RSS
sobota, 18 marca 2017

Wczoraj wielkie Irlandzkie święto, marsze i szaleństwa do późnej nocy, ale nie posżłyśmy oglądać z Moriniakiem, bo wiało, lało i ogólnie i pizgało (czy to jest wulgarne określenie? czasem brakuje mi innych słów na wyrażenie stanów zewnętrznych i wewnętrznych) wyjątkowo, nawet, jak na Irlandię. A zatem tylko na króciutki spacerek do Lidla i z powrotem, a jak chcecie sobie pooglądać co się działo w centrum, to proszę bardzo: Broadsheet. Adek tylko się w nocy wymknął (Mi był bardzo przeciwny, bo pijane tłumy na ulicach), żeby zrobić zdjęcie jakiejś fajnej uliczki, którą widział dwa dni temu jak się z kolegą włóczyli po mieście do piątej rano (tak, martwiłam się, ale cóż zrobić - ja wyprawiałam gorsze rzeczy). Święty Partyk ucieszył mnie głównie z powodu wolnego w pracy, dało nam to chwilę wytchnienia.

Morniak jest rzeczywiście tak słodki, że to po prostu niemożliwe, a w dodatku coraz więcej rzeczy można z nią robić. Dziś na przykład zrobiłyśmy wegański pasztet i majonez dla taty, który rzadko próbuje takich smakołyków, bo przeważnie na codzień nie mamy czasu. 

To macie jeszcze Mo na tle katedry Św. Patryka (nasz pobliski park):

 

Czapa mojej roboty, strasznie jestem dumna, płaszczyk, chusteczka i spodnie z ciucharni, stylizacja by Inny_glos;)

A tutaj Mo na zjeżdżalni, w pierwszy cudowny wiosenny dzień tego roku:

16:12, inny_glos
Link Komentarze (5) »
czwartek, 16 marca 2017

Obiecałam wam cudnego Moriniaka i voila! proszę bardzo. Tutaj myje ręce SIAMA:

Na więcej mi czasu nie starcza, bo jeszcze online tutorial dzisiaj mnie czeka, ale już jutro, proszę Państwa, już jutro jest Św. Patryka i mamy wolne i będzie cudnie i będą tańczące tłumy na ulicach i będziemy mieli wolne. 

17:54, inny_glos
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 marca 2017

A tam, co mi tam, napisze coś. Maryla się już chyba nie doczeka końca swojej historii, bo mnie samą to znudziło. Dość powiedzieć, że jak chciałam pierwszy raz odebrać swoje własne dziecko trochę wcześniej, bo myślałam o tym, aby łagodnie ją wprowadzić w nową sytuację, Maryla się nie zgodziła, bo w tym czasie planowała być na zebraniu w szkole córki. Z moją córką. Którą widziałaby drugi raz w życiu, a pierwszy miała pod opieką. W końcu poszłam po rozum do głowy i po serii szybkich smsów rozstałyśmy się niekoniecznie w przyjaźni. Nie to, żebym jakoś ją źle potraktowała, ale się sama obraziła na to, że ja chcę moje własne dziecko odebrać 15 minut wcześniej i nie zgadzam się, żeby gdzieś z nim chodziła. W końcu mój szef poszedł mi na rękę i poprosił o zmianę godzin i zmienili, a nie lubią tego robić, oj nie lubią. 

W międzyczasie rozpuściłam wici po-absolutnie-wszystkich i teraz mamy znowu fantastyczną opiekunkę Danę, Łotyszkę, którą kiedyś poznałam w parku. Dana ma córkę trzy miesiące starszą od Morinki i jest odpowiedzialną, zrównoważoną i dobrą kobietą. Moja intuicja powiedziała mi, że Danie można ufać już po pierwszym wstępnym spotkaniu i na razie dalej trzyma się swego zdania. Dana jest ostrożna, przejrzysta, uczciwa, wysyła mi zdjęcia zupki, którą dała Moriniakowi, jak nie chciał jeść mojej zupy, mówi mi o każdych jej 5 minutach płaczu, wysyła mi filmiki, jak dziewczynki się ganiają na dwóch trójkołowych rowerkach wokół stołu. Mornika nie chce od niej wychodzić.

