcc99afc70a4f75f64d85/

 

13:09, inny_glos
Link Komentarze (3) »
czwartek, 06 września 2018

Świeżutkie zdjęcie nowych okien:

nowe_okna_1

I drzewo na naszej ulicy:

nasza_ulica

 

21:03, inny_glos
Link Komentarze (2) »

Nowe okna są i ciągle się zachwycam jak bardzo są funkcjonalne. Zrozumieć tę radość może tylko ten, kto kiedykolwiek miał do czynienia z oknami w Irlandii, bowiem jedynie tutaj widziałam taki wynalazek, jaki mieliśmy my: pojedyncza wielka szyba i tylko mały lufcik, który się otwiera. Ani to przewietrzyć, ani ogrzać. Tutaj macie jeszcze stare (telefon mi się zbiesił i nie da się ściągnąć zdjęć na kompa):

 

  dom_m

Kupiliśmy okna litewskie, czyli kontynentalne - otwierają się do środka i na całą długość, możliwe są trzy ustawienia (mikrowentylacja, uchylony lufcik i całe skrzydło), czyli coś, co jest w Polsce standardem, tutaj jest prawdziwym cudem:D Potrójne szyby, wygoda, mogę szybko przewietrzyć, a potem trzymać ciepło.

Jak powszechnie wiadomo w Irlandii problemem w domu jest wilgoć - grzyb w łazience, na ścianie czy wokół okien rozpala dyskusję na tysiące postów na forach Polonii. W Irlandii dużo pada, ale zdziwiło mnie to, że wilgotność powietrza jest ogólnie porównywalna z Polską, czyli ten grzyb to nie przez naturalną wilgoć. Problemem się okazuje połączenie w miarę ciepłego klimatu i centralnego ogrzewania - zimy są dość ciepłe i nie trzeba dużo grzać, przez co technologia ogrzewania w Irl jest dość zacofana - większość domów używa olejów opałowych albo gazu, w blokach popularne jest ogrzewanie elektryczne. Z powodu braku nowoczesnych rozwiązań budowlanych i grzewczych koszty są na tyle wysokie, że ludzie oszczędzają jak mogą, najczęściej po prostu grzejąc mało i wietrząc mało, co jest oczywistym przepisem na grzyby i pleśnie. Wymagane przez prawo budowlane wywietrzniki są najczęściej zatykane starymi szmatami, i nic dziwnego, bo przez nie po prostu wieje - wychodzą one na zewnątrz, nie do komina wentylacyjnego, jak w cywilizowanych krajach:D Tutaj nie ma kominów wentylacyjnych, przez długi czas rolę tę spełniały po prostu przewody kominowe, bo kiedy człowiek napalił w kominku ogień zasysał powietrz z pokoju i wypuszczał do góry, w ten sposób pełniąc rolę super wentylatora. Ale od kiedy większość domów przerzuciła się na ogrzewanie centralne (mimo, że nie centralne w polskim rozumieniu, bo po prostu gazowe boilery instalowane w każdym domu albo kaloryfery elektryczne w blokach) ta naturalna cyrkulacja powietrza została zlikwidowana, więc powietrze w pomieszczeniach stoi, a domy są ledwie ledwie dogrzane, więc ludzie zatykają każdą dziurę i szparę, żeby ciepło 'nie uciekało', nie ma krążenia powietrza, co powoduje pleśń i grzyby i tak dalej w kółko.

Related image

Pewna moja fajna znajoma wstawiła nowe okna, usunęła kaloryfer ze ściany północnej, bo ogrzewanie jest drogie, pokój mały a okna szczelne, stwierdziła, że wystarczy kaloryfer w części głównej, ścianę ową zasłoniła sofą i po odsunięciu sofy - zgadnijcie co znalazła na ścianie?

