RSS
piątek, 23 czerwca 2017
 

Sytuacji nie poprawiły bardzo nerwowe działania rządu irlandzkiego, kiedy w 2015 wobec niemożliwie rosnących czynszów i zagrożenia wielu rodzin bezdomnością wprowadzono malutką kontrolę cen wynajmu pozwalając właścicielom na podwyżkę nie częściej, niż co dwa lata. Bardzo szybko okazało się, że wynajmujący odbili sobie to ograniczenie z nawiązką, podwyższając czynsz o taką sumę, by pokryć dwa lata i my też zaczęliśmy wyczekiwać nowej umowy na dużo większą kwotę.

W międzyczasie zaczęłam zbierać dokumenty, aby starać się o kredyt mieszkaniowy, zdając sobie sprawę, że będzie to trudne, biorąc pod uwagę fakt, że ja mam pracę na kontrakt, a M - od kiedy zdecydowaliśmy się wyrwać go z fabryki - dołączył do szeregów prekariatu, pracując najpierw w community employment scheme, czyli programie dla bezrobotnych sponsorowanym przez rząd, a później parę godzin w mojej szkole. Taka praca bardzo nam odpowiadała ze względu na zdobywanie doświadczenia i opiekę nad Moriniakiem -mogliśmy bez problemu wymieniać się maleńtasem zatrudniając opiekunkę tylko na parę godzin tygodniowo i nie musieliśmy oddawać jej do żłobka, ale z punktu widzenia banku była bezwartościowa. W sierpniu zeszłego roku powiedziano nam, że możemy starać się o kredyt, jak M podpisze ze szkołą kolejną umowę na więcej godzin i kiedy moja menagerka zgodziła się, by przejął jedną moją grupę od stycznia, złożyliśmy wniosek. W  międzyczasie dostaliśmy list z podwyżką czynszu o 25%, 250 euro więcej na miesiąc, ale też w końcu udało się nam odzyskać część spadku M z Polski i mieliśmy na depozyt, wyglądało więc, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Papiery zostały wypełnione i złożone, a ja zajmowałam się śledzeniem nieruchomości na necie. Aż tu nagle, po dwóch miesiącach czekania, dostaliśmy odpowiedź odmowną. Bank nie bierze pod uwagę zarobków M, a tak w ogóle, to według bankowych wytycznych z dwójką dzieci, po odliczeniu raty kredytu, musimy mieć 2250 euro na życie i nie przekonały ich żadne argumenty, że na przykład w chwili obecnej płacimy ponad dwa razy więcej za wynajem, więc od lat dajemy sobie dobrze radę z naszymi finansami. Wizja bezdomności znowu zaczęła mnie straszyć, a rosnąca histeria w mediach nie pomagała (klik - o rodzinach z dziećmi, które zgłosiły się na posterunek policji, by móc spędzić noc w areszcie, by mieć jakiś dach nad głową).

W Irlandii, a szczególnie w Dublinie, sytuacja rodzin takich jak my - z małym finansami, coraz częściej pracujących na kontrakt, a nie na umowę o pracę, z małymi dziećmi -  jest zła. Galopujące ceny nieruchomości powodują, że wiele z nich jest w pułapce: płacąc niebotyczne czynsze nie spełniają warunków, aby dostać kredyt mieszkaniowy. Wiele osób latami czeka na mieszkanie komunalne bez żadnych szans na własne, co miesiąc płacąc ogromne pieniądze za wynajem, albo bojąc się podjąć jakąkolwiek dodatkową pracę, by nie stracić tzw. dopłaty do czynszu. Bo praca często jest niepewna, czasowa, nie poprawiająca za bardzo ich ogólnej sytuacji materialnej, albo wręcz pogarszająca, kiedy jej konsekwencją jest odebranie różnych zasiłków. A kiedy na pracy nie można polegać, ludzie -niestety - wolą mniejsze, ale pewne pieniądze od państwa.

My mamy szczęście, mamy dobre rodziny. Nie będę was straszyć i podkręcać suspensu, tylko od razu powiem, że sprawa się rozwiązała - moja i M rodzina złożyła się solidarnie i pożyczą nam całą kwotę.

