RSS
poniedziałek, 21 maja 2012

Czasem,

czasem cię znienacka ogarnia całkowity spokój i pewność, że wszystko będzie dobrze. 

Poczucie jak błogosławieństwo, jakbyś nagle i niespodziewanie dostał prezent. 

 

 

 

00:35, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 maja 2012

A w sobotę i niedzielę byłam na konferencji.

 

Pierwszego dnia miałam stan schizo-paranoidalny. 

Podczas przerwy na kawę siedziałam sama przy pustym stoliku i nawet wiersz o samotności napisałam;), co świadczy już o ciężkim zaburzeniu.

Ludzie się na mnie dziwnie patrzyli.

Polka, z którą gadałam, była nieprzyjemna.

Druga Polka w ogóle do mnie nie zagadała, choć z tą pierwszą gadała. A byłyśmy tylko trzema Polkami na konfie.

Jedna Irlandka, do której podeszłam na przerwie a propos jej prezentacji, nie zrozumiała sedna mojej myśli i się dziwnie popatrzyła. 

Kiedy zadawałam pytania podczas wystąpień robiłam się czerwona jak burak.

I spocona.

Ludzie na mnie dziwnie patrzyli.

Ja sama na siebie dziwnie patrzyłam: "Co ja tutaj robię? Ooo, co ja robię tu??".

Nikt mnie nie znał, ja nikogo nie znałam. 

Nikt nie wiedział, skąd się wzięłam, bo sobie nazwy szkoły na wizytówce nie wpisałam (jeszcze nie mam odpowiedzi, czy mi zasponsoruje mi konfę, więc wykupiłam wejście najtańsze, jako bezrobotna;)

Czułam się okropnie. Z przerwami, kiedy siedziałam w sali i słuchałam prezentacji. Wtedy było mi wszystko jedno jak wyglądam i jak mnie oceniają, bo najbardziej mnie ciekawiły wystąpienia. 

Strasznie zazdrościłam wszystkim, że takie fajne badania robią. 

Czułam się jak głupek.

Spocony, czerwony głupek. Z Polski.

Ludzie się dziwnie patrzyli.

Oficjalny obiad odpuściłam sobie.

 

Tak, pierwszy dzień był koszmarem.

09:40, inny_glos
Link Komentarze (1) »
runda czwarta

Wygrana! Jupi!

Dzwoni do mnie D., księgowa, i mówi, żebym szybciutko wysłała formularz zapłaty do mojej szefowej, to mi zapłacą dokładnie tak, jak chcę.

A nie mówiłam, że mam rację?!

A dlaczego mi tak na tym zależało? Bo tutaj do różnych rzeczy ma się prawo zależnie od ilości przepracowanych tygodni w roku. Zasiłek dla bezrobotnych - 39 tygodni ubezpieczonych w danym roku, zasiłek macierzyński i chorobowy tak samo, poza tym wszystko to liczy się do emerytury. Kasę na tzw. PRSI czyli ubezpieczenie i tak mi odciągają z pensji, niezależnie od tego, czy dostaję 6 tysięcy e miesięcznie (jak mi się zadarzyło) czy 40 e (jak będzie teraz). 

09:08, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 maja 2012
runda trzecia

A zatem byłam dziś u pani księgowej i oczywiście, tylko co zdążyłam przekroczyć próg księgowości, wymienić pozdrowienia i zacząć "mam do pani taką prośbę", do pokoju wmaszerowała pani kadrowa. Właśnie ta od odmownego załatwienia sprawy. Wyszeptałam więc tylko "ale chciałabym opowiedzieć o tym na osobności, to w sumie taka delikatna sprawa" i wyciągnęłam księgową na kawkę. Na całe szczęście księgowa jest młodą, fajną dziewczyną z Bułgarii, więc założyłam, że zrozumie, i rzeczywiście - wzięła tylko torebkę i wyszłyśmy. Z braku kawiarni usiadłyśmy w klasie i wyłuszczyłam swoją prośbę. G. była bardzo przychylnie nastawiona, stwierdziła, że oczywiście może mi tak rozliczyć te miesiące, zwłaszcza, że można to interpretować tak, że szkoła zapłaciła mi z góry. Tylko zapyta się kadr, żeby być kryta.

- I tu jest pies pogrzebany - odrzekłam - pytałam się już kadr i powiedziały, że nie.

- Nie? Ale dlaczego?