Wiele starych domów ma tzw. ocieplenie wewnętrzne, czyli ściankę z regipsu od wewnątrz, która jest dodatkowo ocieplona wełną mineralną i w związku z tym cieplejsza niż ściana domu, co z kolei powoduje, że woda skrapla się na ścianie domu za ścianką i w tej szparze wesoło rosną sobie niesamowite okazy grzybów, jak ten na zdjęciu poniżej, gdzie wyraźnie widać ramę na której była przyczepiona ścianka z regipsu:)

Related image

Okna są zatem cudne, ale nadal nie wiemy, kiedy będziemy mieli ocieplenie, bo już od dwóch miesięcy czekamy, aż szanowna elektrownia założy nam ochronę na kable, a bez tego panowie nie mogą zaczynać instalacji. Zapłaciłam za tę usługę 400 e dwa miesiące temu i nadal czekamy, państwowa firma, więc sobie możemy poczekać, a tu jesień idzie, deszcze się zaczynają, moje okna są niezabezpieczone i wysunięte do przodu (zgodnie ze sztuką zakładania ocieplenia) i jeszcze miesiąc i trzy ulewy a zaczną mi gnić:( Mogę sobie oczywiście dzwonić na infolinię i się wściekać i to by było na tyle, grzeczna pani po treningu jak rozmawiać z trudnymi klientami spokojnie mi wyjaśnia, że zostawi informację dla elektryków i oddzwonią w ciągu dwóch dni. Tak jak oddzwaniaja od dwóch tygodni.

11:34, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
piątek, 31 sierpnia 2018

Trzeci dzień, pierwszy katar. Nie puściłam jej dziś do przedszkola, mam najdzieję, że wydobrzeje przez sobotę i niedzielę. 

Dom jednak nie będzie niebieski - w poniedziałek zamontowali nam nasze cudne okna, które są ŻÓŁTE. Jak plaster miodu. W takiej sytuacji niebieski, taki, jaki chcieliśmy, odpada. Zadzwoniłam do firmy i poprosiłam o zmianę koloru, ale okazało się, że mogą mi przesłać próbnik ... mailem. Pan powiedział, że kolory są w miarę wiernie oddane, no ale wiadomo, że w miarę robi wielką różnicę - jak z naszymi oknami. Drewniane, ale żółte, nie kremowe, nie pomarańczowe, nie brązowe. Chcieliśmy jak najjaśniejsze drewno, no i mamy, podobno nie można na oknach uzyskać efektu skandynawskiego drzewa, jakby 'wypranego' z koloru - impregnat zawsze zmieni kolor drewna. Zrozumiałam dlaczego domy tutaj mają okropnie dobrane kolory - kremowy do sino-niebieskiego, mahoniowe okna do jasnożółtych ścian - bo jakie mogą być, jeśli ludzie sprawdzają kolor na monitorze. Otworzyłam maila na swojej komórce, komputerze i na Adka laptopie i wszędzie były inne odcienie - na jednym urządzeniu niebieskie wpadały w zielone, a na innym w beże. Pan z infolinii się bardzo upierał, że nie mogą mi pożyczyć próbnika, bo ludzie im nie oddają, ale nie ze mną takie numery, wyciągnęłam od pana  adres magazynu i 22 kilometry później trumfalnie wróciłam z próbnikiem do domu. I teraz wychodzi na to, że dom będzie jasno szary, albo tzw. off-white, czyli złamana biel.

Image result for yellow windows of white house

Image result for yellow windows house

Chciałam uciec od szarości, ale niestety żółty wygląda najlepiej z szarym:

Related image

Zastanawialiśmy się jeszcze nad ciemnooliwkowym, ale kolory inaczej wyglądają na papierze, a inaczej na ścianie i możemy przestrzelić z tą zielenia, nawet złamaną.

No i co myślicie?

Wrzucę wam zdjęcie okien, jak ściągnę z komórki.

13:46, inny_glos
Link Komentarze (3) »
czwartek, 30 sierpnia 2018

No i poszła dziś do przedszkola.