Dobrze mieć rodzinę.

 

14:39, inny_glos
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 czerwca 2017

I nieodmiennie co roku przychodził. Kiedy urodziła się Morinka na owe lęki nałożył się dodatkowo taki pierwotny strach przeżywany przez każdą matkę noworodka, spotęgowany przez koszmarne niewyspanie, ból, hormonalną rewolucję skutkującą emocjonalną karuzelą i ogólne wyczerpanie organizmu. W efekcie czego karmiąc małego ssaka gdzieś koło trzeciej nad ranem zaczynałam opłakiwać swoją przyszłą bezdomność. Nastroju nie poprawiały historie co jakiś czas ukazujące się w mediach- a to o kobiecie z trójką dzieci śpiącą w samochodzie, a to rekordowo wysokiej liczbie bezdomnych w Irlandii, a to o braku miejsc w schroniskach czy też opłatach za wynajem osiągających niewidziane wcześniej kwoty. Takie samo mieszkanie jak nasze wrzucono na stronę internetową za 1800 euro/mies, ceny za zwykłe, dwusypialniane mieszkania zaczły przekraczać 2000 euro.

15:32, inny_glos
Link Komentarze (1) »
środa, 14 czerwca 2017

Dom był takim odwiecznym nieosiągalnym marzeniem, bo choć zawsze wiedziałam, że jak już będę dorosła, to kupię sobie dom, nigdy wcześniej nie byłam wystarczająco dorosła. W 2008 w Irl  okazało się, że muszę być jeszcze bardziej dorosła niż w Pl, bo ceny domów były niebotyczne. I choć później dość drastycznie spadły, wciaz nie mieliśmy szans na kredyt - M firma została sprzedana, a my wymyśliliśmy jeszcze jedne studia, zeby nie musiał pracować w fabryce do końca życia. Ale cały czas śledziłam ceny nieruchomości, a one jeszcze przez jakiś czas dawały nadzieję. Gdzieś tak koło 2012 zaczęły się odbijać od dna i rosnąć, przez jakiś czas ciągle jednak jeszcze wydając się w zasięgu ręki, tylko, że ręce trzeba było mieć coraz dłuższe. Gdzieś tam na dnie mojego jestestwa dokarmiałam nadzieję, że kiedyś, że w końcu, że przecież nie może być inaczej. Nadzieja ta stała się palącą żywym ogniem potrzebą kiedy zaszłam w ciążę, a koszty wynajmu zaczęły rosnąć niemożliwie. Co roku z początkiem stycznia zaczynałam nerwowo wyglądać maila o podwyżce czynszu...

 

 

00:54, inny_glos
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 czerwca 2017

Wróciłyśmy do Dublina z pewną ulgą, upał i chaos mojego domu rodzinnego troszkę już nas obie zmęczył. Morinkę pewnie bardziej skwar, do którego nie jest przyzwyczajona, bo słońce w Polsce praży niemiłosiernie i tak, jak w Dublinie mam odruch wystawiania się na nie kiedy tylko na chwilkę się pokaże, tak we Wrocławiu robiłam wszystko, by schować się przed jego palącymi promieniami. Było gorąco codziennie, a ostatnie parę dni również duszno i burzowo. Mo jest prawdziwą Irlandką pod tym względem i choć upały nie wpływały na jej żywotność - codziennie biegała po parku spocona, czerwona i zakurzona - to kiedy spadł w końcu deszcz zamiast, jak inne dzieci chować się w parkowej restauracji i ze strachem spoglądać na popis natury, wybiegała na zewnątrz i śmiała się na głos: Leje! Pada! Des! Mama - leje! Des! Obie - ja i ona - z radością przyjęłyśmy ochłodzenie, oddalenie od ciepłej, ciasnej, dusznej atmosfery miejsca, gdzie moi rodzice niestrudzenie wciąz gromadzą góry rzeczy, które się mogą przydać. Choć rozumiem taką zapobiegliwość, czy wręcz jawny bunt wobec konsumpcjonizmu, który nakazuje kupować wciąż NOWE i NOWE, choć popieram w pryncypiach, w praktyce mieszkanie z milionem starych niepotrzebnych rzeczy jest bardzo upierdliwe i męczące. Po paru dniach dostaję uczulenia na wszystko, pierze i roztocza w pościeli, kurz w starych wykładzinach i stosach starych gazet i mam ochotę na chłód, przestrzeń i oddalenie.