A Moriniak rośnie i rośnie, ma 19 miesięcy i gada jak najęta. 'Usia-a' to mamusia, 'pryka-a' to papryka, 'dzinka-ka' to mandarynka, 'chośi siama' po podwórku, biegnie do kuchni wołając 'dać jej!' albo 'daćci', tak, jak my mówimy do niej lub o niej. 

00:05, inny_glos
Link Komentarze (3) »
sobota, 04 lutego 2017

A zatem Maryla wyraziła chęć pewnego pięknego wrześniowego popołudnia w parku, gdzie się zwykle spotykami z różnymi mamami Polkami, żeby opiekować się Moriniakiem przez parę godzin w tygodniu począwszy od połowy listopada. Moja moja głowa była zajęta tysiącem innych rzeczy a czujność uśpiona pamięcią o super Oli. Ale połowa listopada zbliżała się nieuchronnie i zaczęłam myśleć jak by tu wprowadzić Marylę w życie Moriniaka. Mo miała do niej przychodzić przez pierwsze sześć tygodni tylko na dwie godzinki raz w tygodniu, od stycznia w sumie na pięć, wyobrażałam sobie, że będzie się przez te dwie godziny bawić z dziećmi, w nowym miejscu, z nowymi zabawkami, ledwo co zauważy, że mnie nie ma. 

Umówiłyśmy się pierwszy raz na pewnien piątek u Maryli w domu, coby się wszyscy poznali. Okazało się, że mieszka ona 2 minuty od naszego domu, mieszkanie jest ładne, czyste, zadbane, jasne. Posiedziałam godzinkę, w tym czasie Maryla opowiedziała mi jak jest jej bardzo ciężko jako samotnej matce i że z pracy ledwo jej starcza na czynsz i na życie. No szkoda kobiety, oczywiście, biedne dzieci, ciężka sytuacja. Dzieci przez większą część czasu kłóciły się o komórkę Maryli, siedziały na kanapie i ją sobie wyrywały. - I mogą tak cały dzień - powiedziała Maryla - i co zrobisz? Posiedziałam jeszcze chwilę, wysluchałam jeszcze trochę żalów pod adresem byłego męża i umówiłyśmy się na za tydzień na jeszcze jedno spotkanie tuż przez planowanym zostawieniem Morinki po raz pierwszy. Widziałam, że Maryla uważa to za nadmierną opiekuńczość, ale co miała robić - zgodziła się. 

Ja wyszłam od niej z dość mieszanymi uczuciami. Widziałam, że nie jest to zła kobieta, tylko, że kompletnie nie miała miejsca na moją córeczkę, była tak bardzo przytłoczona swoimi kłopotami i obciążona emocjami swoich dzieci. Dzieci wyglądały na lekko zaniedbane emocjonalnie, już sam pomysł chodzenia do pracy i zostawiania swoich dzieci z kolejną, już dziesiątą opiekunkąm, jak pożaliła się Maryla, wydawał mi się trochę  dziwny w kraju dość rozwiniętego systemu społecznego. No ale dobrze, może ją ta praca ratuje przed kompletnym szaleństwem i użalaniem się nad sobą, myślałam sobie. Nie miałam już czasu szukać nikogo innego

Na kolejne spotkanie umówiłyśmy się trzy dni przed rozpoczęciem przeze mnie nowego kursu. Spotkanie przebiegało w podobnie miłej atmosferze, dzieci podobnie kłóciły się o mamy komórkę, dopóki nie przyszła koleżanka Maryli i nie pozwoliła im grać również na swoim telefonie, w przerwach biegały po pokoju i płakały. - Adriana taka płaczliwa właśnie jest. Może to te ciągle inne opiekunki? - zadumała się przez chwilę Maryla - No, ale co zrobisz. Omawiałyśmy ostatnie szczegóły zostawienia mojego dziecka pod jej opieką.