Zostawiłam ją przy wejściu, przed kutą z żelaza furtką, jeszcze w czerwonych kaloszkach i kurteczce, z przewieszoną dużą torbą na zakupy, zieloną w żółte kwiaty (nie kupiliśmy małego plecaczka!), z zapasowym ubraniem i jogurcikiem, a ona wzięła panią za rączkę i poszła. Zaglądnęłam za róg i oto tam stała, w rządku, obok innych dzieci, mała znajoma twarzyczka z blond włoskami, czekała cierpliwie na inne dzieci, trochę przestraszona, trochę zaciekawiona. Dziś tak naprawdę był drugi dzień, uroczyste rozpoczęcie było wczoraj i to dzięki wczorajszym balonom i zamkowi dmuchanemu poszła dość spokojnie. Przy furtce rozgrywały się sceny - no może nie Dantejskie, ale filmowe, jak z najlepszego amerykańskiego wyciskacza łez. Chłopiec o wyglądzie przyszłego handlarza używanymi samochodami - przedziałek, włoski na żel, kwadratowa szczęka sugerująca nieodparcie, że nikt mu w kaszę pluć nie będzie - nie mógł puścić ręki taty, pani go odciągała, a on zwrócił swoje przerażająco smutne oczy na rodziciela, wbił stopy w beton i w ten sposób dobitnie, choć milcząco, zakomunikował, że nie ruszy się na krok. Twardziel. Na to jego młodszy brat, trzymany na rękach przez tatę, zaniósł się szlochem. Inny chłopczyk, większy o głowę od Morinki, zachęcony przez mamę i panią raźno przekroczył wrota przedszola, ale na tym skończyła się jego odwaga i po chwili jednym sprytnym susem znalazł się z powrotem przy mamie. Jakby czuł, że po przekroczeniu progu instytucji edukacyjnej zostanie w systemie na długie lata, około dwudziestu. 

Moja córeczka stała spokojnie, zupełnie nieświadoma całej symboliki i znaczeń ukrytych za żelazną furtką. Pani wzięła od niej ciężką torbę, a ja myślałam tylko, jak sobie poradzi ze zmianą kapci, skąd będzie wiedziała gdzie jest torba, czy będzie umiała znaleźć jogurcik i serek i powiedzieć, że chce siusiu. Czy zrozumie, co pani do niej mówi. Czy będzie się umiała dogadać z dziećmi.

Czy będzie miała przyjaciół. 

12:50, inny_glos
Link Komentarze (4) »
sobota, 14 lipca 2018

Dziękuję Wam wszystkim za rady, ale zapomniałam napisać, że mój ogródek ma 9m na 6.5 czyli jak posadzę śliwę to już po ogródku. A jeszcze musimy mieć tam duży stół, trawkę dla Mo, jakieś kwiatki, szopę na rowery, muszę mieć też kompostownik, mamy już ogromną brzozę, ale przecież nie wytnę 50-cio letniej brzozy. No i chcę mieć trochę warzyw, ale też, żeb Muszę myśleć bardziej wertykalnie, na przykład tak:

Image result for vertical herb garden diy

Zioła pionowo.

Upałów ciąg dalszy. Dla was w Pl, to nic wielkiego, ale tutaj susza stulecia. Gorąco. Pięknie. Rolnicy narzekają (nie dziwię się).

Najbardziej lubię poranne godziny, mimo, że oczywiście jest dla mnie za wcześnie (ósma rano! - taka jedna się uśmieje;), bo kładę się koło pierwszej-drugiej, to poranny chłodek, świeża Morinka bawiąca się ze sobą samą dobre pół godziny, słońce zaglądające do kuchni ćwiczenia, potem poranna kawka nastrajają mnie dobrze do świata i ludzi:) Potem robię na drutach i czytamy sobie książeczki. Sprawdzamy, co urosło w ogrodzie (rzodkiewki na zmarnowanie! już wiem, co jest nie tak - za długi dzień i za gorąco).

Zapłacona zaliczka za okna i ocieplenie zewnętrzne, roboty zaczną się na początku września. Kolor jeszcze nie wybrany, ale chyba jednak będzie niebieski;) Z tego wszystkiego czytam Muratora - zastanawiałam się, czy ocieplać wełną mineralnę (naturalny produkt, niepalny, oddychający) czy styropianem (lepsze parametry ocieplające, lżejszy, troszkę tańszy, może zmoknąć podczas robót) - zwolennicy wełny i styropianu są jak frakcje Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Wybrałam styropian - ten deszcz mnie ostatecznie przekonał, w Irl nie można liczyć na piękną pogodę a oczekiwanie, że wykonawcy osłonią wełnę przed zmoknięciem jest raczej myśleniem życzeniowym. Poza tym nasz dom to beton, a beton raczej nie oddycha - nie jest to tak istotne. Farbę będziemy mieli silikonową, podobno samoczyszczącą się, już to widzę - no farba! dalej, czyść się, już już!

Morinka mnie naśladuje. Wchodzi za mną do łazienki "o mamusiu, jakie ładne ciałeczko!".