No nie bo nie, wiadomo dlaczego się mówi nie. D. wymyśliła zatem, że zapyta się swojego szefa, odpowiednio naświetli mu całą sprawę i gdy on powie, że tak, to już nie musimy pytać się kadr. Bo on jest wyżej. No i na to liczę, oczywiście nic nie jest pewne.

- A na przyszłość - powiedziała mi D. - na przyszłość radzę ci zapomnieć o paru godzinach w co jakiś czas. I rozliczyć je, jak będzie ci to potrzebne. Ja bym tak zrobiła - dodała.

No to już wiem. Że tutaj nic oficjalnie, wszystko bocznymi ścieżkami, drobnymi sztuczkami naginającymi rzeczywistość do twojej perspektywy.

Kiedyś coś takiego powiedział mi kolega Irlandczyk. Że tutaj, w Irlandii ludzie mają dosyć wyluzowany stosunek do norm i regulacji. Do momentu, kiedy nie wyskoczysz z czymś oficjalnie, służbowo, na piśmie. Kiedy chce się coś załatwić, trzeba rozmawiać z panią Zosią po bratersku, nieoficjalnie, na boku, czy by nie dało się jeszcze wcisnąć na ten kurs, choć wszystkie miejsca już dawno są zajęte, czy nie możnaby było przesunąć spotkania, bo twoje dziecko ma akurat teatrzyk szkolny, czy mógłbyś te pieniądze wyjątkowo dostać na konto, bo właśnie jedziesz z chorą babcią na operację do Cork. Wystarczy jednak tylko wystosować oficjalne pismo, by nic się nie dało załatwić.

No to zobaczymy.

00:01, inny_glos
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 14 maja 2012
wieści z frontu

 

Obraziłam się na moją szkołę od piątku.

Żebyście wiedziały, że to nie tak słodko to wszystko wygląda.

Ogólnie sytuacja jest taka: od trzech lat pracuję na kontrakcie. No i wiadomo, bardzo się cieszę, była to wielka szansa i w ogóle dało mi to jakieś możliwości. Ale prawda jest taka, że szkoła też na mnie zyskuje. I jest im wygodnie mieć mnie na takim podorędziu, kiedy dają mi przedmioty jakie akurat mają na zbytku, a żadnych zobowiązań wobec mnie nie mają. Majstrują więc przy kontraktach, bo pomimo, że pracuję tam 3.5 roku, nie mam tzw. ciągłości pracy i nie nabywam praw pracowniczych. To jak z umową na czas określony w Polsce. Dodatkowo mam kontrakt od września do sierpnia, z miesięczną przerwą. Ale tak naprawdę płacą mi za ilość przeprowadzonych godzin, więc jak na przykład w tym roku nie dopisali studenci i jeden kurs, na którym miałam uczyć do lipca, został odwołany, to już od maja nie mam (prawie) żadnych zarobków. Mimo, że faktycznie pracuję do sierpnia - cały czas są jakieś zaległe zaliczenia, Spotkania programowe odnośnie przyszłego roku czy ocen studentów, dodatkowo egzaminy poprawkowe w sierpniu, które muszę sprawdzić i ocenić.

Piszę, że prawie nie mam żadnych zarobków, bo tak naprawdę to miałam jeszcze parę michałków: prowadzenie studentów dyplomowych, za co należy mi się 300 euro za każdą osobę, który zda, bycie referentem (nie ja prowadzę studenta, ale oceniam pracę), za które dostaję dodatkowo 40 euro. Jak zatem widzicie nie są to w sumie duże pieniądze. W tym roku miałam 4 studentów dyplomowych, z czego jedna osoba się obroniła, pozostałe kiepsko widzę. I jak to zwykle bywa właśnie ci pozostali przemielili mnie jak zboże - spotykałam się z nimi, prowadziłam upiorną korespondencję, godzinami ślęczałam nad pracami poprawiając gramatykę, styl, interpunkcję (co nie leży w moich obowiązkach, ale jak zdanie nie ma orzeczenia, to naprawdę trudno się sensu doszukać, a o sens tu przecież chodzi) i oczywiście doradzałam w sprawach merytorycznych. 

No i teraz mam dodatkowo 4 prace do recenzji. Czyli razem 120 euro. I to wszystko, aż do października. A kontrakt mam, jak pisałam, do sierpnia.

Zapytałam się zatem uprzejmie mojej szefowej, czy bym nie mogła za każdą pracę dostać pieniędzy w kolejnym miesiącu. Żeby przez te 4 miesiące mieć choćby ubezpieczenie społeczne płacone, co może mi się przydać, jakbym musiała starać się o zasiłek w przyszłym roku - jak wiadomo sytuacja w Irl jest niepewna, kryzys zamiast sobie pójść gryzie coraz bardziej. W mojej szkole z powodu braku studentów zlikwidowali już jeden kierunek, i to właśnie ten, na którym miałam parę godzin fajnych wykładów.