01:18, inny_glos
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 30 stycznia 2017

Kurcze, pani opiekunka zasługuje na osobny wpis, pani Maryla, z którą się uśmiechamy sztucznymi uśmiechami jak się spotkamy w Lidlu, ale ja NIE MAM CZASU. To znaczy, czas oczywiście mam, ale tylko na rzeczy najważniejsze, jak zajmowanie się łobuzem zwanym dziewczynką, zajmowanie się zarabianiem pieniędzy w pracy, którą lubię, ale która pochłania cały pozostały czas, nie przeznaczony na spanie i siusianie. Na nic innego nie zostaje mi wolnych chwil i to niestety jest naprawdę cała prawda i tylko prawda, bo już nauczyłam się WSZYSTKO inne robić przy okazji. A więc przy okazji gotuję, sprzątam, piorę, chodzę do sklepu - przy okazji, czyli zwykle z moją córeczką. I jedyne, czego nie da się robić przy dziecku, jak wiedzą wszystkie mamy, to pisać i czytać. Ale szkoda mi szkoda tych rzeczy, które już miną zapomniane, jak na przykład tego, że kładzie się wieczorem jak gdyby nigdy nic i nagle wstaje rano i bach! 'Siaje', mówi, i przez chwilę nie wiem, co siaje, co to w ogóle może być, ale nagle wszystko wskakuje na swoje miejsce i siaje i bure i wszystkie koty za pan brat. Mi najbardziej lubi 'kjujika', ja przepadam równiesz za 'mycią', 'mycia', 'siaja' oczywiście, mogłabym nagrać sobie te słowa i słuchać na pętli na okrągło. A więc mówi, naśladuje, powtarza, już nie tylko 'miau', już nawet pojawił się 'kot' (czasem wychodzi 'tok'). Dalej uwielbia kulki i kółka, na codzienne pytanie 'Mo, a co chciałabyś zjeść?' udziela stałej odpowiedzi - Kulka!, - A jaką kulkę chciałbyś zjeść? - Mango!, co oznacza 'owocowe'. Dałam jej ostatnio herbatkę z drzemem z czarnej porzeczki, łyknęła, mlasnęła, łypnęła i powiedziała z lubością - Mango!

Sprzedaliśmy odziedziczone mieszkanie w Polsce, po podzieleniu się pieniędzmi z rodzeństwem M zostaje nam zaczepne na mieszkanie tutaj. I rozglądamy się, ale tu znowu ceny poszybowały w górę - w ciągu pół roku skoczyły o 30 tysięcy, a więc znowu nam brakuje i nie bardzo wiemy, co robić. Stawać na głowie i pożyczać czy czekać, że może spadną? 

O, płacze królewna. Idę.

00:03, inny_glos
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 stycznia 2017

Już byłam w ogródku, już kończyłam wam historię naszej opiekunki Maryli, ale oczywiście maleńtas się obudził i koniec wolnego. (A dopiero co skończyłam wykład online. ech).

Michał ją lula, to napiszę tylko szybko, że wczoraj zaczęła mówić 'fsfyscy', 'karon' na makaron i 'mjelko' ma mleko. Oraz 'fjatlo' na światło, które dotąd konsekwentnie było nazywane 'łiju łiju', łącznie z kolorem niebieskim i żarówiastym. 

00:19, inny_glos
Link Komentarze (3) »
sobota, 14 stycznia 2017

Żyjemy jak w górskiej kolejce, ledwno zdążę przeżyć i przerobić jeden koniec świata, a już drugi nadciąga i nie mam kiedy tego opisać. Ale przecież wiem, że przepadnie, przeminie i nie zostanie, blog jako pamiętnik ograniczoną ma bardzo przydatność, może więc bardziej chodzi o tą chwilę refleksji, poukładania sobie w głowie, albo nawet o samą przyjemność pisania tego, co się chce, nie do pracy, nie po angielsku, radochę z układania zdań w języku, którego może nie zna się na wylot, ale który pasuje człowiekowi jak prawdziwa noga. Albo ręka. 