18:59, inny_glos
Link Komentarze (4) »
środa, 11 lipca 2018

Zostawmy te kolory, dosyć, my tu gadu gadu, a tymczasem rzodkiewki mi kwitną!

Drogi blogasku, cóż robię nie tak? Wysiałam dwie odmiany, coby sprawdzić naukowo jak się różnią i jedna kwitnie jak oszalała, a druga trochę mniej. Fasolka również marnie, kupiłam sadzonki i najpierw hodowałam w kuchni na parapecie, wyglądały przepięknie, jak delikatna zielona zasłonka, nawet im przyczepiłam sznurki do wspinania, ale w maju, jak już miały metr, wsadziłam je głupia do gleby. I jak to w Irlandii, wietrzysko je zaraz tak potargało, że już chyba nic z nich nie będzie, choć parę pędów dało radę i niby tam się pnie po płocie.

Ale za to cukinia - och, moja cukinia szaleje. Wielkie liściochy wprawdzie zajmują całą grządkę i nic innego tam nie urośnie, ale już widzę malutkie cukinki i chyba nawet zakup sadzonek po 1 euro mi się zwróci - wystarczy, że z każdej zbiorę 3 cukinki i wyjdę na swoje, moi drodzy.

Jestem teraz takim ogrodnikiem bardziej mentalnym i eksperymentalnym, czytam, myślę i przerzucam w głowie tematy, coś mi rośnie, coś nie rośnie, martwię się suszą (ALE SUSZA W IRLANDII!), ale za to nie martwię się ślimakami, bo wszystkie padły w tym upale.

Ale trafiliśmy z ogrodem - pierwsze takie upały od czterdziestu lat. Słońce, słońce, słońce, obłędnie gorące i cudowne. Jak w Polsce. Całe dnie spędzamy w ogrodzie, Mo uwielbia jeść obiadki al fresco. Ale też pierwsza taka susza, wprowadzili nawet Hose Water Ban, co oznacza, że nie wolno myć samochodów i podlewać ogródków wężem ogrodowym. Można ręcznie, co też robię, żeby mi cukinie nie umarły. I róże. I pomidorki dla Adka - też eksperymentalne, w wiszącej doniczce. Trawa cierpi najbardziej - posiałam miesiąc temu i cudownie wzeszła, ale w tej suszy nie ma szans (trochę podlewam konewką, bo mi szkoda, ale trochę mi głupio i czuję się aspołeczna).

Oprócz tego mam za mały ogród:D

Tak, wiedziałam, że do tego dojdzie - ale mam za mały ogród. Nie starczy mi grządek na wszystko co chcę uprawiać. Maliny! Borówki amerykańskie! Fasolki, cukinie, rzodkiewki, szczypiorek. Kapustę. Pomidory. Ziemniaki, no przecież jesteśmy w Irlandii (ziemniaki w sklepach są o-hyd-ne). A jeszcze chcę mieć trawnik (i snitsa nam trawa trawa u doma - pamiętacie?

Róże posadzone z frontu kwitną jak oszalałe. A raczej kwitły, bo teraz jest susza. I trochę opadły. 

Dostałam również szczepkę z takiej cudnej róży, którą zawsze podziwiałam jadąc do pracy. Róży starej jak świat, wysokiej na trzy metry, nie kłamię! Zapukałam do drzwi, pochwaliłam różę i mam!. 

Jadę jutro oddać wodę do analizy. Okazało się, że w starych domach w Irl rury są często ołowiane, test na obecność kosztuje 10 e i rząd daje grant na wymianę rur, jakby co. Nie pokrywa to całej kwoty, ale dużą część. Jadę więc sprawdzić, ołów się odkłada w organiźnie i powoduje upośledzenie umysłowe u dzieci. Najwyżej będziemy gotować butelkową do czasu wymiany.