A zatem jesteśmy z powrotem. Szkoła się skończyła, powoli kończymy jakieś ogryzki pracy, jakieś poprawianie esejów czy korekty za dodatkowe pieniądze. A pieniądze się przydadzą, bo chcemy kupić dom.

23:33, inny_glos
Link Komentarze (4) »
niedziela, 07 maja 2017

A wczoraj, wczoraj Adek skończył 18 lat. Tak po prostu. To niewiarygodnie i niemożliwe, o czym wie każdy rodzic dorosłego dziecka, to kompletnie niemieszczące-się-w-głowie, nie do uwierzenia i nie do przyjęcia. Moje najstarsze dziecko jest już dorosłe. Mój syneczek najmniejszy, mój Adziarz, mój chłopczyk, mój wrażliwiec, moja empatyczna progenitura.

O tym, co mu kupić na osiemnastkę myśleliśmy już od pół roku i nic nie wymyśliliśmy, kupiliśmy mu zatem zegarek, żeby nareszcie stosunek do czasu mu się poprawił, pierwsze męskie perfumy, żeby dziewczyny lubiły się przytulać i książkę o tym, że nie ma różnich w mózgach kobiet i mężczyzn, które by mogły wyjaśnic odmienne traktowanie społeczne, jako przygotowanie do życia w rodzinie.

Słów kilka o synu pierworodnym się należy. Adek studiuje matematykę i jest szczęśliwy niemożebnie, nareszcie znalazł swoich ludzi, swoje plemię, gostków, którzy go rozumieją i lubią. Zaczął zatem wychodzić z domu, a raczej do domu nie wracać po zajęciach, często koło 21 zaczynam się orientować, że Adka jeszcze nie ma w domu, dzwonię do niego i dowiaduję się, że jeszcze 'siedzi w bibliotece' i się 'uczy'. Nie wnikam;) Podobno mają fajną brygadę siedmiu osób, wśród których są nawet dwie dziewczyny. I jedna z nich mnie wczoraj rozczuliła, bo dała Adziarzowi na osiemnastkę następujące prezenty: piwo imbirowe, lizaka i paczkę słodyczy z pewnego drogiego sklepu. Nie ma co się entuzjazmować, ale mnie to ucieszyło, bo oznacza to, że musiała się wczuć w mojego synka - są to dokładnie te rzeczy, które on sam by sobie zażyczył, gdyby nie wstydził się, że takie dziecinne ma zachcianki. Czyli fajna dziewczyna. 

Adek zmienił się bardzo w ciągu ostatniego roku, zrobił duży skok od 'zostaaaawcie mnie' rzucanego przy każdej okazji zbolałym głosem do krótkiego 'ok' człowieka, z którym w zasadzie da się dogadać w każdej sprawie. Ma teraz jakąś taką energię, radość, otwartość w sobie i choć nadal czasami wpada w te swoje letargiczne stany sprawdzając co chwila statusy na fejsie, zdarza się to zdecydowanie rzadziej i nie wygląda jak przypadek kwalifikujący się do natychmiastowej pomocy specjalisty. Czyli nastolatkową czarną dziurę mamy zdecydowanie za sobą.

Skończył już też pierwszy rok akademicki, w sumie czy skończył to się niedługo okaże, bo właśnie jest w trakcie zdawania 11 egzaminów. A wszystkie z MATMY. Także trzymamy kciuki. Choć ja się w sumie o niego nie martwię, bo kiedyś musi dostać nauczkę - w czwartek miał na przykład statystykę, do której zaczął się uczyć w środę. (Podobno łatwy egzamin. Zobaczymy).