Ale chciałam napisać dziś o opiekunce. Mieliśmy takie szczęście w zeszłym roku z naszą kochaną O., z którą do dziś jesteśmy przyjaciółkami na fejsie i z którą wymieniamy się zdjęciami naszych dzieciaków, pomimo tego, że wróciła do Polski, że kiedy w tym roku, jeszcze w wakacje, zgłosiła się Maryla, pani, która ma dwójkę swoich maluchów i do tego pracuje w Lidlu, ucieszłyam się, że mam problem z głowy i przestałam sobie tym głowę zawracać przez następne parę miesięcy...

00:04, inny_glos
Link Komentarze (3) »
piątek, 13 stycznia 2017

No więc wyćmoktał nas ten nowy rok i tak właściwie, to dopiero co wypluł. A nawet, powiedziałabym, jesteśmy właśnie wypluwani, w trakcie procesu bycia wypluwanym. Mam nadzieję. Od ostatniego wpisu bowiem Mo jeszcze raz dostała wysokiej gorączki, po trzecim dniu brania antybiotyku. Zaczał się weekend, więc do lekarza poszliśmy dopiero we wtorek. Z piękną już wysypką. Poantybiotykową, jak się okazało, a nie zakaźną, na szczęście. Ale uszy jeszcze niewyleczone, więc drugi antybiotyk. Dodam przy tym, że ja również na antybiotyku, od dziesięciu dni. Dostałam wtedy, kiedy Morina, ale czemu miałabym nie dostać, jak przyszłam do pani doktor z piękną anginą. A zatem penicylina raz, dla mamy, penicylina dwa, dla córeczki, która to parę dni później rozwija sobie na nią piękne uczulenie. Ale nie uprzedzajmy faktów. A fakty są takie, że po trzech dniach łykania trzy razy dziennie po dwie tableteczki gorączka mi skacze, zamiast spadać. I gardło boli coraz bardziej, ale z drugiej strony, niż na początku. Właściwie to zacznyna mnie tak boleć, że płaczę z bólu, ledwo co jestem w stanie otworzyć buzię. I puchnie mi szyja. No i oczywiście diagnozuję sobie ropień okołomigdałkowy, słaba jak betka poleguję z chorą Mo na fotelu przytulając i karmiąc cycem obraz nędzy i rozpaczy. Rejestruję się na wizytę dopiero na przyszły tydzień, tą samą wizytę na której finalnie diagnozują Mo uczulenie na antybiotyk, a ja się już dobrze czuję. Ale ja jeszcze tego nie wiem, więc cały weekend katuję się wizją nacinania ropnia, jak zalecają wszystkie medyczne strony polskiego i angielskiego Internetu.

Z Polski zatem przywiozłam dużo cudownych wspomnień i porządną anginę, taką, jakiej nie miałam od trzydziestu lat.

A poza tym, to zamierzam pisać. Banałem pojadę, ale gdzieś znika bezpowrotnie to, jak Mo niepostrzezenie przestaje mówić na Elmo 'y y y' do słów Elmo song na melodię tej piosenki, a mówi po prostu: Elmo. I choć nadal te głoski są takie okrągłe, takie pyszniutkie, takie delikatne, takie jakby meszkiem pokryte, niemniej jednak jest to wyraz, a nie wytwór wyrazopodobny. Jak cudnie śpiewa Alphabet song, wiernie oddając rytm i melodię, choć jeszcze nie umiejąc wypowiedzieć słów, zachwycam się tym od rana do nocy, tym bardziej, że sama nie mam słuchu muzycznego za grosz. A tu proszę. Krew z mojej krwi. Moje małe dzieciątko. Jeszcze niedawno w brzuchu, jeszcze wczoraj tylko aaa aaa, a tu znienacka proszę! W jej dość jeszcze nieporadnej wymowie wyraźnie słychać piosenkę.