Z innej beczki - Mo odstawiam od cyca. Nie w ogóle, ale na razie w nocy, bo zaczęło mnie to już bardzo męczyć. Tak, wiem, ma już trzy latka, ale WHO zaleca karmienie do czwartego roku życia, karmienie jest bardzo zdrowe i właściwie przeważnie bardzo przyjemne. I Mo mało choruje, zdecydowanie mniej, niż Adek, odstawiony dużo wcześniej. (Czemu ja się tłumaczę właściwie? I czemu ludzie dziwnie się patrzą na karmienie piersią trzylatka? Im dłużej karmię, tym bardziej naturalne mi się to wydaje, właściwie to jestem karmicielką aktywistką przecież) Ale postanowiłam, że już czas pożegnać się z nocnymi pobudkami, na razie przeniosłam się na sofę na dole a M od tygodnia ogarnia Morinkę w nocy. Pierwszego dnia czułam się tak bosko nie zmęczona życiem i właściwie dopiero dużo później do mnie dotarło, że pierwszy raz od TRZECH prawie lat przespałam całą noc. Nie będąc budzona przez nikogo. Niesamowite uczucie:) Mo budziła się siedem razy pierwszej nocy i pytała o mamę, potem trzy razy, a teraz podobno wciąż się budzi, ale otwiera oczka, poznaje tatę, przytula się i zasypia. Czasem chce jogurcik, czasem tylko pogadać (mamo mamo! słyszałam sowę w nocy!), M marudzi, że potem często długo nie może zasnąć, witamy w świecie mam, mój drogi mężu. Oboje mamy wakacje, więc sobie odsypia w dzień.

Jest chłodniej. Może nawet spadnie deszcz, na co się cieszy połowa Irlandii.

Zupa zrobiona. Ostatnia praca zlecona oddana wczoraj. Mam wolne. Za trzy tygodnie lecimy do Polski. 

Postaram się więcej odpoczywać, bo teraz wciaż tylko myję podłogi ('mam wolne, a ta podłoga taka brudna! ojejku, mam wolne, a naczynia nie pozmywane! o kurcze, przecież mam wakacje, a na blacie pełno okruszków! zabawki znowu porozrzucane! piasek na kanapie! kurz na parapecie!).

 

 

16:20, inny_glos
Link Komentarze (7) »
niedziela, 17 czerwca 2018

Wpis o kolorze elewacji wzbudził emocje, jakich się nie spodziewałam:D

No co wy, NIEBIESKI brzydki?

A dom Friedy Kahlo?

Image result for frida kahlo house

Albo pierwszy lepszy inny niebieski w Meksyku:

Image result for frida kahlo house

W złym tonie to jak ci się wyrwie 'kurwa' u cioci na imieninach, ale niebieski dom? No co wy!

 

Ten zdaje się był na okładce Vogue'a:

I to taki oczojebitny!

 

My będziemy mieli podobne okna drewniane:

casas coloridas azul

A taki jaśniejszy i bardziej europejski?

casa color azul

Nawet kamienica:

Fachadas!

Amsterdam:

Amsterdam, The Netherlands

I bardziej Skandynawski:

Iceland. Wish I was there by the fire reading g a good book drinking something warm

Ale przyznam się, że najbardziej to ten (poznajecie?)

Moomin House, Naantali, Finland This is on Southern Shore

 

Uważam, że wszystkie domy powinny być malowane na oczojebitne kolory, przyznam się wam szczerze:) zaraz byłoby weselej.

Na boga! My mieszkamy w ex-council house, czyli w byłym domku socjalnym, a nie w dworku polskim.

Przyznam się, że najpierw myśleliśmy o czymś takim:

Smart, stylish painted brick decorating ideas, inspiration and photos to decorate your brick wall with color for family and friends.

 Więc i tak już trochę odpuściliśmy:)

A w maju we Wrocławiu widziałam fioletowy dom i był po prostu BOSKI! Nic wielkiego, post-Gierkowska kostka i cały jego urok w tym kolorze:)

I jak - przekonałam was?

 

 

23:38, inny_glos
Link Komentarze (3) »
czwartek, 14 czerwca 2018

Teraz będę was zamęczać wpisami:D

Jakoś tak mi nieswojo bez reżimu pracowego i wymyślam sobie projekty. Człowiek z domem jest ciągle zajęty, a z domem, ogrodem i dzieckiem to już w ogóle na okrągło. Żebym jeszcze tego poczucia, że nic nie robię nie miała;)

A zatem usuneliśmy tzw. decking czyli drewniane podest (?) z końca ogrodu - Mich chiał go naprawić, ale okazało się, że był całkiem przegniły. 

decking

M skopał mi ziemię i zasiałam trawę jakiś tydzień temu. I trawa rośnie:D Od trzech dni widać malutkie maciupkie traweczki, taki meszek właściwie - wychodzę trzy razy dziennie oglądać.