00:19, inny_glos
Link Komentarze (5) »
piątek, 21 kwietnia 2017

Ostatni dziś wykład za mną, orka na ugorze, półtorej godziny online powtórki z dwudziestu teorii po angielsku, jazda bez trzymanki, mówienie do czarnej dziury, bez chwili odsapu i żadnego żartu. Wystarczy, że zapomnę jednego wyrazu, nagle pustka w głowie, stres narasta i jak u Milnego - im bardziej myślę, tym bardziej wiem, że nic nie wymyślę. Niby mam slajdy i mogę korzystać z notatek, ale nie mam czasu na żywo, żeby odpowiedni fragment w notatkach odnaleźć, jak mówię z głowy, mogłabym czytać z kartki, ale wtedy kontakt byłby jeszcze mniejszy. Ale teraz wolne od wykładów aż do września:) 

Nie lubię wykładów online, to mówienie w przestrzeń, w czarną dziurę, bez żadnej informacji zwrotnej, czy rozumieją, czy śledzą, czy już zupełnie się wyłączyli. I jeszcze nieuniknione problemy techniczne, szumy, zlepy, ciągi z mojego mikrofonu, plus mój twardy polski akcent - czasem sobie myślę, że to muszą być prawdziwe tortury dla studentów. 

A propos mówienia, mojej córeczce się coś w głowie otworzyło i mówi. Konstruuje już całkiem skomplikowane twory zdaniopodobne, używa czasów i przypadków, choć nadal odpowiada na pytanie powtarzając ostatni wyraz - Jesteś chłopcem czy dziewczynką? - Cynką. - Jesteś dziewczynką czy chłopcem? - Chopcem. 

00:29, inny_glos
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Święta. Tradycji nie stało się zadość, ponieważ parę dni temu okazało się, że moja córeczka ma największe uczulenie na jajka. Tak naprawdę ma na wiele rzeczy - od ponad tygodnia zawzięłam się i spisuję WSZYSTKO, CO SPOŻYWA, co jest niebywale upierdliwe - ale po jajkach wychodzą jej największe czerwone, swędzące plamy i drapie się niemożebnie, zniechęciło mnie to zupełnie do jajcowania w tę Wielkanoc. Zjedliśmy zatem jedynie świateczny obiad, świąteczny o tyle, że razem z Adziarzem, który ostatnio najczęściej je w swoim pokoju. Niestety. Niestety, bo ja lubię wspólne rodzinne obiady, są one jednak rzadkością z wielu powodów, jak na przykład tego, że kończymy pracę/szkołę/zajęcia w podgrupach o różnych porach, albo tego, że zamiast dużego, rodzinnego stołu, o którym marzę od zawsze mamy wózek i rowery w kuchni (nie pytajcie), okrągły stół, który stał się biurkiem M, od kiedy ma pracę biurową i ŁAWĘ. Okropną PIEPRZONĄ ŁAWĘ, która powoduje ból brzucha jak się przy niej siedzi na kanapie (i zgina do jedzenia) i ból nóg, jak się przy niej siedzi na poduszkach. Nienawidzę tej ławy. W moim domu nie będę miała ławy, do kosza z ławami, na pochybel!

Ława pasuje tylko Morince, bo całkiem dobrze się na niej rysuje na stojąco, jak się ma 77 cm wzrostu. Ale jak się już ma ten (prawie) metr więcej, to katastrofa.

21:38, inny_glos
Link Komentarze (2) »
sobota, 18 marca 2017

Wczoraj wielkie Irlandzkie święto, marsze i szaleństwa do późnej nocy, ale nie posżłyśmy oglądać z Moriniakiem, bo wiało, lało i ogólnie i pizgało (czy to jest wulgarne określenie? czasem brakuje mi innych słów na wyrażenie stanów zewnętrznych i wewnętrznych) wyjątkowo, nawet, jak na Irlandię. A zatem tylko na króciutki spacerek do Lidla i z powrotem, a jak chcecie sobie pooglądać co się działo w centrum, to proszę bardzo: Broadsheet. Adek tylko się w nocy wymknął (Mi był bardzo przeciwny, bo pijane tłumy na ulicach), żeby zrobić zdjęcie jakiejś fajnej uliczki, którą widział dwa dni temu jak się z kolegą włóczyli po mieście do piątej rano (tak, martwiłam się, ale cóż zrobić - ja wyprawiałam gorsze rzeczy). Święty Partyk ucieszył mnie głównie z powodu wolnego w pracy, dało nam to chwilę wytchnienia.