Szefowa przesłała maila do jeszcze główniejszej szefowej, ta do kadr, a ciumcia z kadr odpowiedziała, że nie. 

Nie, bo nie. Bo wykładowcy muszą mieć płacone w danym miesiącu za godziny, które w nim przepracowali. Oczywiście tak naprawdę to nigdy tak nie było, czasem dostawałam zastępstwa już po rozliczeniu danego miesiąca, czasem wykładowcy w ogóle nie rozliczają jakiś swoich michałków aż do września.

Wychodzi na to, że faktycznie pracuję, ale formalnie nie pracuję, nie jestem ubezpieczona i nie liczy mi się ten czas do emerytury. Pomimo, że jestem w szkole 2 razy w tygodniu, siedzę w domu nad pracami, programami, sylabusami, pomysłami, poprawkami itd itp.

Szkoła, rozkładając mi płatność na raty, nie wydaje więcej, niż płacąc mi jednorazowo. Przepraszam - może wydaje. Jakieś 5 euro miesięcznie. 

Wkurzyłam się tak bardzo, że wysmażyłam drugi list do pani z kadr i moich dwóch szefowych. Mam już gotowy kolejny list to głównej kadrowej. Jutro idę do pani z księgowości, która rozlicza mi płace. Jestem w takim nastroju, że jak trzeba, to pójdę do głównego szefa.

Oczywiście wszystko grzecznie, uprzejmie i bez zaperzania się.

Poza tym mam zamiar skontaktować się ze związkami zawodowymi. 

Będę upierdliwa na maksa.

Nie będą mi świniaki pluć w twarz.


18:08, inny_glos
Link Komentarze (9) »
czwartek, 10 maja 2012

Zaprawdę powiadam wam, trzymam się pazurami stołu i piętami podłogi, aby nie wkleić wam tu fragmentów z pracy, którą właśnie sprawdzam. Albowiem byłoby to nauczycielskim grzechem śmiertelnym. Ale paluchy mnie świerzbią.

I tylko ta piosenka chroni mnie dziś przed totalnym szaleństwem:



Szczególnie zaś whack follol de rah pod koniec każdej zwrotki, czyli 

 "the nonsense syllables which seem to burst out to express some sort of undefinable triumphant intensity of living".

(nonsensowne sylaby, wykrzyczane, aby wyrazić jakiś rodzaj niezdefiniowanej, triumfalnej intensywności życia)

 

Więc, whatever, whack follol de rah!

23:09, inny_glos
Link Dodaj komentarz »

- To poproszę 5 tych cienkich cielęcych i 5 tych wiedeńskich. I jeszcze tą kruchą kiełbaskę. I pasztet może. No tak troszkę, no tyle, ooo tak. 

I teraz kurcgalopkiem do domu, szybko, szybko, nastawić wodę, muszta jest, keczup jest, chrzan jest, to jeszcze trzy kromale buły, wyciągnąć parówy z wody i aaaaach!

Co robi żona wegetarianina jak męża nie ma w domu? Właśnie wtrąbuje (?? wtrąbia?) 10 parówek. 

 

Życie mnie bowiem od wczoraj przerasta, albo ja przerastam życie. Czasami mam wrażenie, że moja rzeczywistość wewnętrzna rozlewa się na tę zewnętrzną. Kiedy wczoraj w końcu wyszłam z pracy po 5 godzinach (a wpadłam tylko na godzinkę oczywiście), podeszłam do mojego roweru zaparkowanego nieopodal, włożyłam wszytkie papierzyska i torebkę do koszyka, nagle zauważyłam, że KTOŚ przypiął mi rower swoim zamkiem. Do słupa. MÓJ ROWER. PRZYPIĘTY. NA AMEN.

I co mam teraz zrobić?? Czekać przy rowerze, aż szanowny pan/pani zorientuje się, że KURWA MAĆ SKAZAŁ MNIE NA CZEKANIE W DESZCZU?? A może usiąść w kawiarni na przeciwko i przy stygnącej herbacie godzinami wbijać wzrok w cholerny słup i rower??

Wkurzyłam się tak, że zaczęłam kopać słup i rower i przeklinać w obu znanych mi językach. W trakcie dziesiątej KUR... słowo zamarło mi na ustach, albowiem dotarło do mnie, że TO NIE MÓJ ROWER. 