Chciałam wrzucić zdjęcia z dziś, ale mi się nie chcą ściągać:(

 

17:30, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 czerwca 2018

Milagros pisze, ze plastikowe rynny są dobre - nie czepiają się żadne żyjące organizmy, łatwo czyścić itp. Ale ja mam chyba kompletnego bzika przeciwko temu plastikowi, jak sobie wyobrażę, ile to lat będzie się rozkładać, to mi się słabo robi. Nienawidzę plastiku, wyrzucam go systematycznie z mojego życia - niedawno wyrzuciłam taką plastikową osłonkę na płot udającą żywo-, a raczej martwopłot.

Efektem ubocznym ocieplenia domu będzie możliwość wybrania nowego koloru elewacji - no i tu mamy zagwozdkę. To znaczy przez długi czas nie mieliśmy, bo wymyśliliśmy granatowy dom z czarnymi oknami:D

Na szczęście musimy odczekać te parę miesięcy i zdążył już nam się znudzić, hehe.

Teraz mamy pomysł na niebieski z drewnianymi oknami. Ale czy jasny? Ciemniejszy? Bardziej nasycony? I co wokół okien - na biało? czy ten sam kolor? Pojęcia nie mam na razie.

Na pewno wiemy, że nie chcemy beżu/musztardy/rozmemłanego żółtka - takie są najpopularniejsze kolory w naszej dzielnicy.

A co wy byście wybrały?

20:59, inny_glos
Link Komentarze (5) »
wtorek, 12 czerwca 2018

Mamy wakacje. Tak od dwóch miesięcy nie mamy wykladów, a gdzieś od dwóch tygodni wreszcie wszystkie egzaminy i eseje poprawione, oceny wystawione - mamy wolne tak naprawdę. Tak, wiem, szczęściarze z nas;)

Albo i nie szczęściarze, bo taki tryb pracy bardzo wpływa na wiele sfer. Czyli na przykład na ocenę zdolności kredytowej. Po tej zimie chcieliśmy zrobić ocieplenie, bo dom jest lodowaty (ściany są z betonu bez żadnego ocieplenia), chcemy również wymienić wszytkie okna, bo jak pewno sobie przypominacie są jednoszybowe. Najlepiej te dwie rzeczy robić jednocześnie, jeśli już je się robi, bo wtedy można wysunąć okna do przodu, tak, by położone ocieplenie jakby je otulało i tym sposobem zapobiega się tzw. cold bridge wokół okien, i tak też mieliśmy to zaplanowane. Mamy pieniądze na połowę roboty - czyli np. okna - i chcieliśmy pożyczyć na drugą część no i właśnie bank nam odmówił pożyczki. Bo im się nie sumuje moja pensja - co miesiąc dostaję inną kwotę, a w wakacje prawie nic.

Ups - właśnie dostałam smsa, że dostaliśmy! Tylko rozłożyli nam raty na dłużej - więcej będziemy musieli oddać, ale jakbyśmy spłacili w rok to procenty wyniosą tylko 350e. A mamy szansę oszczedzic więcej na ogrzewaniu. Przez 5 lat całkowity koszt pożyczki wyniósły 1880 - trochę dużo, nie?

No to wychodzi na to, że będziemy mieli cudne okna:)

Trochę się denerwuję tą pożyczką - tak mi wisi nad głową, jeśli wiecie o co mi chodzi. Na rozum sobie kalkuluję, że powinniśmy na tym zyskać - dom będzie cieplejszy i mniej wydamy na ogrzewanie, ale jakiego rzędu to są rzeczywiście oszczędności to trudno powiedzieć.

Stresuje mnie też ten cały remont - okna, drzwi i ocieplenie, trzeba zgrać trzy ekipy, jeszcze tak niefortunnie jedziemy na wakacje do Pl na przełomie lipca i sierpnia (rodzina umówiła się nad Polskim morzem, nie nasza decyzja), mój ulubiony budowlaniec wyjeżdża tuż po tym, jak my wrócimy, być może będzie miał trzy dni - czy starczy czasu na podmurówkę i wyjęcie okien? Czy wszystko uda się zgrać? Ale trzeba to zrobić, chyba wyjścia nie ma, raz i porządnie i będziemy mieli ciepło.