Morniak jest rzeczywiście tak słodki, że to po prostu niemożliwe, a w dodatku coraz więcej rzeczy można z nią robić. Dziś na przykład zrobiłyśmy wegański pasztet i majonez dla taty, który rzadko próbuje takich smakołyków, bo przeważnie na codzień nie mamy czasu. 

To macie jeszcze Mo na tle katedry Św. Patryka (nasz pobliski park):

 

Czapa mojej roboty, strasznie jestem dumna, płaszczyk, chusteczka i spodnie z ciucharni, stylizacja by Inny_glos;)

A tutaj Mo na zjeżdżalni, w pierwszy cudowny wiosenny dzień tego roku:

16:12, inny_glos
Link Komentarze (5) »
czwartek, 16 marca 2017

Obiecałam wam cudnego Moriniaka i voila! proszę bardzo. Tutaj myje ręce SIAMA:

Na więcej mi czasu nie starcza, bo jeszcze online tutorial dzisiaj mnie czeka, ale już jutro, proszę Państwa, już jutro jest Św. Patryka i mamy wolne i będzie cudnie i będą tańczące tłumy na ulicach i będziemy mieli wolne. 

17:54, inny_glos
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 marca 2017

A tam, co mi tam, napisze coś. Maryla się już chyba nie doczeka końca swojej historii, bo mnie samą to znudziło. Dość powiedzieć, że jak chciałam pierwszy raz odebrać swoje własne dziecko trochę wcześniej, bo myślałam o tym, aby łagodnie ją wprowadzić w nową sytuację, Maryla się nie zgodziła, bo w tym czasie planowała być na zebraniu w szkole córki. Z moją córką. Którą widziałaby drugi raz w życiu, a pierwszy miała pod opieką. W końcu poszłam po rozum do głowy i po serii szybkich smsów rozstałyśmy się niekoniecznie w przyjaźni. Nie to, żebym jakoś ją źle potraktowała, ale się sama obraziła na to, że ja chcę moje własne dziecko odebrać 15 minut wcześniej i nie zgadzam się, żeby gdzieś z nim chodziła. W końcu mój szef poszedł mi na rękę i poprosił o zmianę godzin i zmienili, a nie lubią tego robić, oj nie lubią. 

W międzyczasie rozpuściłam wici po-absolutnie-wszystkich i teraz mamy znowu fantastyczną opiekunkę Danę, Łotyszkę, którą kiedyś poznałam w parku. Dana ma córkę trzy miesiące starszą od Morinki i jest odpowiedzialną, zrównoważoną i dobrą kobietą. Moja intuicja powiedziała mi, że Danie można ufać już po pierwszym wstępnym spotkaniu i na razie dalej trzyma się swego zdania. Dana jest ostrożna, przejrzysta, uczciwa, wysyła mi zdjęcia zupki, którą dała Moriniakowi, jak nie chciał jeść mojej zupy, mówi mi o każdych jej 5 minutach płaczu, wysyła mi filmiki, jak dziewczynki się ganiają na dwóch trójkołowych rowerkach wokół stołu. Mornika nie chce od niej wychodzić.

A Moriniak rośnie i rośnie, ma 19 miesięcy i gada jak najęta. 'Usia-a' to mamusia, 'pryka-a' to papryka, 'dzinka-ka' to mandarynka, 'chośi siama' po podwórku, biegnie do kuchni wołając 'dać jej!' albo 'daćci', tak, jak my mówimy do niej lub o niej. 

00:05, inny_glos
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 51
stat4u