 

O_O

 

Nie ten rower, nie ten słup, nie ten zamek.

 

 

O tym, że w pracy zostawiłam kask, a kurtkę zgubiłam po drodze dowiedziałam się dopiero po paru godzinach, u koleżanki. Żeby wszelkie wątpliwości rozwiać delikatnym podmuchem zefirka dodam jeszcze, że nie, nie spożywałam wczoraj napojów wyskokowych, ani nie paliłam żadnych ziół.

Sprawdzałam egzaminy. Byłam wrakiem człowieka.

Wracałam od koleżanki, a strumienie deszczu płynęły po obu stronach mego lica, wpływały mi za kołnierz i wypływały pod spódnicą, by wchlupać się po rajtuzkach do kozaczków. Prace dyplomowe powoli pokrywały się pleśnią w koszyku. Kurtki nie było. Kasku nie było. Szczerze mówiąc niczego nie było, bo widziałam tylko krople deszczu i mgłę na okularach.

 

Ale na szczęście było to 10 parówek temu.

21:24, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 04 maja 2012

Przestało padać!!!

I nagle zobaczyłam, że jednak jest wiosna. Jest niebo, ptaki, kwiaty, delikatny różowy wieczór z balsamicznym powietrzem.

Ale zanim był wieczór, słońce świeciło CAŁY DZIEŃ, właściwie waliło jak wściekłe, temperatura skoczyła do niesłychanych 15 stopni i cały Dublin, wszystkie dzieci, matki, ojcowie, pracownicy, szefowie, bezdomni, turyści, hipsterzy, hippisi, anarchiści, kokainiści, bankowcy, pracownicy Starbucksa, Pakistańczycy z tanich kebabowni, Chińczycy z tanich chińszczaków, Hindusi z hinduskich restauracji, Polacy z polskich sklepów Mróz i Polonez (a nad wejściem orzeł biały), Hiszpanie, Portugalczycy, Baskowie, i oczywiście Irlandczycy, słowem caluśkie miasto Dublin, łącznie ze mną, oszalało. Rower! Piłka! Skakanka! Ciężarki! Drążek do podciągania się! Już o drugiej nie mogłam wysiedzieć w domu nad tomiszczami w pedeefach, w amoku wskoczyłam na rower i pognałam do miasta do sklepu sportowego. 

Ale wszyscy już tu byli przede mną, głupia dziewczynko, nie trzeba było siedzieć nad książkami, tylko w te pędy kupować piłki, drążki i rowery, bo teraz możesz se tylko usiąść i zapłakać, sierotko. NIe było roweru dla Adka, ani skakanki, ani ciężarków, ani piłek futbolowych. Ostał się ino drążek do podciągania się. I wielka gym ball. Sierotka zatem kupiła i drążek i gym ball i przy okazji telefon, kabelek, dwie książki (przepraszam już nie będę). Załadowała to wszystko na rower, wróciła do domu i padła i nieopatrznie odebrała telefon, z którego zrozumiała piąte przez dziesiąte, skutkiem czego umówiła się na pub quiz wieczorem. Na który miała nie iść, bo pub, Guinness i pociąg do fajek,  bo quiz, bo marną ma wiedzę ogólną, a szczegółową z tzw. kultury popularnej Irlandii jeszcze marniejszą. Ale poszła.

Ale to już zupełnie inna historia.

17:06, inny_glos
Link Komentarze (3) »
wtorek, 01 maja 2012
prognoza pogody z

Deszcz padał cztery lata, jedenaście miesięcy i dwa dni, jeśli ktoś chciałby poczuć klimat Irlandii, choć doprawdy nie wiem dlaczego ktokolwiek miałby to robić, jeśli jednak ktoś, nie wiadomo dlaczego, właśnie tego pragnąłby, wystarczyłoby mu wczytać się w pierwsze strony Stu lat samotności Marqueza.

Ale my dzisiaj nie sugerujemy się rdzewiejącymi nitkami brokatów i wodorostami kiełkującym na bieliźnie, nie dajemy wiary ślimakom i ropuchom w domu, ani też kwiatkom wyrastającym między trybami jałowych maszyn, na przekór rzeczywistości jedziemy dziś na basen wierząc, że gdy uparcie będziemy odmawiali realności strugom deszczu i wilgoci, one same przestaną w siebie wierzyć i znikną wysychając na wiór.