Choć nadal rozważam poczekanie przez rok i uskładanie - za tym rozwiązaniem jest M, który nie chce brać sobie długów na głowę.

A wy co byście zrobiły?

Mamy około 12 tys, potrzebujemy jeszcze 6, ale musimy wziac pożyczkę na 8, żeby mieć na wszelki wypadek więcej, a jak się robi remont takich wypadków jest dużo.

Koszt (dla zainteresowanych) - 7500 okna i drzwi do ogrodu - okna drewniane z potrójną szybą (podobno tylko 4% różnicy w cenie - u nas 300 e, więc daliśmy się namówić). Koszt plastikowych to 4000-5000, ale drewniane można malować:) i nie będziemy ich wymieniać do końca życia w Irl, taką mam nadzieję:) Okna 'kontynentalne', jak oni tu mówią, bo  uchylane i otwierane do środka (tutaj wszystkie otwierają się na zewnątrz), czyli taki polski standard. Okna z Litwy, nota bene, ale firma jest Irlandzka, zobaczymy. Nie widziałam tu Polskiej firmy okiennej, choć działa na przykład przedstawicielstwo Czeskiej, ale jest droższa. Nie chciałam sprowadzać okien z Pl, bo ważna jest instalacja na miejscu, jakby było coś nie tak, nie będę musiała jeździć do Polski by wymieniać.

Ocieplenie - 8700 + 4500 grant od rządu Irlandzkiego, cena obejmuje założenie ocieplenia, wentylacji i wymianę wszystkich rynien i rur kanalizacyjnych, które tutaj biegną na zewnątrz budynku. Byloby taniej o 400 z plastikowymi rurami i rynnami, ale chcemy aluminiowe i żeliwne (stalowe?) - czy ktoś coś wie na temat aluminiowych? Plastik podobno jest gorszy, a poza tym wygląda okropnie i jest nieekologiczny;) Ale muszę się wam przyznać, że pływam tu trochę w ciemności i opieram się o internetowe opinie. Obecnie mamy oryginalne żeliwne, cudne, ale siedemdziesięcioletnie i skorodowane zdeczko, właściwie u progu końca swojego życia, bo powinny być wymieniane tak co 65 lat. Więc i tak musielibyśmy zmieniać, a tak skorzystamy z okazji.

Rury do wglądu:

Chyba wybraliśmy już firmę do ocieplenia - duża, specjalizuje się tylko w tym, ma dobre opinie, wiele lat na rynku, bierze pod uwagę nasze prośby. 

 

16:29, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 25 maja 2018

Na boga! Hasła zapomninam do bloga!

A dziś dobra data na pojawienie się - referendum aborcyjne w Irlandii. Głosujemy czy wayrzucić tak zwaną ósmą poprawkę do konstytucji, która stawia życie poczęte na równi z życiem żywym, czyli zrównuje prawa matki i embriona. Głosujemy, bo M raniutko Adka do głosowania, bo przecież oboje mają obywatelstwo i mogą. Głosują oczywiście na TAK, bo jakże można decydować za kogoś w tak delikatnej sprawie? Jakże można narzucać komuś, że musi urodzić istotę poczętą?

 

23:15, inny_glos
Link Komentarze (5) »
niedziela, 15 kwietnia 2018

Ballada o dwóch drzewkach. 

Były sobie dwa drzewka w ogrodzie. Jedno z przodu domu, drugie z tyłu. Oba miały liściory zielone, ale ogólnie nie wyglądały za bardzo wyjściowo. Całą zimę zastanawiałam się, co to za drzewka. A szczególnie to z przodu - takie całe łyse przez całą zimę. A drzewko z tyłu to już w ogóle. Takie całe zielone przez całą zimę, ale generalnie słabo. I po co ktoś takie drzwko zasadził, myślałam sobie. Na mojej najlepszej grządce! Tej skąpanej w zachodnim słońcu (the West is the best, jak mówią ogrodnicy Irlandzcy).