00:11, inny_glos
Link Komentarze (2) »
niedziela, 08 stycznia 2017

Nowy rok wyżuł nas dokumentnie, wyzuł z wszelkich zasobów energii, wyćmoktał, wyciućkał, wycisnął siódme poty i mam nadzieję, odpukać w niemalowane, wypluł nareszcie. Zaczęło się chorobą Mo - nic tylko 40 stopni przez trzy dni, wirusówka, wiadomo, nie trzeba panikować, ale tuż przed samym lotem do Polski na święta przestraszyło mnie i docisnęło do ziemi. Ale polecieliśmy, po drodze zostawiając jedną walizkę na lotnisku w Dubliniem, bo ja z zawiniętą dziewczynką, M z wózkiem, torbą i dużą walizą i Adek z dwiema podręcznymi, czyli już więcej rąk nie mieliśmy, a moja uwaga była skupiona wyłącznie na moim zawiniątku, bo przecież dopiero co 40 stopni dwa dni temu, bo przecież na lekach przeciwgorączkowych, bo jeszcze zawieje, pizgnie zimnem, kichnie nowymi zarazkami, plunie morderczymi bakteriami, przed wszystkim musiałam ją chronić.

Gorączka następnego dnia już taka duża nie urosła, a w kolejne dni Mo odzyskiwała wigor i szaleństwo w otoczeniu wujków, cioć i kuzynów, z Wigilijną kulminacją 14 osób.

Przygotowania, sprzątania, gotowania, wizyty, odwiedziny, znany świąteczny kołowrót wciągnął mnie i zagłuszył rozpaczliwe wołania mojego ciała, że już ma dość, że się rozkłada, że chce w końcu odpocząć...

01:04, inny_glos
Link Komentarze (2) »
piątek, 09 grudnia 2016

Moja córeczka skończyła 16 miesięcy parę dni temu, moja awanturnica niemożliwa, mój krzykaczu straszliwy, gaduła niemożebna, głodomór wieczny! Biega po kuchni na tych swoich mini nóżkach w rajtach w paski i krzyczy am! am! am! AM! DA! Aż się człowiekowi ręce trzęsą jak szykuje jej kaszkę, bo Moirin już się czepia swoimi łaponami człowieczej nogi i nagle krzyczy AMAMAMAMAM! głosem nie znoszącym sprzeciwu. Oprócz tego na nos mówi oko, na psa - miauuu!, rozśmiesza ludzi w parku biegając za pieskami na całe gardło MIAUUUU! Czupiradło moje ostatnio woli tatusia, nie zawsze, ale często, mama próbuje uśpić cycem, ale często cyc już nie pomaga, tylko potrzeba męskiej ręki do pobujania, więc po pół godzinnych hockach klockach i akrobacjach cyckowch maleńtas wstaje i krzyczy tatou! oczywiście głosem rozdzierającym, tatou! tatou! tatou! I tatou biegnie po schodach do swojej córeczki, bierze na rączki, pobuja 5 minut i maleńtas śpi. 

Nie mam czasu na pisanie, życie pochłania mi każdą wolną chwilę, właściwie wolne chwile to miewam jak jadę na rowerze do pracy koło parku i nagle podnoszę wzrok i patrzę na drzewa i i niebo i oddycham i oto mam wolną chwilę tak właśnie wtedy i w tym momencie, tylko muszę uważać, żeby pod samochód nie wpaść. Więc widzicie, że pisać się nie da w tej wolnej chwili, chyba, żebym miała dyktafon podłączony z mikrofonem na kierownicy i tak bym tylko właśnie mogła dyktować i blogować. Ale. 

Poza tym trochę mnie uwiera to miejsce, nie jestem bowiem tym, kim myślicie, że jestem (o święta naiwności blogerki podstarzałej!) i zamiast rzucić sobie mięsem na blogu, siedzę cicho, bo nie wypada. A tu kurrrr.. człowiek chciałby sobie zakląć i wiązankę rzucić niejedną czasami. 

00:02, inny_glos
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 51
stat4u