Codziennie niestrudzenie sprawdzamy prognozę pogody, komunikaty o czterech stopniach w nocy i dziesięciu w dzień traktując jak fatamorganę, precyzyjnie wyrysowane chmurki ze zwisającymi kroplami uznając za chwilowe złudzenie i przymykając oczy na strzałki sugerujące siłę wiatru zrywającą dachy domów, rozwalajacą ściany i wyrwającą z ziemi ostatnie sadzonki na plantacjach.

Nasza niezłomna postawa przejawia się również w korzystaniu z roweru jako jedynego środka komunikacji miejskiej, ignorowaniu potoków wlewających się przez dziury w kasku, nieprzywiązywaniu wagi do kropel na okularach i mokrych spodni. Z zawziętością godną lepszej sprawy zaczęliśmy nosić okulary przeciwsłoneczne, potykanie się w ciemności wpisując w koszty odczarowania świata.

Paradoksalnie humor nam dziś dopisuje, załatwiamy przeróżne sprawy urzędowe, piszemy maile, dostarczamy dokumenty, życie jest krótkie i mokre i full of kałużas, ale nie ma co za bardzo się go obawiać.

18:11, inny_glos
Link Komentarze (4) »
sobota, 28 kwietnia 2012

\

Lato już było.

Od miesiąca wieje i leje i grad i piździ po prostu, nie bójmy się tego słowa, piździ i wieje i leje i tak w kółko. Normalnie nie przeszkadza mi taka pogoda, tak już tutaj jest, już się przyzwyczaiłam, nie rwę włosów z głowy i nie kupuję ubrań na lato, nie zbieram bluzeczek na ramiączkach i sandałów, nie wychodzę z domu bez parasola i nie liczę na to, że wyskoczę w krótkim rękawku mojej najnowszej kreacji. Pamiętam nasze pierwsze lato tutaj, kiedy siedzieliśmy w domu cały lipiec i sierpień patrzyliśmy na stugi deszczu spływające po szybie na całą ścianę, poczucie jesieni i zagłady nas nie odstępowało. Ale przecież ostatnio tak nie było, ostatnio dawałam sobie radę, pada deszcz, myślałam, po to, żeby do pubu bez wyrzutów sumienia pójść, żeby przy kominku posiedzieć, książkę poczytać bez uczucia straty czasu, zakopać się w kocach i poduchach, parzyć lipową herbatę z malinowym syropem przez cały rok na okrągło. 

A teraz coś mnie dopadło. Smutek jesieni, nostalgia herbacianych róż, poczucie końca, starości, nieuchronności, braku szans, braku odwagi, braku wiary w siebie.

Może przeżywam trzydziestkę, symboliczną granicę końca młodości i końca poczucia "jeszcze wszytko mogę", spóźnioną o siedem lat. A może brak pracy mnie dopadł, z mnóstwa spraw jak zwykle na wczoraj, przyśpieszonej nauki tematów, o których miałam blade pojęcie mówiąc delikatnie, wpadłam nagle w pustkę braku konieczności, niesłychanie rozciągniętą przestrzeń możliwości, interregnum, bez-władzie, kiedy imperatyw zewnętrzny "na wczoraj" stracił nagle władzę, a imperatyw wewnętrzny jeszcze sobie śpi, choć słyszę już jak się przewraca i krzyczy przez sen. O tym, że jestem nikim.

Jest tyle rzeczy, które powinnam robić, które wręcz czekają, aż je zrobię, które nie zaistnieją bez mojej pomocy, nie zostaną powołane do życia, nikt się o nich nie dowie i na zawsze znikną bez pamięci, bez tego choćby mimalnego szacunku pamięci, jaki przysługuje rzeczom niedokończonym, aczkolwiek zaistniałym, porzuconym, ale przynajmniej zaczętym. Ale coś mnie powstrzymuje, krępuje mi wolę i ruchy, uciska tchawicę, wypompowuje energię i dusi. Moje własne tchórzostwo i lenistwo, strach przed staniem się, przed uzurpacją rzeczywistości do której nie mam prawa.

Z tego wszystkiego strasznie się upiłam ostatnio, ale to, zamiast przynieść ukojenie, tylko jeszcze większe lęki przyniosło, dżn uwolniony z butelki okrutnie się zemścił i spełniwszy obiecane jedno życzenie próbował mnie zabić dnia następnego i nękał przez kolejne parę dni w postaci pewnego biblijnego króla znanego ze swej sprawiedliwości, szczegóły do wiadomości redakcji.

A teraz idę na Street Party, może nie będę dancing in the rain.

15:09, inny_glos
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9