I tu nagle, dwa czy trzy tygodnie temu, stoję sobie z pierwszą kawką na dworze, w pełnym zachodnim słońcu na końcu ogrodu, wystawiam białego naleśnika twarzy na promienie słoneczka, a tu jakiś cudny, cudny zapach mnie dolatuje. To znaczy oprócz kawki i ogólnie zapachu świeżej ziemi. Wącham sobie wokoło i ta dam! Niepozorne drzewko zakwitło niepozornymi kwiatkami o niebiańskim zapachu. I już wiem jak się nazywa - Skimmia:) 

Ale drugie dalej pozostawało łyse. Takie długie pąki mu wyrosły i czekałam na liściory, myśląc sobie, że urwę liścia i będę wiedziała co to za cholera.  O takie właśnie:

Image result for magnolia buds

I oto dziś już wiem!

Czy ktoś zgadnie co to?

00:15, inny_glos
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2018

No dobrze, jest trochę lepiej. Troszkę słońca. Nie tak, żeby zaraz szaleństwo i upały, ale te chwile, kiedy wychodzę w piżamie (i grubym swetrze) z kawką do ogrodu, a krzaczor, który chciałam tydzień temu wyciąć zaczyna kwitąć i pachnie tak, tak, tak, że nie mam słów ...

BTW, czy ktoś może wie, co to za krzaczor?

krzaczor

W sensie to drzewko na tle tego martwopłotu plastikowego (o czym później). Moje internetowe poszukiwania zakończyły się na afrykańskim drzewku z którego soku robi się truciznę na strzały do słoni;)

Jak ja mogłam tyle lat żyć bez ogrodu?? Jedynie mogę narzekać, że jest za mały, na to wszystko co chcę mieć. Kwiaty, krzaki, róże, RÓŻE, maliny, borówki, fasola, cukinię, małą szklarnię na pomidory i winogrona, sałatę. I trawnik. I kwiaty, kwiaty, kwiaty.

Wczoraj właśnie siałyśmy z Mo kwiatki na lato. Zobaczymy, co z nich będzie, ale miałyśmy dużo zabawy. Floksy, lobelie i jeszcze takie różne ze sklepu dwueurowego w pudełku z napisem 'Summer Fragrant Flowers', czyli pachnące. Dziś zamowiłam róże żeby zakryły płotek z przodu domu. Również dziś M wyrzucił zielone plastkikowe gó.., które udawało żywopłot po jednej stronie ogrodu. Na dość brzydkim drewnianym płotku powiesili jeszcze gorsze plastkikowe gówno, które się sypało i mnóstwo zielonych plastikowych listków znajdowałam w grządce. O takie coś, widać za Mo:

ogrod_male

Z daleka/na zdjęciu wygląda w miarę ok, stapia się z tłem, ale z bliska pękają oczy. 

Nigdy tego nie zrozumiem. Po Pacyfiku pływa kupa plastikego gówna wielkości Francji, a ktoś sobie w ogrodzie wiesza plastikowy żywopłot. Rany. Plastik darzę gorącą nienawiścią. Dlatego panele na podłodze nie wchodziły w grę, dlatego również będę miała okna drewniane, choćbym miała zbierać na nie dwa lata:) (na razie dostaliśmy dwie wyceny - 7000 i 8000 tys. za okna i drzwi od ogrodu, 9400 jeśli chcemy mieć alu-clad z trzema szybami). 

Tak samo nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy z ogródka robią sobie takie coś:

ogrod_beton

To jest właśnie ogród mniej więcej wielkości naszego, troszkę może mniejszy. Betonowa pustynia. Jak można coś takiego mieć i jeszcze za to ZAPŁACIĆ? Jak można codziennie z okna wypasionej kuchni (akurat widziałam, dom był na sprzedaż na naszej ulicy w tym samym czasie, co nasz) z kawką w ręku patrzeć się na coś takiego i nie mieć ochoty WALNĄĆ GŁOWĄ W TEN BETON I WYPIZGNĄĆ TO W KOSMOS? Moja wyobraźnia jest za mała. PS. Za ten dom ktoś dał 25 tys. euro więcej;) 

Tutaj proszę jeszcze jeden przykład:

ogrod_betNawet w najgorszym przypadku zgodziła bym się na takie NIC, myśląc - spoko, ZEN, minimalism, gdyby nie to, że ten trawnik wygląda na sztuczny. SZTUCZNY??? WHY??

Ja bym zębami pazurami dokopała się do ziemi. I posiała choćby trawnik, jak już naprawdę nic by mi się nie chciało. W najbardziej leniwym przypadku mlecze zasiewają się same:)

 

00:13, inny_glos
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23
stat4u